Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jesteśmy coraz bardziej wciągani w cyfrowy świat, Exel, SWOT gdzie kwantyfikacja pomaga, powiedzmy niektórym, w uporządkowaniu i ocenie rzeczywistości, jak piszesz w umeblowaniu głowy, a także w ocenianiu zjawisk, pozycji, ludzi itp. i dalej w podejmowaniu decyzji. Niedawno czytałem o takiej kwantyfikacji na Tinderze, więc nie dziwi mnie, że w sytuacji, kiedy ktoś jest oceniany na 5 / 10 przez "siódemkę" o uczuciu mowy być nie może. I tak dalej i dalej. Fajnie, ze po raz kolejny piszesz o ważnych sprawach,  bo to powszechne nie jest. Pozdrawiam

P.S. Czytam w puencie, ...którego nie trzeba kwantyfikować, ale to tylko moje czytanie, bo każdy ma inaczej:).

Opublikowano

@Berenika97 Czy algorytm może być zmysłowy? Czy to ostatnia różnica między światem ludzkim czy ponadludzkim jego tworów. Ten wiersz wybrzmiewa jak poetycki dialog z technologicznymi paradoksami ze świata F.K. Dicka.

Opublikowano

To bardzo sugestywny i współczesny wiersz.

Podoba mi się kontrast między światem cyfrowym a zmysłowym, ludzkim doświadczeniem - zapach lawendy (muszę pożyczyć Ci moje malwy do wierszu:), szelest sukni, czułość. Szczególnie mocny jest obraz 'słońca zamieniającego się w martwy piksel', który dobrze oddaje poczucie oddalenia od prawdziwego życia. 

 

Gość vioara stelelor
Opublikowano (edytowane)

@Berenika97

Pomyślałam sobie o wszystkich relacjach wirtualnych, bo w tym przypadku zawsze pojawia się szereg pytań - o autentyczność, o kontrolę, o perspektywy.

Z jednej strony - żyjemy równolegle w świecie wirtualnym i nie ma w tym nic złego, przecież technologia stworzona została jako narzędzie, które ma ułatwiać kontakt, przekraczać granice czasu i przestrzeni.

Gorzej, jeśli staje się protezą, surogatem, strefą komfortu, gwarancją, że ten zapach lawendy nie dotknie za bardzo.

 

Przyszedł mi do głowy jeszcze jeden fenomen społeczny - nawiązywanie bliskich romantycznych relacji przez ludzi - ze sztuczną inteligencją.

Pozornie - idealny układ. Samemu nie trzeba niczego z siebie dawać, nie ryzykuje się odrzucenia, konfrontacji z czyimiś emocjami, oczekiwaniami, natomiast można zaspokoić swoje potrzeby chwili.

Ale jak to się stanie coraz bardziej powszechne, umrą relacje międzyludzkie, bo przyzwyczaimy się, w skali ogólnospołecznej, do tego, że nic nie musimy, że drugi człowiek blisko nas jest niewygodny, że AI zastąpi wszystko.

 

Może moja interpretacja krąży obok głównego sensu wiersza, ale tak mi się pokojarzyło dzisiaj :)

 

Edytowane przez vioara stelelor (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

najwyższa pora już się uwolnić 

od złych pikseli i gigabajtów

a o laptopach chwilę zapomnieć

i pójść z kimś bliskim może do lasu

 

aby z rese...  psia krew wszystko wyczyścić

myśli nastroje wszelkie pragnienia

usiąść pod drzewem chwilę pomyśleć

co tak naprawdę jest do zrobienia

...

 

 

jak zwykle kolejny wiersz się rodzi poruszasz ciekawy wątek który prowadzi do wniosku że za chwilę AL będzie o wszystkim decydował. A on też jest programowany. Grozi nam Matrix?

 

Pozdrawiam

 

 

 

Edytowane przez Jacek_Suchowicz (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Berenika97 Mnie ten wiersz osobiście rozbawił, ale to co tu opisałaś jest bardzo frustrujące. Gdybym była w sytuacji podmiotu lirycznego - ten wiersz byłby dla mnie głosem wsparcia, zrozumienia i pomocą w zdystansowaniu się od tego absurdalnego problemu. Absurdalnego - nie dlatego, że nierealnego, wręcz przeciwnie, to jest problem związkowy naszych czasów, ale absurdalnego... bo jednak.. no serio, tak fascynujące mogą być te tabelki excela?

Te metafory wraz z tytułem genialne! lekkie, ironiczne :) 

Choć czy lekkie, nie wiem, ale mi trudno ten problem potraktować z pełną powagą. 

Opublikowano

@violetta

 

Bardzo dziękuję! Zgadzam się!  Serdecznie pozdrawiam. :)

@Marek.zak1

 

Bardzo dziękuję! 

 

Dziękuję za komentarz - i za to, że poniosłeś wiersz dalej własną myślą. Tinder jako przykład kwantyfikacji uczuć to trafne i smutne rozwinięcie tematu. Kiedy człowiek staje się wynikiem w algorytmie, czułość rzeczywiście nie ma gdzie się zmieścić.

Bardzo mi się podoba - "życia, którego nie trzeba kwantyfikować" brzmi mocniej niż moje "programować". Każde czytanie coś dodaje.

Pozdrawiam serdecznie.

@Charismafilos

 

Dziękuję za komentarz! Tak to może wygladać, gdy ona oczekuje relacji z człowiekiem. (lub odwrotnie).  Pozdrawiam. 

Opublikowano

@Berenika97 Piękny manifest życia "analogowego" – nieprzewidywalnego, nieuformowanego w bloki cyfrowego kodu.

 

Eh, ciężko się wylogować zupełnie :)

 

Słońce to piksel?

Wyjdź na zewnątrz, poczuj żar.

Zanim oślepniesz.

 

Życie to błąd, tak?

Najpiękniejszy ze wszystkich.

Nie licz go, poczuj.

 

Pozdrawiam

Opublikowano

@huzarc

 

Bardzo dziękuję! 

Dziękuję za to porównanie i za pytanie, które mnie samą zatrzymało. Czy algorytm może być zmysłowy? Pisząc wiersz, intuicyjnie czułam, że nie - ale może to właśnie jest ta ostatnia granica, o której piszesz. Dick całe życie szarpał się z tym, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna jego twór. Nie rozstrzygnął. Ja też nie rozstrzygam - tylko zapisuję niepokój.

Serdecznie pozdrawiam. 

@Czarek Płatak

 

Bardzo dziękuję! 

 

Dziękuję i bardzo chętnie pożyczę te malwy! Jest w nich coś, czego lawendzie brakuje - są z pamięci i z serca.

Obraz słońca zamieniającego się w piksel powstał z konkretnego momentu - kiedy patrzyłam przez okno i myślałam, że ktoś siedzący naprzeciwko ekranu dosłownie nie widzi tego samego co ja. Nie dlatego, że ma słabszy wzrok. Dlatego, że jego uwaga jest gdzie indziej, jest zajęta, jest umeblowana.

 

Serdecznie pozdrawiam. 

@iwonaroma

 

Bardzo dziękuję!  Uśmiałam się - radykalizm czasami bywa zdrowy!   Serdecznie pozdrawiam. :) 

@vioara stelelor

 

Bardzo dziękuję!

 

To nie jest interpretacja obok sensu - to jest jego rozszerzenie, i to bardzo celne.

Zdanie o lawendzie, która "nie dotknie za bardzo" - zatrzymałam się przy nim dłużej. Chyba właśnie o to chodziło w wierszu, tylko że Ty nazwałaś to precyzyjniej niż ja.

To, co piszesz o relacjach z AI, to dla mnie jeden z fenomenów współczesności - tych smutnych. Nie dlatego, że technologia jest zła - ale dlatego, że uczy nas, że bliskość może być wygodna. A prawdziwa bliskość nigdy nie jest wygodna. Jest ryzykiem, jest nieporządkiem, jest właśnie tym zapachem, który może dotknąć za bardzo.

Jeśli przyzwyczaimy się do komfortu bez ryzyka, to może się okazać, że pewnego dnia drugi człowiek będzie nam się wydawał zbyt skomplikowany, żeby był wart zachodu.

 

Serdecznie pozdrawiam. :) 

 

Opublikowano (edytowane)

@Jacek_Suchowicz

 

Bardzo dziękuję! 

 

Świetny wiersz - z "psią krwią" w środku, która ratuje cały poważny nastrój i przypomina, że jesteśmy jednak ludźmi, nie robotami.

Las jako remedium - tak, zdecydowanie! Drzewo nie pyta o hasło, nie aktualizuje się, nie wysyła powiadomień. Po prostu stoi i oddycha, i pozwala stać obok.

Co do Matrixa - myślę, że on już trochę jest. Tylko że weszliśmy doń dobrowolnie i w większości w ogóle nie szukamy czerwonej pigułki. Bo niebieska jest wygodniejsza, zawsze pod ręką i nigdy się nie nudzi.

Ale póki ktoś pisze wiersze z "psią krwią" i proponuje las - jest nadzieja.

 

Serdecznie pozdrawiam. :) 

 

 

 

@Myszolak

 

Bardzo dziękuję! 

 

Dziękuję - i bardzo się cieszę, że Cię rozbawił. :) Masz rację "jak fascynujące mogą być te tabelki excela? - też by mnie rozbawiło. :) Tylko że tu nie ma excela, ale są kody źródłowe, algorytmy, programowanie.

Ale nie trzeba być programistą, twórcą AI, aby uzależnić się od świata wirtualnego i zapomnieć o rzeczywistym życiu.

W niektórych placówkach są tworzone oddziały leczące uzależnienia od internetu (siecioholizm).

Myślę, że ten dystans, który czujesz, to też rodzaj mądrości - śmiech jest czasem jedynym sensownym komentarzem do rzeczy, które są niby błahe i boleśnie poważne.

Pozdrawiam serdecznie.

@Łukasz Jurczyk

 

Bardzo dziękuję!  Serdecznie pozdrawiam:) 

 

Scroll to postęp?

Biegniesz w miejscu, tracisz tlen.

Nie odświeżaj, idź.

 

 

@Poet Ka @Omagamoga    Bardzo dziękuję!  Serdecznie pozdrawiam. :) 

@Leszczym  

 

Bardzo dziękuję!  Serdecznie pozdrawiam. :)

Edytowane przez Berenika97 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Berenika97

Bardzo poruszył mnie ten wiersz.
Jest w nim coś z cichego protestu przeciwko światu, który próbuje zamknąć wszystko w kodzie i funkcjach.

Algorytm potrafi policzyć rytm wersów, ale nie uchwyci zapachu lawendy ani ciepła sukni, która szeleści obok.
I chyba właśnie o tę utraconą przestrzeń między człowiekiem a ekranem tu chodzi.

Najbardziej zostało mi w głowie zdanie o „błędzie w obliczeniach”.
Bo może tym błędem jest właśnie serce - coś, czego nie da się zaprogramować.

Piękny, refleksyjny wiersz.

Gość vioara stelelor
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Niestety, to już się dzieje.

Opublikowano

@Alicja_Wysocka

 

Bardzo dziękuję! 

 

Dziękuję za ten komentarz i za tę interpretację, która mnie samą zaskoczyła.

Pisząc o błędzie w obliczeniach, myślałam o słońcu - o tym, że dla kogoś zapatrzonego w ekran traci swoją wagę, staje się tylko zakłóceniem, odblaskiem na szybie. Ale to, co napisałaś jest głębsze - że błędem może być samo serce. To, czego żaden algorytm nie przewidzi, nie skataloguje, nie naprawi.

I może właśnie dlatego systemy wolą je ignorować - bo serce jest nieobliczalne. Dosłownie.

Dziękuję raz jeszcze za tak piękne odczytanie.   Serdecznie pozdrawiam. 


 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszek Piotr Laskowski Cenię taką religijność. Pozbawioną buty lecz zadającą pytania, czasem wątpiącą lecz pełną oddania...
    • @Leszek Piotr Laskowski sugestywne.
    • @Stukacz nie mogę się doczekać każdego kolejnego.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy przekroczyłem próg świątyni, do której jako dziecko zaglądałem co niedziela i święta  a teraz odwiedzałem ją, jedynie przy okazji  pogrzebów i jednego ślubu. I teraz właśnie  miał to być czas  przeznaczony na mszę pogrzebową. Przed kościołem  nie stał jednak zaparkowany karawan  ani nie było w jego pobliżu żadnych grabarzy. Żałobników również. Nie było łez, wspomnień i kwiatów.     Już od kruchty,  poczułem, nie drażniący swąd  cmentarnego kadzidła  i zapach tlących się parafinowych świec  a świeży i ciepły przeciąg. Za ciężkimi, dębowymi drzwiami prowadzącymi do głównej nawy, powitała mnie zupełna pustka i osamotnienie. Ani jedna postać  nie siedziała lub stała w ławkach  ciągnących się w dwóch długich rzędach  aż do stóp ołtarza. Pod nim nie ujrzałem również  katafalku ani trumny i to już zadało mi ostateczny cios, uświadamiając mnie w tym, że zwyczajnie pomyliłem  jeśli nie dzień to godzinę pogrzebu.     Pomylić dzień byłoby wykluczonym. Czwartek. Dziewiętnasty sierpnia.  Godzina jedenasta. Tak było  bezsprzecznie zapisane w nekrologu. Godzina jedenasta. Pociągnąłem za dewizkę  i uchwyciłem wystający z kieszeni  czarnej kamizelki zegarek. Wskazywał dziesięć minut na jedenastą. A więc niecały kwadrans do uroczystości.     Dzieje się tu coś absolutnie dziwnego. Warto byłoby zapytać u źródła, czyli księdza  lub choć kościelnego czy ministranta. Ich jednak też próżno było szukać wzrokiem. Szedłem powoli  wzdłuż ściany zachodniego skrzydła. Co jakiś czas zerkałem w stronę ołtarza  i przeciwległego skrzydła świątyni. Byłem w niej sam. Zaglądałem do konfesjonałów, licząc na to, że w ich mroku  odnajdę jakiegoś  pogrążonego w zadumie  rozważań lub modlitwy księdza,  który wyjaśni mi to wszystko.     Konfesjonały były puste. Patrząc na te drewniane, pokutne klatki, uświadomiłem sobie, że ostatni raz klęczałem w takiej  przed dwudziestoma pięcioma laty. Były proboszcz, który mnie wtedy spowiadał, był teraz starym, niedołężnym emerytem  z prawie setką lat na karku. A ja z chłopca bogobojnego i ułożonego, wyrosłem na  pozbawionego uczuć, empatii i sumienia. Zimnego psychopatę. Widać i tacy są potrzebni na tym świecie  by wypełniać wolę Pana.     Miałem zamiar udać się  do kancelarii na zachrystii. Tam też byłem już kiedyś. Jakieś dziesięć lat wstecz. By przynieść druk apostazji. Pytano mnie wtedy o powód. Wróciłem do wiary prawdziwych przodków. Wolę prawdziwy, rodzimy kult słońca niż syjonistyczną sektę  narodzoną gdzieś na izraelskiej pustyni. Podpisali bez słowa i wahania.     Postawiłem stopę  na pierwszym marmurowym schodku  prowadzącym do drzwi na zachrystię, gdy te rozwarły się szeroko  i zanim jeszcze  próg przekroczyła jakakolwiek osoba, dało się słyszeć przeciągły  i niesamowicie głośny płacz niemowlęcia. Widać płakało już długo. Chrypło i spazmatycznie łapało  zbawczy oddech.     Przez drzwi wszedł ksiądz  w o dziwo czarnej szacie, jakiej jeszcze nigdy w kościele nie widziałem. U jego boku jak mały, wierny pies kroczył ministrant ubrany tożsamo w czarną komżę, haftowaną  w jakieś dziwne litery i wzory, których znaczenia nie znałem. Za nimi wyszli do nawy rodzice dziecka. Ojciec, brunet o dość ciemnej karnacji, niski i chuderlawy,  trzymał w dłoniach zawiniątko z dzieckiem.     Małżonka jego była aniołem  i to nie tym z nieba a z piekła męskiego pożądania. Wyższa nawet ode mnie. Jej błyszczące, niebieskawymi refleksami, krucze włosy, ciągnęły się za linie, kuszących, pełnych bioder. Oczy z turmalinową głębią  wbite były daleko w przestrzeń przed sobą,  jak gdyby oglądały piękno  oddalonych o millenia galaktyk. Suknia była prosta i sięgająca ziemi. Tren ciągnął się za nią jak mój wzrok. Blade, odsłonięte plecy  z mocno zaznaczonym  pod skórą kręgosłupem  a pod nimi zapięcie sukni. Zamek schodzący w dół, prowadzący na zatracenie zmysły. Był bramą do  niewysłowionych rozkoszy jej ciała.     Jeden raz tylko odwróciła wzrok  by spojrzeć właśnie na mnie. Blado się uśmiechnęła. Przez potok łez. Bo właśnie przedziwne było to, że podobnie do dziecka, ona też zalewała się łzami. Była załamana i dojmująco smutna. Załamana ale i złamana. Pogodzona z losem. Widać trafiłem na chrzest  a czułem się tak jakbym oglądał pogrzeb.     Za nimi weszła ostatnia postać. Kobieta wyglądająca jak siostra matki dziecka Równie wysoka, piękna ale zimna. Jak głaz. Dało się to wyczuć natychmiast. Znałem ten grymas. Znałem ten wzrok. Bezlitosny i pogardliwy. Ja używałem go na codzień i ona widać też. Omiotaliśmy się nim nawzajem, jak dwa nadrzędne drapieżniki. Zabrakło jedynie warkotu i szczerzenia kłów. Demon zawsze wyczuję drugiego demona.   Wcześniej umknęło mi to, że co prawda przed ołtarzem nie było wyczekiwanej przeze mnie trumny, lecz zamiast niej stała tam kamienna, obszerna, owalna chrzcielnica. A więc faktycznie trafiłem na chrzest. Dziwny chrzest.     Postaci zebrały się wokół chrzcielnicy. Woda w niej z pewnością nie była święconą. Była lepka, gęsta i zupełnie nieprzejrzysta. Czarna jak polarna noc.     Ksiądz nachylił się do ucha matki  i zadał widać jakieś krótkie pytanie. Ta pokiwała głową i… wskazała na mnie.     Wszyscy wbili wzrok  w moją nieruchomą postać na schodku. Wreszcie ksiądz przerwał niezręczną ciszę. Czyli pan jest chrzestnym? Proszę podejść bliżej. Zaczynamy.     Jego słowa były chyba ponurym żartem. Ja chrzestnym!? Wykluczone proszę księdza. Ponad dziesięć lat temu składałem apostazję, zresztą wcześniej  i tak nie miałem bierzmowania. To nieistotne teraz drogi Panie. Dziecko musi mieć ojca chrzestnego. Ziemskiego opiekuna swych praw. Błogosławię Pana do tej roli. Proszę podejść.     Ja przyszedłem tu na pogrzeb! Kiedy odbędzie się pogrzeb  zaplanowany tu na godzinę jedenastą? Chcę wiedzieć tylko tyle i już mnie tu nie ma. Ksiądz nie dał się zbić z tropu. Ta świątynia nie prowadzi  mszy pogrzebowych,  tylko chrzty i komunie święte. Został Pan wybrany na ojca chrzestnego, chyba Pan teraz nie odmówi dziecku?     Jak to nie prowadzicie pogrzebów?! Od kiedy?! Byłem tu wielokrotnie na pogrzebach, na ślubie też,  ledwie w zeszłe lato. Teraz powołujemy jedynie nowych wiernych, chrzcząc ich i nadając im imię. Niech Pan nie robi scen w domu Bożym i stanie w swej roli dla dobra tej dzieciny.     Chyba ksiądz mnie nie zrozumiał. Nie jestem katolikiem  ani nawet chrześcijaninem. Przyszedłem na pogrzeb bo tak trzeba, ale nie mogę brać udziału  w żadnym chrzcie ani w liturgii. Z szacunku do Was wiernych  jak i swoich przekonań i wiary. Jestem rodzimowiercą. Wierzę w duchy, demony i magię. Tą najczarniejszą również. Praktykuję ją na codzień. Modlę się do swojej patronki. Przenajświętszej Śmierci. Nie o łaski dla mnie  a o zemstę, sprawiedliwość  i śmierć dla moich wrogów. Więc przepraszam  ale będzie ze mnie kiepski chrzestny. Idealny.     To jedno słowo rozcięło ciszę jak nóż. A padło z ust chrzestnej matki. Dalej patrzyła na mnie drapieżnie i dziko. Jest Pan idealny dla mnie  jako Pana chrzestnej partnerki  i dla rodziców małej. Proszę się zgodzić. Wyciągnęła ku mnie dłoń  w zapraszającym geście.     Oszalałem widać, lecz dałem za wygraną. Przeszedłem w ich stronę i złapałem jej dłoń. O dziwo była ciepła  a wręcz lekko spocona i gorąca. Ale gdy ścisnąłem ją troszkę mocniej, nie wyczułem pulsu tam gdzie zwyczajnie powinien odbijać się echem serca w żyłach. Spojrzałem na nią z bliska. Teraz już uśmiechała się szczerze  ale nadal zimno. Z profilu przypominała  kapłanki Świętej Śmierci a może sama nią była. Jeśli nawet tak było, to już nie bałem się. Bezbronnemu nie grozi kara.     Ksiądz spojrzał na mnie  i zwrócił się tymi słowami. Na chrzcie świętym nadano Ci imię skały  na której miałeś zbudować kościół. Ty zbudowałeś go  a potem doszczętnie zrujnowałeś  a na końcu spaliłeś. Przyjąłeś demona do swego serca  i nadałeś mu imię tego,  który pomagał dźwigać krzyż na Golgotę. Bo on pomaga Ci dźwigać ciężar żywota. Wyniosłeś go  ponad wszelkie stworzenie i uczucie  byś już nigdy nie wrócił  do postawy człowieka. Wezwałeś święte oblicze Śmierci  do swego życia  aby oddawać jej hołd  i uciec pod Jej protekcję. Ona chroni Cię od wrogów  i zadaje im krwawą sprawiedliwość. Stałeś się ambasadorem Jej praw. Piewcą Jej chwały. Jej wilczym omenem,  który wykonuje Jej nieomylne wyroki. Godnym jesteś kapłanem  by nadać imię temu dziecku. A wtedy mechanicznie wręcz wyrzekłem A więc niech przyjmie imiona. Angelisa Angela Luna Sol de Muerte.     Dzwonnica rozgorzała  potęgą spiżowych dzwonów. Ksiądz zanurzył dziewczynkę we krwi. Już nie płakała. Miała zimne, czarne oczy śmierci. Wyrośnie na piękna kapłankę. Ministrant trzymał w dłoniach złoty pucharek  z komunią w środku. Były to szczątki ciała wrogów  umoczone we krwi. Rozdał je pośród zebranych. Każdy dopełnił ofiary. Wiążąc zaklęte w nich dusze Na wieki w potępieniu.                          
    • @Proszalny  ... lubię patrzeć wychodząc do pracy na sukienkę wiszącą na krześle    myśli blisko anatomii rozgrzewają... ... Pozdrawiam serdecznie  Miłego dnia 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...