Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

                                                                    dla Belli

 

   -Querida, Kochanie... - tyleż zaskoczony, ileż oszołomiony Mil z niejakim trudem formułował i wypowiadał słowa. - Nie wiem, co powiedzieć... Czuję się... zawstydzony i zarazem tak bardzo szczęśliwy... 

   - Nie wstydź się, meu querido, mój ukochany - szepnęła Bella, przytulając się doń. - Eu sei, wiem, że nie rozmawialiśmy o tym... zresztą o wielu sprawach nie zdążyliśmy jeszcze porozmawiać. Ale voce sabe, wiesz, że w poprzednich małżeństwach nie doczekaliśmy się dzieci. Teraz wiesz także, iż stało się tak nie przez przypadek... 

   - Tak zaplanowaliśmy nasze wcielenia? - domyślił się Mil. - A podówczas byłem zbyt mało świadomy, by znać tę prawdę... Przyznaj - spojrzał Belli głębiej w oczy - ale ty wiedziałaś o tym wcześniej? 

   - Wcześniej niż ty, ale w obecnym wcieleniu i w tym naszym pierwszym: tak - odrzekła. - W naszym sprzed około wieku nie. Będąc Indianką, miałam dostęp do naturalnej wiedzy, a potem, sam wiesz: wychowanie w religii chrześcijańskiej uwstecznia, odrywając od wiedzy przodków i starając się powstrzymać duchowe przebudzenie. A w następstwie tego prawdziwy duchowy rozwój. 

   - Ty zaś - kontynuowała - w czasie naszej pierwszej wspólnej drogi byłeś zbyt przywiązany do wiary, w której cię wychowano. Wszystko, co od niej odstawało lub było z nią sprzeczne, uznawałeś za diabelskie, a w najlepszym razie lekceważyłeś jako miejscowy zabobon... Ale nie krytykuję cię: ze mną podczas naszej drugiej wspólnej drogi bywało nie lepiej, a poza tym tak sobie wybraliśmy. 

   - No dobrze - Mil zawrócił myślą do teraźniejszości i, ucałowawszy czule żonę, uśmiechnął się i pogłaskał ostrożnie jej brzuch. Już odrobinkę zaokrąglony, tak mu się w każdym razie w tej chwili wydało. Natychmiast poczuł, jak pochodząca od Nich Obojga Kruszynka zareagowała. Wrażenie dotknięć z wnętrza ciała jego żony było teraz wyraźnie silniejsze. Nagle przyszła mu myśl: a może to nie tylko z wnętrza ciała, ale... z wnętrza duszy? - Zastanowił się: ale czy to w ogóle możliwe? Zadziwiony tymi myślami, patrzył na brzuch Belli i dotykającą go własną dłoń, nie podnosząc wzroku. 

   - Sim, tak: to możliwe - usłyszał i podniósł spojrzenie na Jej śliczną buzię. Uśmiechała się, promieniejąc radością. - Claro que sim, oczywiście że tak. To możliwe. Jak właśnie widzisz. Jak widzimy i doświadczamy oboje - uśmiechnęła się po raz kolejny. Ten uśmiech wydał się Milowi bardziej wdzięczny niż każdy z poprzednich. Znów poczuł się zaskoczony: i tym wrażeniem, i tą myślą. Odczuwając na powierzchni wewnętrznej strony dłoni kolejne dotknięcia, przenosił zadziwione spojrzenie z rozświetlonej uśmiechem twarzy Belli na swoją dłoń, wciąż spoczywającą na Jej brzuchu. I z powrotem. Dotknięcia Istotki przeniosły się teraz na końce jego palców. Czuł je tam, jakby przenosiła dotyk z palca na palec... jakby je licząc i jakby bawiąc się tą czynnością. Znów podniósł spojrzenie na twarz żony. Jej uśmiech wyraźnie się zmienił - pomyślał. - To nie jest tylko moje wrażenie. Czy ona to wie? - przyszła mu do głowy kolejna myśl.

   - Pewnie, że wiem - powiedziała, czytając jego podekscytowane myśli. - Jak mogłabym nie wiedzieć? Ale chyba nie powinieneś być zdziwiony... przecież raduję się ogromnie z bycia mamą. No i nasza Kruszynka też wpływa na mnie, jak widzisz.

- To będzie dziewczynka, prawda? - zapytał, zobaczywszy nagle we własnych myślach kształt, przypominający malutkie, ale w pełni uformowane, zdrowe dziecko.

   - Mmm... - zawahała się. - Można tak powiedzieć.

   Spojrzał na żonę, nagle bardzo zaniepokojony.

   - Można tak powiedzieć? - zapytał powoli. - Co masz na myśli?

   Zawahała się ponownie. Patrząc Jej w oczy widział coś, co nie do końca potrafił zidentyfikować. Jakby przesuwające się myśli stały się nagle dlań dostrzegalne w postaci błysków, trwających krócej niż jedną sekundę. Próbowała się uśmiechnąć, dostrzegał to wyraźnie. Były dlań dostrzegalne tak samo jak niepokój, z którym się mierzyła: jak mu powiedzieć? I czy w ogóle powiedzieć? Ale przecież nie mogła milczeć... Ani go zbyć. Nie uwierzyłby: widziała to i czuła. Wyraźnie. Poza tym ta sprawa - o ile można byłoby tu użyć tych słów - była zbyt poważna.

   Wzięła głęboki wdech. Ledwie zauważalnie, ale Mil, patrząc teraz ze skupioną maksymalnie uwagą, nie mógłby go przeoczyć. 

   - Niezupełnie.

Cdn.

 

   Voorhout, Poniedziałek po Wielkiej Nocy 2023. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

,

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@Corleone 11Mocne, ale dobre to powyższe stwierdzenie. Religia chrześcijańska ma też swoje dobre strony. Osobiście myślę, że buddyzm i hinduizm, pomagają bardziej poznać samego siebie zwłaszcza w strefie duchowej.
Pozdrawiam Cię Michale serdecznie no i czekam na odcinek 124, co tam Bella nosi w brzuszku.  :-)

Opublikowano (edytowane)

@Wiesław J.K.

   Drogi Wiesławie

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

, oczywiście masz dużo racji . Religia ta podaje wiele zasad, zaczerpniętych z dłużej (wcześniej) stniejących. Z judaizmu, jako że Jezus w sensie człowiek - nauczyciel poruszał się w kręgu kulturowym judaizmu właśnie. Ale, rzecz jasna, zasadniczo czerpał  z Własnego, Boskiego Wnętrza/Światła. To zaś zakłada automatycznie ponadreligijność - i ponadkulturowość. Czyli czerpanie jednocześnie ze wszystkich innych źródeł, pochodzących przecież od Niego - Boga/Wszechświata/Pierwszego Źródła. 

   Oczywiście, że wielu duchowych mędrców/mistyków/Oświeconych wyrosło w chrześcijańskim kręgu kulturowym. Oczywiste jest też, że intelektualnie/duchowo "poszli dalej". Przekroczyli ramy oparte częściej na "nie rób tego i tamtego", by uczyć zachętą i własnym przykładem. Nie zakazami, karą Bożą i straszeniem piekłem. O karach doczesnych tylko napomykając. 

   Dla porządku przypomnę głoszenie nieprawdy o jednym życiu i utożsamienie Prawdziwego Boga z aroganckim Kosmitą. Kosmitą, o którym wspomina na samym początku tzw. Księga Rodzaju i o którym napisano w tzw. Księdze Wyjścia. O czym rozmawialiśmy i o czym napisałem w jednym z rozdziałów. 

   Dziękuję Ci wielce za odwiedziny, czytanie, komentarz i za czekanie "na odcinek 124" . Miło mi było Cię gościć po raz kolejny . 

   Poświąteczne pozdrowienia. 

 

   Ago , Tobie również wielkie dzięki za wizytę . 

   Pozdrawiam Cię poświątecznie .

   

   

   

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Somalija

   Proszę Cię bardzo.

   Aga oczy i buzię ku słońcu wznosi, 

   złote loki przeczesuje dłonią, 

   rozanielona o przejażdżce myśli: 

   czasie dzisiejszy, niech ona się ziści

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

.

 

   Serdeczne pozdrowienia .  

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena   To chłodna, a jednocześnie pełna bólu wiwisekcja układu, w którym zabrakło odwagi na koniec. Znakomite studium trwania. Świetne pióro!
    • @Toyer Miłość rządzi się swoimi prawami. Czasem to smutek, a czasem radość. Wszystkie jednak te koleje losu, dobrze się wspomina na starość. 
    • Rozumiem, mam podobnie. Pozdrawiam. 
    • @Łukasz Wiesław Jasiński, Dziękuję za obecność pod wierszem. 
    • Na stole teksty poszarpane, poplamione stronice. Pogięte okładki… Gdzie? Co? Nic nie wiem. Nie wiem, u licha! Ale bal trwał w nieskończoność. Do samego końca dojmującej treści. Powiedz mi, dlaczego tak było, tak było? Echo odbija się od ścian, majaczy pogłos wielokrotnych powtórzeń i westchnień: o, dzieło moje jedyne! O, dzieło…   Majaki przychodzą i odchodzą. Czas poplątany. Czas chciwy. Natrętne obrazy. Co jeszcze mnie tak męczy? Wszystko! Albowiem wszystko. Zdjęcia rozsypane. Czarno-białe pejzaże. Głębokie otchłanie przeszłego czasu. Jakieś listy nie wiadomo do kogo i przez kogo pisane. Stosy papierów. Wiersze wybrane, Bal w operze, Kwiaty Polskie… to znane, a reszta? Nie wiem… Zostawcie mnie. Dlaczego się tak na mnie patrzycie? Kto? Kto? Moje własne odzwierciedlenia. Moje imaginacje. Julian Tuwim stoi przy oknie w jakiejś takiej niedbałej pozie. i opierając się o parapet pali papierosa. Wypuszcza kłęby błękitnawego dymu. Patrzy się na mnie czujnie i z trwogą: co ja tu kombinuję, co sobie wyobrażam: On próbuje pisać!… Patrzy się z wyższością i zażenowaniem. Spogląda na kogoś, kto siedzi przy stole i pisze albo spogląda w sufit pełen pajęczyn i kurzu. Spogląda i nie dowierza. Jak ktoś taki mógłby… - jak ktoś taki… Wiesz, powiem ci, jedyna: Tak. To już kiedyś było. Tylko że kiedyś był to Albert Camus. Stał w podobnej pozie i też palił papierosa. Teraz Julian. Dlaczego akurat on? Patrzą się na mnie twarze spłowiałe. Tu i tam. Uśmiechnięte. Zastygłe. Fotografie rozrzucone na stole, podłodze… Julian już zniknął. Rozpłynął się w smudze zachodzącego słońca. Takiej pomarańczowej i bystrej. I cichej. Tak przerażająco cichej. Cichszej od szumu płynącej krwi. Od szumu piskliwej w uszach gorączki. Przystawiam do oka butelkę. I poprzez płyn przezroczysty, niezmącony niczym. Poprzez płyn spoglądam w ten dziwny poblask natury. Julian się rozpłynął. Zniknął. Powrócił? Dokąd? Do piekła? Czyśćca? Raju? Boska komedia leży na stole, gdzieś w odmętach pogniecionych, zatłuszczonych szpargałów… Trącam dłonią szklankę. W ferworze jakiejś wewnętrznej walki albo gniewu. Albo po prostu: tak niechcący. Przez nieostrożność. Nieuwagę. Zmęczenie nieskończoną nocą. Wywraca się i tłucze na miliony lśniących kawałeczków. Rozlewa się na stole plama. Strumienie trunku spływają po drewnianej nodze na klepki podłogi. Na dębowe. Ułożone w jodłę. Na rozmaite esy floresy sęków i wiekowych słojów, które pamiętają jeszcze kroki mojej matki… Za oknem trwa straszliwy pęd przemieszczania w czasie. Teraźniejszość staje się odległą przyszłością. Omiata mnie blask unicestwienia. Nieokiełznana struktura kryształu. Postać dziwnego słońca, jak w kalejdoskopie. Oślepiająca jasność wydobywa się z wnętrza przedmiotów. Ze wszystkiego. Ze mnie...   Lecz, co to? Budzę się. Noc. Światło zwykłej wiszącej lampy nade mną. Leżę na podłodze. Tuwim właśnie wychodzi ze swojego mieszkania. Widzę przez ściany, które są przezroczystą szybą. Choć nie. Jestem tam. Na ulicy, w mroźny dzień styczniowy. Nagie drzewa. Wiatr sypiący w oczy drobinkami lodu. Niebo stalowe. To znowu słońce. I znowu cień obłoku na twarzy… Stoję opodal, niewidzialny. Przezroczysty jak powietrze. Jak absolut nieistnienia. Jak nic. Tuwim w ciemnym płaszczu i w kapeluszu. Wychodzi z kamienicy. Wychodzą. On i jego żona w futrze. Kilka rzeczy. Kartonowe pudła nikną na pace ciężarówki. Ktoś się patrzy. Obserwuje z ukrycia. Z któregoś piętra. W oknie. Spoza firanki. W szarości dnia. W szarej poświacie mżącej pikselami czasu. W szarym oknie przesłoniętym szarą firanką zapomnienia. Ktoś się patrzy. Nikt. Już nikt... Zaciskam mocno powieki. Otwieram...   Na ulicy oślepiająca plama czerwcowego słońca. Na chodniku rozedrgane cienie gałęzi. Drzewa szumią zielone. I kwiaty w donicach. Te właśnie róże czerwone. Uśmiechnięte. Ogromny skwar osiada leniwie na twarzy. Na włosach. W którejś godzinie upalnego, dusznego lata. Wspomnienie przeszło, minęło. Jakieś dzieci biegną piskliwie niczym owadzie piszczałki, machając radośnie pół-przezroczystszymi skrzydełkami. Faeries. Przebiegają po dawnych śladach, kogoś, kogo już dawno nie ma. Przechodnie. Samochody. Rozgwar szumiącego miasta i obojetności. Ściana kamienicy niby ta sama. Te same drzwi. I okna te same. Lecz nie ma już.. Lecz już… Rozpływa się wszystko w teraźniejszości opadającej powoli. Tak zwyczajnie. Tak najzwyklej.   (Włodzimierz Zastawniak 2026-06-22)    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...