Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Drzwi autobusu rozsunęły się.

Był to już ostatni, zjazdowy kurs 

i kierowca nie zamierzał

nawet udawać, 

że nie chcę spędzać na postojach 

więcej czasu niż wymagała tego 

absolutna konieczność, 

polegająca na wejściu lub wyjściu poszczególnych pasażerów.

Nielicznych już co prawda.

Sennie oklapłych

na twardych, plastikowych 

siedzeniach a wąskiej,

topornej budowie.

Większość wracała z pracy lub jakiś przedłużonych do granic spotkań towarzyskich czy biznesowych.

Marzyli jedynie o kąpieli,

spóźnionej kolacji

i kuszącej miękkości

łóżkowego materaca.

Tył pojazdu

jak to zwykle w tych godzinach,

okupowali pijani oraz bezdomni.

Wyjęci spod prawa.

Bez biletu, przemierzający pulsujące uliczne arterię tego miasta spotkań kultur i inspiracji. 

Wyrzuceni w mrok parkowych ławek,

opuszczonych squatów 

czy zagrożonych zawaleniem kamienic.

Czy tak jak w tym długim

jak wąż pojeździe.

Wysłani przez

społeczne oskarżające oczy,

na jego ogon.

By tam w kręgu kamratów.

Nużać się w niepochamowanej głębi 

upadku swego człowieczeństwa.

 

 

Traf a może i przeznaczenie 

wskazało tego wieczoru, 

że pośród tych wyrzutków 

można było dostrzec twarz człeka,

który na pierwszy rzut okiem 

nie pasował tam wcale 

ani zachowaniem

ani tym bardziej ubiorem.

Twarz jego nie zdradzała nic. 

Żadnej zmarszczki ani bruzdy,

mogącej wskazywać na to, 

że myśli nad czymś natrętnie 

lub że rażą go rozmyte,

astygmatycznie zniekształcone

światła latarni.

Nie wyglądał na zmęczonego

ani sennego.

Utkwił wzrok w jednym punkcie, 

zaparowanej lekko szyby.

Gdyby autobus był jakimś zabytkowym,

przedwojennym modelem.

Można by uznać za stosowne 

i jak najbardziej

uzasadnione stwierdzenie, 

że pasażer wyglądał jak duch 

nawiedzający kabinę pojazdu.

 

 

Wnioskować by tak można po tym, 

że odziany był w długi,

sięgający kostek 

dwurzędowy płaszcz o barwie świeżego popiołu z kominka.

Tweedowy o kroju oksfordzkim,

zdradzającym solidne

pochodzenie tkaniny 

jak i bardzo wysoki poziom uszycia.

Biała jego koszula zgrabnie kontrastowała z granatowym krawatem w złote prążki,

zawiązanym z najwyższym pietyzmem 

na podwójny węzeł windsorski.

Spodnie również szare,

o szerszych nogawkach

od kolana w dół,

z wyraźnie klasycznym fasonem 

i dokładnie zaprasowanym kantem,

zgrabnie zasłaniały sznurówki lekko podpalanych, brązowych brogsów wykonanych bezsprzecznie ręką mistrza szewskiego a nie maszynowo.

Ubiór wieńczyła brązowa czapka w stylu birmingandzkiego kaszkietu 

o uciętym ledwie widocznym daszku.

 

 

Autobus ruszył w stronę 

kolejnego przystanku.

Za jego wiatą był zlokalizowany

jedynie stary wyłączony już dawno

z użytku cmentarz.

Ostatni pochówek odbył się na nim jakieś pięćdziesiąt lat wstecz.

Pełny był jednak tych cudownych, artystycznych nagrobków,

które mimo wielu uszczerbków, uszkodzeń i bezmyślnych

dewastacji młodzieży,

nadal cieszyły oko

tak pasjonatów sztuki 

jak i odwiedzających nekropolię żałobników.

 

 

Niski,

ułożony z na ciemno wypalanych cegieł mur cmentarza

Był granicą dla doczesności,

która mimo upływu pokoleń 

nie miała śmiałości 

naruszania spokoju zmarłych.

Stare dęby, olchy i świerki

Jak strażnicy rozpościerały

długie gałęzie 

nad marmurowymi grobami.

Kuny, lisy i szczury

dorodne jak małe koty

brodziły ścieżki w 

niekoszonych od dawna trawach 

i rozplenionych powojach czy koniczynach.

Bacznie obserwowane z góry 

przez czarne,

smoliste ptactwo cmentarne. 

Zagony kruków i gawronów,

potrafiły swym hałasem 

zbudzić duszę z grobu.

I wysłuchać jej żali czy próśb.

Na skrzydłach rwały w noc ich tabuny.

Ku gwiazdom rozsianym 

na letnim nieboskłonie.

By zanieść te prośby

przed oblicze Boga.

Gdzieniegdzie w noc,

zachukał puchacz,

to krzyż żeliwny,

przekrzywił się z jękiem.

To znów znicz dopalił się,

pogrążając czuwająca u ognia duszę

w czerni niepamięci.

 

Kierowca miał zamiar

nawet przestrzelić ten przystanek

bo kto mógłby, 

chcieć wysiadać na nim 

o tak niegościnnej porze.

Zresztą stróż cmentarza,

zamknął jego furtę

jakieś trzy godziny temu,

sprawdzając wprzód 

to czy aby zmarli jedynie

ostali na jego włości.

Nawiedzić więc zmarłych 

w mroku nocy było nie sposób.

Zresztą po cóż?

Zbliżając się

z dużą prędkością do wiaty,

kierowca wyczuł wręcz podświadomie 

jakiś ruch na końcu pojazdu.

Rzucił pobieżnie wzrokiem 

we wsteczne lusterko

I o mało nie wypuścił kierownicy z rąk.

Ze zdumieniem

dojrzał u ostatnich drzwi 

bogato ubranego jegomościa,

który jedną ręką uczepiony rurki,

drugą dawał mu wyraźny sygnał

ku temu że zamierza wysiąść

na odludnym przystanku. 

Więc usłużnie zwolnił

i wjechał na zatokę.

Otwierając jedynie ostatnie drzwi.

 

Depresyjna niemoc

była mi dziś łańcuchem,

którego piekielne ogniwa skuły mnie jakimś diabelskim zaklęciem

z tą zdezelowaną wiatą.

Praktycznie nieużywaną 

i posępnie zniszczoną

przez grupy młodzieży.

Wybite szyby

i oderwana w połowie ławeczka,

cieknący, dziurawy dach

i wszechobecny brud

Były mi i tak milszym widokiem niż 

zimne ściany mojego mieszkania.

Myśl o tym, że miałbym tam wrócić 

a od jutrzejszego poranka, 

po nieprzespanej nocy.

Znów przybrać maskę uśmiechu

i normalności

Wprawiała mnie w szalenie,

głęboką rozpacz.

 

 

Jaki to wstyd, 

że muszę płakać gdzieś na odludziu.

Bo nie mam nikogo.

Bo mam maski, 

które nie pozwalają mnie dostrzec.

Mam uśmiech na twarzy,

który kamufluje łzy.

Poświęcam się celom, które są puste.

Kocham tą której nie zdobędę nigdy.

Piszę wiersze, które przepadną. 

Nigdy nie wydane.

Dlatego przyjeżdżam tutaj.

Żeby patrzeć w jedną,

pewną i niezawodną

wizję przyszłości.

Na cmentarz.

Dlaczego miałbym

oszukiwać swoje myśli.

Umrę, Wkrótce.

I trafię na podobny cmentarz.

Tu nie będę już udawał.

Będę wolny.

Od choroby życia.

A czyż to samo nie wystarcza

by nazwać śmierć wybawieniem?

W to wierzę,

że po śmierci będę szczęśliwy.

 

 

Z zadumy wyrwał mnie autobus, 

ostatni już dziś według rozkladu.

Może nie zwróciłbym na niego uwagi 

bo codziennie przecież przecinał jezdnię nawet nie zadając sobie trudu by zatrzymać się w zatoczce.

Kierowca był chyba nawet

nie świadom tego,

że moja osoba siedzi pod wiatą,

każdego wieczora.

Śpieszno mu było do domu. 

Pewnie miał dzieci i żonę.

Kogokolwiek kto czekał na jego powrót.

Dziś jednak było inaczej.

Autobus wyraźnie zwolnił jakieś dwadzieścia metrów przez zatoką 

i włączył kierunkowskaz do skrętu.

Zajechał, parkując idealnie tak by zmieścić całe nadwozie

w obrysie zatoki.

Przez chwilę nawet

przemknęło mi przez myśl

że tym razem kierowca dostrzegł mnie 

i wiedząc, że to zjazdowy kurs 

ulitował się nademną.

Drzwi jednak naprzeciw mnie 

były zamknięte na głucho.

Miast tego otwarły się te ostatnie 

i wydawało mi się, 

że wysiadła tylko jedna osoba.

Autobus ruszył dalej, 

wzbijając lekki dym z rury wydechowej.

Gdy warkot silnika się oddalił.

Posłyszałem kroki.

 

 

Z narożnika wiaty wychynęła 

postać mężczyzny.

Młodego i postawnego.

Był ubrany przedziwnie.

Schludnie

lecz niesamowicie staromodnie.

Widać obydwaj

byliśmy mocno zdziwieni 

natrafieniem na siebie 

o tak niecodziennej porze

w tak osobliwie, odludnym miejscu.

Podszedł do mnie jednak 

i poprosił o papierosa.

Odparłem, że pale jedynie mentolowe.

Wie Pan - zaczął niepewnie

- nigdy takowych nie paliłem.

Ale tytoń to tytoń.

Wyjąłem więc paczkę z kieszeni bluzy

i wziąłem dwa papierosy. 

Podałem mu jednego,

włożył go szybko do ust 

I nadstawił się

ku płomykowi zapalniczki.

Odpaliłem też dla siebie

i zaciągnęliśmy się 

ochoczo pierwszym dymkiem.

Uchylił kaszkiet

i podziękował mi serdecznie.

 

 

Minął wiatę i skierował się 

ku zamkniętej bramie cmentarza.

Zawołałem za nim 

Proszę Pana. Pan tutaj na cmentarz?

Dziś już zamknięty dla odwiedzin.

Musi Pan przyjść jutro.

Zaśmiał się serdecznie i rzucił 

Ja wracam tylko do domu

Tak przez zamknięty cmentarz?

Ciemną nocą?

Tam nie ma nawet latarni.

Nie boi się Pan?

Teraz już nie przystoi mi się bać.

Ale jak żyłem to się bałem. 

Bałem się Drogi Panie 

życia w samotności i kłamstwie.

Teraz już jednak mam spokój.

Wieczny odpoczynek od życia.

Skończył to zdanie i rozmył się jak duch

W progu cmentarnej bramy. 

Dopaliłem papierosa.

I wstając z zamiarem powrotu do domu.

Rzuciłem jeszcze w czerń bramy.

Doskonale Pana rozumiem.

I już się nie boję.

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

Wiesz, co mi przyszło do głowy?

Zaczęłam się zastanawiać, co by się wydarzyło, gdyby po wspólnym "dymku" podmiot liryczny i duch mężczyzny w kaszkiecie postanowili wyruszyć razem na miasto. Jak ja bym chciała to zobaczyć!

A co tam, raz się (nie) żyje!

Zaciekawiła mnie ta opowieść, bo jest niemal "flmowa". Tak mógłby się zaczynać interesujący obraz, może taki trochę w stylu Tima Burtona, nawiązujący technicznie i estetycznie do "Gnijącej panny młodej". Ze stosowną dawką wisielczego humoru, przełamującego wyjściową depresyjność.

Opublikowano

@tie-break Szczerze to nawet nie wiem jakby opisać taką scenę. Zresztą u mnie nie należałoby się spodziewać dawek humoru i dobrej zabawy a raczej gnilny i pełen rozkładu spacer po opustoszałych ulicach pełnych brudu i odartej z godności klienteli upadku. Zaraźliwy szept śmierci dochodzący z odkrytych bram i zejść do piwnic. Zaułki pełne nieprzebytej mgły w których moznaby zagubić równie dobrze życie jak i człowieczeństwo.

Nie lubię filmów Burtona i jego poczucia humoru. Nie lubię przerysowań i nadinterpretacji w których on odnajduje się najlepiej.

Opublikowano

@Simon Tracy

Twój tekst działa jak pułapka – zaczynasz od miejskiego realizmu, od nocnego autobusu pełnego zmęczonych ludzi i społecznych wyrzutków, a kończysz metafizycznym spotkaniem, które przewraca cały porządek rzeczy.

Najbardziej uderza mnie w Twoim wierszu szczerość. Ten fragment o depresji, o maskach, o płaczu na odludziu to prawdziwy ból, wyrażony bez kokieterii. "Mam uśmiech na twarzy, który kamufluje łzy" – to proste, ale właśnie dlatego prawdziwe.

Duch w eleganckim ubraniu to świetny pomysł. Te wszystkie szczegóły – windsorski węzeł, brogsy, tweedowy płaszcz – budują postać kogoś, kto dbał o pozory, o formę, o zewnętrzną perfekcję. I teraz, po śmierci, przychodzi do kogoś, kto także nosi maski. To nie przypadek.

Słowa ducha – "Bałem się Drogi Panie życia w samotności i kłamstwie" – to klucz do całego wiersza. I jego puenta: "Teraz już jednak mam spokój. Wieczny odpoczynek od życia."

Ale ta puenta jest niebezpieczna. Piszesz pięknie o śmierci jako wyzwoleniu, jako jedynej pewnej przyszłości. Narrator kończy słowami "I już się nie boję" – i to brzmi jak decyzja. Jak zgoda na to, co mówi duch.

Masz niezwykły talent.


 


 

Opublikowano

@Simon Tracy Rozumiem. 

Tym niemniej, humor wcale nie musi oznaczać, że nie traktujesz poważnie tematu. 

Może się mylę, ale nadmiar pesymizmu i totalne unurzanie się w zgniliźnie (cielesnej i duchowej) też jest pewnym przerysowaniem. Choć może akurat ten klimat to jakaś Twoja artystyczna strefa komfortu.

Tak czy siak, dla mnie szkoda, że tę scenę już uznałeś za zamkniętą i skończoną. Daruj to widzimisię czytelnicze ;-)

Opublikowano

@Berenika97 Dziękuję Ci bardzo. "Przystanek końcowy" jest balladą miejską, pełną grozy, depresyjności, mroku i lekkiego zapętlenia w czasie i przestrzeni. 

Duch nie jest tak elegancki przypadkowo i nie bez powodu siedzi wśród wyrzutków i pijaków. Jest duszą dekadencką, której bliżej do formy upadku niż do norm społecznych. Jest w zachowaniu i wyglądzie odbiciem samego twórcy.

Najszczerzej i najpiękniej wychodzi mi pisanie o śmierci. Taki już mój los.

@tie-break Każdą formę artystyczną można przerysować lub zniszczyć jej odbiór. Dlatego też ja mieszam światy. Realny z metafizyką, piękno i zgniliznę, miłość i śmierć. Realizm i oniryzm. 

Odbiorca często sam już nie wie czy jest to prawdziwa historia czy jedynie koszmar.

Po napisaniu i ukończeniu utworu już nigdy do niego nie wracam i nie robię poprawek ani kontynuacji. Taką mam zasadę od początku pisania

Opublikowano

@Berenika97 Może dlatego że dzięki jego utworom sam zacząłem pisać. Miałem chyba 11 lat kiedy po raz pierwszy przeczytałem jego opowiadania. Pierwszym i moim ukochanym jest "Maska czerwonego moru". Zakochałem się w jego utworach i gotyku. W moich utworach prawie zawsze znajdziesz odwołania do takich mistrzów jak: Poe, Lovecraft, Schulz, Grabiński, Dostojewski, Hodgson czy Camus. To mój kanon ukochanych mistrzów, którzy stworzyli mnie takim jaki jestem. 

Opublikowano

@Simon Tracy

Utwór jest współczesną parabolą o śmierci, samotności i egzystencjalnym zmęczeniu.

Sceneria – ostatni autobus, noc, cmentarz – tworzy symboliczną przestrzeń przejścia, granicę między światem żywych i umarłych, między pozorem życia a ostatecznym spokojem.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @FaLcorN  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Kornel dobrego dnia dla Ciebie!  lubię warkoczyki…Twoje
    • marzy  mi się kraina która nie myśli o polityce   taka która wstydzi  się jej ma ją w  dupie   marzy mi się kraina która  rozmawia o porach roku   to one horyzontem na dziś i jutro i przyszłe   marzy mi się taka kraina - lecz jej nie widzę   mówią że  zastrzeżona tylko dla tych którzy w nią wierzą  
    • W krainie snu dobre wieści rozchodzą się znacznie szybciej niż te złe. I moje pojawienie się nad brzegiem płynącej leniwie Skai  uznano za dobry omen a wręcz długo wyczekiwane święto. Cztery ziemskie noce błądziłem  po znajomych mi krainach. Tak tych przyjaźnie nastawionych  jak i tych położonych na rubieżach jak Thraa czy Kadatheron.     Do Ultharu jednak  zagoniły mnie koszmary  powstałe w wyniku kolejnej  poważnej infekcji i gorączki. Leczyłem się przez jakiś czas  w krainie ghouli. Nigdy by mnie nie wypuścili, gdybym wyjawił im  prawdziwy cel mojej podróży. Koty Ultharu.  Ich rycerze i zagończycy, od zawsze zwalczają ghoule. Polują na nie dla zabawy i treningu  lub po prostu z nudy. A nuda w Ultharze  potrafi trwać całą ziemską wieczność.     Dlatego ghoule  gardzą snem i jego marzeniami. Wolą mgielne,  posunięte rozkładem nekropolie  o dusznym wyziewie moru. Rozkwitłe, krzywo zbitymi krzyżami na połaciach  zapomnianego ugoru pogranicza. Odprawiają tam czarnomagiczne sabaty, harcują wesoło po wnętrznościach mogił, z odgryzionymi dłońmi lub całymi nogami trupów w ostrych lecz krzywych zębach. Ghoule słyną z gościnności dla mistrzów snu. Lecz nie warto posilać się u nich  czymś więcej niż wodą.     Na szczęście ziemskie ograniczenia  tutaj nie sięgają. Człowiek jest jedynie spragniony  przygód i zabawy a także plotek i wieści. Nie było mnie przez cztery noce  lecz tu minęło wieleset lat. Choć czas o jakim zwykle mówimy  i do stosowania jakiego, się dostosowaliśmy, nie ma tu zastosowania. Można powiedzieć, że wszystko żyje lecz stoi w miejscu. Nikt się nie rodzi ani nie umiera. Postaci dzieci i starców  zdarzają się na ulicach. Lecz są to mistrzowie snu, odwiedzający jak ja tę krainę. Ulthar, Celephais czy nawet Kadath, zawsze wyglądają tak samo.   Zaproszono mnie do sali tronowej. Byłem w niej setki razy. Wysokie, marmurowe sklepienie  o żebrowym wzorze,  pokryte było freskami historii królestwa. Były tam walki w Zaczarowanym Lesie, wojny z ghoulami  a także podróż kociego króla  za Bazaltowe Słupy Zachodu ku księżycowi. Na pokładzie kryształowego galeonu  bez żagli a o anielskich skrzydłach. Były tam księżycowe istoty oraz postać Randolpha Cartera  w niewoli u Mi-Go.     Wszędzie tak wokół tronu jak i w kątach, krzątała się kocia arystokracja i służba  a także uzbrojeni w rapiery strażnicy. Byli tam persowie, koty brytyjskie, egipskie, zwykłe dachowce i syberyjskie o jasnych, przenikliwych oczach. Tron był wydawać by się mogło, prostym fotelem o puchowych obiciach, pełnym wełnistych frędzli i gałganów. Zaściełał go stos  długowłosych kocy i miękkich poduszek. A na ich szczycie  dumnie wypoczywał koci król, w otoczeniu swego haremu. Był persem w sile wieku i umysłu. Ciemną, połyskującą zdrowo sierść  ukrył pod zbroją ze złota a na łebku  spoczywał mu niewielki, zdobiony najprawdziwszym rubinem  turban o barwie najczystszej bieli.     Panie Tracy, Ulthar czekał na Pana z utęsknieniem i można rzec, że niby czarodziej, zjawia się Pan idealnie w czas. Nigdy zbyt wcześnie i nigdy zbyt późno.   Ukłoniłem się przed królewskim majestatem. Koty Ultharu tak samo jak ich ziemscy krewniacy, są dumni, pyszni i przekonani o wyższości swej rasy ponad wszelkie inne a w szczególności ludzi. Tylko osoba o wyjątkowych cechach charakteru i woli,  może pozwolić sobie na to by stanąć  przed obliczem kociego króla w sali tronowej. Koty lubią postaci inteligentne. Naukowców, wynalazców, artystów  czy poetów i bardów. Uwielbiają ziemskie opowieści  o swoich kuzynach. Choć trzeba przyznać, że koty Ultharu są od nich  znacznie większe, silniejsze, mądrzejsze  no i potrafią pisać i czytać  a nawet malować i rysować. Koci król podobnie do mnie jest poetą. Dodatkowo również miał zaszczyt spisać kronikę swego ludu  od dnia pierwszego  marzenia sennego o Ultharze  aż po finał wędrówki kotów  na rubieże krainy snu  do ruin miasta cyklopów. Gdzie zginął jego chwalebny ojciec, w walce z nocnymi zmorami.   Śnię o Ultharze bardzo często królu, bo nie ma dla mnie jako prostego człowieka, większej nagrody ponad tą  która daje możliwość spędzania wśród Was, doskonałych istot, czasu jaki oferuje mi  mój niespokojny ostatnio sen. Tym razem wieleset lat błądziłem  po prastarych borach i krainach. Górach Pierwszych Bogów,  śnieżnym i bijącym piorunami  Hateg-Kla. Śniłem tak głęboko, że wypadłem prawie poza płaskowyż żalu… nie karz mi królu mówić o nim  i samotnej górze w zimnej postaci  ostałej nad jego  grozą przeżartym jestestwem.   Król spuszył swe wspaniałe futro  na wspomnienie Kadath  a wzrok jego na mgnienie wręcz  osnuła mgła lęku. Miast tego dał znak straży  a ci rozwarli wrota. Wprowadzono o dziwo  kilku ludzkich więźniów, w kajdanach i brudnych przepaskach. Jednym z więźniów  bezsprzecznie była kobieta. Ją rozkazano zakryć szczelnie  od stóp do głów, a to dlatego,  że ziemskie kobiety  są w Ultharze postrzegane  jako synonim niesamowitego piękna  i seksualnych pragnień. Wojownicy gdy tylko spotkają ziemską kobietę tracą zupełnie głowę i rozsądek. Zakochują się bez pamięci, piorą między sobą  a czasami nawet porywają je wywołując zbędne wojny i zatargi. Słowem, kobieta w Ultharze  przynosi ogromnego pecha.   Więźniowie nie wyglądali mi na mistrzów snu. I z pewnością nimi nie byli. Zdarza się, że niektórych we śnie  prowadzi wspaniała i barwna wyobraźnia. Wtedy czasami trafiają przypadkiem  do którejś z krain snu. Są w niej jednak zupełnie zagubieni. Nie znają miast, wiosek, postaci. Trafiają wiedzeni jedynie strachem  do miejsc z których  już nie dane im będzie się obudzić. Nie potrafią kontrolować snu. Płyną z falą postępującego marzenia, raz lądując w bezpiecznym porcie łóżka, innym razem rozbijając się o skały koszmaru.   Więźniów postawiono naprzeciw tronu. Zaiste prześmiewczy wydawałby się  Wam ten widok. Koty w zbrojach i z szablami w dłoniach  prowadzą spętanych, półnagich ludzi  przed oblicze króla kotów. Dwóch z nich krzycząc,  błagało mnie o łaskę i wstawiennictwo. Zostali szybko uciszeni ostrymi pazurami, które u kotów miejscowych bardziej przypominały pazury lwa niż dachowca.   Panie Tracy,  sądzę po pana mimice,  dokładnie tak samo jak ja,  uważa Pan, że nie ma  wśród nich mistrzów snu. Lecz czy wobec tylu mileniów  spędzonych w krainie, rozpoznaje Pan kogoś z tego grona? Widział Pan ich kiedykolwiek na szlaku,  w którymś z cudownych miast wybrzeża  lub w osadach i miastach  poza Morzem Południowym? Jeśli nie to proszę się nie obawiać, nie zostaną straceni, samica również. Sprzedam ich górnikom, lub wymienię na rubiny w Kadatheronie. Ale wolałem zaczekać z tym  do pańskiego przyjazdu. Nie chciałbym być winny  tak okrutnej zbrodni i zniewagi  jak sprzedaż przyjaciela,  własnego przyjaciela. A więc czy rozpoznaje Pan  w choć jednym przyjaciela?   Długo patrzyłem w ich umęczone oblicza. Wychudzone postury. Na bose stopy i spętane linami dłonie. Zatrzymałem się i przy kobiecie. Czułem podświadomie,  że jest inna niż reszta więźniów. Nie odzywała się, nie szlochała nie ruszała się nawet. Dumnie wyprostowana  i ciskająca gromy  oczyma tak doskonale zielonymi i dużymi, że można by wziąć ją za kuzynkę kotów. Długo na nią patrzyłem. Aż wreszcie…   Samicy nie znam  ale odkupię ją mości królu  i zapłacę sowicie  w lepszej walucie niż plugawi górnicy. Zapłacę informacją dla Ciebie  i rycerskiej świty,  odnośnie tego gdzie  wasi zajadli wrogowie ghoule, trzymają klejnoty  zrabowane z ciał cmentarnych. A jest to skarb, który widziałem  nie dalej jak kilkanaście dni temu, przekraczając bramę głębszego snu. I rozpali on wręcz Wasze wyobrażenie. Cały Ulthar będzie iskrzył blaskiem drogocennych kamieni. A więc ziemska samica za informację?   Szedłem z nią do kryształowego nabrzeża. Mój statek o diamentowych żaglach  cumował w doku. Weszła niepewnie po trapie. Nie bój się. Już nikt Cię nie skrzywdzi. Odstawię Cię bezpiecznie za granicę snu. Obudzisz się i już nigdy tu nie wrócisz. To sen. Wręcz zdaje się być jawą. Lecz to sen. Podróż przez jego  nieskończenie rozległe krainy. Ufasz mi? Przytaknęła głową bez słowa. Była piękna. Jak sen. Jak wieżyczki i zamki Celephais. Jak tajemnicze i senne Ilek-Vad,  ukryte w wiecznym półmroku zmierzchu. Jak kamienny, wyniosły i nęcący Thalarion. Jej oczy jak jego bramy  za które wejdziesz ochoczo  lecz nigdy już nie powrócisz.   Ulecieliśmy w gwiazdy. Rozsiane po pogodnym nieboskłonie. Galery pływały w tę i z powrotem wokół nas na szlaku ku księżycowi  i Bazaltowym Słupom Zachodu. Wreszcie po wielu miesiącach żeglugi, przekroczyliśmy je. Chwilę przed tym, pocałowałem ją czule, zanim brzask który rodził się nad falami, zabrał mi jej postać do jawy. A ja zostałem znów sam w ukochanej krainie snu.   Obudziła się nagle w swoim łóżku. Świt czerwienił się w oknie. Przetarła sen z zielonych, dużych oczu. Czuła się jak gdyby  spała miesiącami a nawet latami. Błądziła we śnie tak realnym, że przebudzenie było wręcz zbrodnią. Pamiętała każdy szczegół. Zaczarowany Las, Ulthar, niewolę, ratunek, podróż przez krainy wybrzeża. Swego wybawiciela.  Mistrza snu i poetę. Pocałunek na pokładzie jego statku. A potem ciemność i przebudzenie. Obróciła się na drugi bok,  przeklinając swoją wybujałą wyobraźnię. Zasnęła tym razem spokojniej. Lecz już zawsze błądziła w jego niekończącym się śnie.    
    • @Nata_Kruk Obyśmy patrząc w niebo wypatrywali tylko ptaki lecące ku nam, a nic innego. Natomiast niebo robi się za ciasne od nadmiaru innych obiektów kreujących nasz ziemski byt.
    • @Magdalena Swój chłop Co serca miał Po właściwych Stronach
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...