Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zajrzałam do dzieci. Oglądały jakiś pasjonujący film i nawet mnie nie zauważyły. Siedziały z wypiekami na twarzy, wpatrzone w telewizyjny ekran. Chrząknęłam głośno.
- Jej, mama! – Majka podskoczyła na kanapie – ale fajny film, chodź oglądać – zachęcała mnie.
- Teraz wychodzę, będę za godzinkę – powiedziałam. Mina jej trochę zrzedła.
- A gdzie idziesz? – zapytała Olka.
- Do pana Michała – cmoknęłam dziewczyny – będę niedługo, pa – rzuciłam i wyszłam z pokoju.
Wylałam resztkę kawy i zjechałam windą na parter. Misiek już czekał.
- Ty palisz? – zdziwiłam się. Pierwszy raz zobaczyłam go z papierosem. Miał jakąś niewyraźną minę. Zrzuciłam to na karb zmęczenia. W końcu przemierzyliśmy kawał drogi, a emocje, jakie nam towarzyszyły tego popołudnia, wycisnęły z nas ostatnie soki. Zaczął zacinać drobny, nieprzyjemny deszcz. Michał zgasił niedopałek, wciskając go butem w mokrą trawę. Syknęło.
- A, tak jakoś wyszło – mruknął i uśmiechnął się posępnie.
Ruszyliśmy w stronę głównej alei spacerowej, mieszczącej się obok osiedla, mijając otwarty jeszcze kiosk Grodzkiego. Szliśmy w milczeniu i powoli zaczynało mnie to irytować.
Czułam, że coś się zmieniło. Jeszcze nie wiedziałam, co mogło być tego przyczyną.
- Coś taki markotny? – zapytałam z nutą pretensji w głosie – nie poznaję cię.
- Zmęczony jestem i tyle – odparł, nie siląc się zbytnio na uprzejmość.
Zatrzymałam się i zaczęłam nerwowo przytupywać.
- To po jaką cholerę do mnie dzwoniłeś? – prawie krzyknęłam – jaja sobie robisz?
- Przepraszam, nie gniewaj się. Mam mały problem i chciałem się Ciebie poradzić – uśmiechnął się próbując mnie udobruchać – ty, nerwowa babka z ciebie – powiedział kpiącym tonem.
Zamachnęłam się, ale wykonał błyskawiczny unik. Teraz już śmiał się pełną gębą. Zbliżaliśmy się do małej, kameralnej knajpki. Zorientowałam się, że nie idziemy do niego do domu. Szłam jednak dalej, nie próbując wyjaśnić dokąd zmierzamy.
- Wiesz, co mnie u ciebie wkurza? – zapytałam
- Nie mam pojęcia – rozłożył bezradnie ręce.
- Zmieniasz nastroje, jak majtki. Nie nadążam.
- Trzeba dbać o higienę – zarechotał, trzymając się za brzuch i niebezpiecznie zataczając.
W takich nastrojach weszliśmy do baru. Zaraz przy wejściu oblepiła nas chmura papierosowego dymu i woń przemieszanych alkoholi, pospołu z kuchennymi wyziewami. Iście piekielna mieszanka. Miałam ochotę odwrócić się i dać drapaka.
- Będziemy tu siedzieć? – zapytałam naburmuszona – siekierę by powiesił – rozejrzałam się wymownie po wnętrzu knajpki.
- Nie bądź taka wybredna – skarcił mnie Misiek – zresztą, w pobliżu nie ma innej knajpy. O, popatrz, tam jest mały tarasik – powędrowałam za jego spojrzeniem – usiądziemy sobie na powietrzu.
- Chwała Bogu – odetchnęłam z ulgą i powędrowałam w głąb sali, ciągnąc za sobą Michała.
Na tarasie znaleźliśmy dwa wolne stoliki. Wybrałam ten usytuowany bliżej drzwi. Mieliśmy stamtąd niezłą widoczność. Nie zdążyłam nawet pomyśleć nad zamówieniem, a już zjawił się przystojny kelner. Poprosiliśmy o chwilę do namysłu, zostawił więc menu i oddalił się sprężystym krokiem w stronę baru.
- Kto by pomyślał – powiedziałam gapiąc się w stronę kelnera, zajętego polerowaniem szkła – profesjonalna obsługa w takiej spelunie.
- Nie przesadzaj Madziu – obruszył się Michał – trochę zadymiona i od razu speluna.
- Wiem, wiem – rzekłam pokornie, skubiąc koniuszek lnianej serwety – jestem przewrażliwiona, ale byli palacze tak mają. Są bardziej wyczuleni na papierosowy dym. Nic na to nie poradzę – przybrałam bezradną pozę.
- Rozumiem, ale dzisiaj wytrzymasz? Obiecuję, że następnym razem znajdziemy coś lepszego.
- Wytrzymam – przytaknęłam i zerknęłam w stronę kelnera. Zmierzał do naszego stolika – co pijesz? Ja chyba gin z tonikiem – szybko podjęłam decyzję.
- To ja też.
Złożyliśmy zamówienie i gdy kelner poszedł w stronę baru, wróciłam do tematu, który przerwaliśmy w trakcie drogi.
- A propos, w jakiej sprawie chciałeś zasięgnąć u mnie porady? – zapytałam bez ceregieli – i co to za pomysł? – przypomniałam mu o tym, co powiedział podczas rozmowy telefonicznej.
Przyszedł kelner i postawił przed nami dwa drinki w wysokich, wąskich szklaneczkach. Długie, kolorowe słomki, łamane w górnej części, przywodziły na myśl lupy peryskopów, wynurzających się z głębi oceanu. Czekając na odpowiedź, bawiłam się rurką, wyginając ją na wszystkie strony. Raz po raz rozlegało się ciche pykanie rozciąganej harmonijki. Zbliżyłam usta do wylotu, ułożyłam je w mały ryjek i obejmując szczelnie słomkę, pociągnęłam solidny łyk. Popłynęło.
- Mam problem z kobietą – wycedził Michał – a raczej z byłą kobietą – sprostował.
- A co ja mogę na to poradzić? – wzruszyłam ramionami, nie rozumiejąc do czego zmierza.
Michał siedział z pochyloną głową. Ciemny kosmyk włosów zwisał mu tuż nad powieką. Kilka razy próbował go zdmuchnąć, lecz zabieg ten nie przyniósł pożądanego rezultatu. Rozcapierzonymi palcami przeczesał gęstą grzywę, lokując gładkie, błyszczące pasma na czubku głowy. Teraz było lepiej. Widziałam wyraźnie zarysowane brwi i głęboko osadzone, intensywnie wpatrzone we mnie oczy. Gdzieś w głębi rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Odruchowo spojrzałam w stronę miejsca, z którego dochodził hałas. Kelner zmiótł skorupy i przepadł w czeluściach kawiarnianego zaplecza.
- Opowiadałaś mi niedawno, że pracowałaś w biurze detektywistycznym – Misiek odezwał się wreszcie – pomyślałem więc, że mogłabyś mi pomóc.
- No tak, ale nie bardzo rozumiem, co miałabym robić. Śledzić tą kobietę, czy jak? – zapytałam, popijając alkohol małymi łyczkami.
- Mniej więcej... – zawahał się na chwilę Michał - ... po prostu chodzi o to, że prowadziliśmy kiedyś mały interes.
- Znaczy, byliście wspólnikami – weszłam mu w słowo.
- Dokładnie. Kobieta wyprowadzała pieniądze z firmy – przechylił głowę i posłał mi wymowny uśmiech – a ja chciałbym wiedzieć, kto był jej kompanem. Moim zdaniem nie robiła tego sama.
- No dobra, ale co ci to da? – zapytałam z powątpiewaniem.
- Pewnie niewiele, ale chcę wiedzieć – odparł z zaciętym wyrazem twarzy – muszę wiedzieć. Dobrze ci zapłacę – spojrzał na mnie wyczekująco.
Ważyłam w myślach propozycję Michała. Wszystkie za i przeciw. Sensowność tego przedsięwzięcia nie była dla mnie tak oczywista, jak dla niego. Wahałam się.
- Powiem tak: to jest niebezpieczna gra. Podejmując się tego zadania będę to robić nielegalnie. Nie mam licencji – zaznaczyłam, wznosząc do góry palec wskazujący.
- E, chyba nie będzie kłopotów – palnął lekkomyślnie.
- Mogą być, i to wielkie, jeśli dana osoba zorientuje się, że jest śledzona. Wystarczy, że naśle na mnie gliny i jestem ugotowana – odparłam sucho – muszę się z tym przespać.
- Oczywiście, nie naciskam – zgodził się Misiek – jednak przyznam szczerze, że bardzo mi na tym zależy. O, przepraszam na chwilę – sięgnął po telefon komórkowy, aby odebrać połączenie. Oddalił się od stolika i przeprowadził krótką, ożywioną rozmowę, po czym wrócił i oznajmił lekko zdyszanym głosem:
- Madziu, muszę lecieć, mam pilną sprawę. Odprowadzę cię do domu – zaproponował.
- Nie ma potrzeby – zaoponowałam – jest jeszcze wcześnie. Dam sobie radę – uspokoiłam go, widząc jak na mnie patrzy.
- No dobrze – skapitulował – tylko uważaj na siebie. Odezwę się, pa – obrócił się na pięcie i pobiegł w kierunku wyjścia.
Wyjęłam słomkę ze szklanki i jednym haustem wychyliłam resztę napoju. Przyjemne ciepło rozpłynęło się po całym ciele. W pewnej chwili poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Zerknęłam ostrożnie i zdrętwiałam.

Wstałam energicznie czując, jak burzy się we mnie krew. Gdzieś już widziałam tą twarz: mężczyzna po pięćdziesiątce, lekko opalony, dobrze ubrany, mógł się jeszcze podobać. "Tak!" - wykrzyknęłam w myślach - "teraz go poznaję, szef Policji, skubany... skąd on się tu wziął?" - zadawałam nieme pytania. Nie wiedziałam, czy uciekać, stać w miejscu, a może dać mu w mordę i spokojnie odejść. Wybrałam jednak inną opcję. Podeszłam do stolika, przy którym siedział delikwent. Nieruchomo wpatrywał się we mnie całkiem jeszcze młodymi oczyma, z których jednak wiało chłodem.
- Czego pan chce - warknęłam zaczepnie.
Uśmiechnął się i wykonał ten swój charakterystyczny gest, drapiąc się za uchem.
- Pani Madziu, po co te nerwy. Tak sobie siedzę przecież... - oparł brodę o splecione dłonie, lustrując mnie intensywnie. Rękawy marynarki brzydko się pomarszczyły w ramionach.
- Właśnie widzę - odparowałam ironicznie - i co, zadowolony z przebiegu wypadków? - rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. Wytrzymał ten manewr. Na jego czole jednak pojawiły się drobne kropelki potu.
- Pani Magdo, to nie tak... - zaczerpnął powietrza, szykując się na dłuższy wywód.
- A jak - przerwałam mu prawie krzycząc - co mi pan tu pieprzysz, jakieś farmazony. Przecież wszyscy wiedzą, o co chodzi.
- Jacy wszyscy, dziewczyno.. - zaczął kręcić głową z dezaprobatą.
- Ja się już zastraszyć nie dam. Tyle powiem. I nie łaź pan za mną, bo wezwę policję.
Facet wybuchnął gromkim śmiechem. Z jego oczu poleciały łzy, ciałem targały rytmiczne konwulsje.
- Kobietko, nikt za tobą nie łazi, odpuść sobie. A najlepiej to proponowałbym do lekarza. Coś zdrówko szwankuje - zachichotał złośliwie.
Krew w moich żyłach osiągnęła chyba temperaturę wrzenia. Piekły mnie policzki. Kanalia, teraz próbuje mnie wykończyć. Psychicznie. Ale ja się nie dam. O nie! Nie wie, z kim ma do czynienia, kreatura jedna.
- Słuchaj pan - wycedziłam, pochylając się i opierając dłonie na stoliku - ja się na tych wszystkich waszych technikach doskonale znam. Więc nie mnie wciskać kit. A o zdrówko to chyba pan musi zadbać, latka już nie te - dodałam zgryźliwie i uśmiechnęłam się triumfująco, widząc, jak mojemu rozmówcy rzednie mina.
- Ostra jesteś, prawie jak ojciec - skrzyżował ręce na klatce piersiowej - tylko co mu z tego... - pokiwał wymownie głową.
- Słuchaj gnoju, jeśli jeszcze raz zobaczę cię w pobliżu, podejmę odpowiednie środki zaradcze, bądź tego pewien. A teraz żegnam pana i mam nadzieję nigdy nie spotkać.
- słuchaj mała, za obrazę... - jego głos zniknął we mgle.
Wyszłam z lokalu. Teraz dopiero zdałam sobie sprawę, jak bardzo jestem roztrzęsiona. Wszystko we mnie pulsowało. Furia, żal, na przemian z przygnębieniem ogarniały mój umysł. Miałam jednak rację.To było morderstwo.
Nawet nie wiem, jak doszłam do domu. Na podwórku pod blokiem stał Michał z psem. Trochę mnie to zdziwiło. Miał przecież jakąś sprawę do załatwienia. Podeszłam do niego.
- Już w domu? - zapytałam
- A tak - uśmiechnął się - Fałszywy alarm. Właśnie zamierzałem iść po ciebie.
- Już nie musisz, jestem na miejscu. Cała i zdrowa.
- Cieszę się. Ale jakaś roztrzęsiona jesteś - przyjrzał mi się badawczo - stało się coś? - zapytał z nutką niepokoju.
- Skądże - odparłam zdawkowo. Chyba nie uwierzył, ale to już jego problem.
- Idę do domu - mruknęłam i powlokłam się do klatki schodowej.

Opublikowano

A mnie coś się zdaje, że to wszystko zmierza do jednego punktu, jednej osoby- wątki nawijają się na kogoś. Tylko kim ta osoba jest? Myślę że zdrętwiałaby gdyby zobaczyła swego ojca- cokolwiek się z nim dzieje. Śmierci nie można oszukać, ludzi owszem. Pozdrawiam.

  • 2 miesiące temu...
  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?
    • @andrew dziękuję serdecznie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • podkłada  najlepsze kąski  karmi słowem  obrazami muzyką  wkupia się przymila ale to tylko pozór  chce na własność zawładnąć właściwie nie mną  tylko myśli istnienie    ale  ale jeszcze nie teraz  pewnie uważa mnie za wroga  bo gdybym jej nie znał  ale posmakowałem  i nic  to ją najbardziej boli  myślała że ...    nie trzeba walki  wystarczy nie iść z tłumem  kochać i rozumieć siebie    AI  może tylko ostrzyć apetyt    utrzymuję dystans    6.2026 andrew  Sobota, już weekend   
    • @Poet Ka ... świat kwitnie  nawet gdy ...   i tutaj  szczęścia zaznamy  gdy go kochamy  jak Ci wspaniali  co radość pokazali   gdy ... siebie dajemy  złote ziarna  na ziemi siejemy  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...