Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

"Skoro sztuka mnie wyklęła,

nie uznaję jej kanonu.
Skoro sacrum mnie nie przyjęło, uczyniłam bluźnierstwo rytuałem."

 

Schowała świeżo wykonany rysunek 

za pazuchę płaszcza.

Palcami ubrudzonymi węglem,

pogłaskała śliczne, malutkie łebki 

białych, bezdomnych kociąt,

którzy dzielnie służyli jej za modeli.

Szybko wzięli się za wylizywanie

sobie nawzajem, szarych pasemek,

które im nieopatrznie stworzyła.

Powoli zaczynało świtać

a niebo grafitowo-niebieskie 

iskrzyło głęboko ponad chmurami,

jasnymi śladami,

cichych jeszcze wyładowań.

Burze trapiły ich

w tym roku niczym rozległa

i nader uciążliwa plaga.

Jeśli dziś nadejdzie kolejna z nich,

to rzeka płynąca przez miasteczko

i dzielącą je praktycznie na pół,

wystąpi z koryta 

i wywoła

nieprzewidziany w skutkach potop.

 

 

Bała się burzy i żywiołu wody.

Nie umiała radzić sobie

z nagłym lękiem,

który ogarniał jej 

wątłę, blade i piegowate ciało,

gdy tylko do jej 

wyczulonych na zmiany

w środowisku uszu,

spłynął szum fal rzęsistego deszczu,

przecinany hukiem 

śmiercionośnych, boskich błyskawic.

Najgorszą torturą był dźwięk deszczu odbijającego się od

klekoczących okiennic,

ledwie wręcz umocowanych 

w jej skromnej sypialni.

 

 

Strach zyskiwał wtedy moc cielesną.

A rozum nie potrafił

przeciwstawić się mu

w sposób spokojny i racjonalny.

Skulona i zlana, zimnym potem,

przeklinała to co najbardziej kochała.

Opowieści o duchach i potworach,

senne, poranne spacery

po zapuszczonych,

wyłączonych z użytku już nekropoliach,

seanse z tarotem 

i czarnomagicznymi księgami,

by przywołać demony i dżiny 

i powierzyć im spełnienie 

najdzikszych pragnień.

W jej rysunki i szkice,

rozwieszone wszędzie wokół łóżka,

sam diabeł lub jego piekielni akolici,

wpychali iskrę życia.

Jej prace gdy je wykonywała,

nie wzbudzały w niej 

odstręczenia, wzgardy,

lęku czy przerażenia.

Przeciwnie.

Kochała ich każdy detal

i doskonałość formy.

 

 

Lecz gdy potwory, bestię i ghoule,

wychodziły o północy z ram kartek

i otaczały ją zewsząd,

wyciągając szponiaste włochate łapy,

śliniące się, krwistoczerwone jęzory.

Naruszały brutalnie

i wrogo jej niewinność.

Każdy skrawek jej ciała.

Nawet najdelikatniejszy,

był pod władztwem 

ich niepohamowanego amoku 

i dzikiego pożądania gadzich ślepi.

Koszmar kończył się gdy 

burza odchodziła na wschód,

gnana zwierzęcą potrzebą zniszczenia

kolejnych niewieścich

lub dziecięcych snów.

 

 

Budziła się z krzykiem.

Powoli odzyskiwała rozum i oddech.

Czuła się brudna.

Zszargana i sprofanowana.

Jej odkryte lubieżnie wdzięki,

lśniły niczym najdroższe klejnoty 

w bieli, krochmalonej pierzyny.

Strach i gorycz mijały z każdą minutą.

Zakrywała zasiniaczone lekko piersi 

o różowych drobnych sutkach,

Broniła wglądu

w zaczerwienione, mokre łono

o idealnie złożonych,

różanych płatkach.

A potem jak gdyby nigdy nic wstawała.

Plotła byle jak, złociste pukle włosów

i natychmiast brała do ręki

węgiel lub ołówek.

Musiała uwiecznić kolejny koszmar 

na płótnie czy kartce.

Już nie budziło to w niej grozy 

a irracjonalne podniecenie.

Wena była drogą ku spełnieniu.

 

 

Rysowała każdy szczegół.

Dokładnie i długo.

Każdą zmarszczkę, grymas czy fałdę.

Znów była oddana pieszczotom.

Tej, którą kochała nad życie.

Sztuki.

Jej zwinne, długie palce, kresliły linię 

idealnych konturów i przestrzeni.

Czasami muskała wręcz

kącikiem brody 

o powierzchnię rysunku,

wystawiała końcówkę języka

w skupieniu

i dokładała każdy cień, 

każdą warstwę.

Czasami wiedziona zapomnieniem,

zważała dopiero niewczas

jak mocno na łechtanie zmysłów odpowiada jej ciało.

Nogi wolno skupiały się ku sobie 

a dorodne uda tarły, najdelikatniejszymi,

wewnętrznymi powłokami skóry,

prowokując jej policzki 

do silnego zaczerwienienia 

a usta do lubieżnych westchnień 

a nawet cichych jęków.

Mrowienie rozchodziło się

z jej trzewi na cały organizm.

Jak tembr dzwonu.

Jak fale wzburzone

wrzuconym w czystą,

krystaliczną toń kamieniem.

 

 

Tonęła jak ten kamień.

W imaginacjach, wspomnieniach,

upadłych fantazjach.

Czuła jak tężały z wolna

jej napięte mięśnie.

Nie tylko one.

Piersi twardniały boleśnie 

i znów jak w nocy domagały się demonicznych, srogich pieszczot.

Jej druga dłoń bezwiednie,

zaczynała grać rolę tego demona.

Głaskała, mlecznobiałą szyję,

Dusiła ją delikatnie lecz na tyle 

by ślady palców 

zostawały choć na moment i budziły wspomnienie nocnego zniewolenia.

Czasami odkrywała piersi,

nabrzmiałe chwytały 

delikatną i chłodną rześkość poranka.

Wsuwała palce do pełnych,

gorących ust.

Najpierw ledwie zwilżone, 

błądziły wokół warg

by nagle znaleźć się głęboko

na tylnej ścianie języka.

Pragnęła jeszcze więcej,

wspominając ich zwierzęcy,

nocny erotyzm.

Brała pierś w dłoń.

Ugniatała szybko i brutalnie 

czując w sobie jeszcze 

ślad rytmicznych pchnięć.

 

 

A gdy tego jeszcze było jej nie dość.

Zsuwała się niżej

i rozrzucała nogi na boki.

Wilgoć jej najdelikatniejszego obszaru

tylko potęgowała w niej żądze.

Palce skupiała na jednym punkcie.

Twardym i gorącym,

który delikatnie ukrywał się nadal 

jakby speszony i wstydliwy przed tym 

co zaszło już znacznie za daleko.

Tak płonęło jej ciało.

W ogniu pożądania.

Aż do spełnionego końca 

który wieńczył dzieło.

 

Po wszystkim, roztrzęsiona

a zarazem lekka jak piórko.

Brała skończony rysunek 

i na nadal objętych mrowieniem nogach podchodziła do łóżka. 

Przyklejała nad nim dzieło

na którym stadko ghouli 

pieściło ją ze wszystkich stron 

ku szaleństwu.

Uśmiechnęła się 

z niepokojąco zepsutym

błyskiem w oku.

 

 

Wszyscy uważają ją za wiedźmę 

i upadłą, rozwiązłą dziewczynę Diabła.

Dlatego wyrzucono ją

najpierw z klasztoru,

potem z akademii sztuk pięknych 

a teraz nawet przepędzano 

z parku czy barów.

Nikt nie chciał nawet oglądać jej dzieł.

Tym bardziej kupić ich.

Z jednej strony bała się nocnych burz.

Z drugiej błagała czasem w myślach 

by nadchodziły jedna za drugą.

Lubiła być niewolnicą

swojej upadłej sztuki.

Kochała być niewolnicą demonów.

 

 

Ostatnio odwiedził ją 

jeden z poetów wyklętych.

Urzekła go.

Naturą, charakterem,

talentem i pięknem.

Korzystał bez zahamowań 

z uroków jej młodego ciała,

sycąc jeszcze zmysły 

rozwieszonymi wszędzie rysunkami.

Czuła się przy nim,

brudna, upadła i wyklęta.

I było jej z tym błogo.

Taka była.

I taka miała pozostać.

 

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Mroczne, surowe, autentyczne. Rzadko spotyka się tak bezkompromisową eksplorację relacji między twórczością, traumą i pożądaniem. Bohaterka jest jednocześnie ofiarą i sprawczynią, niewolnicą i twórczynią. Paradoks, który świetnie oddajesz. Mocny tekst.

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Gosława Wydaje mi się, że ten tekst wymaga przeredagowania. To miał być szkic, ale się pospieszyłem i wstawiłem go na forum...  @Gosława Mogłabyś wskazać momenty, które Cię zatrzymały? Z chęcią  zestawiłbym je z tym co ja uważam za dobre w tym tekście.
    • Szary pokój   Nie chciałam tego pisać, bo nie chcę żebyście wiedzieli, że mnie to obchodzi, że są rzeczy o których myśle przed snem, zanim ucieknę do świata marzeń, że mam serce.     A może nie mam, sama nie wiem, ale czasem czuję ból, więc może jestem jeszcze człowiekiem, a nie już tylko wrakiem, nie tylko duchem przeszłości.     Chciałabym być czymś więcej, niż tylko waszym marnym wspomnieniem, ale nie ma już we mnie nic, co by was zatrzymało, co by was utrzymało w moim szarym pokoju pełnym smutku.     Dla blondynki którą kiedyś byłam, chciałabym się uratować, bo ona była jak promyk słońca, jak wiatr we włosach, w twoich oczach była sama słodycz, niewinna jeszcze, zanim świat zdążył cię zranić, byłaś jak wiosna, która nie znała zimna, ciepła i przyjemna, a serce pełne miłości i troski, zamartwiałaś się o innych, lecz ludzie pokazali ci że można mieć więcej, niestety to nigdy nie znaczyło lepiej, zagubiona byłaś, a pomocy nie otrzymałaś, ale ja gdybym mogła to bym ci podała dłoń, bo wiem że tak naprawdę nie chciałaś stać się latem, gorącym i bezlitosnym, burzliwym i zmiennym. Chciałabym cie lepiej zapamiętać, bo wiem że miałaś w sobie dużo więcej. Szary pokój to widział i ja też wiem.     Dla brunetki którą kiedyś byłam, chciałabym się uratować, bo byłaś pełna bólu, ale miałaś siłę której ja nie mam, miałaś śmiech którego ja nie mam, byłaś warta wszystko, lecz nie zostałaś nigdy doceniona, ale wiedz że ja cię doceniam, bo byłaś jak wczesna jesień, czasem chłodna, ale w niektóre dni radosna jak piękne zachody słońca, twoje nadzieje stały się jak deszczowe poranki, myśl że może jednak w południe wyjdzie słońce, lecz nigdy nie wyszło, czasem tylko przebijało się przez chmury twojej nostalgii, nostalgii za wiosną, mimo to odnajdowałaś w szarych dniach, kolorowe liście, i za to ci dziękuję, bo byłaś pewna, że ty w tym szarym świecie jesteś właśnie tym kolorowym liściem, jednak spadł on na brudną ziemię i zderzył się z ponurym światem, tak samo jak ty. Szary pokój to widział i ja też wiem.     A teraz jestem tylko ja w czarnych włosach, dla której nie chce się już uratować, w swoim smutnym szarym pokoju, i nie mam już was, tylko ja i moje żałosne smutki, teraz zostały mi już tylko szare ściany, które słyszą mój płacz, czują mój ból, i może też staną się czarne, jak moja poddająca się dusza i kosmyki na głowie, stałam się jak zima, bo nie mam już w sobie słońca, nie mam już w sobie ciepła dla innych, ale wiedzcie, że chciałabym mieć, znów radość na twarzy, i te iskierki w oczach, ale może jest jeszcze dla mnie nadzieja, bo po zimie jest wiosna, ale czy ja chcę czekać tak długo, i tak nigdy już nie będę jak tamta wiosna, ani jak tamta jesień i lato, ale bardzo nie chce pozostać na zawsze zimą, bo czuję się jak zagubiony płatek śniegu na wietrze w chłodną noc, sam bez celu błąkający się, zimny lecz też mały, bo nikt nie widzi jego piękna i wyjątkowości, nikt się nie zastanawia nad jego żywotem, oprócz niego samego, jestem taka sama jak on. Szary pokój to widzi i ja też wiem.     Ale napewno nie chciałabym się uratować dla was, bo nikt nigdy mi nie pokazał, że byłabym warta rano wstawania, że byłabym kolorowym liściem wśród ponurej codzienności, że byłabym promykiem słońca, że byłabym jak ulubiona melodia, że byłabym jak plaster na rany, dlatego zostanę sama w szarym pokoju, i tylko to po mnie pozostanie, te smutne i mokre od łez ściany, a poza nimi wspomnienia ze mną, mam nadzieję że będą was prześladować w najgorszych koszmarach o mnie, a jak uronicie po mnie łezkę, to pomyślcie o szarych ścianach, które codziennie widziały moje troski i moje bóle, a żadnego z was tam ze mną nie było, żaden z was nie pomyślał o wiośnie, lecie, jesieni i zimie.  A szary pokój widział to wszystko i ja też wiem.        
    • cisza w pokoju zegar tyka głośniej śpisz już spokojniej
    • @Berenika97 Przepiękny wiersz, płynący. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • Pijani od życia  Jedzą śniadanie    Na słodko gorzko    I nie ma nic  Poza oddechem    I szeptem    A prawda przechodzi  Z ust do ust    I gdy ktoś  Naciska na spust    Ten sen zaczyna się  Na nowo! 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...