Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

TTL

Użytkownicy
  • Postów

    6
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez TTL

  1. @violetta ?
  2. Śniło mi się, że w końcu jesteś obok mnie. Nie gdzieś daleko, nie po drugiej stronie ekranu, tylko tutaj na wyciągnięcie ręki. Czułem twoje ciepło, twoją dłoń w mojej dłoni, twój oddech tak blisko, że na chwilę zapomniałem, jak wygląda samotność. Pocałowałaś mnie tak, jakbyśmy nadrabiali wszystkie chwile, których nie mogliśmy przeżyć razem. Słyszałem twój głos, ten sam, który zwykle dociera do mnie tylko przez telefon, a teraz był tuż przy moim uchu. Nawet twój zapach był prawdziwy. I ani przez sekundę nie pomyślałem, że to może być sen. Bo wszystko było zbyt prawdziwe, zbyt ciepłe, zbyt nasze. A potem się obudziłem. Najpierw była nadzieja. Ta cicha myśl, która mówi „może ona nadal tu jest”. Bałem się nawet otworzyć oczy do końca, bo chciałem jeszcze przez chwilę wierzyć, że kiedy to zrobię zobaczę ciebie leżącą obok mnie. Że twoja dłoń dalej będzie w mojej. Powoli otworzyłem oczy. I wtedy dotarło do mnie wszystko naraz. Nie było twojego ciepła. Nie było twojego oddechu. Nie było twojego głosu. Była tylko cisza. I puste miejsce obok mnie, które nagle stało się najbardziej bolesną rzeczą na świecie. Bo przez jedną noc poczułem, jak to jest mieć cię naprawdę przy sobie. A kiedy się obudziłem zrozumiałem, jak bardzo brakuje mi ciebie. I jak bardzo boli fakt, że jedyne miejsce, w którym mogę cię teraz przytulić, to sen.
  3. Miała w sobie zimę, która nigdy nie miała się skończyć. Nie taką zwyczajną, białą i spokojną, tylko taką, która wchodzi pod skórę i zostaje tam na zawsze, jak oddech zamarznięty w płucach człowieka, który już nie krzyczy, bo nie ma siły. Ludzie wcześniej nie tylko ją ranili. Oni ją rozbierali z uczuć, aż została tylko pusta skorupa udająca, że jeszcze coś w środku żyje. Więc nauczyła się nie czuć. Nie dlatego, że była silna. Tylko dlatego, że nie miała już czym. A potem pojawił się on. I to nie był zwykły chłopak. To był ktoś, kto kochał tak, jak tonący oddycha wodą tylko dlatego, że wierzy, że tym razem to może go uratuje. Oddał jej siebie bez reszty. Nie zostawił nic dla siebie, nawet cienia. Stał się człowiekiem, który żył tylko wtedy, kiedy ona na niego patrzyła. Ona patrzyła. Ale nie widziała. Jej „kocham cię” brzmiało jak echo w pustym kościele ładne, ale martwe, powtarzane tylko dlatego, że kiedyś coś znaczyło. A on wierzył w każde słowo, jakby trzymał w dłoniach coś kruchego i świętego, co zaraz i tak rozsypie mu się między palcami. Dla niej miłość nie była uczuciem. Była narzędziem. Lustrem, w którym mogła oglądać własną wartość, karmiona jego rozpadem, jego tęsknotą, jego lękiem. „Mogłabym mieć każdego” mówiła spokojnie, jakby wbijała nóż w coś, co już i tak krwawiło od dawna. I za każdym razem patrzyła, jak jego oczy gasną o kolejny odcień ciemnej. Z dnia na dzień znikała. Nie nagle, nie dramatycznie. Tylko powoli, jak światło z pokoju, w którym ktoś przestaje oddychać. Siedział obok niej, a czuł, jakby siedział przy zwłokach czegoś, co kiedyś żyło miłością. Jej dłonie były coraz bardziej obce. Jej spojrzenie coraz bardziej puste. Jej obecność coraz bardziej przypominała brak. I to był najgorszy rodzaj tortury. Bo ona nie odchodziła. Ona zostawała, żeby on umierał wolniej. Każda jej cisza była jak uderzenie. Każda obojętna odpowiedź jak kolejne pęknięcie żeber od środka. A on i tak zostawał, bo człowiek zakochany nie widzi końca, nawet kiedy stoi na jego krawędzi. Próbował ją ratować. Jakby miłość była czymś, co da się naprawić gołymi rękami. Jakby można było ogrzać coś, co już dawno jest martwe. Ale ona była zimą, która nie potrzebowała wiosny. Bo nie pamiętała, że coś takiego w ogóle istnieje. A on powoli przestawał być człowiekiem. Najpierw zniknął spokój. Potem sen. Potem głos, którym mówił o sobie. A na końcu zostało tylko ciało, które nadal kochało, mimo że wszystko w środku już dawno się wypaliło. I wtedy zrozumiał, że nie przegrywa z innym mężczyzną. Przegrywa z pustką, która ma jej twarz. Ona odeszła tak, jakby nic się nie stało. Jakby nie zostawiła za sobą ruin człowieka, który kiedyś był całym światem dla samego siebie. Dla niej to był tylko epizod. Dla niego to była apokalipsa.
  4. To nasze czasy, czasy złamanych obietnic i pustych słów. Każdy udaje, że ma serce, a w środku tylko kurz po uczuciach. Miłość dziś trwa do pierwszej kłótni, do „poznałem kogoś innego”. Kiedyś się walczyło, teraz się usuwa wiadomość i idzie dalej. Ludzie całują się bez znaczenia, dotykają bez sensu, śpią ze sobą, bo nie chcą spać sami, a potem budzą się jeszcze bardziej samotni. Imprezy do rana, emocje z puszki, uczucia rozlane jak tanie wino. Świat pachnie perfumami, ale śmierdzi pustką. Każdy z kimś, a nikt z nikim na serio. Kręcą z dziesięcioma na raz, żeby choć na chwilę poczuć, że żyją. Ale to nie życie, to tylko ucieczka. Wszyscy grają twardych, a w środku gniją od tęsknoty. Lojalność umarła, a prawda jest jak relacja na instagramie znika po dobie. To jest nasz 21 wiek ładny z zewnątrz, zgniły w środku. Wiek, w którym miłość to gra, a serca są walutą, którą łatwo wymienić.
  5. Zostałem w ciszy, która dusi bardziej niż krzyk, jakby świat zatrzymał się dokładnie w chwili, gdy odeszłaś. Nie ma tu już nic tylko ja i pustka, która rozrywa mnie od środka kawałek po kawałku. Smutek nie jest już uczuciem to coś, co siedzi mi w klatce i nie pozwala oddychać. Każdy wdech boli, jakby powietrze było za ciężkie, jakby Twoja nieobecność miała swój własny ciężar. Czuję to fizycznie ten ból w klatce piersiowej, jakby serce próbowało bić mimo tego, że już nie ma dla kogo. Jakby pękło i zostało tak… niedokończone, zostawione dokładnie w momencie, gdy Cię straciłem. Najbardziej niszczy mnie to, że nic nie mogłem zrobić. Stałem i patrzyłem, jak odchodzisz z całym moim światem, i byłem kompletnie bezsilny jak ktoś, kto tonie, ale nawet nie ma siły krzyczeć. I teraz mam żyć ze świadomością, że to nie ja będę obok, kiedy będziesz iść przez życie. Że ktoś inny będzie słuchał, jak opowiadasz o swoim dniu, że ktoś inny będzie tym, do kogo wrócisz wieczorem. Ktoś inny będzie Cię przytulał, kiedy będziesz słaba, kiedy będziesz szczęśliwa, kiedy będziesz sobą. Ktoś inny przeżyje z Tobą wszystko to, co miało być naszym „zawsze”. A ja? Ja zostałem z myślą, która rozdziera mnie najbardziej że już nigdy nie będę mógł Cię przytulić. Nigdy. Nie będzie już tych chwil, tych spojrzeń, tych oddechów obok siebie. Nie będzie ani tych najlepszych momentów, ani tych najgorszych, które mieliśmy razem przetrwać. Jakby ktoś zabrał mi całe życie, a zostawił tylko wspomnienia, które bolą bardziej niż brak. Ten ból w klatce nie mija. On tylko przycicha, żeby za chwilę wrócić i przypomnieć, że straciłem coś, czego już nigdy nie odzyskam. Że straciłem Ciebie. I wiesz co jest najgorsze? Że mimo tego wszystkiego… dalej bym Cię wybrał. Jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze tysiąc razy. Oddałbym wszystko, żebyś wróciła. Dosłownie wszystko nawet to, co ze mnie jeszcze zostało. Bo ja nie chcę świata bez Ciebie, nawet jeśli muszę w nim dalej żyć. I gdzieś głęboko, mimo całego tego bólu, trzymam się tej jednej, ostatniej nadziei że nasze drogi jeszcze kiedyś się spotkają. Że to nie był nasz koniec… tylko przerwa, której nie rozumiem. bardzo bym chciał, żebyś wróciła. Proszę wróć.
  6. Czuję się zagubiony. Jakbym miał w sobie dwie osoby. Jedna pcha mnie do przodu, każe wstawać, udawać, że jestem silny. Druga ciągnie mnie na dno, stoi w miejscu i rozdrapuje wszystko, co dawno miało się zagoić. Kiedy ona wygrywa, wszystko we mnie cichnie. Zakładam uśmiech, żartuję, żeby nikt nie pytał. A w środku siedzę sam ze sobą i z nią. Czasem czuję, że nie wytrzymam. Maska pęka w najmniej oczekiwanym momencie, śmiech staje się krzykiem, a każdy gest i słowo wydają się fałszywe. Chciałbym krzyczeć, płakać, uciec… Ale nie wiem dokąd. I wtedy wszystko wybucha. Nie mogę już nic kontrolować. Słowa kipią w głowie, jakby ktoś je wrzucił do ognia. Serce bije za szybko, a dłonie drżą. Nie wiem, kim jestem, a może wiem za dobrze i to boli jeszcze bardziej. Chciałbym, żeby ktoś zobaczył, ale nie potrafię zdjąć maski. Boję się, że jeśli ją zdejmę, to wszystko, co myślę i czuję, wyleje się na świat i zmiażdży mnie. I mimo tego wszystkiego, wciąż oddycham. Nie wiem, jak długo, nie wiem, po co, ale czuję, że w tym oddechu jest coś mojego resztka mnie, która jeszcze chce iść dalej. Może nie wiem dokąd, może nie wiem jak, ale na razie idę krok po kroku, nawet jeśli każdy boli.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...