Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W 1992 roku skończyłem studia i zostałem dyplomowanym astronomem. Kiedy byłem na drugim roku zrozumiałem,
że to nie jest mój wymarzony kierunek. Wolałbym zostać geologiem lub może nawet archeologiem. Nie lubię jednak
zmian i w jakiś dziwny sposób skończyłem studia na kierunku na którym zacząłem.
W tamtym okresie życia, dziewczyny nie interesowały się mną zupełnie, a i ja widziałem je tylko jako dziewczyny
kolegów. Zajmowałem się innymi sprawami i takie duperele jak miłostki czy sex nie były dla mnie ciekawe.
Wolałem szukać w ziemi pozostałości po I i II wojnie światowej, w szczególności militariów i miałem w komórce
pełno różnych karabinów, pistoletów, granatów, bagnetów i nawet dość pokaźnych rozmiarów kompletne
działko przeciwpancerne. Zimą łaziłem po zaśnieżonych polach w poszukiwaniu meteorytów.
Zajmowałem się również boksem. Byłem potężnie zbudowanym facetem o wzroście 182 centymetry i wadze około
105 kilogramów, i nie byłem pasiony sterydami czy jakimiś hormonami tylko byłem naturalnie tak zbudowany.
Stoczyłem siedem walk bokserskich, cztery wygrałem, trzy przegrałem i nie kontynuowałem tej zabawy bo lekarze
stwierdzili, że mam słabą głowę. Nie byli to lekarze byle jacy, bo walczyłem w drugiej lidze i raz nawet znokautowałem
angielskiego murzyna.
Po skończeniu studiów zaproponowali mi pracę na uczelni, więc niechętnie skorzystałem z tej oferty. Ale po trzech
miesiącach akademickich trudów, komuś urodziło się dziecko i była popijawa. Pewien pijany docent [ dzisiaj znany
profesor ], zaczął robić sobie ze mnie jakieś śmiechy w kontekście ze starszą koleżanką. Zahaczyłem go prawym sierpem
od niechcenia, ale z nawyku trafiłem precyzyjnie w podbródek i docent padł. Piłem dalej a docent nie wstawał.
Ktoś wezwał pogotowie, lekarz policję i tak powstała sprawa pobicia pracownika naukowego. Rektor rzecz załagodził
ale kosztem jakichś obietnic dla docenta i moim odejściem na własną zresztą prośbę.
Wróciłem do rodzinnego miasta. Mieszkaliśmy z mamą, siostrą i wujkiem w starej kamienicy której byliśmy zresztą
współwłaścicielami, w mieszkaniu dwupokojowym ale o powierzchni ponad 100 metrów kwadratowych.
Mama akurat dostała mieszkanie w blokach i gdy wróciłem trwała jej wyprowadzka. Siostra skończyła już wcześniej
politechnikę, miała stypendium fundowane i wyjechała z mężem do innego miasta harować w jakiejś fabryce jako szeregowy inżynier. Byliśmy więc z wujkiem sami. Wujek służył w pancernych siłach uderzeniowych gdzieś na zachodzie i dwa lata przed moim powrotem do domu, został zwolniony z wojska na emeryturę [ miał wtedy chyba
48 lat ], w stopniu generała, był zatwardziałym kawalerem, człowiekiem oczytanym i niegłupim ale bardzo, bardzo
nieśmiałym. Po pół roku, urząd miasta przystąpił do remontu naszej zabytkowej kamienicy, kazali nam się wynosić
do lokali zastępczych i bardzo nas przy tym poganiali. Wujek przeżywał to ciężko, nie chciał się nigdzie ruszać a i mnie
wyprowadzka nie była na rękę. Wziąłem wujka spluwę, poszedłem do kierownika budowy [ sprawcy całego zamieszania]
przeładowałem i wepchnąłem mu kopyto w pysk i mówię, że przyszedłem porozmawiać. Był to chłop wielki ale trząsł się
jak galareta. Ustaliłem z nim, że wyremontują najpierw pokój duży [ do mieszkania były dwa wejścia ], my się tam
przeniesiemy a oni wezmą się za pokój mały i kuchnię. Drzwi z pokoju do kuchni zamurowali. Zostaliśmy więc w całym
domu sami, tylko w oficynie dalej mieszkały dwie rodziny.
Do pracy nie poszedłem nigdzie, bo nie mam nawyku bycia w czyichkolwiek ryzach i nie lubię jak ktoś mną rządzi.
Zarabiałem ogrywając w szachy różnych bałwanów grających na parkowych ławkach i z doskoku udzielając gry w tenisa. Wujek smażył kotlety schabowe i różne mięsa, gotował obiady i tak sobie jakoś żyliśmy.
Przyszła wiosna i majowe ciepło rozgrzewało mi krew w żyłach. Kolega z podwórka, policyjny donosiciel i kapuś
ale chłopak uroczy i zabawny w życiu codziennym, poznał mnie któregoś wczesno majowego dnia ze swoją kuzynką,
Znaną mi wcześniej z widzenia bo mieszkała na górce tej samej co ja ulicy. Była to dziewczyna bardzo piękna, ale nie
piękna zwyczajnie. Była wysoka, miała wielkie bardzo aksamitno zielone oczy, czarne, długie, rozpuszczone włosy
ciemną, połyskliwą sprężystością skórę, duży biust, wąską talie, wspaniałe nogi i na dodatek miała coś co określa się
jako seksapil. To była po prostu sex bomba. Nie marzyłem nawet aby ktoś taki zainteresował się mną, bo byłem chyba
mało uroczym drabem ze złamanym nosem, a nie mogło mieć przecież żadnego znaczenia to, że jestem jakimś egzotycznym kosmologiem. Ten kolega powiedział, że mógłbym dziewczynie pomóc. Spytałem więc w tonie lekkim i
żartobliwym, służącym mi pewno do maskowania pewnej wrodzonej nieśmiałości gdy zaczynam rozmowę z piękną dziewczyną na czym jej kłopot polega. Irena, ciepłym głosem i gestykulacją słodkiej kobiety powiedziała, że chodzi do liceum wieczorowego a tam jakiś nachalny fatygant ustawicznie ją zaczepia. Poszedłem więc wieczorem pod tę szkołę,
poczekałem aż wyjdzie i odprowadziłem ją do domu. Gnojka co ją molestował nie widziałem, ale później dowiedziałem się, że on mnie widział i Irena miała już spokój. Kiedy odprowadzałem ją wtedy do domu, droga wiodła przez park miejski i Irena zaproponowała by usiąść bo chciała zapalić papierosa. Tak zaczęła się miłość trwająca do października
tego samego roku.
Mój tapczan stał w kuchni i przez to lato był świadkiem fantastycznych wprost zdarzeń.
Kochaliśmy się prawie codziennie. Irena przychodziła wieczorami, rozbierała się, siadała mi na twarzy i zaczynała się orgia. Smakowała jak skrzyżowanie dojrzałej brzoskwini z bardzo świeżą polędwicą. Wydzielała takie ogromne ilości
soków, że włosy miałem mokre jak po kąpieli, poduszka mokra, językiem prawie nie mogłem jeść, buzie i brzuch miałem
podrapane, raz nawet drapnęła mnie pazurem w oko. Siniaki miałem na całym ciele i tylko cudowi zawdzięczam,
że nie urwała mi przyrodzenia. Wpychała mi palce do pupy i kręciła aż tryskałem prosto w jej karminowe usta. Nie pozostawałem obojętny na jej pieszczoty. Podnosiłem ją i opuszczałem na stojącą jak komin fabryczny fujarę. Lizałem
te dwa erotyczne, blisko siebie leżące miejsca tak wytrwale i z taką determinacją, że Irena dwa razy zemdlała.
Kiedy na siedząco po mnie jeździła, krzyczała tak głośno, że po takich seansach byłem prawie głuchy. Łkała, mlaskała,
śpiewała, raz nawet jakąś piosenkę wojskową z Kołobrzegu. Mniej więcej co cztery dni brała mi pościel do prania
[miałem tylko jeden komplet] bo poduszka bardzo wyraźnie i na odległość pachniała ziołowym likierem a prześcieradło
sztywne od spermy można było stawiać w kącie. Irena była słodka pod każdym względem. Była piękna, elegancka,
zadbana. Pachniała cudownymi perfumami i wyglądała jak wspaniała lalka z wielkimi zielonymi ślepiami.
Gdy szliśmy razem ulicą ludzie oglądali się za nami nawet całymi rodzinami. Chłopy za nią i zazdrościli mi wtedy
bardzo a kobitki i dzieci oglądali się za mną podziwiając moje bary i potężna sylwetkę.
W moim mieszkaniu do ubikacji wchodziło się z kuchni, jednak podczas naszych wielogodzinnych miłosnych seansów,
wujek nigdy do kibla nie chodził. Nie myślałem o tym zupełnie ale koledzy donieśli, że wychodził odlać się do parku
przez okno, po czym zawsze bardzo szybko oknem wracał. Myślę, że podglądał nas przez dziurkę od klucza i onanizował się. Nie dobiegał od niego żaden hałas. Nie uruchamiał radia ani telewizora. Dopiero później, wczesną nocą, kiedy Irena
ledwo trzymając się na nogach szła do domu, grał do rana jakieś arie operowe z cicha przy nich pogwizdując.
W tamtym okresie wujek był bardzo miły. Żarliśmy za jego generalską emeryturę tatary, schaby, rosoły, kiełbachy
I do tego całymi skrzynkami kupował bułgarskie wino wytrawne.
O Irenie nie rozmawialiśmy nigdy.
Przyszedł lipiec i moja narzeczona wyjeżdżała z mamą gdzieś nad zalew w Bieszczadach. Zabrały i mnie ze sobą i byłem
już dla jej mamy jak przyszły Ireny mąż.
Po powrocie zapraszała mnie na obiady, piekła mi pyszne keksy za którymi przepadałem i wyraźnie cieszyła się, że będzie miała bezrobotnego ale wykształconego zięcia.
Pod koniec sierpnia Irena wyjechała ze swoim ojcem [wychowywał ją ojczym] do Zakopanego. Jej ojciec był znanym
playboyem, przesiadywał z młodymi dziewczynami w kawiarniach, jeździł czarnym mercedesem, forsy miał jak lodu
bo był właścicielem jakiejś fabryczki okuć i zatrzasków do teczek i toreb.
Byli tam chyba dziesięć dni a ja w tym czasie jeździłem nad rzekę, leżałem całe dnie na pachnącej trawie, wieczorami
zasypiałem gapiąc się w gwieździste niebo. Już nie pamiętam czy tęskniłem.
Gdy moja dziewczyna wróciła, seanse erotyczne zaczęły się od nowa. Zauważyłem jednak, że Irena coraz częściej jest
gdzieś zajęta. Wracała skądś wieczorami, umawiała się i nie przychodziła, myślami gdzieś ode mnie uciekała.
Pewnego wieczoru siedziałem na ławce w parku i patrzałem na ulicę przed domem narzeczonej czekając na jej nadejście.
Nigdy nikogo, ani wtedy, ani później nie traktowałem jak swoją własność. Uważałem bowiem, że jesteśmy ze sobą, bo chcemy być razem, a jeżeli ktoś chce odejść to proszę bardzo, bo to jego czas i jego życie. Około 22-ej zobaczyłem nadchodząca Irenę. Krzyknąłem jej imię, zatrzymała się i po chwili przyszła do mnie na ławkę. Była lekko wstawiona więc zacząłem ją pytać co się z nami dzieje. Opowiedziała mi wtedy, że podczas pobytu z ojcem w Zakopanem uprawiała z nim seks. Zapytałem czy to pierwszy raz. Odpowiedziała, że nie bo już jakieś dwa lata wcześniej, gdy miała
16 lat, chodziła do swojego starego ojca, do jego domu, tamten kładł jej głowę na swoich kolanach, wyciągał konia
a ona go zabawiała. Pociemniało mi z wściekłości w oczach i nie spytałem jej nawet skąd, późnym wieczorem wraca narąbana. Wtedy tam, na tej parkowej ławce zrozumiałem, że się w tej dziewczynie zakochałem.
W trzy czy cztery dni później znowuż siedziałem na tej samej ławce i Irena zjawiła się późnym wieczorem, chwiejąc się na swoich wspaniałych nogach. Teraz byłem już czujny, ale nie musiałem wcale jej naciskać, żeby dowiedzieć się, że była u dyrektora swojej szkoły, pili w jego gabinecie i ten frajer ją dmuchał. W wiele dni później zrozumiałem, że wtedy, gdy mówiła mi o swoim ojcu jak i o tym starym dyrektorze, to robiła to tak jakby tamto zachowanie sprawiało jej jakieś ponadczasowe zadowolenie. Było ciemno, więc krótki prawy prosty nie trafił jej precyzyjnie, ale spadła z ławki a ja z furią zabrałem się do domu. Po tygodniu poszedłem pod jej dom a tam, przed nim stała jej sympatyczna mamusia.
- Jeszcze tu smyku jeden przychodzisz ?- zapiszczała. Ruszyłem w jej stronę bo nie lubię jak ktoś tak do mnie mówi
ale szybko cofnęła się do bramy, zatrzaskując za sobą drzwi. Zrozumiałem, że to koniec. Byłem przybity i wewnętrznie
zdruzgotany. Wychodziłem z tego bolesnego doświadczenia przy pomocy wódeczki, narkotyków i kolegów. Na dziewczyny które garnęły się już wtedy do mnie, nie mogłem nawet patrzeć.
Pewnego dnia w jakiejś knajpie gdzie wyciągnął mnie mój przyjaciel Piotr, stały jej bywalec, przy jednym ze stolików siedziała Irena. Podszedłem żeby się przywitać, była mila, powiedziała, że wtedy w parku złamałem jej jednego zęba a z drugiego odpadło szkliwo. Przeprosiłem za jej cierpienia, jeszcze chwilę gawędziliśmy i odniosłem wrażenie, że na kogoś czeka i odszedłem.
Na zimę poszedłem do pracy stałej. Astronom został kierownikiem fabrycznej kotłowni. Praca była bardzo samodzielna, luźna, prawie jak jakiś wolny zawód. Zapewne ja pierwszy ją tutaj taką uczyniłem, w tej fabryce worków jutowych czy cholera tam wie czego. Poznałem tam swoją przyszłą żonę, później ożeniłem się, zamieszkaliśmy w dużym pokoju, dzieci nie mieliśmy nigdy, z wujkiem jadaliśmy uroczyste niedzielne obiady.
O swojej dawnej miłości zupełnie zapomniałem.
W osiem lat po moim ślubie, wujka zaatakował znienacka rak. Leżał czekając na śmierć w szpitalu, chociaż bardzo nalegałem by przewieść go do domu. Nie chciał i przez kilkanaście dni przesiadywałem przy nim w szpitalu. Pewnego wieczora siedziałem na taborecie przy jego łóżku. Wujek był człowiekiem skrytym i małomównym. Ale wtedy znienacka powiedział do mnie tak: - Fajna była ta Irena ? – Jaka Irena ? zapytałem. – No ta twoja – odpowiedział.
- A ta – przypomniałem sobie. Po chwili zapytałem – podobała ci się ? – No – odpowiedział.
Patrzałem na niego. Zamknął oczy i jego twarz rozjaśniała uśmiechem. Był to taki uśmiech jaki widzi się u kogoś
tylko jeden raz w życiu. Nic się nie odzywałem, bo nie chciałem przeszkadzać mu w marzeniach. Trwało to i trwało,
aż przypomniałem sobie, że w teczce mam kabanosy. Wujek leżał na sali z dwoma facetami, którzy też czekali na śmierć, ale oczy mieli otwarte i patrzyli na mnie i jak wyciągnąłem kabanosy, ruszali ustami jak ryby. Nie chciałem przysparzać
im dodatkowych cierpień więc wyszedłem na korytarz. Siedziała tam na ławce seksowna blondynka i jej obecność zachęciła mnie do wygłupów. Kabanosami chciałem jej uplastycznić coś męskiego, patrząc przy tym uparcie na jej interesująco zaznaczony biust i brzuszek, ale damulka ostentacyjnie szarpnęła głową i prychnęła. Przechodził akurat
koło nas ubrany w pasiastą piżamę bardzo chudy pacjent trzymający się kurczowo balkoniku, i co parę kroków cichutko
pierdział. Dla fantazji zawtórowałem mu głębokim basem, lekko się przy tym przechylając. Pacjent stanął i bezgłośnie się śmiejąc cały się trząsł prychając śliną. Paniusia zerwała się jakby ktoś włożył jej właśnie gorący pieniążek do odbytnicy.
Podskoczyła jak na sprężynie i już pędziła w dal korytarza. Za chwilę w naszym kierunku [ facet z balkonikiem nie mógł ruszyć ] szedł już dystyngowany jegomość ubrany z wiejską elegancją groźnie machając łapskami i już z daleka zaczął nam wymyślać od źle wychowanych chamów [ tak powiedział ]. Wstałem, wziąłem w rękę popielniczkę czy raczej spluwaczkę na stalowej nodze i walnąłem tym tego wiejskiego frajera w mordę. Upadł na plecy a spluwaczka upadając narobiła takiego hałasu, że z pokoju lekarskiego wyskoczył niekompletnie pozapinany lekarz a za nim pielęgniarka. Lekarz zaczął krzyczeć, że tu jest szpital a nie knajpa przypuszczając wyraźnie, że podnoszący się facet jest pijany. Ale już pędziła korytarzem ta kobita z pieniążkiem gorącym w odbytnicy i coś do mnie wrzeszczała. Lekarz do niej dołączył więc chapnąłem go za pierś i pchnąłem. Wpadł tyłem do jakiejś sali chorych ja odwróciłem się i wszedłem do wujka. Wujek już nie żył. Na twarzy pozostał mu ten błogi uśmiech melancholii i zadowolenia. Nie stałem tam przy nim nawet minuty, wyszedłem na korytarz i wychodząc zajrzałem jeszcze do pokoju lekarskiego. W ręku cały czas trzymałem stetoskop z kieszenią białego fartucha. Rzuciłem tym w lekarza i powiedziałem: - Pieprzycie się po kątach a chorzy umierają- . Gdy wysiadałem z windy na parterze dwóch ochroniarzy właśnie do niej wsiadało. Jeden z nich zapytał: - Co się tam dzieje? Odpowiedziałem elegancko: - Onkolog z siostrą tak wytrwale pierdolili się na biurku, że się pod nimi złamało. Ochroniarz odpowiedział: - Już im się w głowach przewraca.
W tym czasie nie miałem już stałej pracy. Z ostatniej wyrzucili mnie po tym jak po pijaku na fabrycznym basenie przeciwpożarowym próbowałem utopić głównego energetyka. Wyrwali mi go z ręki podobno w ostatniej chwili.
Udzielałem więc lekcji tenisa bogatym ludziom, którzy płacili za to bo uważali, że tenis nobilituje ich w jakiś szczególny sposób. Uczyłem też w miejskim klubie sportowym „ISKRA” młodych chłopców sztuki bokserskiej. Miałem za to od miasta czterysta złotych miesięcznie. Pisałem też relacje z zawodów tenisowych do lokalnej gazety. Myślałem, że robie to ciekawie i zabawnie ale po paru miesiącach naczelny zaczął mnie przekonywać, że relacja sportowa powinna być zwięzła i bogata w wyniki a nie jakąś tam romantyczną opowieścią. Powiedziałem żeby się wypchał i już tam więcej nie poszedłem. Żona była geodetą, dobrze zarabiała i tak jakoś żyliśmy.
Nie wiem jak to jest ale w życiu zawsze miałem to co chciałem mieć. Przychodzi mi to wszystko bardzo lekko, nie męczę się, nie sapie z wysiłku a mam to, czego inni ciężko harując przez całe życie, nie mają. Jestem po prostu szczęściarzem.
W dwa lata po śmierci wujka, pod oknami swojego mieszkania odkurzałem bagażnik samochodu z piasku jaki poprzedniego dnia wniosłem razem z pontonem. Było to sobotnie czy niedzielne przedpołudnie. W pewnym momencie kątem oka, jakby prawie z tyłu, dostrzegłem w bramie gapiące się na mnie dwie latarnie. Wyprostowałem się i wbiłem oczy w to coś. Właścicielka oczu zapytała: - Nie poznajesz? Z właściwą sobie arogancją odparowałem: - A powinienem? Rzęsy przed tymi latarniami załopotały i twarz wymamrotała: - No, nie. I wtedy zaskoczyłem. Podbiegłem czy podszedłem, już dziś nie pamiętam, objąłem ją i przytuliłem. Pocałowałem we włosy. - Co tu robisz, co słychać, jak sobie żyjesz? – pytałem chaotycznie. Coś mówiła ale tego nie słyszałem. Patrzałem na jej zmęczoną twarz, piękne oczy, elegancki strój. Czułem zapach drogich perfum. Wyglądała wspaniale ale coś odcisnęło na jej twarzy wyraźny ślad.
Pocałowała mnie w policzek zaczęła się wspinać po schodach na pierwsze piętro. Patrzałem za nią jak zahipnotyzowany i wtedy wszedł do bramy z torbą podróżną na ramieniu ten mój kolega a jej kuzyn. Zapytał czy ją widziałem. Powiedziałem, że tak. Okazało się, że jest likwidatorką spadku po ciotce i stąd jej tu obecność. Spytałem go gdzie Irka mieszka. Odpowiedział roześmiany, że we Wrocławiu, ma już czwartego męża, znanego ginekologa. Po chwili ruszył za nią, a ja poszedłem do domu. Czujna żona zapytała: - Z kim się tak całowałeś? – Z kolega – odpowiedziałem. – Z kolegą? Powątpiewająco zapytała i nie czekając na odpowiedź poszła do kuchni. – Że też sobie oka nie zwichnęłaś – powiedziałem ponuro w przestrzeń za nią. Usiadłem na fotelu i wziąłem w ręce gazetę, żeby nie było głupich pytań o czym tak myślę. Doszedłem tam wtedy, siedząc w domowym fotelu, zakryty gazetą, do pewnych wniosków.
Miłość jest piękna i przemijająca a kurestwo zaś jest wieczne, twórcze w wyrazie materialnym i budujące w zakresie tworzenia rodzin.
Taki morał powstał mi w głowie po tamtym pięknym, gorącym lecie. Oprócz morału miałem jeszcze jedną pamiątkę. Pogryziony duży palec lewej stopy – pozostałość po erotycznych fantazjach Ireny.

Opublikowano

no coż jacek.... moim skromnym zdaniem.....zbytno nie wyszło tobie to opowiadanie... czegos tu brakuje.... jakby pisane na kolanie....wiec nie ma z mojej strony braw. moze inni beda mieć inne zdanie
pozdrawiam

Opublikowano

wielki chłop jakby nieco skruszały
doskonały tytuł,
oddaje charakter tych słów
i...tego...misia,
jakiż on milutki w dotyku,
jaki z niego smakosz: Smakowała jak skrzyżowanie dojrzałej brzoskwini z bardzo świeżą polędwicą. -ymmm
biedactwo, nie wie, że słodki miodek okupiony jest dotkliwą boleścią goryczy
pod koniec lata burknie rozczarowany -tak rozkosznie zapowiadającym się chwilom:-
Miłość jest piękna i przemijająca a kurestwo zaś jest wieczne, twórcze w wyrazie materialnym i budujące w zakresie tworzenia rodzin.
sen go uzdrowi, a po zimie znów nadejdą gorące i miłe chwile ///pozdrawiam ciepło

Opublikowano

aksja - pisałem to w cieniu podwórkowej lipy trzymając
faktycznie laptoka [ jak mówią na mojej wsi]
na kolanie, ale tekst miałem chyba dobrze ułożony
w głowie ; może tekst Cię zniesmaczył ?
Jay Jay - niezdecydowany ! szkoda;
renata - zawsze miła i elegancka;
z przyjemnością bym Cię niedźwiedzią łapą poczochrał;
wszystkim dziękuję - jacek.

Opublikowano

Na poczatku sie nudzilem, bo zbyt realistycznie i mdlawo, potem przyszedl ten kawalek naladowany erotyzmem i mnie wzielo. To trudne, tak soczyscie napisac, gdy juz tyle razy o tym bylo.
I sie rozmarzylem. Kiedys w podobnym stanie nazarlem sie jakiejs globulki antykoncepcyjnej :)))

Opublikowano

Oj, Jacku, Jacku... nie wiem, czy to wpływ ogółu- jestem indywidualistką, ale mieszane uczucia wywołuje we mnie ten tekst. Jego poprawność jezykowa nie budzi zastrzezeń- bo jak wiesz, piszesz bardzo dobrze. A moze to dlatego, ze jestem troszke staromodna, albo wrażliwa? Przepraszam najmocniej jeśli uraziłam Cie, bo to nie było moim celem- stawiam na szczerość.
Twoja wierna po grób fanka- Panna Anna=)

Opublikowano

Jay Jay - dzięki; na Twojej opinii zależało mi szczególnie;
Panna Anna staromodna ? nie, to niemożliwe przecież;
młode damy mają szczególną wrażliwość i razi je czasami
brutalna proza życia; to mnie jest wstyd za ''mieszane uczucia'',
lubię indywidualistki i dla Ciebie się poprawie !
pozdrawiam Anno - jacek.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...