Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

południowy skwar zaatakował
miasto znieruchomiało w słońcu
tylko kamienice płoną niczym
sepia na starych fotografiach

w powietrzu gęstym jak zupa
natrętne muchy tłumanieją
przecinając strumień upału
kleją się do asfaltowego lepu

z nieba wyparowały obłoki
bezlitośnie ostre promienie
wykastrowały świat z kolorów
po horyzont

pustkoludzie

Opublikowano

Się nie znacie ;D

Lady, pierwsza zwrotka coś zapowiada, potem coraz, coraz, coraz...
"powietrze gęste jak zupa" - och, Lady Supay :)
do asfaltu to ja się kleję - muchi do czego innego ;D
i jakkolwiek podoba mi się to wykastrowanie (jako chwyt w ierszu :), to jest wiele innych elementów, które są widocznym skutkiem osłabienia upałem (tłumanieją jak tłum tumanów, ale ci pustkoludzie? kudy im do 'wydrążonych'?).
pzdr. b

Opublikowano

ach te upały....co to nas inspiruje ostatnio;P

trochę nudnawo Lady, pewnie tak w upale jest, nawet na pewno, ale sam wiersz zbytnio się ciągnie, nie pozostaje w pamięci:)


podoba mi się za to końcówka z pustkoludziem na horyzoncie:)

pozdr. ciepło
agnes

Opublikowano

ehhh ja bym po prostu napisał inaczej;) siedziałem dość długo nad twoim wierszem i wyszło mi, że przemeblowałbym wszystko...
początek faktycznie coś zapowiada, aczkolwiek sepia działa na mnie jak płachta na byka, osobliwie eksploatowana w swoim czasie w twórczości forumowej:P
potem zmroziło mnie „jak zupa” — a przecież mam odczuwać upał;) gęsty jak zupa to trywialne porównanie, jakoś trzeba słowami ten ciężki klimat utrzymać, nie wolno wzbudzać uśmiechu u czytelnika, chyba, że chcemy facecje tworzyć;)
„tłumanieją” i muchy do asfaltu — było powyżej
ogólnie druga zwrotka do remontu, albo do amputacji, a i „pustkoludzie” do mnie nie bardzo przemawia
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...