Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mieszkanie było do cna splądrowane.

Bezdusznym czasem.

Gnilnym postępem wilgoci.

Fantazyjnymi formami 

surrealistycznych pejzaży,

czarnych, cuchnących grzybem ścian,

tak głęboko pochylonych ku zagładzie,

że zdać by się mogło, 

dźwigają cały ciężar

świata i nieboskłonu

a nie ciężki,

skruszały i śmierdzący 

nagrzanym w słońcu eternitem dach

tej pozbawionej nawet duszy ruiny.

Zajęte koloniami

kurzu i roztoczy zasłony,

niegdyś szczerozłote, 

zdobione kwiatami róż,

teraz spały spokojnie,

stróżując dostępu do tej samotni.

Każdy blask

czy nieśmiały promień słońca,

natychmiast śniedział w zetknięciu 

z atmosferą grozy tego miejsca.

 

 

Groza biła zewsząd.

Kryła się w rozklekotanej,

trzydrzwiowej, dębowej szafie 

z wyrwanymi dolnymi szufladami,

jak zarażonymi próchnicą zębami.

Przeglądała się w brudnych, 

zarysowanych lustrach 

o miedzianych ramach,

Wyglądała za płócien 

porzuconych na pastwę 

zapomnienia obrazów.

Niegdyś malowane ręką mistrzów,

teraz postacie na nich 

umierały w niemym krzyku,

rozlane w pigmencie koloru zagłady.

 

 

Łoże małżeńskie konało w rogu.

Ustawione tam celowo,

czy zawleczone siłą nieczystą?

Wybebeszone z 

trocinowo, gąbczastych trzewi.

Sprężyny wystawały jak 

strzaskane obuchami kości,

lub jak nagie, 

objęte ostatecznym rozkładem dłonie,

morowym, ożywionych trupów,

wystające z zapomnianych mogił,

gdzieś pośród przeklętych uroczysk.

Zapleśniała narzuta, 

zwisała grubymi fałdami 

ku klepkom podłogowej mozaiki.

Przypominała porzuconą chorągiew 

na polu bitwy.

Nie było już nikogo 

kto by w jej imię walczył z honorem.

Nie było nikogo kto by ją podźwignął 

i zasadził z powrotem na drzewiec.

Nie było już barykad miłości.

Nie było żołnierzy wolności.

 

 

Narzuta nosiła na sobie stygmaty 

wżartych w materiał plam.

Burgundowych, dojrzałych,

jak najprzedniejsze wino.

Ślady krwi.

Przelanej tu do ostatniej kropli.

Do ostatniego, rzężącego spazmem,

wydechu zaróżowionych ledwie ust.

Ciała co oczywiste

już dawno nie było tutaj.

Rozpadło się w cień.

W dusznym mroku jesionowej trumny.

Przepadło.

Jak przyjaźń i uczucie.

Jej upiór nie nawiedzał tych murów.

Nawet dziś w rocznicę zbrodni.

 

 

Podłoga ugięła się, skrzypiąc donośnie.

Przechadzał się po domu.

Tak samo jak rok temu.

Dziesięć lat.

Sto.

Oddychał spokojnie,

wzbudzając ekspresyjny taniec 

sypiących się z dachu

cząstek w powietrzu.

Miał nawet

przez chwilę ochotę ku temu 

by wyjrzeć przez okno.

Dla niego wszystko zastygło 

z dniem ostatecznym.

Lecz świat z pewnością 

biegł nieprzerwanie naprzód.

Nie sądził nigdy,

że spełni swoje najskrytsze marzenie 

i będzie nieśmiertelny.

Przeklęty na wieki.

Ale jednak nieusuwalny.

Zbrodnia zaciera się 

w przestrzeni fizycznej doczesności,

jednak wyrok piekielny 

jest trwalszy niż granit.

Będzie tutaj, nawet wtedy 

gdy ich dawny dom 

skruszeje do cna.

Fundamenty znikną 

oddane na powrót napierającej naturze.

 

 

A jego klątwa przetrwa.

Bo jej fundamentem jest zbrodnia.

Celem nadrzędnym zemsta.

A odkupienie i rozgrzeszenie

jest mżonką.

Nie zabił człowieka.

Zabił przyczynę.

I dlatego po stu nawet latach,

mógł podejść 

bez strachu i zawahania do lustra.

Spojrzeć sobie i prawdzie w oczy 

z uśmiechem, 

dobrze i solidnie 

wykonanej pracy.

Siekiera, która dotąd lewitowała 

w przestrzeni pokoju

spadła w głuchym brzękiem na podłogę

a przestrzeń wypełnił,

męski i przeraźliwie zimny śmiech.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...