Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Bardzo dawno temu, tak dawno, że nikt już tych czasów nie pamięta, istniało pewne królestwo. Nie było ani małe, ani duże, nie leżało ani w górach, ani nad morzem, mieszkańców miało akurat tyle, ile trzeba - słowem było doskonale nijakie. Nie mieszkała w nim żadna piękna królewna, nie rządził nim mądry, dobry król, nie żyła w nim jedna nawet zła czy dobra wróżka. Królewny nie było, bo król stracił klejnoty podczas wojny i siłą rzeczy nie mógł jej spłodzić . Nie byłaby zresztą piękna, bo król i królowa byli osobami wyjątkowo szpetnymi, więc może dobrze się stało, że nie wyrządzono jej tej krzywdy. Poza tym dworzanie byli mało ciekawi, a lud pospolity i głupi. Jedyną rzeczą, która poprawiała nieco wizerunek królestwa, była obecność smoka. Nikt nie wiedział kiedy i jak się pojawił, za to bardzo szybko odczuto jego paskudne zwyczaje.
Smok był klasycznym socjopatą. Któregoś dnia, pod groźbą zniszczenia królewskiego grodu, zażądał, by dostarczono mu młodą dziewicę (starych też było dużo, ale ich nie chciał, bo jak każdy socjopata dążył do doskonałości). Strapiony, nieudolny władca zwołał radę królestwa, aby zrzucić na nią odpowiedzialność za ewentualną decyzję. Uradzono, że dziewic jest w królestwie pod dostatkiem i że dobro ogółu wymaga poświęcenia jednostek, a królestwo, mimo całej swej niedoskonałości, powinno istnieć. Postanowiono losować kandydatki, wybierając na chybił trafił numer domostwa. Kiedy dostarczono smokowi pierwszą dziewicę, okazało się, że zwyrodnialec zgwałcił ją, a potem zabił i porzucił zmasakrowane ciało w rzece nieopodal swojej pieczary.
Przez długi czas panował spokój i mieszkańcy odetchnęli z ulgą, ale wiedzieli, że smok prędzej czy później sterroryzuje ich znowu. Tak też się stało. Druga dziewica skończyła podobnie, jak jej poprzedniczka, zaś apetyt smoka zaczął wzrastać. W końcu doszło do tego, że żądał jednej dziewicy tygodniowo, co dawało około pięćdziesięciu dziewic rocznie. W owych czasach królestwa nie bywały przeludnione, dlatego na opanowane przez smoka królestwo spadła groźba totalnego niżu demograficznego, a nawet wyludnienia. Kawalerowie, których skazywało to na rozwódki i wdowy, wyjeżdżali licząc, że może gdzie indziej znajdą normalną kandydatkę na żonę lub naprędce rozdziewiczali te, które jeszcze pozostały. Królestwo opuszczały także rodziny, w których były dziewice i co najstraszniejsze, mnożyły się przypadki samobójstw zrozpaczonych rodziców oraz mordów na dziewicach, dokonywanych przez ojców, protestujących przeciwko praktykom smoka.
W zaistniałej sytuacji król postanowił wezwać radę, aby ustaliła jak ratować podupadające królestwo. Tym razem wymyślono konkurs. Chodziło o to, by ktoś wymyślił receptę na pozbycie się smoka: w nagrodę miał otrzymać tytuł honorowego obywatela królestwa i kosztowności zebrane wśród mieszkańców. Skarb był pusty, bo odkąd król stracił męskość, nie prowadził żadnych wojen grabieżczych i utrzymywał dwór z drastycznych danin nakładanych na lud. Poza tym był zwykłym skąpcem i nawet w sytuacji skrajnego zagrożenia, nie potrafił zrezygnować z zamkowych imprez i próżniaczego trybu życia. Jak się już rzekło, nie posiadał córki na wydaniu, nie mógł zatem dołączyć jej do puli przeznaczonej dla zwycięzcy, co zresztą mogło odstraszyć śmiałków z wiadomych powodów. Stąd dał, co miał i oczekiwał istnego najazdu rycerstwa najemnego. Przyjechało jednak zaledwie paru delikwentów i to nie najlepszej próby. Byli to głównie spłukani doszczętnie włóczędzy, nałogowi hazardziści i pijacy, którzy gwałtownie potrzebowali gotówki. Wszyscy polegli w walce ze smokiem, dając światu odetchnąć od swoich cuchnących ciał i wrednych przyzwyczajeń. A smok robił swoje. Ryczał z daleka, wzywając mieszkańców do złożenia kolejnej ofiary.
Królestwo stało się bezbronne, ale nikt go nie najeżdżał: strach był silniejszy niż perspektywa łupów, których i tak ubywało. Kwitła za to turystyka, albowiem wielu przybyszy z dalekiego świata chciało poczuć grozę przebywania w pobliżu bestii. Co odważniejsi podchodzili blisko pieczary, by ową paskudę ujrzeć. Wielu z nich już nie wracało, jednak ci, którym udało się uniknąć bezpośredniego kontaktu ze smokiem, opowiadali niestworzone rzeczy na temat jego wyglądu i zachowania. Rozbieżności dotyczyły głównie wielkości, koloru, liczby kończyn i oczu oraz kształtu pyska i ogona. Sprytny król rychło zaczął wykorzystywać ciekawość cudzoziemców, każąc im płacić za możliwość zbliżenia się do smoka. Tym razem jednakże błysnął talentem organizacyjnym i pieniądze te przeznaczył na zwiększenie nagrody dla pogromcy potwora. W miarę przybywania ciekawskich pula rosła, lecz nadal nikomu nie udawało się jej zdobyć. A próbowało wielu: od zrozpaczonych ojców, braci i narzeczonych, po intelektualistów i znakomitych rycerzy. Miejscowy cmentarz miał niebawem przekroczyć rozmiarami obszar całego grodu, który zdążył stracić już najznakomitszych obywateli oraz całą armię dziewic.
Aż razu pewnego przed obliczem króla zjawił się miejscowy cwaniaczek, drobny przestępca i skończony prymityw o imieniu Bruno. O konkursie dowiedział się tak późno, gdyż od tygodni uchlewał się z dziewkami w domu pod czerwoną latarnią. Sprawa ratowania królestwa wcale go nie obchodziła, zaś do smoka miał stosunek doskonale obojętny. Interesowała go wyłącznie nagroda i możliwość otrzymania honorowego obywatelstwa, co mogło pomóc mu w wyrównaniu strat moralnych poniesionych z powodu złego traktowania przez mieszkańców oraz przedstawicieli prawa. Straż chciała go od razu aresztować, jak już nieraz bywało, ale król pozwolił mu mówić. Bruno przyobiecał, że pozbędzie się smoka w ciągu paru minut. Wszyscy wybuchli śmiechem, on również, po czym zażądano, by objaśnił swój plan. Bruno jednak oświadczył, że to tajemnica i lepiej, żeby się smok nie dowiedział, co dla niego przygotowuje. Były to słowa mądre, więc król łaskawie pozwolił mu działać.
Bruno wrócił do brudnej nory pod czerwoną latarnią, gdzie spały jego dziewczęta - Sonia i Sara. Od razu rzuciły się ku niemu w nadziei, że przyniósł butelczynę albo flakonik z wywarami wywołującymi euforyczne stany emocjonalne, by później się wspólnie zabawić. Zadziwił je bardzo swoją powagą i wystraszyły się, że to już koniec wielotygodniowej imprezy, która mocno przypadła im do gustu i będą musiały wrócić na ulicę, by zarabiać na jego i swoje utrzymanie. Kiedy objaśnił im swój plan, obie kategorycznie zastrzegły, że żadnych stosunków ze smokiem mieć nie chcą. Skusiła je dopiero obietnica prowadzenia burdelu, który za zdobyte pieniądze otworzą. Zdaniem Bruna lepiej do tego zadania nadawała się Sonia. Po pierwsze była młodsza, po drugie odważniejsza, a po trzecie i najważniejsze, mimo lat praktyki, wciąż zachowywała proporcje zbliżone do dziewicy. Trzeba tylko było dokonać paru zabiegów kosmetycznych i mogła wyjść z niej całkiem wiarygodna dziewica. Gdy już poradzili sobie z tym, wybrał się do pieczary smoka, by podpatrzeć jak się to wszystko odbywa i sprawdzić, czy jego przypuszczenia pokrywają się z prawdą. Koczował tam przez kilka dni, zanim smok nie wyszedł i nie zaryczał we wiadomym celu. Nie trwało długo, zanim przysłano kolejną ofiarę, albowiem nikt nie wierzył, że Bruno zdoła smoka pokonać. Wystarczyło jednak czasu, aby zdołał sobie obejrzeć potwora. Prawie nie wierzył własnym oczom! Smok był smoczkiem, nie smoczyskiem. Wzrostu miał może tyle, co dwóch ludzi, był zgarbiony i pokraczny. Jego wielkie ślepia były czerwone, jak u królika, nos długi i krzywy, niby dziób marabuta, zaś paszcza przypominała usta wieloletniego pijaka - suche, popękane, oblepione czymś białym. Łuski na grzbiecie miały kolor brunatny, natomiast sierść na wydętym brzuchu widać było plamy siwizny. A w ogóle, to sylwetką przypominał raczej ogromną małpę, niż smoka.
Zafascynowany i rozbawiony Bruno dostrzegł również braki w jego uzębieniu oraz obecność małego, śmiesznego ogonka z tyłu. Zniecierpliwiony smok nerwowo dreptał w miejscu i tupał trójpalczastymi stopami. W pewnym momencie uniósł się na tylnych łapach i Bruno zobaczył przedmiot służący do rozprawiania się z dziewicami. To go zupełnie rozbroiło. Z dumą stwierdził, że jest lepiej wyposażony przez naturę i poczuł się bardzo pewnie. Kiedy wśród grobowej ciszy zaczął się zbliżać orszak z młodziutką dziewczyną w białej sukni, smok splunął z zadowoleniem. Trafił w drzewo, które natychmiast spłonęło. Bruno wiedział już wszystko. Bestia zabijała na odległość, nie dając śmiałkowi żadnej szansy zbliżenia się z orężem i zadania ciosu. Pozostało już tylko przeżyć chwilę złożenia ofiary. Z tym smok go nie zaskoczył. Bruno znał życie, zwłaszcza od tej intymnej strony, bo o tym, gdzie on nie był, z kim nie spał i czego nie widział, można by całe tomy spisać. Był przekonany, że seksualność bestii nie przedstawia jakiejkolwiek wartości i nie pomylił się. Smok po wykonaniu kilku histerycznych ruchów zawył cienkim głosem i zwiotczał. Zdezorientowana eks-dziewica przyglądała mu się wielkimi oczami, oczekując na przyjście najgorszego.
- Boisz się? - ryknął smok po chwili.
- Tak - pisnęło dziewczę.
- Jak było?
- Cudownie. Jeszcze nigdy nie przeżyłam czegoś takiego. Jesteś najlepszy.
- Teraz zginiesz!!!
- Och, nie, proszę!!! Smoku!!! Daruj mi życie. Będę do ciebie przychodzić codziennie i robić wszystko, co zechcesz.
Czerwone ślepia smoka zaszły mgłą, gdy napawał się widokiem bezbronnej ofiary. Później szybkim ruchem skręcił jej kark i wrzucił ciało do rzeki. Był tak zadowolony z siebie, że aż poklepał się łapskami po piersi. Kiedy zniknął w pieczarze, Bruno cichaczem wycofał się i wrócił do miasta.
Sonia i Sara odetchnęły z ulgą, widząc go całego i zdrowego. Razem zjedli kolację i poszli do łóżka. Bez cudownych eliksirów nie było tak, jak zawsze, ale cała trójka zdawała sobie sprawę, że przez jakiś czas muszą być absolutnie trzeźwi. Na sygnał nie czekali zbyt długo. Po trzech dniach smok zaryczał znowu, wyznaczając godzinę próby. Sonia pożegnała się z przyjaciółką oraz kochankiem i ruszyła ku pieczarze. Ani się przesadnie nie bała, ani nie była nadmiernie pewna siebie. Robiła to z miłości do Bruna i w nadziei na poprawę losu, który dotychczas nie był dla niej łaskawy. Poza tym lata praktyki zawodowej sprawiały, że znała zawiłości męskiej seksualności, jej pozytywne i negatywne strony, jak również wszelkie odchylenia od normy. Z relacji Bruna wynikało, że smok jest zwykłym nieudacznikiem, psychopatą i gwałcicielem, który przez swoim działaniem zaspokajał potrzebę władzy i czucia się kimś wyjątkowym, budzącym przerażenie, uwielbianym.
Na widok smoka najpierw zamarło jej serce, ale wkrótce oswoiła się, dochodząc nawet do wniosku, że nie taki diabeł straszny. Stanęła przed nim z miną tak niewinną, że smokowi aż ślina pociekła kątem paszczy, wypalając dziurę w ziemi u jego stóp. Sonia zbliżyła się do bestii, położyła dłoń na jej ramieniu i zajrzała w ślepia z niezwykłą śmiałością. Zaskoczony smok zamruczał nerwowo i cofnął się o krok. Przyglądał się dziewczynie spode łba, którym co jakiś czas niespokojnie kręcił.
- Nie boisz się mnie? - zapytał w końcu.
- Dlaczego mam się bać? - rzekła przez ściśnięte gardło - Przecież jesteś fajnym facetem. Nawet się cieszę na myśl, co zaraz zrobimy.
Smok sapnął ciężko i z nosa wypadł mu zakrzepły śpik.
- Skąd wiesz, co zrobimy? - mruknął podejrzliwie - Przecież jesteś dziewicą!
Sonia uśmiechnęła się przepraszająco i podeszła o krok, sprawiając, że smok instynktownie znowu się cofnął.
- Mam starszą siostrę - tłumaczyła, nie tracąc zimnej krwi - Podglądam często, jak zabawia się ze swoim narzeczonym. Och, żebyś to widział...
Smok stanął na tylnych łapach, by dodać sobie animuszu, ale szybko stwierdził, że nie ma co pokazać i opadł z powrotem. W jego oczach pojawiła się panika i wściekłość. Zamachnął się na Sonię, ale nie starczyło mu motywacji, by tak po prostu z nią skończyć. Zafascynowała go swoją swobodą i podejściem do rzeczy.
- Weź mnie, smoku. Weź mnie teraz - szeptała kusząco Sonia, patrząc mu głęboko w oczy.
- Kiedy nie mogę - jęknął bezradnie smok, którego wciąż zawodził organizm.
- Pomogę ci - zaoferowała się i pomagała, jak umiała. Niestety, pomimo jej usilnych starań, smok się zaciął i ani rusz nie potrafił wykrzesać z siebie tego, co trzeba. Klął, wył i kwilił, lecz sama ochota, choć niespożyta, nie wystarczała. Sonia wykazywała większą cierpliwość, bo wiedziała, że ma go w garści. Czekała tylko na odpowiednią chwilę, by go dobić. Tymczasem bestia dostała szału i rycząc pobiegła aż po horyzont i z powrotem. Energia ją rozpierała, a możliwości jej uwolnienia wciąż były znikome. Nie pomogło nawet kilkakrotne przepłynięcie rzeki ani wyrwanie paru drzew z korzeniami. W końcu zmordowany smok upadł u stóp Soni i jęknął bezradnie. Sonia pogłaskała go tak, jak tylko doświadczona kobieta potrafi i sprawiła, że zasnął, niczym osesek.
Nie tak miało być, ale cóż mogła zrobić. Smok spał przez blisko dwadzieścia godzin, wykrzykując przez sen różne obsceniczne treści i nie dając jej nawet zmrużyć oka. Kiedy otworzył oczy, spojrzał na nią zdziwiony. Oczekiwał, że ucieknie i da mu wreszcie spokój, ona jednak postanowiła wypełnić zadanie bez względu na trudy. Tak minął tydzień. Później drugi. Aż wreszcie nadszedł upragniony dzień. Nic nie pomagało smokowi się uspołecznić, a życie z kobietą u boku wyjątkowo mu się spodobało. Odkrył treści, o których dotąd nie miał pojęcia i zapragnął, by tak było zawsze. Sonia jednak nalegała, żeby był mężczyzną, za jakiego go uważa.
- To co robić? - zapytał w końcu.
- Jest pewien sposób - odparła ucieszona, że wreszcie będzie miała to z głowy - Musisz zjeść beczkę pieprzu. Będziesz po nim ostry, jak brzytwa.
Usłyszawszy to, smok zerknął nieufnie, lecz Sonia grała rolę perfekcyjnie.
- Ostre rzeczy pomagają, jak żadne inne. Na pewno o tym wiesz.
- Tylko skąd wziąć tyle pieprzu - zmartwił się przekonany smok.
- Już ja skombinuję - zaoferowała się Sonia.
Napięcie wywołało rumieńce na jej twarzy i drżenie rąk. Na szczęście smok wziął to za objawy niezaspokojenia i chcąc jak najszybciej stanąć na wysokości zadania, łaskawie wyraził zgodę. Sonia zgodnie z planem odnalazła w wyznaczonym miejscu beczkę, którą pozostawił Bruno. Odczekała jakiś czas, by bestia miała złudzenie, że upłynęła właściwa ilość czasu, a potem wróciła do jej pieczary. Smok nie czekał dłużej, tylko połknął beczkę i zamierzał od razu wziąć się do rzeczy. Poczuł jednakże zupełnie inny rodzaj pragnienia niż się spodziewał i pognał w stronę rzeki. Pił i pił, jak gdyby nigdy nie widział wody, zaś brzuch pęczniał mu, niby balon. Wody gwałtownie ubywało, zaś on wciąż nie przerywał. Wreszcie, gdy na dnie pojawiły się stłoczone ryby, smok stanął na tylnich łapach i ryknął straszliwie, wbijając czerwone ślepia w przyglądającą mu się z litością Sonię. Później rozerwało go i woda chlusnęła takim strumieniem, że zalało całą okolicę. Siła uderzenia zabiła Sonię na miejscu, zanim zdołała sklecić jeszcze jedną myśl.
Chlusnęło też po oknach meliny Bruna, który wypadł na ulicę z triumfującym okrzykiem. Pobiegł zaraz pod pieczarę smoka i znalazł ciało Soni, pławiące się w utworzonym przez wybuch rozlewisku. Radość mieszała się w jego duszy z rozpaczą, więc na przemian śmiał się płakał. Kiedy uspokoił się nieco, zaniósł królowi resztki po smoku i zainkasował nagrodę. Odtąd życie w królestwie wróciło do normy. Jedyną innowacją był luksusowy burdel, który na przedmieściach otworzył Bruno wraz z Sarą. Nazywał się „Sonia”. Spłonął niebawem w wyniku działań wojennych, bo kraje sąsiednie najechały osłabione królestwo zaraz po tym, jak zabrakło smoka. Wtedy Bruno wrócił do dawnego trybu życia i razem z Sarą pił przez resztę swoich dni na cudzy koszt, korzystając z legendy pogromcy smoka. Zmarł na marskość wątroby z butelką w ręce, wspominając dawne, dobre czasy i bohaterstwo Soni.

Opublikowano

strona logiczna bez zarzutu! stylistycznie można przy tym dobrze się usmiać,
sarkastyczno- ironiczny ton zachęca do przeczytania opowiadania do końca
tylko pogratulować !

Opublikowano

No fajnie. Jak zwykle przeczytałem z dużą przyjemnością. Imponujesz szerokim spektrum stylistycznym. Nie daje się twojej prozy zaszufladkować.
Późna pora nie pozwala mi na dogłębną analizę, ale czuję, że -jak zwykle- będę się miał do czego przyczepić, choć będą to pewnie jakieś drobiazgi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...