Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Stali dokładnie po drugiej stronie ulicy,

w świetle dobrze już rozżażonej, 

gazowej lampy.

Było ich trzech, byli młodzi, 

widać zdeterminowani 

lecz niezbyt roztropni by pojawić się 

w środku nocy na terenie tej dzielnicy.

Powinni być mi zupełnie obojętni,

jak setki innych przechodniów 

i pijanych w trok zawalidrogów.

Mogli w każdej chwili natrafić na 

grupę chłopców Alfiego White'a,

wracających z jakiegoś

nocnego rozboju, włamu lub

po prostu solidnie zakrapianej libacji.

A to miałoby finał wręcz oczywisty.

Poczynając od posiniaczonych oczu 

i wybitych zębów,

przez przetrącone kulasy,

po pocięte żyletkami twarze 

lub wystające rączki noży

spod linii żeber.

 

 

A ja nie lubiłem 

niepotrzebnego rabanu pod oknem.

Rozlewu krwi

i zjazdu policji tym bardziej.

Szukali mnie i wiedziałem o tym dobrze.

A do mnie trafiało się

tylko na zaproszenie

i to pod warunkiem,

że to ja zapraszałem 

a nie ktoś przychodził sobie 

wprost z ulicy z czyjegoś polecenia.

Dobrze jest być sławnym

na całe miasto.

Taka sława mi odpowiada.

Ludzie mnie znają 

lecz nigdy mnie nie widzieli.

Mogą mnie cytować 

lecz nie znają mej twarzy.

 

 

Gazety błagają o wywiad,

więc ja ignoruję

spotkanie z dziennikarzem 

i posyłam mu do redakcji list 

z gotowymi odpowiedziami na pytania.

Do swych wydawców i księgarzy,

również wysyłam listy.

Czasami dla zabawy podpisuję kopertę,

że niby w środku jest bomba.

A potem widzę 

wypuszczone tomiki na witrynach.

Moje wiersze i manifesty,

robią większe spustoszenie 

niż najpotężniejsza bomba.

W umysłach i sercach

biednych czytelników.

Lubię być zapamiętany.

Gdy moje słowo zmusza do reakcji.

Lubię niszczyć ład społeczny i spokój.

 

 

Dla jednych jestem Bogiem,

dla innych geniuszem 

a są i tacy, którzy 

nazywają mnie szaleńcem 

i zarazą gorszą niż gangi.

Gangi werbują swych członków 

w kompletnych nizinach 

i nędzy fabrycznych,

zadymionych i trujących 

od wyziewów przedmieść.

Ja werbuję

jednostki ułożone, oczytane 

i bezmiar delikatne i wrażliwe.

Bogato urodzone lub wżenione.

Z jak najlepszych domów i rodzin.

Śmietanki miasta.

Opływającej w rzeki szylingów,

potoki dojrzewającej whisky

czy brandy.

Mających solidnie

ulokowane korzenie, w najwyższych stanowiskach urzędowych.

 

 

Czasami denerwuje ich to,

że dorobił się ktoś,

kogo nawet nie widać.

I jeszcze wodzi ich dzieciaki za nos.

Policja gdyby mogła 

to pewnie chętnie

by mnie zamknęła.

Łamię prawo.

Wiele praw.

Lecz nie używam do tego broni, narkotyków czy nielegalnego alkoholu

a kto słyszał kiedykolwiek 

by zastosowano prohibicję na poezję?

Nawet oni nie są tak ograniczeni.

Co innego krytycy i wydawcy.

Ich prohibicją jest cenzura.

I korzystają z niej 

bardzo chętnie

w stosunku do moich prac.

 

Bo kto lubi się bać?

I to jeszcze w tak dalece nieetycznym, zmyślonym świecie

z pogranicza snu i jawy.

Siedem grzechów głównych

za które wydawcy nie udzielają 

rozgrzeszenia i komunii.

Dekadencja, nihilizm, egzystencjalizm, turpizm, oniryzm,

nekroerotyzm i spirytualizm.

Więc o czym mam pisać?

O miłosnych błaznach 

i ich porcelanowych, 

narcystycznych laleczkach,

które mają otoczkę

złotą i pełną przepychu,

lecz pod kopułą nic ponad kurz, pył, pajęczyny i denną, głuchą przestrzeń?

Ja muszę czuć krew i szaleństwo.

Konsumować zgniłe resztki

poetyckich ciał

i płodzić zdeformowane potwory

z delirycznych koszmarów.

Oto ja Stwórca 

i moje pokraczne potomstwo ulicy.

 

A Ci na ulicy

widać przyszli do mnie po towar.

Nazwijmy ich sobie.

Dobry, Zły i Brzydki.

Z czego ten ostatni 

najpewniej miał do mnie

rzeczony interes.

Zazwyczaj Bóg skąpi im wszystkiego

od urody po talent.

A też chcieliby coś od życia.

Choć spalili się już na jego starcie.

 

 

Dobry był tym najprzystojniejszym.

Wysoki brunet o lśniących,

gęstych włosach.

Uczesany, zadbany i pachnący.

W dość biednym

acz schludnym garniturze.

W wypastowanych derby.

Miał ten specyficzny błysk w oku 

prawdziwego amanta.

On kruszył w dłoniach 

te puste, porcelanowe laleczki 

kiedy i jak chciał.

I co najważniejsze 

nie miał wyrzutów sumienia.

 

Zły był tym wiejskim,

topornym dzieciakiem,

który szukał lepszego zarobku 

i miejsca do spania w mieście.

Najpewniej robił u rzeźnika,

na targu rybnym 

lub ewentualnie jako górnik.

Za marne pięć 

może sześć funtów miesięcznie.

Miał wąskie świńskie oczka i tak samo spasioną twarz o dwóch podbródkach.

Rude dość krzaczaste wąsy 

i bliznę na szczęce, 

zapewne po ciosie 

lub krawędzi zbitej butelki.

Miał około metra osiemdziesiąt 

a bary jak niedźwiedź.

Zapewne bił się w barach amatorsko 

by dorobić kilka funtów.

Miał strasznie steraną koszulę

o prostym kroju 

i wytarte na kolanach spodnie 

z krzywo zaprasowanym kantem.

 

 

A Brzydki?

Był zaiste najgorszy.

Typ zubożałego inteligenta.

Niski, wątły,

lekko łysiejący już mimo wieku.

Rudy, z trądzikiem na twarzy 

i krzywych zębach.

Ale ubrany

w dobrej klasy garnitur i buty.

Na końcu dewizki

spoczywał srebrny zegarek 

a w dłoni

chłopak obracał niedopalone cygaro.

Gestykulował

i tłumaczył coś pozostałym 

i co kilka chwil zerkał 

na fronton mojej kamienicy.

Jeśli masz do mnie interes to po prostu tutaj przyjdź szepnąłem pod nosem.

I w tej chwili chłopak

wyrzucił cygaro na trawę

dał znak kolegom 

i zgodnie ruszyli

w kierunku mojej kryjówki.

 

Hunter, jeśliś łaskaw idź do drzwi

i przywitaj naszych nocnych, nieproszonych gości.

Dla świętego spokoju nie zapomnij 

o rewolwerze za paskiem.

Mój sługa,

stary, siwy Metys wstał zza biurka

i niechętnie ruszył 

ciemnym korytarzem do drzwi.

Otworzył je 

i wymienił z chłopakami kilka zdań.

Minęła dłuższa chwila zupełnej ciszy,

po czym do moich uszu

dotarły słowa Huntera

Pan Tracy zaprasza Pana do środka

 … tylko pana.

 

 

I zaiste Hunter wprowadził Brzydkiego 

do mojego gabinetu ze słowami.

Panie Tracy oto pan Zachary Leigh.

Brzydki wyprzedził Huntera 

i bez ceregieli wypalił.

Przyszedłem do Pana bo tylko pan może pomóc mi rozwiązać

mój problem panie Tracy.

Siedziałem w wysokim fotelu, 

oparciem w jego kierunku,

tak by nie widział mojej twarzy.

Spokojnie Panie Leigh.

Przychodzi pan do mnie w środku nocy,

nie zaproszony i nie wyczekiwany.

Z prośbą którą nie wiem 

czy będę w stanie spełnić.

Prośbą wykrzyczaną, 

bez okazania szacunku i pokory.

Ale dziś jest dzień szczególny.

Pomogę Panu bo jesteśmy 

jedną, wielką dekadencką rodziną.

Nihilistyczną mafią.

Niech Pan przyjmie prezent ode mnie 

jako od ojca chrzestnego.

 

 

W czym mogę pomóc?

Brzydki upadł na kolana 

i doczołgał się do oparcia fotela.

Błagam o to 

by napisał pan wiersz miłosny 

dla mojej ukochanej, oczywiście tak by myślała że ja to uczyniłem. 

Zaśmiałem się zimno.

Oczywiście Panie Leigh 

to dla mnie drobnostka,

powiem więcej nie wezmę od Pana 

nawet złamanego pensa

za taką robótkę,

lecz musi Pan mieć świadomość tego,

że w wierszu ukochana będzie martwa, trącona gnilnym rozkładem,

będzie upiorem, duchem,

nękającym Pana zmysły

aż do obłędu.

Czy tego pan oczekuję?

Zniosę wszystko

byleby tylko była moja.

A więc umowa zawarta.

Wziął moją dłoń i ucałował.

Dziękuję. Ponad wszystko dziękuję.

 

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Wspaniały tekst! Nie będę się już powtarzać. Dodam tyko - świetna atmosfera - czuć ten nocny, niebezpieczny klimat ulicy i kontrast z gabinetem poety. Najbardziej uderzyło mnie to, jak poeta używa swojej anonimowości jako broni. I ten finał - mroczny, ale przekonujący. Pozdrawiam. 

Opublikowano

@Berenika97 Ten wiersz i kolejny który skończyłem dosłownie przed kilkoma minutami a wrzucę jutro tutaj.

Wymykają się temu co do tej pory tworzyłem. 

Ten ma akurat całą masę nawiązań do kultury masowej lecz jest zakorzeniony w mojej ukochanej Belle Epoque.

I to prawda on pracuję obrazem i atmosferą.

Dziękuję Ci Bereniko.

Opublikowano

@Berenika97 Belle Epoque i późna epoka wiktoriańska to również świat olbrzymiej nędzy, wyzysku, gangów, dekadencji, schyłku filozofii egzystencjalnej, ostatniego w dziejach zrywu kultury na sam jej szczyt bo teraz po ledwie stu latach z małym okładem spadliśmy na samo dno cywilizacji. I spadamy dalej. 

Dlatego ja wolę tkwić w tym co było wielkie i piękne niż w tym co teraźniejsze.

@Christine Dziękuję za przeczytanie 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...