Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Miała w sobie zimę, która nigdy nie miała się skończyć.

Nie taką zwyczajną, białą i spokojną,

tylko taką, która wchodzi pod skórę i zostaje tam na zawsze,

jak oddech zamarznięty w płucach człowieka, który już nie krzyczy, bo nie ma siły.

 

Ludzie wcześniej nie tylko ją ranili.

Oni ją rozbierali z uczuć, aż została tylko pusta skorupa

udająca, że jeszcze coś w środku żyje.

Więc nauczyła się nie czuć.

Nie dlatego, że była silna.

Tylko dlatego, że nie miała już czym.

 

A potem pojawił się on.

I to nie był zwykły chłopak.

To był ktoś, kto kochał tak, jak tonący oddycha wodą

tylko dlatego, że wierzy, że tym razem to może go uratuje.

 

Oddał jej siebie bez reszty.

Nie zostawił nic dla siebie, nawet cienia.

Stał się człowiekiem, który żył tylko wtedy,

kiedy ona na niego patrzyła.

 

Ona patrzyła.

Ale nie widziała.

 

Jej „kocham cię” brzmiało jak echo w pustym kościele

ładne, ale martwe, powtarzane tylko dlatego, że kiedyś coś znaczyło.

A on wierzył w każde słowo,

jakby trzymał w dłoniach coś kruchego i świętego,

co zaraz i tak rozsypie mu się między palcami.

 

Dla niej miłość nie była uczuciem.

Była narzędziem.

Lustrem, w którym mogła oglądać własną wartość,

karmiona jego rozpadem, jego tęsknotą, jego lękiem.

 

„Mogłabym mieć każdego” mówiła spokojnie,

jakby wbijała nóż w coś, co już i tak krwawiło od dawna.

I za każdym razem patrzyła,

jak jego oczy gasną o kolejny odcień ciemnej.

 

Z dnia na dzień znikała.

Nie nagle, nie dramatycznie.

Tylko powoli, jak światło z pokoju, w którym ktoś przestaje oddychać.

 

Siedział obok niej, a czuł, jakby siedział przy zwłokach czegoś, co kiedyś żyło miłością.

Jej dłonie były coraz bardziej obce.

Jej spojrzenie coraz bardziej puste.

Jej obecność coraz bardziej przypominała brak.

 

I to był najgorszy rodzaj tortury.

Bo ona nie odchodziła.

Ona zostawała, żeby on umierał wolniej.

 

Każda jej cisza była jak uderzenie.

Każda obojętna odpowiedź jak kolejne pęknięcie żeber od środka.

A on i tak zostawał,

bo człowiek zakochany nie widzi końca, nawet kiedy stoi na jego krawędzi.

 

Próbował ją ratować.

Jakby miłość była czymś, co da się naprawić gołymi rękami.

Jakby można było ogrzać coś, co już dawno jest martwe.

 

Ale ona była zimą, która nie potrzebowała wiosny.

Bo nie pamiętała, że coś takiego w ogóle istnieje.

 

A on powoli przestawał być człowiekiem.

Najpierw zniknął spokój.

Potem sen.

Potem głos, którym mówił o sobie.

A na końcu zostało tylko ciało, które nadal kochało,

mimo że wszystko w środku już dawno się wypaliło.

 

I wtedy zrozumiał, że nie przegrywa z innym mężczyzną.

Przegrywa z pustką, która ma jej twarz.

 

Ona odeszła tak, jakby nic się nie stało.

Jakby nie zostawiła za sobą ruin człowieka, który kiedyś był całym światem dla samego siebie.

 

Dla niej to był tylko epizod.

Dla niego to była apokalipsa.

Opublikowano

@TTL Idealne ukazanie przemiany z kochającej kobiety na zniszczoną przez złe doświadczenia femme fatale, z silnie narcystyczną osobowością. Czytając ten utwór, przypomniałem sobie siebie… młodego, niedoświadczonego, który był w stanie poświęcić, oddać siebie… bezgranicznie. 

 

Pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

@TTL

 

Niezwykłe studium psychologiczne toksycznej współzależności.

Poruszający jest ten kontrast między jej lodowatą pustką a jego desperackim, wręcz biologicznym spalaniem się dla niej.

Piszesz z taką wrażliwością, że aż boli podczas czytania. Piękny i smutny tekst!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...