Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dlaczego ONZ jest taka bezradna w sprawie konfliktu Izrael -Liban.
Czy politycy tej organizacji nie zdają sobie sprawy że jest możliwe
(abym się mylił) iż może to doprowadzic do katastrofy na skale
światową.Czy ludzkośc już na zawsze jest skazana na jej niemoc.

Opublikowano

To proste ,skoro jest gorąco twoja siostra
zażywa zimnej kąpieli by się ochłodzic.
Ale na moje pytanie spróbuj odpowiedziec,
lecz pierw weż kąpiel ponieważ mam odczucie
że mnie nie zrozumiałeś ale wybaczam ci to bo
wiem że nie wszyscy wytrzymują takie upały.

Pozdrawiam Waldemar

Opublikowano
Czy ludzkość już na zawsze jest skazana na jej niemoc?

Sądzę, że żadna organizacja skupiająca tyle państw o tak różnym
podejściu do zasadniczych spraw nigdy nie będzie zdolna do żadnych
bardziej zdecydowanych działań, a działań szybkich - chyba w ogóle.
Z drugiej strony "ludzkość" nie wypracowała póki co innego modelu
"wspólnego działania". Być może ONZ da się teoretycznie usprawnić
i uczynić organizacją choć odrobinę bardziej "adekwatną" do sytuacji
panującej na naszym burzliwym globie, ale w praktyce wszystko
spełza na niczym w zdeżeniu z chciwością, obłudą, głupotą, tchórzostwem
itp. tradycyjnymi czynnikami. Podczas gdy niemal każda misja "Błękitnych
Hełmów" niesie ze sobą fiasko, kompromitację lub w najlepszym przypadku
zgniłą, nie zmieniającą niczego stagnację - role rozjemcy starają się
przejmować lokalne (np. Australia) czy globalne (wyłącznie USA) potęgi
militarne. Chcąc nie chcąc - wobec kompletnego jak się wydaje paraliżu ONZ -
świat musi się pogodzić z takim obrotem spraw. Podobnie teraz na B. Wschodzie
(jak zresztą od wielu lat) rola głównego negocjatora spada na USA.
Moim zdaniem, dopóki ONZ nie zostanie rozwiązana lub nie zreformuje
się, będziemy świadkami dalszego przejmowania jej statutowych zadań
przez państwa dominujące w danym regionie.
Opublikowano

ONZ -Srebrenica, pamiętamy....

NIech lepiej dzieciaczki z ONZ nie ładują się w ten konflikt, bo tylko naknocą...

Dlaczego tak jest? Bo pewnych spraw nie da się rozwiązac pięknymi ideami, tylko własnym poświęceniem, a do tego nie ma chętnych, a ci co byli chętni to już sie poświęcili....

Ten konflikt musi być rozwiązany siłami społeczności arabskiej i żydowskiej i niestety oddać swoją daninę krwi, inne próby tylko go przeciągną w czasie i nie zmniejszą ofiar....

Niestety takie jest życie i logika faktów.....

Opublikowano

Tak naprawdę świat nie potrzebuje ONZ. To organizacja anachroniczna i nigdy tak naprawdę nie spełniająca swojej funkcji. Podczas zimnej wojny była areną zmagań dwóch bloków, w tej chwili jest areną zmagań USA z krajami, które nie mogą się pogodzić z utratą pozycji mocarstwowej i z dominacją jednego supermocarstwa.

Opublikowano

Trafnie postawione pytanie. Niestety czasem tak rzeczywiście jest, że ONZ nawiązuje do swojej wielkiej poprzedniczki Ligi Narodów, której nieudolność w jakimś stopniu doprowadziła do II wojny światowej idąc na coraz to większe ustępstwa i przymykając oczy na łamanie traktatu wersalskiego. Mimo pewnych porównań nie stawiał bym jednak znaku równości. ONZ ma jednak na koncie nie tylko same porażki, tak więc przykro mi Bartoszu, choć masz wiele racji w tym co piszesz, w tym zgodzić się z tobą nie mogę, ciężko mówić o spektakularnych sukcesach organizacji, której głównym celem jest zapewnianie bezpieczeństwa. Nie wiadomo jak wyglądała by sytuacja w miejscach gdzie jest teraz ONZ gdyby go tam nie było. Jaro Sław wspomniał o Srebrenicy, tak wielka to porażka sił pokojowych, ale musimy być sprawiedliwi to były takie a nie inne lata tam ONZ miała związane ręce, wielki wpływ na te wydarzenia miała Rosja to ciągle była ich strefa wpływów, przecież tajemnicą poliszynela jest ilu wysokich rosyjskich oficerów zasiadało w sztabie głównym serbskiej armii, a skąd Serbowie brali broń? Przykro mi to pisać i robię to z wielkim bólem, ale powiedzmy prawdę to dzięki tragedii w Srebrenicy podniosło się larum opinii publicznej na całym świecie i dzięki temu Rosjanie musieli wycofać swoje poparcie i w tedy już nie ONZ ale NATO pozwolono zrobić tam porządek, wcześniej mogło by się to zakończyć konfliktem na który świat nie mógł sobie pozwolić. ONZ jaka jest taka jest, nie jest to organizacja idealna i należy dążyć do jej zreformowania, nie ulega jednak faktom, że taki nawet niedoskonały strażnik musi być, niestety Amerykanie wszystkiego nie załatwią sami. Bliski wschód o tym pisano już prace magisterskie, doktoranckie itd. niestety to jest tak skomplikowana sprawa, której i najmądrzejsze głowy nie rozwiążą. Fakty są takie nikt i nic w tym rejonie świata nie jest wstanie wygrać z potęgą Izraela, a już na pewno nie jest w stanie zmazać go z mapy co przecież Hezbollah zawsze stawiało sobie za najwyższy cel. W normalnych warunkach strona, która nie może osiągnąć już swego celu jest przegrana, nie zawsze pokonana, ale powinna rozpocząć rokowania pokojowe. Niestety na bliskim wschodzie sytuacja jest diametralnie inna, Hezbollah nigdy nie przyzna się do porażki a według ich ideologii trzeba walczyć do ostatniego żołnierza, do ostatniej kropli krwi. Ten ich fanatyzm w połączeniu co by tu nie mówić z Izraelską porywczością dale mieszankę piorunującą, dlatego tam nigdy chyba nie będzie pokoju a najgorsze jest to, że po obu stronach obecnego konfliktu giną niewinni ludzie, których jednym przestępstwem jest to, że tam żyją. Wracając teraz do tej bezsilności ONZ moim zdaniem jedną z recept mogło by być zniesienie prawa weta, niestety często bywa tak, że interwencja nie następuje gdyż jedno z państw posiadających to właśnie prawo uniemożliwia ją dlatego o wiele bardziej skuteczne są wojska NATO, które z kolei maja mniejszą legitymację do działania niż organizacja. Kończąc powiem tak ONZ jest jak demokracja, jest wadliwa, nieudolna, skorumpowana i pewnie jeszcze wiele... ale nic lepszego jeszcze nie wymyślono.

Opublikowano

Fagocie - przyznaję, że nie jestem ekspertem, ba! nawet nie interesuję
się aż tak wnikliwie sprawami światowej polityki i masz rację, że nie powinienem
był być może wydawać tak kategorycznej opinii na temat skuteczności misji
pokojowych ONZ. Najprościej będzie, jeśli wymienisz mi jakąś akcję stabilizacyjną
przeprowadzaną przez Błękitne Hełmy, a zakończoną sukcesem (tzn. dajmy
na to zapewnieniem ludności cywilnej autentycznego bezpieczeństwa). Srebrenica
leży w Europie, dlatego ta tragedia mogła wywołać małe trzęsienie ziemi.
Jednak w Afryce ONZ wyczynia podobno rzeczy straszne, choćby tylko przez
oddawanie niektórych rejonów objętych konfliktami pod auspicja Ligi Afrykańskiej,
co w praktyce równa się sprowadzeniu tam kolejnej bandy złodziei i morderców.

Oczywiście (i na szczęście) ONZ to także spora liczba pomniejszych organizacji
i programów, które radzą sobie nienajgorzej (choćby UNICEF). Podsumowując:
zgadzam się, że póki co nie wymyślono nic lepszego i warto ONZ zreformować,
ale kto to ma zrobić i jak - to wielka zagadka. Nie jestem optymistą w tej sprawie.

Co do "kwestii izraelskiej" to być może rzeczywiście polityczny byt tego państwa
jest na chwilę obecną niezagrożony, ale możliwość wybuchu konfliktu na dużą skalę
wciąż nad nim wisi - śmiem twierdzić, że w razie rozpoczęcia regularnej wojny,
Izrael nie zdołałby uchronić się przed ciężkimi stratami wśród ludności cywilnej.
Zresztą skutki czegoś takiego byłyby zupełnie nieobliczalne - myślę, że niestety
obawy na temat kolejnej wojny światowej byłyby uzasadnione.

Ale tak na koniec muszę się przyznać (jakkolwiek zabrzmi to cynicznie i okrutnie),
że czasem mam wrażenie, że Arabom przydałoby się takie krwawe katarsis. Oni zdaje się
mimo wszystko nie poznali jeszcze takiej traumy, jaką przeżyła Europa 1939-45.
Może to by im dało do myślenia, od razu poziom nienawiści i fanatyzmu by spadł...
Nie wiem - czasem tak sobie myślę. Pzdr!

Opublikowano

No dobrze jeśli chodzi o misje zakończone sukcesem to też i takich kilka się znajdzie. Największą misją pokojową jaką przeprowadziła ONZ były to działania w latach 1992/1993 w Kambodży i zakończyły się pełną demokratyzacją kraju a co za tym idzie i poziom bezpieczeństwa przeciętnego obywatela został podniesiony. Sięgając dużo głębiej w historie to w latach 1950/1953 (jeśli dobrze pamiętam) udało się utrzymać podział Korei a co za tym idzie zahamowano ekspansje komunizmu. Na początku lat dziewięćdziesiątych w zatoce perskiej to właśnie siły ONZ brały udział w tej operacji a w lutym 1991 roku wyzwoliły Kuwejt. Nie zapominajmy o wspominanym bliskim wschodzie, parę rezolucji Rady Bezpieczeństwa nie zostało wykonane do dziś ale często też ONZ wymuszała zaprzestanie walk w czasie konfliktów zbrojnych na tym terenie. Jeśli chodzi o Afrykę, to prawda, że sytuacja tam jest ciężka ale pamiętajmy o tym iż ONZ utrzymuje się ze składek członkowskich, a większość państw niestety nie jest zainteresowana pomocą temu regionowi (nad czyn osobiście boleje) dlatego oddaje się tam prowadzenie misji lokalnej organizacji. Choć i nawet tam w Afryce ONZ nie odnosiła tylko porażek, w latach sześćdziesiątych interwencja w ówczesnym Kongu (obecnie Zair) doprowadziła do utrzymania niepodległości przez ten kraj, co prawda przemiany polityczne nastąpiły tam jakie nastąpiły, jednak wtedy zapobiegnięto być może eksterminacji ludności tego kraju.
Podobnie jak ty nie jestem wielkim optymistą jeśli chodzi o reformę ONZ, ale uważam, że najgorsze w tym wypadku co można zrobić to ją rozwiązać, no chyba, że stworzono by coś lepszego w co już zupełnie nie wierze.
Wracając na bliski wschód na pewno rozpoczęcie operacji lądowej przez Izrael na pewno poniesie za sobą konsekwencja do wojny prawdopodobnie włączy się Syria, nie wiadomo jak zareaguje Egipt, do tego jeszcze Hamas pewnie będzie chciał coś „ugrać” na tej wojnie. Jednak czysto militarnie, żadna z tych sił nawet w połączeniu z wszystkimi pozostałymi nie oprze się potędze militarnej Izraela, to jest zawansowana technologia, dobrze wyszkolona armia, i duże możliwości mobilizacji, pamiętajmy, że tam zarówno kobiety jak i mężczyźni podlegają bardzo długiej obowiązkowej służbie wojskowej (kobiety 2 a mężczyźni 3 lata, jeśli dobrze pamiętam), dużym zagrożeniem będą na pewno ataki terrorystyczne, ale w czasie konfliktu zostaną radykalnie zaostrzone i tak już wysokie środki ostrożności, pozostają rakiety ale na to też są sposoby, poza tym kiedyś się one Hezbollahowi skończą a rakieta nie pistolet czy granat nie tak łatwo ją przemycić w środek konfliktu. To wszystko powoduje, że Izrael czuje się niezagrożony i tu jest wielka rola ONZ a także opinii światowej aby nieco temperować działania Izraela. Wojna to niestety polityka dla tych panów na górze ich ta cała sprawa, jakich by rozmiarów nie przybrała, nie dosięgnie oni maja swoje schrony zarówno jedna jak i druga strona, przesuwają oddziały na mapie, wydają rozkazy jakby grali w szachy i większość z nich nie zdaje sobie sprawy a może po prostu nie chce sobie zdawać sprawy, że przez ich decyzje czyjś syn, mąż czy ojciec już nigdy nie wróci do domu z tej wojny. W tym brudnym konflikcie jedni i drudzy maja brud za paznokciami a wystarczyło by tylko trochę dobrej woli. Mamy tu niestety sytuacje patową fanatycy to ludzie, którym ciężko przemówić do rozsądku bo są to ludzie mało rozsądni, w dodatku kierowani przez często wyrachowanych przywódców, a z drugiej strony kraj, który (paradoksalnie) notorycznie powiększa liczebność tych wrogów. Przecież jeśli się przeprowadza operacje zabicia jakiegoś terrorysty i przy okazji zabija się 30 cywili to trzeba to nazwać po prostu głupotą. Patrząc na to czysto pragmatycznie, jeśli człowiekowi jakiś kraj zabija w takich „udanych operacjach” całą rodzinę to nie trudno przewidzieć, szczególnie biorąc po uwagę mentalność tych ludzi, że człowiek taki obwiesi się ładunkami i rozerwie na jakimś przystanku lub centrum handlowym. No cóż ale jak już napisałem dla tych, którzy wydają rozkazy, zarówno z jednej jak i drugiej strony życie ludzkie nie przedstawia wartości.
Mimo wszystko uspokajał bym przed popadaniem w panikę bliski wschód już nie raz płoną i nie raz pewnie będzie i nie przychylał bym się do zdania, że może doprowadzić to do konfliktu na skalę globalną, choć teoretycznie jest taka możliwość, ale wielu krajom nie na rękę była by taka wojna, przecież państwa, które stanęły by po różnych stronach robią ze sobą interesy a ich zerwanie po prostu by się im nie opłacało.
Mówisz o katharsis, może i masz trochę w tym racji ale Ci ludzie też wycierpieli nie mało w swojej historii, a fanatyzm po czymś takim raczej w ich kulturze się wzmacnia niż osłabia. Niestety nie tylko tam ale w ogóle ludzie nie rozumieją prostej zasady, że przemoc zawsze rodzi przemoc a nienawiść, nienawiść nie trzeba daleko szukać wystarczy popatrzeć na nasz kraj, kraj, który był świadkiem największego w dziejach człowieka ludobójstwa, gdzie „fabryki śmierci” potrafiły zabijać dziennie nawet do 40 może 50 tysięcy ludzi i niech mi ktoś powie jak w takim kraju mogą (w sumie legalnie) istnieć organizacje neonazistowskie, antysemickie? Niech ktoś to mi wytłumaczy bo mój umysł tego po prostu nie ogarnia o wiele bardziej niż konfliktu na bliskim wschodzie...

Opublikowano

Nie wiem co mam powiedzieć w tej kwestii, ale przypomniało mi sie co mi wczoraj powiedział na ten temat mój kuzyn:

"wszystkiemu winni są życi, którzy trzymaja na wszystkim łapę"

Opublikowano

Lata 50', 60' - inne ONZ, inny świat przede wszystkim. Dobrze, że przypomniałeś
tą Kambodżę, mi wyleciało z głowy, a faktycznie jak się wydaje coś tam pchnęli
do przodu.

Co do B. Wschodu, to powtarzam - w razie wybuchu regularnej wojny, Izrael
na pewno poniósłby znacznie większe straty - militarnie rzeczywiście górują
nad wszystkimi sąsiadami, co już nie raz udowodnili, ale przypominam, że taka
np. Syria ma więcej i to znacznie lepszych rakiet niż Hezbollah... No, ale masz
całkowitą rację, że nikomu nie była by na rękę taka wojna - stanem idealnym
jest to, co widzimy obecnie; wszyscy na tym robią potężne pieniądze, tam terroryzm
to przede wszystkim świetny biznes, a takie konflikty jak ten zapewniają koniunkturę
na następne długie lata.

Co do naszego pięknego kraju, to faktycznie i ja nie raz zadaję sobie to pytanie:
skąd u nas ten antysemityzm bez Żydów, czy rasizm bez emigrantów... To musi być
jakaś post-endekowsko-komunistyczno-ciemnogrodzka mieszanka starych, dziedzicznych
uprzedzeń, nawyków i głupoty. Ale i tak mam wrażenie, że obecnie sytuacja jest lepsza
niż choćby w latach 90' - a gdyby w polityce nie byli obecni określeni ludzie, to byłoby
to w ogóle zjawisko marginalne. Tak mi się wydaje. Pzdr!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...