Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Obiecała im dwugodzinny czas wolny 

za dobre zachowanie.

I dotrzymali słowa.

Oczywiście na tyle, na ile można 

utrzymać w ryzach temperament 

i burzę hormonów

licealnej wycieczki szkolnej.

Muzeum, zamek i basztę 

mieli już odhaczone.

Teraz pozostał jedynie

kościół i bazylika,

potem rynek starego miasta 

i powrót do rodzinnego miasta.

 

 

Przeszli w cień pobliskiego,

wysokiego i nad wyraz starego, zrujnowanego budynku.

Poprosiła o spokój, ciszę 

i ustawienie się w pary.

Dął zimny północny wiatr.

Przespacerowali około kilometra,

klucząc między nieznajomymi 

i tajemniczo wąskimi

uliczkami centrum.

Byli już naprawdę zmęczeni.

Głównie tym, że spali bardzo niewiele

bo wyjazd zaplanowano skoro świt

a jak wiadomo noc jest areną 

młodzieńczego życia towarzyskiego 

a nie czasem snu.

 

 

Po prawdzie ukradkiem i w tajemnicy 

przed nauczycielami i opiekunami,

ale wlali w swe organizmy,

dość znaczne dawki alkoholu,

co z początku 

podniosło im poziom zadowolenia,

lecz teraz upojenie,

potęgowało senność i otępienie.

Chcieli już tylko coś zjeść,

wypalić resztę papierosów i skrętów 

jaka im została,

wypić jeszcze trochę 

a potem paść 

na zbyt miękkie fotele w autokarze

i oddać się w ramiona zbawczego snu.

 

 

Gdy już ustawili się w pary,

co wcale nie było

zbyt prostym zadaniem,

bo chodnik w tym miejscu był wąski,

wciśnięty między 

obitą i zamalowaną wulgarnymi graffiti 

ścianę budynku,

pas zadeptanej 

i powyrywanej miejscami trawy

i ulicę przez którą pojazdy pędziły,

nie bacząc na jej fatalny,

podziurawiony stan.

Ludzie szturchali ich próbując przejść 

przez ich zbity w grupę szpaler.

Jedni grzecznie przepraszali

inni pomstowali pod nosem 

na stan ich wychowania.

 

 

Nauczycielka policzyła ich szybko.

Wszyscy byli na miejscu

i czekali tylko na zgodę rozejścia się 

na obiecane dwie godziny.

Zgodnie z umową

macie teraz czas wolny.

Za dwie godziny 

spotykamy się przy wejściu do bazyliki.

Nie zgubcie się,

nie róbcie niczego głupiego

no i uważajcie na siebie.

Zjedzcie i wypijcie coś ciepłego.

Odpocznijcie.

Widzimy się za dwie godziny.

 

 

Zaczęli się rozchodzić 

i łączyć w mniejsze grupki.

Tym samym 

odsłonili front budynku naprzeciw.

Był w jeszcze gorszej kondycji 

od tego przy którym się zebrali.

W zasadzie był ruiną.

Nadgryzioną

od fundamentu po dach czasem.

Nadpaloną ogniem dawnego pożaru.

Dziurawą i wybrakowaną

od burz i ulew.

Zamalowaną i zaśmieconą

przez młodzież i kloszardów.

Lecz jakieś sto lat temu,

ten budynek i cała okolica 

musiały przeżywać czasy

swej świetności.

Kiedyś był dumną i bogatą rezydencją.

Teraz stał się upiorem,

straszącym wybitymi oczyma okien

i bezzębną, czarną

i cuchnącą gębą bramy,

która prowadziła do 

gardzieli zapuszczonego podwórka

oraz pustych trzewi 

mieszkań i klatki schodowej.

 

 

Obok wylotu bramy na wysokości oczu,

przytwierdzono jakąś tabliczkę 

z lichego, przeżartego rdzą metalu.

Napisy po części były zatarte, 

kilku z nich 

nie można było odczytać 

przez plamy i wlepki 

miejscowego klubu piłkarskiego.

Przeczytała jednak nagłówek 

pierwszego zdania

i natychmiast krzyknęła 

za oddalającą się młodzieżą.

 

 

Kochani, zaczekajcie jeszcze chwilkę

i skupcie wzrok

na tym budynku naprzeciw.

Całkowicie o tym zapomniałam,

jadąc tutaj

a to może być spora ciekawostka,

szczególnie dla tych,

którzy zamierzają zdawać 

rozszerzony polski

na egzaminie maturalnym.

 

 

To dawny dom rodzinny,

 jednego z naszych 

rodzimych poetów wyklętych,

dekadenta, nihilisty 

i gotyckiego prozaika, Simona Tracy.

Klasa humanistyczna 

przerabiała kilka jego utworów.

Znacie na pewno “Kondukt”, 

“Grobowiec Białej Róży”, 

“Letnią spowiedź trupa”,

czy piękny poemat miłosny “Do Snu”.

Właśnie on i jeszcze jego 

oniryczny poemat “Odbicie”

mogą pojawić się na egzaminie w maju.

Był wielkim poetą 

ale niestety gorszym człowiekiem.

Lecz trzeba mu oddać, 

że wiernym członkiem bohemy 

i mitu o wyklętych.

Był…

 

 

Wybitnym szaleńcem, 

schizofrenikiem i pijakiem…

Kłamcą pierwszej wody 

i oderwanym od rzeczywistości 

cmentarnym narkomanem…

 

 

Głos dobiegł

zza otwartego okna na parterze,

zakrytego gęsto zdobioną firaną.

Był bezsprzecznie kobiecy i młody

o przyjemnie ciepłej nucie.

Nauczycielka zamilkła 

z rozdziawionymi ustami.

Nie spodziewała się 

takiej ostrej kontry zza pleców.

 

 

Firana odsunęła się 

i w oknie oparła się

młoda dziewczyna mogąca być 

równolatką członków klasy.

Wyglądała jak wcielenie bohemy 

o której pisał Tracy w swych utworach.

Czarne, gęste włosy,

kolczyki w brwiach, języku,

ustach i nosie.

W uszach miała tunele,

Całe jej ciało, łącznie z szyją,

pokrywały wzory tatuaży.

Ubiór jej także był anty.

Społecznie akceptowalny,

katolicki, moralny.

Była upadła.

Jak najlepsza sztuka.

I co najważniejsze.

Była tego świadoma, dumna 

i bezczelnie afiszująca się

swą innością.

Alienacją zupełną.

Tracy nazwał by ją piękną.

Prawdziwą.

I cudownie, lubieżnie zepsutą.

 

 

Nauczycielka odwróciła się

przez lewy bok

i obrzuciła dziewczynę

najbardziej pogardliwym wzrokiem

na jaki było ją stać.

A skąd panienka może znać historię 

takiej osoby jak Tracy?

Członka salonu i elit.

Fakt zagubionego w życiu.

Lecz jednak artysty.

Nie wyglądasz mi na krytyka literatury?

 

 

Dziewczyna zaśmiała się bezwstydnie.

Jak prawdziwa lolita.

A ja myślę, że gdyby on żył,

to byłabym jego muzą.

Jestem muzą sztuki wyklętej.

Jeśli chcecie 

to udajcie się na miejski cmentarz,

na którym spoczął

jeszcze za swego życia.

Kwatera trzynasta, rząd dziewiąty, 

miejsce dwudzieste.

Traficie bez problemu, 

grobu strzegą białe, marmurowe anioły 

z latarniami w dłoniach.

Proszę połóżcie ją na grobie.

Wręczyła nauczycielce

jedną, białą różę.

A ta o dziwo wzięła ją bez słowa.

 

 

Powiedzcie mu,

że Absyntia go pozdrawia.

Tak to moje imię.

Imię jego muzy sztuki upadłej.

Szaleńczej miłości do śmierci.

Kochał mnie nad życie,

którym gardził.

A ja kochać go będę zawsze.

I pamiętać jego upadek na zawsze.

Zaśmiała się niczym wiedźma 

a jej postać rozpłynęła się nagle 

niczym pijacki zwid,

narkotyczny majak.

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...