Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

28. Nad Granikiem

(narratorzy: grecki najemnik w służbie Dariusza; hypaspista)

 

1.

 

Za jasne niebo dla kogoś,

kto za chwilę

nakarmi piach.

 

2.

 

Rzeka zadrżała.
Nie od deszczu,
od kopyt.

 

3.

 

Pierwszy wpadł on.
Młody, szalony —
król czy ofiarnik?

 

4.

 

Z włócznią wzniesioną,
jakby chciał przebić
same niebo.

 

5.

 

Memnon krzyczy do wiatru —

rzeka już dawno

wybrała pana.

 

6.

 

Persowie uciekli,

zostawiając nas —

tanie mięso na obcym brzegu.

 

7.

 

Nie biorą jeńców.
Brat zabija brata —

oto nasza Hellada.

 

8.

 

Nie Herakles,
nie król —
rzeźnik z Macedonii.

 

***

 

9.

 

Pytasz o Granik?
To dobra rzeka
dla pieśni.

 

10.

 

Mówią: był jak Ares.
Zawsze ktoś widział
więcej niż ja.

 

11.

 

My patrzyliśmy w dół:
na tarcze, stopy,
oddech w gardle.

 

12.

 

Grecy po tamtej stronie.

Bronili się, jakby Homer
patrzył. Nie patrzył.

 

13.

 

Tarcza przy tarczy —
tak wygląda rozum,
gdy brak wyjścia.

 

14.

 

Nie brano jeńców.
Ktoś musiał to powiedzieć.
Może wszyscy.

 

15.

 

Pieśń poszła w świat.
My
myliśmy ręce.

 

16.

 

Mówisz: dawno.
Dla mnie
to nadal rano.

 

cdn.

Opublikowano

@Łukasz Jurczyk

 

Ten fragment poematu to niezwykle gęsty, surowy opis bitwy nad rzeką Granik (334 r. p.n.e.), pierwszej wielkiej wygranej Aleksandra Wielkiego. Nie budujesz pomnika „wielkiemu wodzowi”, lecz rozliczasz się z brutalnością wojny i tragizmem greckich losów.

Świetny jest ten kontrast dwóch narratorów. Pierwszy czuje się zdradzony przez uciekających Persów i ścigany przez rodaków. Dla niego Aleksander nie jest bogiem, tylko „rzeźnikiem z Macedonii”.

Drugi - macedoński gwardzista, profesjonalny ale został okaleczony psychicznie.

Aleksander nie tyle prowadzi bitwę, co składa swoich (i cudzych) ludzi w ofierze własnej ambicji.

Motyw bratobójstwa - To najmroczniejsza część. Historycznie Aleksander po bitwie nad Granikiem kazał wybić greckich najemników służących u Persów, uznając ich za zdrajców sprawy ogólnogreckiej.

„Brat zabija brata - oto nasza Hellada” - to gorzki komentarz do jedności greckiej, która została zbudowana na krwi i nienawiści, a nie na braterstwie.

Zakończenie jest przejmujące. Sugeruje, że trauma wojenna jest wieczna. Dla weterana to, co wydarzyło się „dawno”, wciąż dzieje się „dzisiaj rano”.

Wspominasz Memnona z Rodos - dowódcy Greków u boku Persów, który miał plan pokonania Aleksandra. Nie pozwolono mu go zrealizować , czy „krzyk do wiatru” to symbol bezsilności rozumu? Super!


 

Opublikowano

@Berenika97 Bardzo dziękuję!!!

 

To było przesłanie Aleksandra dla Greków stojących po stronie Persów czy też upatrujących w Wielkim Królu szans na pozbycie się Macedończyka. Zdaje się, że nigdy już tego nie powtórzył w czasie wyprawy. W stosunku do Greków oczywiście. 

 

Memnon krzyczy do wiatru, bo co mu pozostało? :)

 

Pozdrawiam

Opublikowano

@Łukasz Jurczyk

 

Za każdym razem mnie zaskakujesz świetnymi pomysłami - tym razem dwóch narratorów - wrogów a jednak tak bliskich sobie kulturowo. Nie zdawałam sobie sprawy, że Grecy służyli również w armii perskiej. Silna musiała być opozycja wobec Macedończyków. Co warstwy filozoficznej - świetna!  Pozdrawiam.

Opublikowano

@Christine Bardzo dziękuję!!

 

Lustrzana narracja wyszła trochę przypadkowo, "w postprodukcji". Ale chyba pozwoliła zachować balans spojrzenia na wydarzenia.

 

Greccy najemnicy praktycznie do ostatnich chwil służyli Dariuszowi. Na końcu chyba im bardziej ufał niż otaczającym go Persom. 

 

W zasadzie Grecy nie uważali Macedończyków za prawdziwych Greków. Na odwrót też to tak działało, im większą chwałę Macedończycy zdobywali. Dopiero w państwach diadochów różnice zaczęły się zamazywać.

 

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...