Uderzam ci do głowy
grzesznym kaprysem,
zamkniętym w ciężkim krysztale.
Sącz mnie powoli,
aż krew zacznie szumieć złotem.
Perlę się jak kawior -
ziarnem, które przeklęło światło.
Porzuć tę nudną delikatność.
Zmiażdż mnie leniwie,
niech zostanie po mnie słona otchłań.
Rozpuszczam się niczym gęsty, nocny balsam -
cień plantacji,
który więzi twój oddech.
Liczy się tylko taka chwila,
w której mój mrok stapia się z twoim znużeniem.
Pulsuję ciężkim szkarłatem -
purpurą gorączki.
Kiedy mnie smakujesz,
staję się żarem, który trawi,
lecz nie zostawia blizn.
Chłoń mnie. Sącz mnie.
Wdychaj to duszne opium przed upadkiem.
Będę twoim spleenem.
I tym, co go ukoi.