Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Czas mijał. W kącie sali Esmeralda z Amandą zaczęły odstawiać erotyczną szopkę, imitując na stole gorącą miłość lesbijską. Klęczały, niby na jakimś ołtarzu, splecione w namiętnym uścisku. Były dużo bliżej celu, niż ona, lecz patrząc na gęby i ubrania zachwyconych pokazem „ziutków”, nie była w stanie odczuwać zazdrości. Całą trójką, w milczeniu, przyglądali się scenie na stole. Nagle Kuba zwrócił ku niej wzrok i powiedział:
- Jest sprawa...
Uśmiechnęła się z ulgą. A jednak!
- Jest delikatna sprawa do omówienia.
- Taak - zrobiła wielkie oczy - Zamieniam się w słuch.
- Bo ja bym chciał, żebyśmy wszyscy razem...
Od początku zakładała taką możliwość, a mimo to, poczuła się zaskoczona, nawet lekko rozczarowana. Podwójny wysiłek, podwójne ryzyko..., podwójny zarobek. Rzadko przystawała na taki układ. To zależało głównie od tego, kto wchodził w grę.
- A kolegę pytałeś?
- Po co? On wie, że ja bym chciał.
Krystian skinął głową.
Chrząknęła, maskując wahanie. Kuba był uprzejmy i nawet przystojny, lecz pijani faceci nie należeli do jej ulubionych klientów. Bywało, że nie mieli czym zacząć lub nie mogli skończyć. Pewnej nocy jeden z nich zasnął na niej, sprawiając, że omal się nie udusiła. Krystian trzymał się lepiej. Trochę ją kręcił. Lubiła mężczyzn po przejściach, takich, co znają życie, czegoś mogą nauczyć, coś pokazać. W końcu skinęła głową.
- Tylko z kulturą - zastrzegła - Żadnych odchyłów.
- Jesteśmy przerażająco normalni - skwitował Kuba.
- Nie ma ludzi normalnych - odparła i poszła po klucz do pokoju.
Otworzyła im drzwi i przepuściła przodem.
Ciepłe barwy, ciepłe światła i tyle chłodu - pomyślała, zerkając na swoje odbicie w jednym z kilkunastu luster, które Sławek kazał za montować na ścianach i suficie.
Pokazała swoim gościom łazienkę. Rozebrała się do bielizny i ułożyła na poduszkach. Lubiła się w tych lustrach. Mogła bez końca patrzeć na tę wyuzdaną kobietę, jaką już niebawem miała przestać być.
Krystian poszedł pod prysznic, a Kuba przysiadł na rogu łóżka. Był stremowany, może nawet przerażony. Zawsze zastanawiała się, co takich młodych facetów ciągnie do burdelu - potrzeba, żądza, ciekawość? - nigdy jednak nie ośmieliła się zapytać. Teraz, kiedy po raz ostatni korzystała z tego pokoju, poczuła, że nie jest w stanie się powstrzymać.
- Pierwszy raz?
- No. Tutaj tak.
Nie pasował do tego miejsca. Może za sprawą miękkiego spojrzenia, rysów twarzy, sposobu bycia. Nie wiedziała.
- Po co? Nie masz kobiety?
Milczał. Powieka lewego oka drżała mu nieznacznie. To był jedyny objaw zdenerwowania, jaki zdołała uchwycić.
- Odeszła?
- Nie warto o tym mówić.
- Jak chcesz.
Znów banał. Tyle czasu korciło ją, by zaryzykować, a słodka obietnica gorących wyznań okazała się serią krótkich mruknięć.
Zmienili się w łazience. Nagi Krystian nie wyglądał apetycznie. Miał ogromne brzuszysko i okropnie chude nogi, które, wie wiedzieć czemu, utrzymywały resztę ciała w pionie. Pochwycił jej spojrzenie i... tak, zawstydził się.
- W młodości trochę boksowałem - usiadł obok niej i zapalił papierosa. Palił dwa razy więcej, niż jej dziadek, zanim pewnego dnia dosłownie nie wypluł zrakowaciałych płuc - Trener mówił, że mam talent, ale nigdy nie będę mistrzem.
- Czemu?
- Bo mam zbyt drobne ręce i za chude nogi.
- Są ok.
- Nie są. Chciałbym mieć lepsze, ale życie to nie koncert życzeń, tylko randka w ciemno.
Wolała, żeby się nie tłumaczył. Nie przepadała za marudami i mazgajami. Przychodziło ich tu zbyt wielu, by starczyło jej cierpliwości. Krystian jednak stanął na wysokości zadania - zamiast ciągnąć swój smętny wywód, zaczął masować jej stopy. Wyciągnęła się na łóżku i z rozkoszą przyjęła tę nieoczekiwaną pieszczotę.
- Ja mam za małe piersi i żyję - powiedziała.
- Są ok.
Wybuchli śmiechem. Kuba wyszedł z łazienki, zasłaniając ubraniem podbrzusze.
- Widzę, że już jest wesoło...
Edyta uniosła lekko głowę.
- Co tam ukrywasz?
- Eee, hydraulika mi zaskoczyła.
- No, ja myślę. Obraziłabym się, gdyby było inaczej.
Cisnął ciuchy na podłogę. Miał ładne, choć nieco za chude ciało. Pokazała mu palcem, żeby podszedł. Rozerwała opakowanie prezerwatywy i sprawnie założyła gdzie trzeba. Krystian przez cały czas pieścił ją tak umiejętnie, że nie potrafiła utrzymać zawodowego dystansu. Raz się żyje - pomyślała.



*


Z grubego komina sączyły się kłęby szarego dymu, tworząc sztuczną chmurę na przejrzystym niebie. Szum pojazdów dobiegający z pobliskiej drogi wdzierał się do pokoju przez uchylone okno. Zabłąkana mucha, bzycząc, raz po raz uderzała o szybę. Krystian czuł się trochę, jak ona. Widział świat, jakiego pożądał, lecz nie potrafił się do niego przedostać.
Leżeli we trójkę na niezbyt szerokim łóżku w jego kawalerce. Nikt nie spał, ale też nie kwapił się do wstawania. Kiedy Krystian sięgnął po papierosy, Edyta zamruczała:
- Oj, nie pal w łóżku.
Spojrzał na nią zdziwiony, jednak zanim zdążył zareagować, szybko dodała:
- Przepraszam. Myślałam, że jesteśmy u mnie.
- Do mnie było bliżej - uśmiechnął się i wyszedł do łazienki.
Deska klozetowa zazgrzytała niegrzecznie, gdy na niej usiadł. Na koszu z bielizną leżał stos nie przeczytanych gazet. Od paru lat miał czas na czytanie tylko w kiblu, choć ostatnio nawet tam nie umiał się skupić. Nadal nie wiedział co robić. Przychodziła mu do głowy ta sama, natrętna, zbyt ogólnikowa myśl: wyjechać i zapomnieć.
Bezmyślnie wertował kartki kolorowych magazynów, próbując znaleźć coś, co mogłoby go zainteresować. Niczego takiego nie znalazł. Natknął się za to na kolorową reklamę jakiegoś biura podróży. Dalekie kraje, luksusowe hotele, ciepłe morza, piaszczyste plaże, wszechobecna nagość. Najlepszy sposób na terapię - przemknęło mu przez myśl.
Zapalił następnego papierosa. Odkąd został biznesmenem, był kilkanaście razy na Słowacji, raz w Czechach i w Niemczech, ale służbowo. Polskę za to zjeździł wzdłuż i wszerz, zbierając reklamy od Ełku po Jarosław, od Białegostoku po Zieloną Górę. Mógłby na palcach wymienić regiony kraju, w których jeszcze nie był. Był turystycznym patriotą w myśl zasady - cudze chwalicie, swojego nie znacie. Od paru dobrych lat cała Europa, ba, cały świat stał otworem, a on uparcie penetrował rodzime zakamarki. Czas to zmienić - pomyślał i wybiegł z łazienki.
- W twojej lodówce wieje wiatr - stwierdziła kwaśno Edyta.
Zmarszczył brwi. Początkowo nie zrozumiał przenośni, choć mu się spodobała.
- Mówię, że zakupów dawno nie robiłeś.
- Mieszkam tu od paru dni. Nie zdążyłem.
- Miał wielki dom, a w nim wielką spiżarnię - wtrącił Młody z głębi kuchni.
- Smutne - rzekła zmieszana Edyta.
- Możemy zjeść na mieście - podjął Krystian.
- Nie. Już ja coś wymyślę - pokręciła głową i zaczęła przetrząsać kuchenne szafki.
Krystian zrobił krok do przodu, żeby widzieć ich oboje.
- Posłuchajcie. Z uwagi, na trudny czas, jaki mnie czeka, chciałbym was o coś prosić. Zostańcie ze mną tydzień lub dwa. Pozamykam pewne sprawy i gdzieś sobie razem pojedziemy. Co wy na to?
- Nie ma sprawy - odparł szybko Młody - Też potrzebuję odpoczynku.
Edyta pobladła lekko, potem lekko poczerwieniała. Usiadła na taborecie i przyjrzała im się z tym samym zabawnym błyskiem w oku, jakim kilkakrotnie poczęstowała go zeszłej nocy.
- Co wy kombinujecie? Przecież wcale się nie znamy.
- Wiesz o nas więcej, niż my o tobie. Jesteśmy chwilowo w dołku i potrzeba nam wypoczynku przed wspinaczką z powrotem. Kuba to wykształcony facet, ja trochę nadrabiam miną, nie ma powodów mówić, że coś ci z naszej strony grozi. Kto wie, może się zaprzyjaźnimy.
- A nie jest czasem tak, że potrzeba wam dobrego dymania?
- Mogę mówić tylko za siebie. Tak. Chodzi mi właśnie o to. Zapłacę ile zechcesz.
Bardzo chciał, żeby została, ale widząc jej wahanie, stopniowo przestawał w to wierzyć. Polubił ją, a nawet zaczął szanować. Z trudem wyobrażał sobie sytuację, że będzie musiał poszukać innej.
- Wiecie, co? Zjedzmy najpierw śniadanie - rzekła porozumiewawczo.
- Świetna myśl - dodał Młody.
W takim razie zostawiam was. Zróbcie mi tylko mocnej kawy. Młody, wiesz jaką lubię.
Wrócił do pokoju. Łóżko było już zaścielone, śmieci z grubsza sprzątnięte. Uśmiechnął się zadowolony. Włączył komputer i sprawdził stan konta w Internecie. Kwota wydała mu się zaskakująco wysoka. Zerknął na przychodzące przelewy. Jedna z firm, dla której nie zdążył wykonać usługi, przelała pieniądze na podstawie samej umowy, jeszcze przed otrzymaniem faktury.
- Dzięki piękne - mruknął z mściwą satysfakcją - Przyda się na drobne wydatki.
Zapomniał ich zawiadomić, że plajtuje. Przez chwilę kusiła go myśl, by odesłać pieniądze, ale zdusił ją w zarodku. Zastanawiał się tylko, czy trzymać pieniądze na koncie, czy napchać nimi skarpetę.
Młody postawił przed nim filiżankę pachnącej kawy i zasiadł z Edytą do naleśników z resztką dżemu i Nutelli.
Jedli w milczeniu. Edyta zjadła dwa naleśniki, Młody chyba z osiem.
- Gdzie ty to mieścisz? - zaśmiała się.
- Żołądek zajmuje większą cześć mojego ciała.
- Lepiej cię ubierać?
- Raczej tak.
Krystian obrócił się w fotelu. Przyglądał się z radością, jak oboje promienieją blaskiem młodości i drzemiącej w nich energii. Sam zaprzepaścił najlepsze lata na pijaństwo, włóczęgi i spacerowanie po celi. Z tego powodu nie chciał się starzeć. Ciągle wierzył, że ma na to czas i otaczał się młodzieżą, próbując czerpać z tych kontaktów siły witalne i ochotę do życia.
Młody nagle zniknął. Pewnie w kiblu - zaśmiał się w duchu Krystian.
- Fajny facet - stwierdziła Edyta - Jakie studia kończył?
- Wiesz, że nie wiem?! Polonistykę albo coś takiego.
- A ty?
Chrząknął zakłopotany. Lubił o sobie mówić, ale istniały sprawy, na których temat wolałby milczeć.
- Próbowałem kilku szkół, a przez rok nawet studiowałem prawo w Toruniu. Skończyłem jednak tylko zawodówkę górniczą.
- Zdałeś na prawo?!
- Niezupełnie. Przyjęto mnie bez egzaminu, tylko na podstawie dokonań w dziedzinie pojednania ofiar ze sprawcami przestępstw. To bodaj najtrudniejsze zagadnienie, z jakim spotyka się współczesne prawo. Z jednej strony skrucha, z drugiej wybaczenie. O skruchę sprawcy łatwo, o wybaczenie ofiary trzeba walczyć.
- Skąd się to u ciebie wzięło?
Krystian z trudem próbował zebrać myśli. Bezpośredniość Edyty w takim samym stopniu ujmowała go, co zwyczajnie krępowała. Znał tylko jedną kobietę, która to potrafiła. Dziś miała męża, dzieci i pracowała jako sędzia w rejonowym sądzie gospodarczym. Westchnął ciężko na myśl, że mu z nią nie wyszło.
- Nie zawsze byłem taki jak teraz. Za komuny za byle co trafiało się do więzienia. Dziś chuliganów czeka co najwyżej grzywna lub kurator. Lubię myśleć o sobie, jako o więźniu politycznym, ale w świetle prawa nie umiałbym tego udowodnić.
- Jesteś szczery - powiedziała tylko Edyta.
- Jestem - podjął - Lech Wałęsa wyciągnął mnie z tego bagna i sprawił, że na nowo uwierzyłem w siebie i świat, jako miejsce do życia. Przez kilka dobrych lat spłacałem społeczny dług, aż pewnego dnia ego popchnęło mnie do spróbowania swoich sił w szaleństwie biznesu. Dziś wiem, że nie powinienem mu na to pozwolić.
- I co dalej?
Pytanie zawisło w próżni. Krystian pokręcił głową i rozłożył ręce w geście bezradności. Ze zdziwieniem obserwował Edytę, która wstała i podeszła bliżej. Stanęła za nim, położyła mu ręce na ramionach i zaczęła masować mu kark.
- Zostaniesz z nami? - zapytał cicho.
- Chciałabym, ale już nie jestem dziwką. Skończyłam z tym.
- Jak mam to rozumieć?
- Jeśli będzie tak dobrze, jak wczoraj, możemy to robić przez dwa tygodnie lub dwa lata, ale jak powiem, że nie chcę, to nie i koniec. Nic na siłę.
- Nie ma sprawy.
- Skoro wszystko jasne, to idę do wanny. Kuba czeka z kąpielą.
Krystian poczuł igiełkę zazdrości i dumę. Młody się rozkręcał, a o to przecież chodziło.
Odwrócił się do komputera. Setka maili czekała na odpowiedź. Pobieżnie przejrzał kilkadziesiąt i hurtem wykasował. Pozostawił tylko te, które dotyczyły spraw prywatnych. Postanowił przeczytać je innym razem.
Zrobił sobie jeszcze jedną kawę. Z filiżanką w dłoni stanął przy oknie i obserwował jadące samochody. Mieszkanie w pobliżu głównej drogi wiązało się z pewnymi niedogodnościami, jak ciągły hałas czy poziom zanieczyszczeń, lecz miało jedną dobrą stronę - w ciągu kilku sekund można było znaleźć się na trasie do Bielska, Krakowa lub Katowic.
Usłyszał za sobą ciche kroki. Obejrzał się. Młody z mokrą czupryną, ale już ubrany, uśmiechał się zagadkowo.
- My z Edytą zajmiemy się biurem, ty pozamykaj konta i sprzedaj samochód. Kupimy potem jakiegoś rzęcha na moje nazwisko.
Krystianowi łzy stanęły w oczach. Przyjaciel musiał myśleć za niego i szło mu całkiem nieźle.
- Albo nie. Pojedziemy jutro razem na giełdę do Gliwic. W twoim stanie możesz puścić brykę za pół darmo.
- Młody..., dzięki, że jesteś.
- Ja też dziękuję Bogu, że jestem. Wbrew pozorom, parę razy mogło mnie nie być. Bierz dupę w troki. Nasza pani zaraz będzie gotowa.
Krystian przygarnął kościstą postać Młodego z ścisnął z całej siły. Nic nie zatrzeszczało, nic nie pękło. Był kruchy, ale nie słaby.
- Czyś ty z gołą babą w wannie odprawę robił??? - zapytał przyjaciela.
- Coś w tym rodzaju.
Weszła Edyta. Była kompletnie ubrana, na twarzy miała lekki makijaż. Roześmiała się głośno.
- Chętnie popatrzę jak to robicie, ale później. Mamy robotę.
Młody oderwał się od niego jak poparzony.
- Nie podobam ci się? - rzekł Krystian zalotnie.
- A fuj. Zgiń maro paskudna.
Ze śmiechem ruszyli do drzwi.

  • 2 tygodnie później...
  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

życie to nie koncert życzeń, tylko randka w ciemno. - to sobie wkleję do katalogu "złotych myśli"
- W twojej lodówce wieje wiatr - j.w.
Tutaj naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Jestem zdania, że twoje dzieło dojrzało do tego, by zbłądzic pod strzechy. Niestety, powiem ci szczerze, że tytuł jest do dupy. Nie wiem, jak zakończy się twoja historia, więc trudno coś podsunąc, ale na podstawie dotychczasowych wydarzeń mógłby to być : Upadek Tymona, Wahadło, Spirala, Huśtawka, a ostatecznie Beer story.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...