Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zimno. Kiedy mróz kłuje ciało, nie jesteśmy często w stanie skupić myśli na czymś
konkretnym, na sprawach poważnych, nurtujących nas swoją zagmatwaną strukturą. Nasze problemy zamarzają jak woda lub przechodzą w stan lekkiego puchu, tworzącego feerię barw wypływających z ciepłego oka latarni. Dziewczynka z zapałkami, konająca na środku ulicy, w swojej imaginacji buduje raj. Zamarzające ciało, spadająca temperatura, odmrożone członki są nieistotne, wszystko to pozostaje na Ziemi, myśli wędrują do transcendentnej Arkadii.
Chłód koił duszę, tłumił krzyki zamknięte w czaszce, niczym czarny całun,
zakrywający mroczne widma błąkające się w szklanej kuli wróżbity. Krew pulsowała mu w skroniach, jak nowicjuszowi który dostąpić miał upragnionej inicjacji, jak dziewczynce z zapałkami na widok ciepłych obrazów. Powietrze przebijało jego ubranie, chłodne palce zimy dotykały jego nóg, pełzały po brzuchu i piersiach, włosy jeżyły mu się na rękach. Zielona poręcz była jego piedestałem, ołtarzem na którym miało dokonać się misterium, portalem do innego wymiaru. Nie czuł już lęku, ból jak krew wypływająca ze świeżych ran, zastygł nagle w tej półmrocznej, chłodnej chwili. Twarze odpływały z jego pamięci, czyny gniły, wysychały i ulatniały się w tej obłędnej ekstazie. Czarna postać na poręczy mostu rozłożyła ręce, czyniąc z siebie cielesny krzyż. Na most powoli wjechał radiowóz policyjny, zatrzymał się, utrzymując zapewne dystans, który miał nie zdenerwować samobójcy. Z nieba, jak najdelikatniejsze dźwięki w muzycznym arcydziele wszechświata, posypały się płatki śniegu. Drzwi samochodu otwarły się powoli, bezszelestnie, wyłonił się z nich młody mężczyzna w granatowym uniformie. Cisza zalała most. W oddali migotały światła wież, ulic, budynków. Śniegowe gwiazdy spływały na rękawy rozłożonych rąk młodzieńca, powoli odwrócił głowę w stronę policjantów. Drugi z nich już był na zewnątrz pojazdu, skierował zaciśniętą dłoń w kierunku postaci na barierce, pstryknięcie wypluło z latarki strumień mocnego światła, prosto na twarz ofiary. Zielone źrenice zacisnęły się, powieki zmrużyły błyskawicznie. Twarz jego, neutralna i łagodna do tej pory, stała się nagle przerażająca
- Wyłącz to! – krzyknął policjant stojący bliżej barierki z desperatem. Reakcja nastąpiła
błyskawicznie – znowu zapanował półmrok. Spadający śnieg rozbijał skąpe światła latarni,
ścieląc atmosferę jakąś niewyjaśnioną łagodnością. Stojący bliżej zrobił ostrożnie krok naprzód, wyciągając przy tym rękę ku młodemu, zaczął:
- Posłuchaj...
- Cicho – przerwał mu łagodny głos – Jesteśmy tacy prości, że sami nawet nie możemy
rozwikłać tego banału którym jesteśmy. Odwrócił głowę i rzucił się w otchłań. Styczniowy dzień zakończył się dla niego.



*

Zieleń, błękit i złoto. Wiatr odpoczywał, od czasu do czasu ziewając łagodnie i
leniwie. Zboża falowały wtedy jak obrusy na obficie zastawionych stołach. Na horyzoncie wierzby i plamki jezior. Tafla nieba odbijała w sobie pasące się stada owiec.
Gęstwina wysokiej trawy poruszyła się, z radosnym śmiechem wyskoczyła z niej mała
dziewczynka. Stanęła przed grupką rówieśników, ukrywając za sobą dłonie.
- Patrzcie! – drobne rączki Niny uniosły szklany słój wypełniony w połowie konikami polnymi.
- Teraz musimy je policzyć.– zaproponował blondyn o jasnej cerze skropionej piegami – Kto pierwszy?
- Ja mogę! Nina radośnie odkręciła swój słoik i przesypała jego zawartość do foliowej torebki. Dzieci usiadły wokół niej.
Niewinne istoty na soczystozielonym kobiercu rozpoczęły zabawę. Chwilami
zrywały się, kiedy to jakiś owad wyskoczył z dłoni i mknął na wolność. Należało go złapać, jeszcze miał się przydać. W pobliskim gaju stukał dzięcioł, serie dźwięków wydawanych przy tej czynności mieszały się ze śmiechem dzieci.
- Widzisz, Michał ma najwięcej, dwadzieścia, ty masz piętnaście. – orzekł blondynek. – Przykro mi Nina. Na cześć najlepszego łowcy: hip hip hurra!!!
Dzieci otoczyły zwycięzcę, czarnowłosego o zielonym spojrzeniu. Stał w środku szczęśliwy.
Kiedy krzyki ustały, młodzi myśliwi zaczęli odkręcać szklane wiezienia i wypuszczać je na wolność. Zerwał się blondyn i krzyknął do zgromadzonych:
- Stójcie! Jeszcze nie koniec, czeka nas kolejny test. Ostatni. Myśliwy nie tylko musi być sprytny.
- Co masz na myśli Paweł? – zapytała Nina
- Prawdziwy łowca umie zabijać…
Zapadło milczenie. Blondyn podszedł do zwycięzcy, włożył dłoń do kieszeni i wyciągnął pudełko zapałek.
- Masz, zabij je!
- Mam je podpalić?! Krzyknął przerażony Michał
- Nie, masz je poprzebijać.
Zielonooki zaniemówił, w głowie miał mętlik Stał ze słojem w ręku jak posąg. Nagle ze zgromadzonych podbiegła do niego Nina. Stanęła przed nim, patrząc mu w oczy.
- Cykor! – krzyknęła nienawistnie i wyrwała mu z rąk słoik. Powoli odkręciła pojemnik i zanurzyła w nim swoją drobną rączkę. Wyjęła wybraną przez siebie ofiarę i zamknęła pojemnik. Wokół wszystko jakby zamarło, stukanie dzięcioła ustało. W niewinnych paluszkach jednej ręki trzymała owada, przebijając jego odwłok zaostrzoną zapałką. Dziki uśmiech satysfakcji pojawił się na jej twarzy. W oczach Michała pojawiły się łzy.
- Cha cha cha, beksa, cykor! Śmiechy dzieci wybuchły w martwej ciszy. Krąg niewinności został zerwany. Chłopiec oderwał się od grupy, wybiegając poza pierścień otaczających ją drzew. Słońce szczodrze błogosławiło tę krainę złotem. Wiatr spał, dzięcioł odleciał, zboża salutowały w blasku dnia.

Et in Arcadia ego


*

I jeszcze jeden stopień. Drzwi. Białe z aluminiową klamką. Brudne. Michał wytarł
buty, grzebiąc jednocześnie w fałdach zielonego, wyciągniętego swetra. Po chwili wyjął spod niego klucz, przywiązany do sznurówki. Trzask, trzask! Dwa obroty klucza i zamek poddał się woli chłopca. Wszedł do przedpokoju i zdjął buty, opierając się o ścianę. W skarpetkach przemierzył mieszkanie w poszukiwaniu żywych istot. Nie było nikogo. To dobrze – pomyślał i przeszukał kuchnię. Tym razem rozglądał się za jedzeniem. Nie znalazł. To źle – pomyślał. Ale za chwilę jego głód przepędziła wesoła muzyka z magnetofonu. Chłopiec klęczał przy starym kasprzaku i przewijał kasetę, szukając ulubionej piosenki. Znajdując bliską mu melodię, usiadł w starym zniszczonym fotelu i zamknął oczy. Śnił.
Pragnął wielu rzeczy. Jedną z nich było wieczne pióro. Widział raz takie w sklepie
papierniczym, ale było drogie. Nie miał pieniędzy, matka nie chciała mu go kupić, gdyż długopisy były o wiele tańsze. Raz dostał od ciotki stare wysłużone pióro, jednak robiło straszne kleksy, kiedy się nim pisało, a gdy poleżało chwilę nieużywane, zaraz zasychała stalówka.
Śnił. Spełniało się jego marzenie. W kiosku przed blokiem, o dziwo, w zasięgu wzroku z kuchennego okna, na wystawie za szklaną ścianą, leżało wieczne pióro. Nagle on i mama, znaleźli się przed okienkiem sklepu. Zacisnął dłonie w pragnieniu, z całych sił, tak mocno jak marzył o prezencie. Paznokcie wbijały mu się w ciało. Najpierw gorąco, potem coraz chłodniej. Ból przechodził w ulgę. Dłonie rozchyliły się nieznacznie napełniane obcą materią. Czarny cienki przedmiot zaistniał w jego uścisku. Bum bum! Bum bum!
Bum bum! Otworzył szybko oczy. Siedział w fotelu. W przedpokoju rozległo się
kolejne uderzenie. Chłopiec zerwał się szybko, pokonując strach i otworzył drzwi do mieszkania. Stał w nich On. Śmierdział, parował i ślinił się. Obłędny wzrok przebił Michała.
- Ale się najebałem! – westchnął chrypliwie przybysz.
- Chodź – zaproponował chłopiec i wziął pijanego za rękę. Przemierzyli razem kilka metrów i znaleźli się w małym obskurnym pokoju. Razem usiedli na niskim łóżku. Śmierdziało potem, wódką i czymś jeszcze. Michał rozebrał mężczyznę.
- Położysz się tato? – zapytał z nadzieją chłopiec.
- Czekaj, pogadaj ze starym! – odpowiedział wesoło pijak.
- Ale o czym?
- Jesteś moim synem do cholery! Kocham cię! Może matka cię przestawia przeciwko mnie, ale ty jej nie słuchaj. Jestem twoim ojcem, pamiętaj! Wiesz, mój stary to mnie lał za byle co, a czy ja ciebie biję?!
- Nie tatusiu.
- Lał mnie jak cholera, za byle co, jak chciałem mieć rower, to musiałem wagony rozładowywać, rozumiesz?! Jak się z nim pobiłem, to mi lodówkę zamykali! A ty?! Ty to gówno o życiu wiesz! Stara cię rozpieszcza, a mnie życie nie szczędziło. I Milicja, te skurwysyny, za co oni mnie tak bili?!
Jego głos przechodził z tonacji skomlącego psa, do wrzasku szaleńca. Michał drżał
przerażony, przytakiwał i milczał. Wiedział, że jak sprawa potoczy się niepomyślnie, to znowu oberwie. Nie miał wpływu na myśli szaleńca, mógł tylko przytakiwać i mówić staremu, że bardzo go kocha. Pragnął jego śmierci, albo swojej. Jednak nie mógł nic zrobić, miał trzynaście lat i był sterroryzowany przez strach, którego źródłem był ojciec. A ten tylko eskalował nastrój obłędu, krzycząc po niemiecku, jakieś durne, wulgarne sentencje, których nauczył się w wiezieniu. Koszmar.
- Ty parchu, gnoju pierdolony! – wrzeszczał – Ja bym cię kurwa nauczył życia!
I wstał. Chwiejąc się, uniósł nad chłopcem kułak, żylasty, wypełniony spirytusem.


*

Wiatr szalał na ulicach miasta. Niczym wariat cieszący się niespodziewaną
ucieczką na wolność zza nieprzebitych murów więzienia. Miotał się od budynku do budynku, wyrywał gazety za stalowych ram reklamowych i rozszarpywał je jak pies ogarnięty żądzą niszczenia. Chciał być wszędzie, wpadał na przerażonych przechodniów, potrząsał torbami, jakby w ten sposób chciał sprawdzić ich zawartość. Po nieudanych próbach szamotania się z cudzą własnością, złośliwy desperat ciskał garścią pyłu i piachu prosto w twarz swojej ofiary. Wył przeraźliwie na rogach ulic, dręczył bezdomnych kryjących się w ślepych uliczkach pod stertami papierów i folii. Wspinał się po ścianach budynków wdzierając się podstępnie przez nieszczelne okna. Nieznośnym pogwizdywaniem dawał o sobie znać mieszkańcom, od czasu do czasu wzmacniając efekt szarpnięciem firanki. Z hukiem wpadał na dachy i przedzierał się jak w amoku w gąszczu anten telewizyjnych, łamiąc i przekręcając je. Tam w słabym świetle listopadowego słońca przesłoniętego bielmem starzejącego się roku dojrzał swoją kolejną ofiarę. Sine i ogromne na postać wielorybów w oceanie eteru wypoczywały ławice chmur. Z zacięciem dzikiej bestii skoczył prosto na nie z nieludzkim okrzykiem. Cerber rwał swoje ofiary na strzępy, strugi deszczowej krwi rozlały się po rynsztokach. Podobno kiedy wieje silny wiatr, poprzedniej nocy ktoś się powiesił.
Krople deszczu rozmazywały się na szybach baru. Jedna taka cząstka skupia w sobie
odbicie świata w zasięgu wzroku. Z jednej strony rozmazana ulica i ludzie chowający się przed deszczem pod dachami wystaw sklepowych, z drugiej zmęczone twarze klientów baru, którzy w niepokoju spożywają swój posiłek w przerwie obiadowej. Pod wpływem mocnego głosu kucharki szyba zadziałała jak membrana, przenosząc falę dźwiękową prosto w strukturę kropli, ta zachwiała się chwilowo w swym płynnym pokonywaniu wysokości szklanej ściany. Ta chwila nieuwagi wystarczyła, aby następna kropla, która pędziła tuż za nią, uderzyła w swoją rywalkę łącząc się z nią. Obie połączone runęły w otchłań zapomnienia.
- To znaczy… koniec…
- Rozumiem…
Dwoje ludzi przy stoliku patrzyło sobie w oczy. Kobieta i mężczyzna. Poszerzone źrenice szukały przeraźliwie blasku nadziei w oczach rozmówczyni. Nie znalazły, jej brązowe spojrzenie obmacywało kelnerkę. Ból i rozpacz wstrząsnęły światem zakochanego, jedyna luka w murze odgradzającym go przed niemiłosierną egzystencją zapchała cegła kolejnej porażki. Miłość nie istniała, istniała seksualność i popęd. Poczuł swoją ułomność, ujrzał ją teraz w całej jej wielkości. Był słaby, kruchy, nie nadawał się do istnienia. To nie był świat dla niego. Szukał, otwierał się, a życie w odsłonięte miejsca wpychało mu włócznie teraźniejszości. Żyć w zamknięciu. Rzyć w zamknięciu. Uśmiechnij się do życia, a dostaniesz w zęby z bezczelność. Łzy stanęły mu w oczach. Cha cha, dorosły facet i ryczy. Był niczym. A co najśmieszniejsze, myślał o sobie, jak o ofierze, której świat nie rozumie. Prawda była taka, że to on nie mógł zrozumieć rzeczywistości. Pieprzony marzyciel.


*


Szok termiczny. Kiedy cię dopadnie, nie możesz nic zrobić, tylko drżysz z zimna,
którego nawet nie możesz zanalizować. Nie ma chyba innego słowa, które trafniej określałoby ten stan. Szok jest najodpowiedniejszym. Nie panujesz nad ciałem. Toniesz, zachłystujesz się lodowata wodą, tracisz świadomość.
Zaatakował go chłód, jak uderzenie ostrza gilotyny. Ścięta głowa, która już do niczego
nie służy i ciało, które jeszcze miota się bezsensownie. Wszystkie myśli zamarzły i pękły jak sopel lodu rozpryskujący się o ziemię. Nieład. Cały wpadł pod lustro wody, jednak zaraz poczuł grunt pod nogami, odruchowo odbił się od dna rzeki. Tylko opanować oddech, nie pić wody, nie zachłysnąć się! Wdech powietrza. Ręce drżały, ciało stygło, temperaturą łączyło się z rzeką. Mógł już ruszać nogami, tak jak chciał. Ręce też po chwili odzyskały "świadomość". Czuł dno pod sobą i miał głowę na powierzchni. Nurt powoli ściągał go w dół rzeki. Skoordynował pracę kończyn i zaczął płynąć do brzegu. Błysnęło światło latarki, wysoko, gdzieś na moście. Męskie krzyki rozdzierały noc. Nieważne. Płynął do brzegu, coś mu zaświtało w tej jego durnej głowie. Uderzył ciałem o płytę przybrzeżnego lodu. Roztrzaskał ją sobą. Tafla była cienka i krucha. Jeszcze chwilę. Otarł się o brzeg. Starał się uchwycić wystających badyli, lecz były za wysoko. Prąd ciągnął go w dół. Nie teraz, kiedy postanowił, nie teraz, kiedy jest już tak blisko! Rzeka była nieustępliwa, bezlitosna. Nagle jej intencje okazały się jasne. Dno podnosiło się. Stopniowo, ale wyraźnie. Stał po kolana w lodowatej cieczy. Zaśmiał się głupkowato i zaczął ściągać z siebie mokre ubranie. Stał od pasa w górę rozebrany. Powoli wracało czucie w ciele. Niemiłe uczucie. Otworzył zaciśniętą dłoń. Czuł w niej źródło ciepła, coś wewnątrz niej emanowało życiem. Krótki, wąski przedmiot zalśnił w blasku księżyca. Stróżka atramentowej krwi zabarwiała śnieg u stóp zielonookiego.

Opublikowano

właściwie podoba mi się, czasem przegadane, wywalaj niepotrzebne słowa, bo psują nastrój, który całkiem nieźle tworzysz

Czarna postać na poręczy mostu rozłożyła ręce, czyniąc z siebie cielesny krzyż, ofiarę młodej krwi, której tak potrzeba do życia starej.- przegadane, zbyt patetyczne
Obie połączone runęły w otchłań zapomnienia - jw.
Zielone źrenice - tęczówki mają kolor, źrenice sa zawsze czarne
Kiedy cię dopadnie, nie możesz nic zrobić, tylko drżysz z zimna,
którego nawet nie możesz zanalizować. Nie ma chyba innego słowa, którym można by było określić ten stan - powtórzenia
mota - miota

gdzieś jeszcze była literówka, ale nie mogę teraz znaleźć, to było "w" zamiast "we" albo jakoś tak

pozdrawiam

Opublikowano

Dzięki. Tylko kropelek jakoś nie mam odwagi rozbić o zwyczajny parapet :)
I z tą młodą krwią... to miała być aluzja do starego pokolenia, ale masz rację, zbyt patetycznie, rozliczę się z nimi kiedy indziej.

Opublikowano

Nareszczie przeczytałem coś konkretnego...stary , nie zwalniasz tępa, dajesz na całego,
Niepotrzebne tylko wprowadzenie. Według mnie powinien się zacząć od zdania Dziewczynka z zapałkami konająca na środku ulicy w swojej imaginacji buduje raj. Swoją drogą to zdaniejest przecudowne, fantastyczne zdanie!!!.

albo to : "Wiatr szalał na ulicach miasta. Niczym wariat cieszący się niespodziewaną
ucieczką na wolność zza nieprzebitych murów więzienia. Miotał się od budynku do budynku, wyrywał gazety za stalowych ram reklamowych i rozszarpywał je jak pies ogarnięty żądzą niszczenia. " - ja pierd...

Poniższy fragment czytałem kilka razy i wciąż do niego wracam i to nie przez bezsenność.

Ból i rozpacz wstrząsnęły światem zakochanego, jedyna luka w murze odgradzającym go przed niemiłosierną egzystencją zapchała cegła kolejnej porażki. Miłość nie istniała, istniała seksualność i popęd. Poczuł swoją ułomność, ujrzał ją teraz w całej jej wielkości. Był słaby, kruchy, nie nadawał się do istnienia. To nie był świat dla niego. Szukał, otwierał się, a życie w odsłonięte miejsca wpychało mu włócznie teraźniejszości. Żyć w zamknięciu. Rzyć w zamknięciu. Uśmiechnij się do życia, a dostaniesz w zęby z bezczelność. Łzy stanęły mu w oczach. Cha cha, dorosły facet i ryczy. Był niczym. A co najśmieszniejsze, myślał o sobie, jak o ofierze, której świat nie rozumie. Prawda była taka, że to on nie mógł zrozumieć rzeczywistości. Pieprzony marzyciel. -

Taka właśnie jest prawda.

Całość - Wielka wielka klasa!

Jestem twoim wiernym czytelnikiem od dziś...

Opublikowano

to ci akurat nie grozi, możesz być tylko lepszy. Spieszysz się - to oczywiste dlatego żyć przez rz połknięcie liter, jeszcze coś tam było, ale jest git...jest historia, jest dobry styl, fantastyczne zdania, czasem udaje ci się całe akapity utrzymać w ryzach, i wcale nie są one przegadane czy patetyczne, historia, którą opowiadasz wymaga wyniosłości. Masz zajebiste porównania (ten wiatr co rozszarpuje...jak pies ogarnięty żądzą niszczenia) niezłe epitety, starannie dobrane,przemyślane a nie jak czasami "tu" bywa wepchnięte na siłe bo nieźle brzmią w zdaniu, i wiesz o czym i co piszesz. Ale po co ja to wszystko pisze, sam dobrze o tym wiesz.

Powodzenia.

Najlepsze opowiadanie jakie przeczytałem tu od niepamiętnych czasów.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...