Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@Migrena "Marność nad marnościami i wszystko to marność"

Pyłem jesteśmy i w pył się obrócimy.

Tu nawet pyłu po miłości nie ma- bo jej nie ma i nigdy nie było.

są tylko żądza  zaspokojenie i to wszystko

Jest tylko fizyczność i nic.

Dobry wiersz bez nadmiernego wzruszenia.

Podoba mi się pozorna "suchość" wiersza.

Opublikowano

@Migrena

Od pierwszych dwóch słów – "zimno. brudne powietrze." – tworzysz nastrój, który przenika cały utwór. To nie tylko fizyczny chłód, ale egzystencjalne, emocjonalne wyziębienie. Każdy kolejny obraz – obojętna ona, nieobecny on, "czarny pył" pod paznokciami – jest kolejnym pociągnięciem pędzla na tym samym mrocznym płótnie.

Używasz prawie reporterskich środków. Zdania przypominają klatki z filmu lub pojedyncze, ostre wspomnienia. Detale takie jak "schody skrzypią", "pióro na parapecie" czy "uderzenie w ścianę, mówią więcej niż długie opisy. Pióro, które kiedyś służyło do pisania listów, jest przejmującym symbolem utraconej komunikacji i intymności.

Wiersz bezkompromisowo oddziela cielesność od miłości. Opisujesz akt fizyczny w sposób niemal mechaniczny.

Część "nie ma miłości, nie ma muzyki" podkreśla, że w tym momencie liczy się tylko "napięcie", "dotyk", "teraz". To esencja chwili, która jest wszystkim i jednocześnie niczym. Na koniec – "świat dalej istnieje, obcy, bez nich." – jest doskonałym podsumowaniem. Ich świat nic nie znaczył dla zewnętrznej rzeczywistości, a po wszystkim zostają tak samo samotni i obcy.

To niezwykle poruszający wiersz. Zaimponowałeś mi tym razem umiejętnością tworzenia gęstej atmosfery za pomocą minimalizmu i detali. Uchwyciłeś – pustkę i desperację ukrytą w czysto fizycznym akcie, moment, w którym dwoje ludzi jest sobie jednocześnie najbliżej i najdalej. Świetnie! 


 

Opublikowano

@Alicja_Wysocka

w duchu Becketta czy Sartre’a „fakt” to coś, co jest, ale nie znaczy.

Ciało staje się faktem.

To zdanie jest jak anty-metafora — zwykle w poezji ciało „wchodzi w ciało jak ogień”, „jak fala”, „jak miłość”, a u mnie — jak fakt.

Odarte z poezji, gest realizmu, który sam w sobie staje się poetycki przez brutalność.

 

Opublikowano

@Migrena Mam wrażenie że opisałeś 8 dzień tygodnia. Rozumiem że to ból istnienia taki układ słów dobiera ale.............za chwilę jesień z muzyką w tle  nie metalową i szklaną a pełną miłości.

@Annna2 Hej Aniu.Zanim rozsypie nasz popiół wiatr zostawmy miłość po sobie.Piękne odcienie ma przecież a przed nią zawsz CZŁOWIEK....serdeczności Anno.

Opublikowano

@Berenika97 .

 

Bereniko

Dziękuję Ci bardzo za te słowa. Naprawdę doceniam, że tak uważnie przeczytałaś wiersz i rozebrałaś go na te wszystkie elementy, które chciałem tam zostawić - chłód, obojętność, napięcie między obecnością a nieobecnością.

Może o to właśnie chodziło: o fakt, który istnieje sam w sobie, bez znaczenia, o ciało, które jest, choć nic już nie znaczy. Pi

Twoja interpretacja potwierdza, że te minimalne obrazy mogą być bardziej nośne niż wielkie opisy. Dziękuję, że dostrzegłaś pustkę, która jest jednocześnie wszystkim, i że nadałaś jej słowa, w których brzmi ta cisza.

 

Pięknie dziękuję :)

 

@Bożena De-Tre

Dziękuję za komentarz.

Może rzeczywiście to ósmy dzień tygodnia — taki, który nie istnieje, a jednak trwa.

W tym wierszu chodziło o fakt, chłód i obojętność. Muzyka, jesień i miłość mogą poczekać — tu i teraz pozostaje tylko to, co jest.

 

Opublikowano

@Bożena De-Tre

Tak. Ósmy dzień tygodnia istnieje tylko jako fakt. Nic więcej nie jest potrzebne.

 

A co do Hłaski.

Pisał w czasach Stachury, Nowakowskiego i Andrzeja Brychta.

Przy nich był literackim tandeciarzem.

Nie ma w jego utworach nic odkrywczego, inspirującego czy ciekawego.

 

Natomiast Edward Stachura jest świetny.

Marek Nowakowski, fenomenalny.

Andrzej Brycht, niesamowity.

 

A Hłasko......szkoda słów.

 

To moja opinia.

A znam ich twórczośc dobrze :)

 

A Ty ?

Co o nich myślisz?

Opublikowano

@Migrena @Migrena Dobrze dobrze jakby powiedział FD-:) masz wiedzę z czasów jakże nieodległych przeciesz.Nie ze wszystkim się zgadzam: pracę magisterską napisałam właśnie o M.H i „ wszystkich odwrócinych” Zresztą pierwsze seminarium z literatury współczesnej na naszej wrocławskej polonistyce u L.Herbsta Poety.Tu dosyć chwalenia-:)Mam trochę inny pogląd-czasy zadecydowały i brzydota wokół z podpiętą cenzurą!!!M.Nowakowski to moim zdaniem naśladował Marka H….percepcją świata zbrukanego przecież.A.Nrycht i E .Stachura tak!!Spakujemy do plecaków jak każą-:)Przepraszam za uproszczenia i przyśmiewczy tom ale „ odkąd mi wyrwali Pawie pióra z „ d..y” takim się stałem jaak mawiał Marek H. pytany na emogracji jak było w Polsce…

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...