Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wbiegliśmy do korytarza prowadzącego bezpośrednio na kosmodrom, gdy nastąpił kolejny, potężny wstrząs. Dojrzeliśmy, że na biegnącego przed nami doktora osuwa się fragment ściany korytarza. Gdy znaleźliśmy się obok stwierdziliśmy, że blok skalny przycisnął go do podłoża, uniemożliwiając uwolnienie się spod ciężaru.
– Pomóżcie! – wysapał, ujrzawszy nas.
– Zaczęliśmy się we dwójkę siłować z odłamem, jednak przesunięcie go przekraczało nasze możliwości fizyczne.
– Nie damy rady – wyszeptała Suliko.
– Idźcie po jakiś łom, czy coś w tym rodzaju – odpowiedział Nobody. Wtedy jakoś sobie poradzicie. Pan redaktor zna się trochę na tym – nawet w tak dramatycznym położeniu pozwalał sobie na złośliwe uwagi.
– Nie mamy na to czasu – odrzekłem.
– A poza tym, o ile dobrze pamiętam, pan nie został, by ratować swoich zasypanych współpracowników – dodała Suliko. – Musi sobie pan radzić sam.
– Ty suko! – wysyczał. – I tak sami sobie nie poradzicie. Nawet nie dostaniecie się za drzwi prowadzące do promu.
Tak, to prawda. Muszę chyba pobiec na centralny plac i przeszukać ten złom...
Suliko rozejrzała się wokół.
– Chyba nie ma pan racji, doktorze. Przez drzwi przejdziemy.
Podbiegła kilkanaście jardów i zdjęła ze ściany pomalowany na czerwono topór strażacki. Wróciła do pułapki, wzięła zamach i odrąbała uwięzionemu kciuk i część palca wskazującego. Kompletnie zaskoczyła mnie swoim zdecydowaniem i determinacją. Dotąd nie znałem jej z tej strony.
– Przepraszam pana, ale to się już chyba panu nie przyda.
Nobody zawył z bólu, a Suliko podniosła odrąbane palce i pobiegła w stronę drzwi. Podążyłem za nią. W drodze towarzyszyły nam przekleństwa doktora. Gdy znaleźliśmy się przed drzwiami przyłożyła opuszkę palca do płytki skanera. Tymczasem z korytarza dobiegł jakiś dziwny szum. Obróciłem głowę i dojrzałem zbliżającą się ścianę wody.
– Szybko, Suliko! Musiała puścić tama.
Na szczęście po kilku sekundach drzwi otworzyły się bezszelestnie i przeszliśmy na drugą stronę. Woda za nami była tuż-tuż.
– Jak to się zamyka? – zapytałem retorycznie i zacząłem się przyglądać obramowaniu drzwi w poszukiwaniu jakiegoś przycisku, jednak nic takiego nie zauważyłem. Natomiast na wewnętrznej ich płaszczyźnie dojrzałem taką samą płytkę jak po przeciwnej stronie.
– Skaner, Suliko!
Suliko przyłożyła obcięty palec do płytki. Drzwi zaczęły się powoli zamykać. Wyjrzałem na korytarz i dostrzegłem utykającą pumę, niosącą w pysku zakrwawione kocię. Drugi maluch podążał za matką.
– Otwieraj!
– Co się stało? – Suliko ponownie przyłożyła palec do płytki.
Nim zdążyłem odpowiedzieć rodzina pum, nie zwracając uwagi na naszą obecność wśliznęła się do pomieszczenia i natychmiast ukryła się w jakimś zacisznym miejscu.
– Skąd się tu wzięły? – zdziwiła się Suliko.
– Widocznie pole siłowe przestało działać i spadły do jaskini
Suliko ponownie zabawiła się w odźwiernego, ale woda dotarła już do końca korytarza i stawiała opór. Naparliśmy wspólnie na drzwi i – stojąc po kolana w wodzie – wspomogliśmy siłę urządzenia zamykającego, odcinając przy tym dalszy napływ wody.
Wyjrzałem Przez „judasz” i stwierdziłem, że woda prawdopodobnie znalazła sobie jakieś inne ujście, bo zaczęła się cofać.
– No i co teraz? – bezradnie zapytała Suliko.
– Nie mam pojęcia, ale musimy się rozejrzeć. Nie wyrzucaj palca – może się nam jeszcze przydać.
Zaczęliśmy obchodzić jaskinię, aż natrafiliśmy na kolejne, tym razem nie zabezpieczone drzwi. W środku znajdowało się kilka kombinezonów kosmicznych.
– Jaki rozmiar pani sobie życzy? Trzydzieści sześć?
– Dół tak, ale góra trzydzieści osiem.
– Przykro mi, ale na składzie aktualnie posiadamy jedynie rozmiary czterdzieści i czterdzieści dwa. Proszę łaskawie zajrzeć do nas w przyszłym tygodniu. Postaramy się specjalnie dla pani sprowadzić odpowiedni rozmiar.
W czasie tej rozmowy mocowaliśmy się z zakładaniem kombinezonów. Chyba nam się to udało wykonać poprawnie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Następnie podbiegliśmy do wieży startowej i stanęliśmy na platformie windy. Po wciśnięciu guzika winda ruszyła i dowiozła nas do pomostu łączącego wieżę z włazem promu. Przeszliśmy po niej i tu palec doktora ponownie okazał się nieodzowny.
Weszliśmy do kabiny.
– Skurwysyn! – powiedziała Suliko.
Spojrzałem na nią pytająco.
– Pamiętasz, jak mówił, że wszyscy, którzy zdążą będą mogli uciec? Przecież tu są tylko cztery miejsca.
– Faktycznie, skurwysyn. Miał pełną świadomość, że niewielu ludziom uda się stąd wydostać.
Zasiedliśmy miejsca w fotelach, choć może bardziej stosownym byłoby określenie „położyliśmy się”, jako że prom był ustawiony w pozycji pionowej i po podłączeniu odchodzących od skafandrów rur i przewodów do odpowiednich gniazd z boków foteli rozpoczęliśmy zapoznawanie się z urządzeniami. Ja dokonywałem analizy części przypominającej pulpit pilota samolotu, Suliko zaś zajęła się komputerami. Po kilku minutach moja nieoceniona specjalistka od spraw informatyki stwierdziła triumfująco:
– No, to pole siłowe nad nami zostało otwarte. Teraz zaczynamy przygotowanie do startu. Umiesz się modlić?
– Mogę spróbować.
– No to módl się. – Suliko wcisnęła „enetr” na klawiaturze. Rozległ się delikatny pomruk jakichś pomp, czy silników, a na pulpicie rozbłysło kilka monitorów.
– Ile potrwa to pzygotowanie? – zapytałem.
– Procedura standardowa trwa trzy godziny, ale jest opcja „start awaryjny”, bez kompletnego testu urządzeń.
– To chyba jest start awaryjny? Uruchom go! I tak nasze szanse nie są zbyt duże.
Suliko wcisnęła kilka klawiszy. Poczułem , że skafander napełnia się powietrzem. Po chwili rozległ się potężny huk i nagle potężna siła wcisnęła nas w oparcia foteli, a rakiety nośne uniosły prom, ponad platformę startową. Narastające przyśpieszenie doprowadziło mnie prawie do omdlenia, lecz po chwili odzyskałem świadomość. Spojrzałem na Suliko. Zniosła start chyba nieco lepiej, ale jej twarz była bardzo blada. Chciałem ją zapytać o samopoczucie, gdy nasz pojazd dostał kolejnego impulsu, a ja ponownie zacząłem zapadać w niebyt. Gdy ocknąłem się z zapaści poczułem niezwykła lekkość. Stwierdziłem, że nie leżę już na oparciu, lecz siedzę, jak w samochodzie. Spojrzałem w okno. Nad głową ujrzałem błękitną planetę.
Tak, Ziemia jest w górze, a więc niezupełnie, jak w samochodzie. No chyba, że w samochodzie po dachowaniu.
Popatrzyłem na uśmiechniętą Suliko i rozpiąłem pasy bezpieczeństwa. Po lekkim dotknięciu siedzenia uniosłem się w przestrzeni, o ile tak można określić ciasne wnętrze kabiny. Po krótkiej chwili Suliko odłączyła hełm i dołączyła do mnie.
– Próbowałeś się całować w nieważkości? – zapytała.
Ja również zdjąłem hełm.
– Nie próbowałem, ale zapewniam cię, że potrafię całować tak, że nawet w warunkach ziemskiego ciążenia poczułabyś się jakbyś przebywała w kosmosie – zażartowałem.
– Już sprawdzam.
Suliko wpiła się w moje usta.
– Nieźle – rzekła przerywając pocałunek. – Sprawdzimy jak to będzie na Ziemi, ale najpierw trzeba na nią powrócić. Bierzmy się do roboty!
– Co mam niby robić. Wcisnąć hamulec i szukać gładkiego kawałka pola?
– Ja zajmę się komputerem, a ty możesz sobie oglądać widoczki.
Nagle w kabinie zrobiło się ciemno. Na naszym promie nastała noc. Kiedy jednak zrobiłem ruch dłonią włączyło się oświetlenie.
– Sprytnie pomyślane – stwierdziłem. – Zwykły czujnik ruchu i włącza się światło. Spojrzałem na Ziemię. Była ciemna i tylko tu i ówdzie widoczne były słabe światła.
– Jak myślisz gdzie jesteśmy? – zapytałem.
– Bo ja wiem... Może nad oceanem, albo nad Afryką?
Miała rację. Po chwili zrobiło się nieco jaśniej i dojrzałem w górze ośnieżony szczyt Kilimandżaro, a zaraz potem granatową, przechodzącą w błękit przestrzeń oceanu. Lecieliśmy na północny-wschód.
Zajęliśmy miejsce w fotelach i Suliko podjęła przerwane czynności przy komputerze, ja zaś znalazłem w górnej części kabiny umocowany na regulowanym ramieniu spory teleskop. Obniżyłem go i spojrzałem przez okno. Mijaliśmy Indochiny i wlatywaliśmy nad Pacyfik. Po jakimś czasie dotarliśmy nad wybrzeże Ameryki i stwierdziłem, że ginęło ono w chmurze gęstego dymu, czy pyłu, przez którą tu i ówdzie przenikał odblask ognia i dopiero Nevada ukazała nam się w całej okazałości.
Krążyliśmy tak, przeżywając co kilkadziesiąt minut zmiany pór dnia.
– No jak tam u ciebie? – zwróciłem się do Suliko. Masz pojęcie ile dni już tak krążymy. Zdechniemy tu z głodu.
– Uspokój się. Wszystko jest na dobrej drodze.
Wróciłem do swoich obserwacji i po którymś tam okrążeniu stwierdziłem, że chmura dymu znad zachodniego wybrzeża zaczyna się przesuwać na wschód. Widocznie zaczęło wiać od oceanu.
Podczas kolejnego przelotu nad Kalifornią włosy zjeżyły mi się na głowie. Całe zachodnie wybrzeże od Seattle, aż do końca Półwyspu Kalifornijskiego utworzyło dwie oddzielone kontynentu wąską cieśniną wyspy. Na końcach wysp przylegających do dzielącego je skrawka wody dostrzegłem resztki konstrukcji Golden Gate. Wyraźnie było widać ziejące ogniem i dymem Mount St. Helen, Three Sisters, Mt. Shasta oraz kilka jeszcze, nie znanych mi z nazwy wulkanów.
– Patrz, Suliko.
Spojrzała i po prostu rozpłakała się.
– To pieprzony skurwiel – powiedziała, gdy już się nieco uspokoiła. Wiesz gdzie nasz prom ma wylądować? W Północnej Korei. Nie chciałam ci tego mówić wcześniej i próbowałam coś zmienić, ale to przekracza moje możliwości.
– A próbowałaś połączenia radiowego, lub przez sieć? Z Houston, lub Cap Canaveral?
– Nie próbowałam. Ale to może być jakaś szansa. – wróciła do komputera.
Po upływie kilku kolejnych dni i nocy i powtarzanych wielokrotnie próbach wywołania centrali NASA w końcu z głośników rozległ się żeński głos:
– Houston. O co chodzi?
– „Houston, mamy problem” – zacytowała Suliko.
– Telewizji nie oglądacie? Cała Ameryka ma problem. Zgłoście się na policję, ale oni też są dosyć zajęci.
– Houston, nie rozłączajcie się. Mówimy z przestrzeni kosmicznej. Jesteśmy amerykańskimi dziennikarzami i orbitujemy w kosmosie.
– Ha! Ha! Orbitujecie? Nie róbcie sobie głupich żartów!
– Ale to jest prawda. Znajdujemy się w promie kosmicznym i okrążamy ziemię. Nie potrafimy wylądować.
Po drugiej stronie przez chwilę zapanowała cisza.
– Na jakim promie? – do mikrofonu odezwał się jakiś mężczyzna. – Jakim sposobem znaleźliście się w nim.
– Na rosyjskim. Nazywa się Buryevyestnik. To po rosyjsku oznacza albatros – zwróciła się do mnie.
– Buryevyestnik? Taki prom nigdy jeszcze nie był w kosmosie. To jest prototyp. Skąd żeście się tam wzięli, do diabła?
Suliko streściła całą naszą historię.
– To ciekawe... Bezpośrednio po pierwszych wstrząsach doniesiono nam o starcie UFO, a to był wasz prom. No to faktycznie macie problem. U nas zapanowało prawdziwe piekło, a poza tym nie mamy czym po was polecieć. Ale skontaktujemy się z Rosjanami. O ile wiemy mają coś przygotowanego do startu. Nie rozłączajcie się – kiedy tylko czegoś się dowiemy powiadomimy was. Przy okazji – przelatujecie nad Zachodnim Wybrzeżem?
– Tak.
– Możecie opowiedzieć, co widzicie?
Włączyłem się do rozmowy i zacząłem opowiadać o wszystkim, co mogłem dojrzeć z orbity.
– Proszę opowiedzieć o wszystkim jeszcze raz – nasz rozmówca przerwał moją wypowiedź.– Słucha was prezydent.
Powtórzyłem wszystko od nowa. Kiedy skończyłem prezydent podziękował mi za relację i obiecał osobiście porozmawiać z prezydentem Rosji w sprawie naszego powrotu na ziemię.
Następnie przeszukaliśmy znajdujące się w kabinie skrytki, w których znaleźliśmy jedzenie i picie. Udało nam się również odszukać toaletę. Na szczęście była w niej wywieszona instrukcja obsługi – co prawda po rosyjsku, ale Suliko biegle posługiwała się językiem swojego ojca i przetłumaczyła mi wszystko, dzięki czemu nie doszło do katastrofy ekologicznej na pokładzie. Potem zapadliśmy w drzemkę.
Obudziły nas płynące z głośnika rosyjskie słowa:
– Zdrawstwujtie amierikanskije żurnalisty.
– Zdrawstwujtie druzja! – odpowiedziała Suliko.
– Zdraw... Helo! – dołączyłem się do pozdrowień.
Rosjanie przeszli na angielski i wytłumaczyli nam, jaki mają plan.

Opublikowano

"jednak przesunięcie go przekraczało nasze możliwości fizyczne" - może "było ponad nasze siły" - to opowiadanie jest przecież pełne grozy, więc opowiadający jak wyobrażam sobie musi wyrażać się ekspresyjnie i w sposób zwięzły.

"zdjęła ze ściany pomalowany na czerwono topór strażacki" - opowiadający jak wyobrażam sobie musi wyrażać się ekspresyjnie i w sposób zwięzły - więc może bez "pomalowany na czerwono"?

"drzwi otworzyły się bezszelestnie" - opowiadający jest podniecony swoją opowieścią, a słuchacze chcą wiedzieć co zdarzyło się dalej - więc opowiadający pomija nie znaczący fakt tamtejszego bezszelestnego otwierania się drzwi.

Ja proponowałbym autorowi przejrzenie całego tekstu pod takim właśnie kątem. Jeśli autor lubi szczegółowe komentarze, to chętnie na to przystanę, ale pod warunkiem, że równie dokładnie Pan Leszek przejrzy, przeanalizuje moje teksty. Pozdrawiam :)

Opublikowano

Niezupełnie sie z tobą zgadzam Don Cornellos. To nie jest sportowa relacja na żywo, by bohater opowiadania popełniał błędy typu "na boisku walczą Beldzy i Holendrowie", jak to przydarzyło sie pewnemu znanemu (świętej pamięci) sprawozdawcy. To jest relacja pisana ex post. Inna sprawa, gdybym pisał z pozycji obserwatora - wtedy rzeczywiście mógłbym poddawać się emocjom. No, może z tymi drzwiami, to masz rację. Ale na razie nie poprawiam, w oczekiwaniu na więcej uwag krytycznych.

Opublikowano

"– Pomóżcie! – wysapał, ujrzawszy nas.
– Zaczęliśmy się we dwójkę siłować z odłamem, jednak przesunięcie go przekraczało nasze możliwości fizyczne." - o jeden enter za daleko

"Chyba nam się to udało wykonać poprawnie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Następnie podbiegliśmy do wieży startowej i stanęliśmy na platformie windy." - nieoczekiwana zmiana czasu

"Całe zachodnie wybrzeże od Seattle, aż do końca Półwyspu Kalifornijskiego utworzyło dwie oddzielone kontynentu wąską cieśniną wyspy." - od

"judasz" - wydaje mi się, że się odmienia

Co do opowiadania, to większe wrażenie niż zniszczenie zachodniego wybrzeża zrobiły na mnie odrąbane palce doktora. Żywemu człowiekowi tak brutalnie odrąbać palce??? Gdyby trup, to rozumiem, ale żywemu...
No i co z tego że doktor zły? No i co? Szczerze mówiąc, nie zostałem do końca przekonany, że doktor to samo zło, które można by w tak brutalny i bezwzględny sposób potraktować... Gdyby zginął to rozumiem, ale żywemu... brr.
Reszta poza tym, moim zdaniem, bardzo ok.

Pozdrawiam Serdecznie

Opublikowano

Dziękuję za uwagi, poprawki naniosę. Odrąbane palce ci się nie spodobały? Przyznaję, że mi również, ale była taka koniecznośc i to z dwu powodów: po pierwsze trudno, by moi bohaterowie czekali na śmierć doktora, a po drugie... o tym w kolejnym, ostatnim już odcinku.
Co się tyczy judasza. Miałem wątpliwości, ale doszedłem do wniosku, że judasz (pisany z małej litery) należy jednak odmieniać tak, jak to zrobiłem (kog?co? - judasz), ale jeśli ktoś wie jak powinno byc naprawdę, czekam na podpowiedź.
Pozdrawiam.

Opublikowano

kogo? co? (widzę) - judasza
Suliko wcisnęła entr - enter

oj nie mam dziś głowy do szukania błędów - chyba w poprzedniej części w ostatnim akapicie zgubiłeś jakieś słowo -teraz sobie nie przypomnę. Sprawdź jak będziesz miał chwilę. Ogólnie tekst od strony technicznej dobrze napisany. Więcej napiszę po ostatniej części.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Chodzę jak na szpilkach Biodrami zataczam spiralę Spojrzeniem Idę wolniej w dół Tam gdzie skarby schowane Biodrami zataczam spiralę Prowadzę dłońmi wnet Tam gdzie skarby schowane Naciągam spojrzenie kuse Prowadzę dłońmi wnet Po drodze zbieram klejnoty Naciągam spojrzenie kuse Zakrywam nieco iluzję cnoty Po drodze zbieram klejnoty Spojrzeniem Idę wolniej w dół Zakrywam nieco iluzję cnoty Chodzę jak na szpilkach
    • Mało! Woła mu Nel. Tlenu mało! Wołam
    • Ale antał piwa RP sprawi płatna Ela
    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...