Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jay Jay KApuściński mówił coś kiedyś o mojej Iniańskiej przeszosci, litrerackiej oczywiscie ;).
Ja odpowiedziałem mu, ze to nie przeszłośc, a teraźniejszośc. Ażeby to udowidnic, wrzucam swoje opowiadanko. Jak zwykle jest to gruntownie "przmeblowna" nowa wersja mojego starego tekstu. Ten jest jednym z najstarszych z mojego dorobku, bo jeszcze z podstawówki.

Miłego czytania. :)

OGIEŃ SERCA


Był rok 1868. Niedaleko miejsca gdzie Cherry creek łączył swe wody z Yellowstone obozował odział kawalerii dowodzony przez Sierżanta Henryego Russela. Składał się on z trzydziestu siedmiu żołnierzy i przewodnika - Indianina z plemienia Hidatsa. Oddział ów wyruszył z fortu Sherridan w celu schwytania zbuntowanego wodza Teton Dakotów, Białego Bizona, który kilka miesięcy temu według doniesień dysponował przeszło siedemdziesięcio osobową grupą wojowników. Ukrywali się oni prawdopodobnie gdzieś nad Powder River. Wieczorem dowódca zaprosił czterech najbardziej doświadczonych wojaków do namiotu, aby się naradzić co czynić dalej. Jedni twierdzili, że najlepiej będzie ruszyć natychmiast w drogę i samemu odszukać Indian, natomiast inni, iż należy wysłać zwiadowców, aby dowiedzieli się czegoś od miejscowej ludności. Wskutek rozłamu przełożono naradę na następny dzień. Tymczasem na dworze, poza kręgiem światła dwaj Indianie prowadzili burzliwą dyskusję.

- Powinniśmy spróbować porwać choć jedną bladą twarz - zaproponował młody Czerwony Orzeł.
- Wracamy do obozu. - odparł doświadczony wojownik Przecięta Twarz.
- Czyżby mój brat bał się śmierci ? - spytał z ironią Orzeł.

Przecięta Twarz stwierdził, że nie ma sensu odpowiadać i gestem nakazał odwrót. Gdy oddalili się Na bezpieczną odległość, rzekł ponurym głosem:

- Gdyby mój brat nie był synem wodza, jego krew skropiła by dziś prerię.

Kilka godzin później byli już w wiosce i natychmiast poinformowali wodza o niebezpieczeństwie.

* * *

Lada chwila miała odbyć się narada wojenna. Starszyzna powoli schodziła się do tipi narad i siadała z godnością na miękko wyprawionych skórach bizonich, ułożonych na kształt półkola wokół paleniska. Po chwili ukazał się wódz, Biały Bizon. Zasiadł on na honorowym miejscu na przeciw wyjścia, na futrze własnoręcznie upolowanej pumy (pamiątki z wypraw do kraju Apaczów). Wyjął ze świętego zawiniątka na szyi kalumet i napełnił go kinniknikiem, mieszaniną startych liści tytoniu, kory wierzby i tłuszczu. Indianie nie palili bowiem samego tytoniu, ponieważ stępiał powonienie. Zapalił ją gałązką z ogniska i zaciągnąwszy się wydmuchnął dym w kierunku ziemi i nieba oraz w cztery strony świata. Po tym ceremoniale, będącym nieodzowną częścią życia Indian, Wódz rozpoczął rozmowę tradycyjna przemową:

- Przed laty nasi przodkowie żyli beztrosko w krainie szczęścia. Wędrowali po bezkresnych preriach i dziewiczych lasach. Polowali na niezliczone stada bizonów i innych zwierząt. Nigdy nie zaznali klęsk głodu... Lecz po przybyciu białych wszystko się zmieniło, a nasz świat zginął bezpowrotnie. Wycięto lasy, wytępiono bizony, zaś prerię powoli zamienia się w pola uprawne. Gdy którykolwiek z nas upomniał się o swoje prawa był bezlitośnie mordowany. Palono osady, zabijano nawet kobiety i dzieci. Zebrałem was tu moi bracia, aby omówić plan ataku na odział Długich Jasnych Włosów (tak nazywali podpułkownika Russela). Przebywają oni niedaleko stąd. Jest ich tylko pięć razy po dziesięciu i siedmiu.

Przerwał i spojrzał uważnie na zebranych. Po chwili rzekł:

- Teraz chciałbym wysłuchać co moi bracia mają do powiedzenia.

Głos zabrał Wysoki Kruk:

- Drodzy bracia - rozpoczął - wczoraj gdy dowiedziałem się o zbliżaniu się wojska wpadłem na pewien pomysł, który chciałem wam teraz przedstawić. Należy podzielić nasz oddział na dwa mniejsze. Jedna grupa liczyłaby sześć po dziesięć wojowników, zaś druga dwa razy po pięć. Ta liczniejsza ukryłaby się po obu stronach leśnej drogi, zaś druga zaatakowałaby wojsko i wciągnęła je w zasadzkę.

Po krótkiej naradzie plan Wysokiego Kruka został przyjęty. Grupą mającą zwabić żołnierzy dowodził sam pomysłodawca, zaś tą liczniejszą wódz wraz z synem.
Nazajutrz, w dzień wyznaczony na bitwę, obydwa odziały zajęły swoje pozycje i czekały na nadejście białych. Wreszcie żołnierze pojawili się na skraju lasku, w którym czyhali wabie.

- Hokka-hej! Hokka-hej! Hadree, hadree succome, succome ! *- zawył Wysoki Kruk.

Indianie jak lawina runęli, na osłupiałych ze strachu kawalerzystów. Grupa Kruka jak klin wbiła się w odział kawalerii. Zazgrzytała stal, lecz nagle czerwonoskórzy zawrócili i podążyli galopem w stronę lasu, gdzie krył się drugi odział. Już byli na skraju zarośli, gdy huknęła nieprzerwana palba wystrzałów. Kilkunastu Dakotów stoczyło się z koni. Wtem Wysoki Kruk poczuł palący ból w plecach. W tej samej chwili jeden z wojowników dostrzegłszy, iż dowódca został trafiony, podążył mu na ratunek, lecz po chwili padł przeszyty kulą z winchestera. Inni współplemieńcy podtrzymali Kruka i dopadli wreszcie polany, na której zgromadziła się główna grupa. Dopiero teraz oszacowano straty. Zginęła połowa członków grupy, w tym Wysoki Kruk. Biały Bizon postanowił zajść białych od tyłu, lecz gdy tylko wychylono się z lasu biali rozpoczęli kanonadę. Mimo to zdecydował się na atak. Dakotowie wypadli z lasu i wpadli na chwilowo zdezorientowanych żołnierzy, którzy bronili się dzielnie, lecz błyskawicznie okrążono ich i rozpoczęła się brutalna walka. Biały Bizon walczył niczym demon wojny z tomahawkiem w jednej, a szablą wyrwaną przeciwnikowi w drugiej ręce. Z boków ubezpieczali go Czerwony Orzeł oraz Przecięta Twarz, który jednak spadł z konia pchnięty bagnetem. Orzeł w zamieszaniu został oddzielony od ojca, który wdał się w utarczkę z dowódcą białych, lecz ktoś ciął go podstępnie szablą w plecy. Biały Bizon walczył dalej, opadając stopniowo z sił, jednak został odciągnięty od walki przez syna. Zwycięstwo było połowiczne, zginęło bowiem wielu wojowników.

* * *

Wieczorem wszyscy zgromadzili się w tipi umierającego Białego Bizona. Ten poprosił, aby zostawiono go tylko z synem - Już niedługo... przeniosę się do naszych przodków...- rzekł przerywanym głosem - przyrzeknij mi... , że nie poddasz się... i dzielnie poprowadzisz Dakotów do walki, choćby miała być ona ostatnią ... teraz odejdź.

Orzeł wykonał polecenie i wkrótce z namiotu dobiegł go głos wodza:

- Kuna sobogi kuna yana wakara** - to Biały Bizon rozpoczynał swoją pieśń śmierci...


_______________________________________
*Hokka-hej! Hokka-hej! Hadree, hadree succome, succome ! (dak.)- Na nich, na śmierć! Przyszliśmy wypić waszą krew.
** Kuna sobogi kuna yana wakara (dak.) - Ogień serca, ogień nieba.





Wiadomości do przypisów czerpałem z książki mojego "literackiego mistrza" Alfreda Szklarskiego pt. "Złoto Gór Czarnych".

Opublikowano

no iz nowu pociachane ;)

Jedni twierdzili, że najlepiej będzie ruszyć natychmiast w drogę i samemu odszukać Indian, natomiast inni twierdzili, iż - aj twierdzili i twierdzili, nie lepiej np.Jedni twierdzili, że najlepiej będzie ruszyć natychmiast w drogę i samemu odszukać Indian, natomiast drudzy, iż ...

wysp. i spożyciu posiłku rozpoczął przesłuchanie jeńców. - może tak: wysp, a po spożyciu... ?

A oto jego wypowiedź: - wygląda jak w reportażu ;)

brakowało mi Twoich indiańskich historii, bardzo mi się podoba sposób prowadzenia i przede wszystkim pomysły np. kula z winchestera czy scena z bagnetem - miód.

jest nieźle, chociaż można to na pewno lepiej napisać, pozostaje mi czekać na jakiś świeższy projekt, po upływie takiego czasu Twoje aktualne spojżenie byłoby ciekawsze :)

Opublikowano

hej

Dzięki za uwagi.
Opowiadnie gruntownie zmieniłem. teraz jest bardziej spójne i sensowne.

pzdr

ps

jak tylko będę mugł coś wrzuce.

poprawiłem Brata, zajżyj i powiedz czy już jest ok. Zresztą zapraszam wszystkich by zajżeli. :)

Opublikowano

to najpierw ''Brat'' - wyłapałem tam parę literówek i jeden błąd - powtórzenie słowa ''się'', ale to raczej drobnostka. ''przygarnął'' - scena z dziewczyną, ale czy można kogoś przygarnąć??

tutaj:
Cherry creek - creek nie powiniene być z dużej litery?
Odział ów wyruszył z fortu Sherridan - oddział
Zasiadł on na - ''on''potrzebne? wczesniej wspomniałes o Białym Bizonie
na przeciw wyjścia - co powiesz na ''naprzeciwko''?
wysłuichać waszych prpozycji - aj aj, wysłuchać propozycji :))
wczoraj gdy dowiedziałem się o zbliżaniu się wojska - za dużo się, może ''o nadchodzącym wojsku''?
Jeden sześć po dziesięć wojowników, zaś drugi zaś dwa razy po pięć. - mógłbyś mi to jakoś wytłumaczyć??
W tej samej chwili jeden z wojowników dostrzegłszy - nie mógł w tej samej chwili, był gdzieś dalej, musiał usłyszeć wystrzał i dopiero nadejść.
Zginęło około połowy członków grupy - było ich 75? może ''zginęła niemal połowa'' albo ''zginęła prawie połowa'' coś takiego, bo około połowy to szczerze mówiąć nie za bardzo.
wpadli na chwilowo zdezorientowanych żołnierzy. Świsnęły kule żołnierzy,
przez wojowników. Zwycięztwo było połowiczne, zginęło bowiem wielu wojowników.

to by było na tyle, jak widać trochę mi umknęło po pierwszym czytaniu, ale poprawiłem się :)
zmiany chyba na dobre, fajnie się czytało :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...