Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

 

 

Już wiem, że to sen.
Ta wiedza niczego nie ratuje.

Biegnę,
a raczej zapadam się w bieg.
Jak człowiek w melasie.
Ruch istnieje,
ale nie ma prędkości.

Miasto znam.
Na pewno znam.
Byłem tu kiedyś.
Albo śniłem, że byłem.
Ulice rozpoznają mnie szybciej niż ja je.
Bruk pamięta ciężar moich stóp,
choć nogi mam z opóźnionej decyzji ciała.


Próbuję przyspieszyć.
Ciało nie wierzy.
Każdy krok ciągnie się
jak źle postawione zdanie,
którego nie da się cofnąć.

Asfalt ma temperaturę krwi. Wpija się w podeszwy.
Zlizuje moje imię z dowodów istnienia.

Oddycha.
Przytrzymuje mnie jak dłoń na karku.
Wciąga sznurówki, resztki tętna.
Miasto bierze mnie małymi porcjami.

Ktoś jest za mną.
Od pierwszej sekundy mojego snu.

Słyszę go w zmianie powietrza.
W tym, jak cisza robi się cięższa.

To drapieżnik.
Nie ma twarzy.
Jest jedynie negatywem światła, pustym miejscem w strukturze atomów, które wypełnia się moim strachem jak naczynie krwią.

Poluje.

Jego obecność zagęszcza ulice.
Oddech ma wagę betonu w ruchu.


Nie słyszę kroków.
Słyszę, jak pod jego ciężarem pękają cząsteczki powietrza. Jest tak blisko,
że moja własna skóra
próbuje się odwrócić,
by go nie widzieć.

Wie, że nie muszę się spieszyć -
to ja muszę.

Uciekam w kręte uliczki.
Znam je.
A jednak nie wiem, gdzie jestem.
Miasto przesuwa mapę pod stopami.
Znajome miejsca gubią nazwy.
Nie ma kierunków.
Jest tylko przód
i to, co jest za mną.

Moje stawy to zatarte łożyska,
w których noc kruszy się na opiłki.
Każdy krok jest gwałtem na geometrii ulicy.

Nogi mielą noc
jak zużyty mechanizm.
Powietrze gęstnieje,
opiera się płucom,
myślom, strachowi.
Oddycham za wolno.

Przez chwilę
sen patrzy na mnie.
Jest w tym coś spokojnego.

Krzyczę.

Krzyk nie wylatuje.
Zastyga w przełyku jak stygnące szkło.
Rozrywa płuca od wewnątrz,
bo świat nie chce go przyjąć

Gardło pęka -
ale krzyk wraca,
wbity z powrotem w usta
jak knebel z własnego ciała.

Kamienice nachylają się tak nisko,
że czuję na karku ich stęchły oddech.
Zamykają powieki fasad.
Miasto mnie pamięta.
I to jest najgorsze.
To miasto śni mnie
dokładniej,
niż ja potrafię śnić je.
Bruk układa się w kształt moich lęków,
zanim zdążę o nich pomyśleć.

Drzwi są oczami.
Okna - jamami ust.
Nikt nie pomaga.
W całym mieście nie ma ani jednego świadka,
który chciałby mieć oczy.

Cień za mną jest cierpliwy.
Cień nade mną rozlewa się
jak smoła,
która zna każdy mój krok
i wie, gdzie zwolnię.


Upadam.
Podnoszę się,
ale moje kości mają już gęstość popiołu.
Grawitacja tego miejsca nie chce mojego ciężaru,
chce tylko mojego oporu.


Drapieżnik już stoi przede mną.
A świat za nim jest zagięty, jakby noc złożyła się na pół.
Nie goni.
Czeka.
Aż do niego dojdę
na resztkach ruchu.

Serce wali w żebra jak pięść w zamknięte od wewnątrz drzwi.

Sen dławi mnie
ręką z betonu
włożoną w gardło.

Krzyczę.
W nocy.
Krzyk przebija sen, ściany, cudze sny.
Budzi domowników -
obcych świadków mojego pościgu.

Pęknięcie.
Światło.

Budzę się.

Sprawdzam dłonie.
Pod paznokciami mam pył z tamtego bruku.
Cisza w pokoju nie jest pusta.
Ma ten sam ciężar, co tam, za rogiem.


Z gardłem spalonym od krzyku.
Z sercem, które jeszcze biegnie.

Leżę w łóżku.
Cisza oddycha obok.

I nie wiem,
czy to miasto istnieje naprawdę,
czy tylko wraca nocą

po mnie.

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Migrena (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Migrena

 

Wiersz genialnie oddaje fizyczne odczucia towarzyszące koszmarom. To walka z własną biologią, która staje się więzieniem. Obrazuje frustrującą niemoc.

Miasto w tym utworze nie jest tłem - to antagonista.To nie człowiek zna miasto, to „ulice rozpoznają mnie szybciej”. Miasto ma krew, oddech i pamięć. Asfalt „zlizuje imię z dokumentów”. To sugeruje, że lęk dotyczy nie tylko fizycznego zagrożenia, ale całkowitego rozmycia się ego. Podmiot staje się „porcją” konsumowaną przez przestrzeń.

„Drapieżnik” podążający za bohaterem jest uosobieniem nieuchronności. On czeka. To sugeruje, że drapieżnikiem może być czas, śmierć lub własna przeszłość (lęki, o których „bruk wie, zanim zdążę pomyśleć”). To walka z czymś, czego nie da się pokonać dystansem, bo to coś jest częścią „scenariusza” snu.

„Każdy krok ciągnie się, jak źle postawione zdanie, którego nie da się cofnąć” - Sugestia, że życie (lub sen) jest formą zapisu. Błąd popełniony raz (w ruchu, w decyzji, w słowie) staje się nieodwracalnym ciężarem. To wprowadza motyw winy lub poczucia błędu egzystencjalnego.

Zakończenie wiersza uderza w nuty grozy. Pył pod paznokciami to motyw przenikania się światów. Sugeruje, że trauma lub doświadczenie „miasta-koszmaru” jest realne i zostawia fizyczne ślady.

Dla mnie to wiersz o bezbronności człowieka wobec własnej podświadomości, która potrafi stworzyć więzienie bardziej realne i duszne niż betonowy świat za oknem. Jest świetny, bo można go interpretować na kilku poziomach - psychologicznym, metafizycznym oraz czysto sensorycznym.

Opublikowano

@Berenika97

 

 

Bereniko, dziękuję Ci za to czytanie , które nie tylko analizuje, ale naprawdę wchodzi w strukturę tekstu i zostaje w nim   na chwilę dłużej.

 

Twoja uważnosć jest czyms  rzadkim : nie zatrzymujesz się na powierzchni obrazu, tylko dotykasz jego nerwu.

 

bardzo cenię to, że potrafisz zobaczyć w wierszu przestrzeń, w której lęk ma własną biologię, a metafora oddycha jak realne ciało .

 


to dla mnie ogromny przywilej być czytanym w ten sposób - bez pospiechu, bez uproszczeń, z   intelektualną precyzją i wrażliwością.

 

Twoja interpretacja nie domyka tekstu, lecz go otwiera, a to jest najwyższa forma rozmowy z wierszem.


dziękuję Ci za ten wysiłek i obecność.

 

bardzo Ci dziękuję Nika.

 

Opublikowano

@Migrena Ten wiersz jest jak sen, z którego nie można się obudzić. Czuję w nim każdy ciężar ulic, każdy oddech miasta, które pamięta mnie lepiej niż ja siebie. Strach tu nie jest metaforą, on ma ciało, gęstość, puls.

„Drapieżnik” nie potrzebuje twarzy, a ja rozpoznaję jego obecność w każdym mięśniu. Po lekturze zostaje mi w gardle echo krzyku i pył pod paznokciami – nie wiem, czy to jeszcze sen, czy ja naprawdę chodzę tymi ulicami.

Opublikowano

@Migrena

 

Dobrze, że na początku napisałeś, że to sen. To,co przeczytałam to jak horror w najlepszym, psychologicznym wydaniu.  Nie będę już chodzić sama po zmroku po ulicach miasta. :)  Wszystkie komentarze przeczytałam,ale to mnie nie uspokoiło. Działasz swoim tekstem na wyobraźnię! Jest niesamowity!   Pozdrawiam. :)

Opublikowano

@Christine

 

głupio mi :)

 

ale to naprawdę sen.

 

tylko sen.

 

dewastujący śniącego.

 

a ja tylko wierszokleta co udramatyzował to jak umiał :)

 

dziękuję , że jesteś.

 

dziękuję za Twoje słowa.

 

piękna Ci życzę :)

 

 

Opublikowano

@Christine

 

wiesz co Chrissy,

 

nawet nie wiem co powiedzieć.

 

więc odpowiem jednym z trzech najpiękniejszych słów świata.

 

te slowa to mama, kocham, dziękuję.

 

to ja Chrissy - dziękuję :)

 

bardzo dziękuję :)

 

Opublikowano

@Christine

 

Chrissy.

 

ustawiasz mi wysoko poprzeczkę, a ja nie wiem czy poetycko jestem wystarczającą skoczny :)

 

dzięki wielkie za Twoje slowa :)

 

no to piszę, ale już z duszą na ramieniu.

 

na wszelki wypadek już teraz proszę o wyrozumiałość :)

 

z sympatią Cię pozdrawiam :)

 

 

Opublikowano

@viola arvensis

 

to prawda :)

 

Wiola opowiedziała mi swój sen który był 

holograficzny  niesamowitą świetlistościa, totalnie 

wysycony oraz super 

hiperrealistyczny.

 

ja nie miałem trudnego zadania bo mój wiersz jest tylko odbiciem Jej snu.

 

sen bolesny, ale  pieknie utkany z wyrazistych scen.

 

dzięki Wioluś.

 

 

Opublikowano

@Migrena

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jesteś mistrzem i Twój rekord skoku przez poprzeczkę jeszcze nikt nie pobił. :)

@viola arvensis

 

 

Ależ koszmary Ci się śnią! Ja miałam taki koszmar , ale to nie był sen. :(  Chyba jednak lepsze są koszmarne sny niż  koszmarne zdarzenia w realu. Dziękuję za informację. Pozdrawiam.:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...