Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przeciągnął się leniwie na hamaku, którego czerwone jak krew linki, zaczynały boleśnie wrzynać się w jego ciało. Ziewnął i przez krótką chwilę myślał nad tym, czy nie zdrzemnąć się jeszcze chociaż pół godzinki. I tak nie miał nic ciekawego do roboty. Całymi dniami błąkał się bez celu po lasach, nie zastanawiając się nawet, dlaczego to robi. Żył w symbiozie z przyrodą, delektując się zapachem powietrza, i takie życie bardzo go satysfakcjonowało.
Hamak zakołysał się, kiedy mężczyzna wstał. Jego bose stopy przylgnęły pewnie na zielonej ziemi. Czuł jej zapach: pachniała pomarańczami, wyczuwał także woń, jakie wydobywają z siebie dojrzałe kasztany. Uspokajała go, działała jak narkotyk, powodując niekiedy uczucie błogości, inspirowała go do pisania wierszy i malowania na płótnie kolejnych obrazów.
Mężczyzna zawsze nosił na głowie czarny kapelusz; nawet wtedy, gdy temperatura grubo przekraczała czterdzieści pięć stopni celsjusza. Lubował się w pstrokatych, hawajskich koszulach, w których idealnie komponował się na spacerach po lesie; wśród dzikich zwierząt i barwnej roślinności. Był samotnikiem - malarzem i poetą.
Spojrzał wysoko w górę, ponad wierzchołki wysokich sosen i pomachał ręką żółto - niebieskiemu ptakowi, majestatycznie poruszającemu swymi skrzydłami, który przeleciał nad jego głową, niczym strzała z łuku. Po chwili dostrzegł spadające piórko, wyciągnał otwartą dłoń przed siebie i złapał je, wpatrując się w jego kształt. Było owalne, twarde i błyszczało. Spadało z nieba z taką gracją, tak powoli i łagodnie, niczym babie lato... pomimo, że było ze szkła.
Nie miał przyjaciół i był z tego powodu zadowolony. Nikt nie przeszkadzał mu podczas malowania, czy też pisania. Oddawał się tym zajęciom całkowicie. Pisząc wiersz, czy też malując obraz, jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć, jakby całkowicie się ich wyzbył. Był tylko on i pędzel, on i pióro. Nic innego się nie liczyło.
Udał się na plażę. Wokoło panowała martwa cisza, pomimo, iż nie był w lesie sam. Drogę co chwila przecinały mu zwierzęta kotopodobne, o ludzkich dłoniach i stopach. Ich pyski tak bardzo przypominały mu kocie, że co jakiś czas przywoływał je do siebie, mrucząc pod nosem: "Kici kici, kici kici". Te podbiegały do niego, łasiły się i miauczały. Mężczyzna gładził ich miękką sierść i mówił do nich tonem, jakim dziadek opowiada swemu wnukowi bajkę na dobranoc. Te słuchały go z uwagą, co jakiś czas przechylając łebki w bok, dając do zrozumienia, że nie chcą, aby przerywał swej opowieści.
Kiedy zaszedł nad brzeg oceanu, kotopodobne zwierzęta podawały mu dłoń na pożegnanie, a mężczyzna kierował się na plażę, aby tam czerpać inspirację do namalowania kolejnego obrazu.
Często przesiadywał całą noc, siedząc nieruchomo na gorącym piasku, po którym od czasu do czasu przemykały srebrzyste ryby; jedne były maleńkie, jak akwariowe mieczyki, inne zaś ogromne, jak rekiny. Przepływały w powietrzu tuż koło niego, zanurzając swe pyszczki w piasku, aby wydobywać z niego błyszczące w świetle rażącego słońca dżdżownice. Ten widok napawał go optymizmem i inspirował do tworzenia. Wiedział, że kiedy wróci do swej chaty, namaluje kolejny obraz, a potem, kiedy zapadnie noc, napisze kolejny sonet, kolejny wiersz.
Spojrzał na ocean. Był spokojny jak zawsze, nie dostrzegał żadnej fali. W oddali wisiała nieruchomo biała mgła, na którą patrząc, odniósł wrażenie, że wcześniej powinien ją przyozdobić, na przykład kobiecymi ustami, bądż też jaskrawozielonkawymi gwiazdami, układającymi się w kształt Wielkiej Niedżwiedzicy. Dumał.
Dlaczego nie domalował niczego na mgle? Patrzył na nią i zdawało mu się, że czegoś w niej brakuje. Westchnął.
Obrócił wzrok i dostrzegł ogromną, brązową walizkę, wykonaną z drewna. Leżała na piasku kilkadziesiąt metrów od plaży. Wyrastała z niej gałązka drzewa, na której spoczywał bezwładnie zegar, wskazujący godzinę szóstą. Zegar wisiał na gałęzi, niczym placek ziemniaczany, był miękki, wykonany z płótna o białej tarczy. Identyczny zegar spoczywał przewieszony przez drewnianą walizkę; tamten wskazywał szóstą pięćdziesiąt pięć. Nie wiedzieć czemu, powiewał łagodnie na wietrze, pomimo, iż nie wyczuwało się najlżejszego nawet powiewu.
Mężczyzna przymknął oczy. Słyszał własny oddech, oraz bicie serca, które niemiłosiernie szeptało mu, że czas płynie, niczym jacht, i że niedługo dobije do swej przystani. Otworzył oczy. Spojrzał na zegary; cały czas wskazywały te samą godzinę. Były martwe. Miał w pamięci tamten dzień, w którym zasiadł w swej pracowni i je namalował. Usłyszał w sobie wewnętrzny głos, który mówił mu, że kiedyś znajdzie się w podobnej krainie, gdzie każdy zegar wskazywał będzie tą samą godzinę. Pomyślał wtedy, że raj stanie się dla niego następną inspiracją...
Uśmiechnąwszy się do samego siebie, ruszył powolnym krokiem w kierunku lasu. W jego głowie narodził się kolejny pomysł. Narazie nikomu o nim nie powie, po prostu zabierze się do pracy. Podekscytowany przyśpieszył kroku, maszerując w stronę wysokich, rosnących rzędami sosen. Na ich gałęziach rosły ogromne perły, a kora tychże sosen zdawała się być pokryta masą perłową, która rzucała na wschodnią część plaży przepięknie mieniące się cienie.
Słońce grzało niemiłosiernie, rzucając swe promienie wprost na twarz mężczyzny, lecz ten nie zwracał na to uwagi, nie mrużył nawet oczu, podążał przed siebie, co jakiś czas poprawiając na głowie kapelusz, który zsuwał się złośliwie na czoło. Zdawał się nie dostrzegać również kotopodobnych zwierząt, które podbiegając, zaczęły ocierać się o jego łydki. Po chwili - jakby wiedziały, że nic nie wskórają - oddaliły się, miaucząc chórem.
Mężczyzna dotarł do swojej chaty, której wszystkie ściany wykonane zostały z czarnej i białej czekolady. Wysoki komin w kształcie leja był okopcony, lecz nawet przy podstawie nie widać było, że jest nadtopiony. Okna nie posiadały szyb, a krótkie, wąskie parapety były nadgryzione przez różne zwierzęta. Domek stał na ogromnej, pomarszczowej kurzej nodze, która sprawiała wrażenie ledwo wytrzymywać jego ciężar, a jednak, kiedy mężczyzna zaczął wchodzić po wąskich schodach, prowadzących na maleńki taras, nawet się nie ugieła.
Wokoło chatki panowała specyficzna, jasna poświata, która mieniła się, kiedy mężczyzna wykonywał gwałtowniejsze ruchy, na przykład kiedy czyścił pędzle, pocierając szybkimi ruchami włosie o ścianę domku. Wszystko prezentowało się tak nierealnie, tak nierzeczywiście. I w tym tkwiło całe pękno.
Następnego dnia mężczyzna znowu udał się nad ocean. Tym razem stał wyprostowany, unosząc głowę do słońca i obserwowal ptaki, które stadami przelatywały z jednej strony plaży na drugą. Rozmyślał o płótnie, które stojące na plastkikowym stelarzu w pracowni, samo prosiło się, aby je zamalować kolejnym dziełem sztuki. Poczynił już pierwsze kroki. Wszystko było przygotowane; odpowiednie pędzle, farby i naświetlenie. Nie mógł doczekać się wieczora, kiedy to wykona pierwszy ruch zupełnie nowym pędzlem na śnieżnobiałym płutnie.
Nagle usłyszał jakiś głos. Rozkojarzony spuścił wzrok i zaczął rozglądać się po okolicy. Widział tylko ciemne wzgórze, bezszelestną plażę, oraz walizę z gałęzią i zegarami. Nic więcej.
Pomyślał, że to najprawdopodobniej szelest pobliskich drzew, kiedy usłyszał to ponownie; był to ludzki, dziecięcy głos wyrażający podniecenie i ogromne żdziwienie:
- Tato, tato, spójrz na obraz... spójrz na obraz...



- Tato, tato, spójrz na obraz... spójrz na obraz, zobacz, tam coś jest - powiedział dziesięcioletni Danny, przejęty tym, co zobaczył. Jego postrzępione włosy zjeżyły się na głowie.
W Museum Of Modern Art było strasznie duszno i gorąco, gdyż nawaliła klimatyzacja. Przez ostatnie tygodnie cały Nowy York tonął w słońcu i nie zapowiadało się na ochłodzenie. Jim powolnym krokiem pokonywał wąski korytarz muzeum, rozmawiając ze swoim agentem ubezpieczeniowym Tonym Mitchellem. Tony był zarazem jego bliskim znajomym, z którym często jeżdził na ryby i polowania. Kiedy Jim usłyszał podniecony głos swego syna, uśmiechnął się do niego szeroko i zapytał:
- I jak ci się podoba w muzeum? Który obraz jest najładniejszy?
Chłopiec szarpnął mankiet jego koszuli i z szeroko otwartymi z przejęcia oczyma wyjąkał:
- Tatusiu na tym obrazie coś się porusza - wskazał palcem na płótno Salvadora Dali'ego, surrealistycznego mistrza, jednego z ulubionych artystów Jima, który rzekł dumnie:
- To "Trwałość pamięci" Dali'ego, wspaniałe dzieło sztuki, cieszę się, że akurat ono przykłuło twoją uwagę.
- Tatusiu, spójrz.
Wtedy Jim zobaczył coś, co na chwilę oderwało go całkiem od rzeczywistości. Na obrazie pojawił się człowiek, którego nie powinno tam być. Siedział na plaży i zdawał unosić ręce wysoko do nieba, nosił czarny kapelusz.
- O matko, skąd to się tam wzięło? - wymamrotał podchodząc bliżej.
- Jim, co powiesz na to, abyśmy się powoli stąd zabierali? Zgłodniałem śmiertelnie - odezwał się Tony, szczerząc zęby do Danny'ego, który rzucił mu tylko przelotne spojrzenie, po czym znów zaczął wpatrywać się w obraz.
Jim pobladł, gdy ujrzał nagle, jak nieznajomy na obrazie opuszcza ręce i wstaje. Patrzył na to niesamowite zjawisko, czując nieodparte wrażenie, że gdzies już tego człowieka widział.
Mężczyzna wykonał kilka kroków, następnie przystanął. Jim patrzył w jego nadzwyczaj wyrażną twarz i nie wierzył własnym oczom. Idealnie komponowała się z resztą obrazu, jakby namalowana w tym samym okresie, tym samym pędzlem i farbą, co reszta płótna. Tajemnicza postać na obrazie spojrzała wprost na niego. Poznał ją od razu.
- Salvadore - wydukał ociekając potem.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, następnie ruszył przed siebie z wyrazem twarzy człowieka, który za chwilę odda się swemu powołaniu.

Opublikowano

wyczuwał także woń, jakie wydobywają z siebie - "woń jaką" no i na pewno nie wydobywają lecz wysyłają, wydzielają, emanują, czy jkoś tak. Wydobywanie jest czynnością wykonywaną przez drugą istotę, poprzez działanie z zewnątrz- dośc trudno mi to wyrazić słowami, ale chyba jest to jasne.
pomachał ręką żółto - niebieskiemu ptakowi, majestatycznie poruszającemu swymi skrzydłami, który przeleciał nad jego- coś mi tu zgrzytnęło. Może zamieniłbyś na przelatującemu (zgodność w czasie) przestawiając nieco szyk?
Te podbiegały do niego...Te słuchały go z uwagą- te, te
nie chcą, aby przerywał swej opowieści.- swe opowieści, albo swą opowieść
przesiadywał całą noc, siedząc nieruchomo - przesiadywał siedząc? może spędzał?
Leżała na piasku kilkadziesiąt metrów od plaży.- jeśli na piasku to raczej na plaży
Trochę to żmudne zjęcie- jutro dokończę analizować.

Opublikowano

Ładne i zgrabnie napisane. Zakończenie zaskakuje, choć kiedy przeczytałem o zegarach, zacząłem się domyślać kim może być samotny malarz. Różne dziwne stworzenia, rośliny i rzeczy trochę mnie zbiły z tropu i zaskoczyły. NAjbardziej zaintrygowały mnie te ryby pływające w piasku i kotopodobne stworzenia o ludzkich dłoniach i stopach.

Chętnie zamienił bym się z tym malarzem i prowadził beztroskie życie w baśniowej krainie ;)

Mam nieco uwag.

"Zegar wisiał na gałęzi, niczym placek ziemniaczany, był miękki, wykonany z płótna o białej tarczy"
ja bym to zdanie widział tak:
"Zegar o białej tarczy wisiał na gałęzi, niczym placek ziemniaczany; był miękki, wykonany z płótna .
Ale chyba coś jeszcze trzeba tu zmienić.

"W oddali wisiała nieruchomo biała mgła, na którą patrząc, odniósł wrażenie, że wcześniej powinien ją przyozdobić,"

napisałbym "patrząc na nią" zamiast "na która patrząc"

"I w tym tkwiło całe pękno." ;)

"bezszelestną plażę, oraz walizę z gałęzią i zegarami"
przecinek zbędny

"Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, następnie ruszył przed siebie z wyrazem twarzy człowieka, który za chwilę odda się swemu powołaniu."
Ja bym z tego zrobił dwa zdania.

pozdrawiam

Opublikowano

Dzięki za komentarze, jednak co do korekty... wiem, że w moich opowiadanich występują błędy, czasem mni8ejsze, a czasem większe, ale nie będę żadnego poprawiał;;) Jestem na to zbyt leniwy;) Niech korektor się tym zajmie;) Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Opublikowano

CHATKA NA KURZEJ STÓPCE, DOMEK Z PIERNIKA - ZEGARY SALVADORA - zgrabie to wszystko połączyłeś.Świat baśniowo surealistyczny widziany oczyma człowieka z wielkiej aglomaracji i po to jest własnie wyobraznia aby wskrzesać w sobie opdobne obrazy nie malowane pędzlem lecz klawiatura komputera - hihihi .
pozdrawiam

Opublikowano

Drogi Leszku, nie oburzaj się. jeśli swoim komentarzem w jakiś sposób Cię uraziłem, albo uraziłem Twoją pracę, przepraszam, nie taki był mój zamiar. Mój problem polega na tym, że nie mam worda, a jestem dysortografem, popełniam wiele błędów i zdaję sobie z tego sprawę:) Doceniam to, że skrupulatnie przebrnąłeś przez mój tekst i za to Ci dziękuję:)

Opublikowano

Drogi Robercie. Stwierdziłem tylko, że skoro tobie się nie chce, to mnie tym bardziej.
To TOBIE powinno zależeć na jak najwyższym poziomie opowiadań- nie mnie. By osiągnąć jakiś cel w życiu nie wystarczy talent, pomysły i inne rzeczy, które otrzymałeś w darze od ......... (wstaw odpowiednie słowo).
Konieczna jest jeszcze praca. A tobie po prostu się nie chce...
Wszyscy piszący na tym forum (i nie tylko) chcą osiągnąć jakiś (choćby malutki) sukces. Takim sukcesem jest również pozytywna opinia innych piszących, bo to oni są najlepszymi krytykami.
A tobie sie nie chce.
Życzę powodzenia w twórczej pracy.

Opublikowano

Drogi Leszku, bardzo zależy mi na opiniach czytających, zgadzam się w tej kwestii z Tobą stuprocentowo:) Nie jest jednak tak, że za wszelką cene chcę, aby mnie czytano. Nikogo nie zmuszam. Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać dłuższe opowiadanie grozy, czyta i tyle. Piszę głównie dla siebie, oraz dla ludzi, którzy lubią mroczne klimaty. Błędy są rzeczą ludzką - a mi nie chcę się ich poprawiać- lenistwo też jest rzeczą ludzką. Chociaż powiem Ci, że od razu po napisaniu opowiadania, czytam je raz jeszcze i poprawiam błędy które rzucają mi się w oczy:)Teraz, kiedy ukończę nowe opowiadanie, przeczytam je dwa razy ( i zrobię to specjalnie dla Ciebie) ;) Pozdrawiamw szystkich serdecznie:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zapewniam cię, że edytowanie tekstu i poprawienie tych paru blędów nie jest zbyt męczące. Znacznie więcej pracy trzeba włożyć w to by je wychwycić. Nie chodzi mi o litrówki, czy ortografię, która nie umniejszają literackich walorów pracy, lecz o błedy stylistyczne, które psują przyjemność jej czytania. Jeśli poprawisz błęcy i je zanalizujesz, to zwiększy się szansa, że następnym razem już ich nie popełnisz. Sam robię częto błędy w opowiadaniach i jestem bardzo wdzięczny jeśli ktoś zrobi mi korektę (we własnych pracach trudno ją zrobić). Należy ciągle doskonalić swój warsztat. Nie uda się to jeśli będzie się powtarzać wciąż te same błędy.

pozdrawiam
Opublikowano

Niewątpliwie masz rację i za tego typu korekty zawsze jestem wdzięczny. Bardzo często bywa tak, że pisząc coś, nie zauważa się pewnych błędów. Dopiero "ktoś" je wychwytuje. Ja mogę mieć pretensję tylko do siebie; o to, że nie zawsze je koryguję, o to, że albo nie mam czasu tego zrobić, albo dlatego, że za bardzo nie mam na to ochoty;) Dzięki za te słowa - odnoszę się do nich z pokorą i podkreślam raz jescze; poprzez moje wypowiedzi nie mam zamiaru nikogo urazić. To wspaniale, że są jeszcze ludzie na tego typu portalach, którym chce się czytać i komentować prace, a nawet interpretować je na własny sposób i doradzać apropos fabuły itp, oraz wskazywać błędy. Pozdrawiam wszystkich serdecznie:)

Opublikowano

Obiecuję nie zabierać już więcej głosu w kwestii "niechcenia", i powtarzam,że nieczuję się urażony,ale jakby wyglądał świat gdyby tak samo mówili: Arystoteles, Platon, Sofokles, Fidiasz, Homer, Konfucjusz, Budda, Leonardo, Michelangelo,Bramante, Szekspir, Dostojewski, Balzac, Kepler, Kopernik, Galileusz, Kartezjusz, Kolumb, Vespucci, Diaz, Renoir, Van Gogh, Picasso, Darwin, Beethoven, Szopen, Puccini, Bach, Einstein, Newton, Leibniz i Salvadore Dali, oraz wielu, wielu innychwielkich,średnich i małych twórców, odkrywców, i po prostu ludzi sumiennie wykonujących swoją pracę.
Czy wyobrażasz sobie świat, bez tych milionów ludzi, którym się chciało? Gdyby nie oni, urodziłbyś się pewnie w jakiejś jaskini, czy szałasie- a ja bym cię... zjadł.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...