Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Gdzie są prawdziwe kobiety? Te które piszą długie listy i tęsknią pięć minut po pożegnaniu, te które tak cudownie gotują i wzdychają na widok kwiatów. Często zastanawiam się nad tą z pozoru banalną sprawą. Życie nie miało w naturze mnie rozpieszczać, sam musiałem starać się o odrobinę kolorowych stron życiorysu.
Miałem wiele sprzątaczek mojego umysłu, kilka z nich nawet odważyło się zajrzeć do serca. Bywało cudownie, nie przeczę. Huśtawki emocjonalne są naturalną koleją życia w związku. Codzienne spięcia na płaszczyźnie religijno – moralnej są naturalne i nie rozpamiętuje takich drobiazgów. Każdego ranka wzdycham do pustego pokoju, pustej ulicy, zatłoczonego sumienia. Gdzie te kobiety? Pytanie zakropione łzami, analizowane po tysiąckroć, zabarwione egzystencjalizmem do białej kości.
Nie umiem dotykać błędów, a dedukcjonizm jest moją słabą stroną. Kobiety. Rozkochiwałem, potem sam kochałem, łatwo się zgubić w labiryncie po którym tak zwinnie przebiegają feromony. Zalewałem niezrozumienie regularnie co tydzień, najpierw piłem sam, zatrudniałem jedynie lustro, jako statystę, potem by załamać mieszczańską ciszę zapraszałem Ironię i gadułę Absurdkę.
To jedyne, prawdziwe kobiety. Piękne, uwodzicielskie i pełne wdzięku. Czaru dodają im zmysłowe zagłębienia w obojczykach i wydatne usta. Mam do tego słabość, one doskonale to wiedzą, uwodzą mnie, a ja wiem, że moje pożądanie z każdym spojrzeniem rośnie i czym bardziej chcę, tym trudniej złamać ich niedostępność.
Ja zbyt szybko się zakochuję, kobiety zbyt szybko odchodzą. Zawsze łączy je niezdolna psychika, takie genetyczne skrzywienie, które czyni je tragicznymi istotami gubiącymi się w rzeczywistości zwanej codziennością. Łączy ich Werterowska wędrówka, chęć kochania i nieumiejętność zdobycia recepty na przetrwanie. Kochają kolor zielony, mimo, że nigdy nie byłyby wstanie ubrać się w szaloną zieleń. Gubią się w niezapomnianych podróżach z których nie przywożą zdjęć, bo nie miał kto uchwycić ich marzeń. Jedne śnią o brunetach z piwnymi oczami i śniadą cerą, kończąc w łóżku zagubionego rudzielca. To zagubienie pogłębia się na wszystkich płaszczyznach emocjonalności, a kiedy zatapiają się we łzach wzdychając do marzeń wiszących na trupiej szyi, dogania ich świadomość prawdziwej miłości, pędzącej prosto z mojego serca. Wtedy ona już nie może, bo ma dziecko i męża na odwyku. Albo trudno uwierzyć w rzeczywistość i narysować ją własnymi rękami.
Każda moja kobieta była chora. Na życie, na śmierć, na głowę i serce. Zakażone zaawansowanie, rozdwajały swoje jaźnie albo nerwicowo dusiły moje wielkie oddanie gołymi rękami. Zaś inne zazdrośnie zamknęły cały świat na klucz, połykając go śmiertelnie. Udusiłem się. Potem ktoś powiedział, że mogę jeszcze żyć. Kopnął mnie w wątrobę i przestałem pić. Przestałem pić i zacząłem lepiej widzieć. Przeszywam kobiety na wskroś, zjadam myślenie i wypluwam mieszaninę sprzeczności. Ktoś kiedyś powiedział, że kobiety są skomplikowane. Owszem, skomplikowały się całkowicie, zakręciły wokół własnej szyi, powyginały wszystkie kończyny. To emocjonalne daltonistki, z ambicjami w dłoniach, rzucają nimi w ludzi, niczym końskim gównem. Cała historia muzyki, świata, człowieka, literatury i ludzkiego nieszczęścia ma korzenie w zajadliwej nieustępliwości i wrednej naturze kobiet. Każdy śpiewa płacząc, wielu mężnych żołnierzy zginęło w imię miłości do kobiety która zdradzała z sowieckimi oficerami. Miliony drzew usycha nad wyrytymi inicjałami, które były skutkiem tragicznych wyznań miłosnych. Zginął Romeo i Werter, w łeb strzelił sobie Don Juan de Marco. Tak nikt o tym nie mówi, ale to prawda. Najpierw rozpisywali się na temat skomplikowanego życia, potem skutków miłości, tylko dlatego, że albo wyjechała w siną dal, albo robiła na złość oddając się innemu. Wyrzućmy do śmieci całe zbiory wielkich nieszczęśliwie zakochanych twórców poezji i prozy, to okaże się, że jesteśmy nadzy i bez przeszłości, urodzeni wczoraj, nie mając na koncie zbrodni i świństw. Czyści i spokojni, do momentu, kiedy na światło dzienne nie wyjdzie niewinna kobieta. Kochałem, a teraz tylko wzdycham do tych prawdziwych, będąc szczęśliwie samotnym.



to taki nieśmiały powrót bo długiej nieobecności na forum. zatem łaskawiej prosze :)

pozdrowka

Opublikowano

końcówka z tym wyrzuceniem poetów i prozaików mi się podoba. zostaniemy nadzy, urodzeni wczoraj, ładne :)

ogólnie bardzo mi się podoba. melancholijna tęsknota do klasycznej kobecości. miło, że jeszcze ktoś do tego tęskni. takie teksty powodują, że staję przed lustrem i próbuję sobie wydłubać zagłębiena przy obojczykach (bo ich nie mam)...

pozdrawiam

Opublikowano

dzieki za komentarz Brygido, tesknota czyni czlowieka szlachetniejszym, tak przynajmniej mi sie wydaje ;), w obojczykach nie trzeba dlubac wystarczy wytrawne oczy by dostrzegly ich piekno ;)

Dyzio - no coz jedni dlubia w obojczykach czujac tekst inni w nosie nie czujac go wogole, ale wiadomo rzecz gustu

zatem dzieki za komentarze

pozdrawiam
dytko

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

dzieki za +. Spod kobiecej klawiatury wyglada monumentalniej :). Stad tez moja wieksza radosc z tego faktu :)... bo myslalem ze zostany obrzucony blotem.

Gdzie ci mezczyzni? odpowiedz na to pytanie jest tak trudne, ze nawet Sokrates zrywalby sobie wlosy z glowy. Ja zrywac nie bede, bo nawet nie podejme proby odpowiedzi. Nie dlatego, ze nie chce, poprostu nie umiem.. jak to juz w swiecie bywa... na mezczyznach znaja sie tylko kobiety a na kobietach.. wlasnie wy kobiety. To taki wasz zyciowy potencjal z ktorym byc moze trudno jest sobie poradzic.. a my mezczyzni nauczeni dzentelmenstwa chcemy wam pomoc udzwignac ten ogromny ciezar w efekcie co slabsi wysiadaja na przystanku "nienawisc" i takie tam pokrewne ;)

zdrowia i godnego chlopa zycze ;)

dytko

Opublikowano

Z kobietami nie jest łatwo (nikt nie mówił, że będzie). Prawdziwych kobiet jest niewiele. Na szczęście znam kilka :)
dytko - refleksja niezgorsza. Ubrałeś tekst w znane poglądy, ale ta nostalgia jednak przyciąga. Naturalnie technicznie wymaga poprawek.

Opublikowano

Jest pomysł, są emocje, i jest autentyzm, ale tekst chyba niedopracowany, niektóre sformułowania utykają, a niektóre są wyświechtane lekko (lustro do którego się pije, personifikacja ironii, absurdu - to wszystko było). Jak dla mnie tekst zdecydowanie za mało zindywidualizowany - paradoksalnie - bo przecież bardzo osobisty.
Tekst robi wrażenie pewnego fragmentu strumienia świadomości, ale strumienia, który pod wpływem emocji przeskakuje z jednej płaszczyzny na drugą, nie troszcząc się o przyczynę i skutek. Można ten fragment podzielić na mniejsze części, które w zasadzie przy takim podziale wytrzymałyby i zachowały autonomię. Popracowałbym jednak nad spójnością. A tematyka wstrętna, bo czytelnik zaczyna myśleć: "cholera, facet ma rację, gdzie się podziały te PRAWDZIWE kobiety?", a doskonale wiemy, że One wciąż są.

Sentymentalna, lekko patetyczna, wprowadzająca w melancholijny nastrój, podróż pociągiem, który wcale się nie spieszy i nie zatrzymuje gdzie popadnie, toczy się powoli dając podróżującym czas na to, aby jedno mogło wreszcie zdobyć się na chwycenie drugiego za rękę, na przypadkowe otarcie się o siebie w drodze z wagonu do wagonu. Nie jestem na nie, ale ja nie wsiadam.

Pozdrawiam.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Początek i środek bardzo mi się podobają. Wnikliwe i ciekawe- jestem pod wrażeniem. Tylko koniec mnie roczarował.
1)"Każdy śpiewa płacząc, wielu mężnych żołnierzy zginęło w imię miłości do kobiety która zdradzała z sowieckimi oficerami." wiesz dziwi mnie to, ale chyba nie znasz historii, sowieccy żołnierze, oficerowie gwałcili kobiety w czasie wojny i szczerze wątpie ,że któraś oddawała się dobrowolnie. Rozmawiałam z moja babcią , która opowiedziała mi , że nie oszczędzili nawet spraliżowanej kobiety. A jak powszechnie wiadomo rosyjska armia była malo,co kulturalna.
2)trochę mi się nie podoba, że wrzucasz wszystkie kobiety do jednego worka, stwierdzając jaką mają naturę. Wiesz każdy człowiek jest inny- są różni faceci i różne kobiety. Powiem Ci jedno,że pracuję z ludźmi i to co zdążyłam zaobserować- dwoje ludzi którzy są w związku-są podobni do siebie. Podobieństwo na pierwszy rzut jest widoczne- czasem jest to zachowanie, podobna twarz, ta sama dziwna cecha bądź nawyk, dziwna pasja, ta sama fryzura. Można tak długo wymieniać, dlatego pisząc o swoich chorych kobietach, piszesz w jakiś sposób o sobie.
3)"Czyści i spokojni, do momentu, kiedy na światło dzienne nie wyjdzie niewinna kobieta. Kochałem, a teraz tylko wzdycham do tych prawdziwych, będąc szczęśliwie samotnym."
Zadaje sobie pytanie czy można byc szczęśliwym samotnym?Ale skoro tak mówisz. Po za tym nie napisałeś , że kobiety potrafią dać szczęście- dać nadzieje- dać miłość .Potrafią z największego nieudacznika zrobić najszczęśliwszym człowiekiem.I myśle że, Adam w raju by się nudził bez Ewy:)Pa pozdrawiam. Ps ..chętnie wrócę do tego opowiadania:)

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

zgadzam sie z Toba Rusalko. Jednak, gdyby byl to tekst osobisty, poniekad biograficzny, mozna by uznac, ze cos ze mna nie tak. Jednak tekst to totalna abstrakcja. na temat kobiet mam zupelnie inne zdanie anizeli wynika to z tekstu. Owszem sa rozne kobiety, sa rozni mezczyzni.. ale czy zawsze musimy tak mowic? nie. jesli ktos pisze o zlych ludziach, nikt nie wtyka mu - ze sa tez dobrzy.. owszem sa, ale tekst tyczy tych zlych. jesli ktos pisze o katastrofie titanica, nikt nie wtraci mu, ze sa statki ktore ocalaly, bo to nie w tym tkwi moral pewnego wycinka rzeczywistosci- abstrakcji. Jesli mowie kobiety, nie musze wyliczac i wymieniac ktore. Wiadome powinno byc ze tyczy sie to pewnego zbioru kobiet.. jesli tego tak interpretowac sie nie da, znaczy ze moj tekst jest tresciowo slaby.

dziekuje za uwage
pozdrawiam
dytko

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Nic dodać ,nic ująć.Życie! Hmmmm... Kobiety otumanione Avanti, od dziecka babrane "Bravo girl" i innymi bzdetami ,zawsze cool, zawsze trendy i z płonącą skórą milionów sztucznych słońc-solariów. Kiedyś ich uszy rozpalała poezja,słowa ,dziś tylko smętny szum banknotów i durnowate uśmieszki "metroseksualnych pseudogejów" O! Tak! Faceci też dziadzieją! Kosmetyczka,solarium,fryzjer ,pierdu - pierdu, siłownia ,ech.. Męski gatunek ginie ,a ciągnie go w dół coraz wredniejszy i zimny kobiecy egocentryzm. Czyżby to koniec cywilizacji? Upadek świętości? Na zachodzie pijane małoletnie przebierają się w stroje pielęgniarek ,albo króliczków i szukają napalonych facetów na ogniste orgie "Jesteśmy suczkami!" - mówią "Chcesz?ja jedna,was dwóch,albo my dwie,ty jeden" . I biedne chłopaki,którym wmówiono,że polowania były złe (mówią to matki klepiąc schabowe!!!) ,a cała męskość to nic innego jak tylko ładna fryzurka i biała koszulina na opalonym ciałku. Ohyda! Gdzie ci mężczyźni?? Gdzie te kobiety??

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...