Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Oto „moja” rodzina. Wszyscy wysocy, postawni, długowieczni, z wygolonymi głowami, starsi z hackerskimi bródkami, młodsi dożywotnio wydepilowani. Są świetnie zbudowani, ciągle młodzi, wysportowani. Ostatnie badania naukowe dowodzą, że w większości przypadków organizmy zdołały się przystosować do trudnych warunków bytowania. Żyjące w warunkach nadaktywności, stresu, hipertermii i toksyn poprzednie pokolenia wytworzyły w sobie mechanizmy obronne i przekazały geny dalej. Nadużywanie nikotyny, alkoholu etylowego, opiatów, substancji konserwujących także zrobiło swoje. Mutanci i organizmy słabe zdarzają się rzadko, dlatego obecna generacja należy do szczęśliwych i zadowolonych. Jest po prostu cool.
Kiedy cała rodzina wreszcie znalazła się w jednym miejscu i czasie, zamówiliśmy kolację w blokowej stołówce. Robi się to przez Intranet. Zamówiliśmy mieszankę syntetyków i produktów naturalnych. Chodzi o to, by nie przesadzać z jednostronnym odżywianiem się, bo może to zachwiać równowagą metaboliczną organizmu. Winda przywiozła nam wszystko w ciągu minuty. Z fascynacją przyglądałem się ogromnym, syntetycznym krewetkom i mizernym wobec nich, hodowanym w sposób naturalny warzywom.
- Cooool - wzdycha Erdees.
- Joł! - dodaje Joystick.
Reszta milczy. Wszystko wydaje się wiadome, poznane, zalakowane wiedzą. Świadomość doznała napełnienia. Nie ma dylematów, interpelacji, kompleksów. To dlatego twórczość artystyczna współczesnych jest tak ograniczona. Potrafią tworzyć tylko dla zabawy - głównie programy i gry, ewentualnie udoskonalać warunki życia. Mistycyzm podobno dotyczy wyłącznie anarchistów i pomyleńców zamieszkujących daleki interior.
Nie mogłem zasnąć, więc zasiadłem do konsoli w pokoju gościnnym. Poprzez Intranet, posiadający superszybkie łącza, można połączyć się z każdym czynnym serwerem w cywilizowanej części kosmosu. Nie znając adresów, buszowałem trochę po lokalnym serwerze, ale szybko mnie to znudziło. Ogłoszenia, serwisy informacyjne, kółka zainteresowań, program szkolny i uniwersytecki, strona handlowo-usługowa, oferty pierwszego i drugiego etatu, kawiarenka, supermarket, pizzeria, hyde-park, blogery itd. Wszechobecne ikony odsyłające dalej pozwoliły mi wydostać się z lokalnego serwera. Na portalu Megapark znalazłem wyszukiwarkę, którą reklamowano jako wszystkowiedzącą. Dla dowcipu wystukałem: problemy egzystencjalne. Nie myślała długo. Miała hipernapęd z wielokrotnym wspomaganiem. Jak się spodziewałem, odpowiedź brzmiała: unknown. Wstukałem sztuka. Po chwili pojawiło się kilkanaście tysięcy odnośników, z których większość dotyczyło internetowych galerii grafiki oraz zasobów archiwalnych, gdzie reprodukowano obrazy, umieszczano biografię dawnych twórców i bibliografię dotyczącą danego kierunku. Olbrzymia część adresów odnosiła się też do najnowszej sztuki użytkowej. Dotyczyły twórców gier, portali, wirtualnych pomieszczeń, a także architektów, projektantów i kompozytorów w MP33. Znalazłem też globalną olimpiadę szachową i bibliotekę poezji cyberpunkowej. Szybko mnie to znudziło. Zgasiłem plazmę i położyłem się na wibrującym łóżku. Nastawiłem obroty na 1, żeby mnie łagodnie ukoiło do snu i bardzo szybko odpłynąłem .
W drugim dniu wizyty Erdees postanowił zabrać mnie do City. Wziął na tę okoliczność wolny dzień - jest to maksimum urlopu, jak może wziąć pracownik w miesiącu, za to raz w roku może wybrać się na tydzień do dowolnego wirtualnego miejsca na świecie. Termomix i Varoma wstali wcześniej i pognali do pracy, odwożąc po drodze Joysticka do placówki adopcyjnej, T-shirt natomiast zajął się utylizatorem, w którym nagromadziło się już mnóstwo surowca do przerobu.
Winda wywiozła nas na dach, gdzie mieściło się lądowisko prywatnej linii poduszkowców. Niebo było szare, niczym ekran wygaszonego monitora, słońce z trudem przebijało się przez smog, ale i tak smażyło niemiłosiernie. Był to lot na zamówienie. Erdees dopisał nas na pierwszą wolną listę wraz z kilkunastoma innymi pasażerami z Kubrick House. W dole sunęły tysiące rozmaitej wielkości pojazdów. Poruszały się z prędkością nie większą niż 30 km/h, bo masa nie pozwalała się rozpędzić. Komunikacja drogowa od dawna należała do anachronicznych, ale wciąż znajdowała chętnych z powodów ekonomicznych. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Nadal pieniądz ma większą wartość aniżeli czas. Pewnie dlatego, że średnia życia z każdą dekadą nieco się wydłużyła i tak czy owak, czasu ludzie mieli mnóstwo. Zajęliśmy miejsca w poduszkowcu i zapieliśmy pasy. W ułamku sekundy znaleźliśmy się w powietrzu, a nasz pojazd pomknął w stronę centrum. Podróż trwała jakieś dwie minuty. Wysiedliśmy na dachu biurowca, w którym pracuje Erdees. Nikt więcej nie wysiadł, więc nie musieliśmy spieszyć się do windy. Widok zapierał dech. Metropolia zdawała się być wirtualnym molochem zrodzonym w wyobraźni jakiegoś paranoika. Gdziekolwiek spojrzałem, wznosiły się gigantyczne wieżowce, połączone ze sobą specjalnymi panoramicznymi pomostami. Jak się domyślam, niewielu pracowników pojawiało się na dole, gdzie panował złowrogi półmrok, w którym kryły się rozmaite niebezpieczeństwa. Co jakiś czas niebo przecinała sztucznie wytworzona błyskawica, gdy powietrze z chłodziarek mieszało się z ciepłą masą elektrowni albo z gorącym prądem znajdującym się ponad zasłoną smogu. Od razu zrozumiałem dlaczego tam żyje się wewnątrz.
Zjechaliśmy windą do pomieszczeń, gdzie pracuje Erdees. Ludzie byli tak pochłonięci pracą, że nikt nie zwracał na nas uwagi. Usiedliśmy na chwilę w boksie Erdeesa, takim samym, jak wszystkie inne, z managerami włącznie. Jedyna różnica tkwiła w tym, że szefowie unitów mieli bliżej do wyjścia. Erdees wytłumaczył mi, na czym polega jego praca. Pracuje jako webmaster. Administruje siecią edukacyjną dla przedszkolaków. Przedstawił mi siedzącego w jego boksie zastępcę na ten dzień – Divida, czujnie wpatrzonego w plazmowy monitor, na którym pojawiały się i znikały kolejne nazwy programów. Włączały się automatycznie, on tylko musiał kontrolować ich pracę i w razie komplikacji w mig rozwiązać problem. Wszelkie urządzenia łączyły się bezprzewodowo, porozumiewając się ze sobą impulsami na falach GSM. Nic nie śmierdziało, nie było duszno, prawie nie czuło się promieniowania, które likwidowały specjalne pochłaniarki. Divid uśmiechnął się do mnie, popijając mikroelementową Coca-Colę.
- Zawsze Coca-Cola - mruczy.
Kiwam głową. Co jak co, ale Cola jest wieczna. Ma dystrybutory we wszystkich mrówkowcach, a do tego automaty w każdym korytarzu biurowca w City.
- Bądź sobą, wybierz Pepsi - wtóruje mu Erdees i zaczynają rechotać radośnie.
Patrzę na nich zdezorientowany. Okazuje się, że wkrótce przed upadkiem Pepsi doszło do fuzji dwóch potentatów i nowy koncern totalnie zapanował nad konsumentem. Padły KFC, Warner Bros, Danone i inne, ale Cola działa prężnie. Podobnie McDonalds, do którego poszliśmy w czasie przerwy na lunch. Zdobył koncesję na obsługę biurowców i stworzył sieć u wylotu każdego pomostu między wieżowcami, stając się potentatem na skalę światową. Divid proponuje mi Mac Betha - namoczoną bułę z befsztykiem i syntetyczną posoką. Obowiązkowo z warzywami w formie sałatki lub wprost na befsztyk. Furorę robi także Wściekła Krowa - buła z polędwicą nasycaną sosem z opiatów, po którym ma się lepszy humor i energię do pracy. W ogóle zalegalizowano narkotyki w przemyśle spożywczym, czyniąc z nich magicznego pomocnika w życiu. Można też używać ich prywatnie, jeżeli to nie powoduje zakłócenia efektywności zawodowej. W przeciwnym razie delikwent tracił pracę i stawał się pariasem społeczeństwa konsumpcyjnego. Mógł już tylko ruszyć w interior albo zostać rebeliantem i ukrywać się na mokradłach utworzonych przez ścieki, zanim jeszcze uruchomiono program globalnej utylizacji. Perspektywa to żadna, bo o żywność trudno, a i towarzystwo nie nastraja optymistycznie. Istnieje jeszcze program rehabilitacji. W jego ramach trzeba zaciągnąć się do Armii i przez pięć lat wykonywać najbrudniejszą robotę na szpicy jednostek kolonialnych. Nie wiadomo wtedy, co jest lepsze: spotkanie Obcego czy dostanie się w ręce żołnierzy Korporacji Pekińskiej lub Mahometańskiej. A wcale nie trzeba tak kończyć. Życie jest tutaj łatwe. Gdyby porównać je z czasami prymitywnego kapitalizmu, kiedy to jednostka ludzka służyła wyłącznie dobru garstki potentatów, dopóki mordercza praca nie wydusiła z niej ostatniego tchu, to naprawdę wygląda na raj. Warunki życia same wytworzyły utopię. Trzeba pracować, ale nie jest to harówka. 80 procent klasy pracującej zajmuje się komputerami od nadzorujących maszynę do wytwarzania podzespołów i chipów, przez obsługujących sektory sieci, do internetowych handlowców. Reszta obsługuje pozostałe sektory, także się nie przepracowując. Wysiłek fizyczny można sobie zarezerwować na prace domowe lub uprawianie hobby.
Przyglądam się menu. Mac Kosher - buła z ciasta na mące, w środku ryba w winie. Mac Bab - buła z opiekacza z baraniną i ostrym sosem. Mac Mix - mieszanka ciast i mięs. Do tego dufinki, mini calzione, nieśmiertelne frytki. Desery programowo są wyłącznie syntetyczne, ale wyglądają nieźle. Plazma Aliena, Valise, Blob, Sok z żuka, Krwiożercze pomidory, Kicz Verhovena. Najbardziej podobał mi się Quatermass, coś w rodzaju owocu zrobionego na kształt kawałka meteoru, jednak nie zdecydowałem się go zamówić.
Divid podchodzi do uśmiechniętej sprzedawczyni i nagle zamiera. Patrzy i nie wierzy własnym oczom. Właśnie zaczęła się promocja. Można dostać dwa Macki w cenie jednego.
- Łał... - szepcze zszokowany.
Sprzedawczyni uśmiecha się szerzej. Widać, że jest zmęczona, ale stara się tego nie okazywać.
- Łał... - powtarza Divid, nie mogąc odejść.
W końcu bierze swoją tacę i wraca do nas. Wziął dwa Mac Bethy i teraz pożera je, jak człowiek, który od dawna nie miał nic w ustach.
- Głodny? Na co czekasz? - mówi do mnie Erdees.
Zamawia Mac Mixa i inkasuje w ramach promocji drugiego. Może sobie tego dnia podarować deser. Ja nie czuję głodu, a poza tym chcę mieć więcej czasu na obserwowanie ich.
Po chwili dołącza do nas Crunchip - sales manager w firmie Big Sleep, zajmującej się programami dla cyfrowego zapisu snów i wspomnień. Podłącza się to receptorami do głowy i nagrywa na minidyski wszystko, co pozostało w mózgu po marzeniach sennych i zdarzeniach przeszłych. W ten sposób można przybywać z kimś, kto od dawna nie żyje, przeżywać minione triumfy i dobre chwile, a także zbadać treść ostatniego snu. To najnowsza technologia, więc jest kosztowa, lecz wszyscy czekają, że lada moment ceny polecą w dół, jak w przypadku wszystkich rewelacji w ostatnim tysiącleciu. (Technologia jest objęta tajemnicą handlową. O swoich wrażeniach z seansu na Dreammakerze piszę osobno w pliku o tym samym tytule, którą załączam do niniejszej dokumentacji). Chrunchip opowiada nam o kolejnej rewelacji wewnętrznej. Jest to program do wcielania się w postacie z przeszłości. Trzeba również używać specjalnych receptorów, ale tym razem nie odsączają one treści psychicznych, lecz je wstrzykują. Kosztuje fortunę, a mimo to cieszy się coraz większą popularnością. Można dzięki niej przeżyć czyjąś śmierć (to najczęstsza forma zastosowania Fly Spy) i w konsekwencji tego spróbować oswoić swoją, skonsumować kontakt intymny z gwiazdą filmową lub wielkim politykiem, zagrać słynny koncert, wcielić się w mordercę itd. Najwięcej użytkowników wcieliło się w krzyżowanego Chrystusa, wielu w Juliusza Cezara i Hitlera, którzy przeżywali decydujące chwile. W paru przypadkach doszło do zaburzeń psychicznych, ale instrukcja wyraźnie zabrania utraty kontaktu z rzeczywistością na dłużej niż godzinę. Chciałbym bardzo skorzystać z tego programu. Niestety, licencja przekracza roczne dochody wszystkich tu obecnych. Może kiedyś...
Divid i Crunchip muszą wracać do pracy. Siedzimy z Erdeesem jeszcze parę chwil. Zastanawiam się nad jego trybem życia. Przez pół dnia wpatruje się w monitor i kontroluje proces edukacji przedszkolaków, potem wraca do domu i projektuje wirtualne ogrody dla urlopowiczów. Dzień mija. Wszystko idzie dobrze. Przychodzi następny. Identyczny. Dopiero wieczorem ma czas dla siebie. Wtedy projektuje gry na konkurs albo uruchamia któryś z programów rozrywkowych - pornograficzny, krajoznawczy, sportowy. Nie umiem pojąć dlaczego oni są tacy szczęśliwy, wyzbyci podmiotowości, przeświadczeni, że żyją w najlepszych czasach z możliwych. Myślę o tym przez większą część nocy, kiedy nawala klimatyzacja i nawet nastawione na obroty 2 łóżko nie potrafi dać mi snu. Nocna zmiana administratorów budynku robi, co może, ale trzeba dowieźć jakieś części, bo w magazynie już zabrakło. Trwa to cztery godziny.
Nadchodzi trzeci, ostatni dzień pobytu u „mojej” rodziny. Od rana rozmyślam na smutnym faktem, że muszę ich opuścić. Są tacy wyluzowani, wyzbyci złości, frustracji i stresu. Już nikt się mną nie zajmuje. Uznali widocznie, że jestem u nich tak długo, że dam sobie radę. Poza tym musieli iść do pracy, odbębnić przydziałową liczbę godzin na obu etatach. Dziś wracam. Poczynione przeze mnie obserwacje są dość powierzchowne, ale ma wrażenie, że dobrze wykorzystałem czas, jaki mi przysługiwał. Jest to z pewnością materiał badawczy, który może otwierać perspektywy do dalszych badań.
Nie zdążyłem dotrzeć do ich wnętrza. To wielki paradoks. Nie żyją tym, co na zewnątrz, bo nie ma tam już nic ciekawego, zamykają się w środku, lecz nie środku siebie, tylko środku świata, który dla nich stworzono. Sieć jest odwzorowaniem wszechświata, a możliwości jej rozwoju wciąż są nieskończone. To jedynie kwestia mnożenia portali. Jeżeli zechcą odbudują świat zwany Nowożytnym i będzie się on w stu procentach zgadzał ze stanem faktycznym. Jeżeli zechcą zaprojektują przyszłość. A świat zewnętrzny może zginąć. Został wyeksploatowany do granic możliwości i teraz służy jako gigantyczny zbiornik na odpady, które może reaktywować i nadać im nową formę.
W następnym etapie badań chciałbym obejrzeć stan zniszczeń i warunki życia odszczepieńców, a także zgłębić psychologię mieszkańców mrówkowców. Zdążyłem dostrzec, że nie utrzymują prawie żadnych kontaktów towarzyskich. Nie znają nawet swojego najbliższego sąsiada...
Kończąc ten krótki raport zwracam się do Szanownej Komisji Penitencjarnej o zwolnienie mnie reszty kary i udzielenie pozwolenia na prowadzenia dalszych badań antropologicznych w Hot Dog City. Prośbę swą motywuję tym, iż odbyłem połowę kary, zachowując się nienagannie i zaliczyłem wszystkie programy rehabilitacyjne na najwyższym poziomie.

Za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby serdecznie dziękuję.

12/56/GL Level 42


Spakowałem laptopa i minidyski do plecaczka. Do przyjazdu patrolu zostało mi kilka godzin. Mógłbym pobuszować w ich sieci, ale jest tak debilna, że zaraz zasypiam. Chętnie zapodałbym im któregoś z moich wirusów. Myśl ta przeszywa mnie prawdziwą rozkoszą. Jednak nic z tego. W tym regionie za hackerstwo można dostać nawet karę śmierci. U nas wyroki są łagodniejsze. Na szczęście, nie jestem terrorystą. Wpuściłem moje wirusy ze złości na Korporację, że nie dostałem awansu, ale pokasowały im tylko sterowniki. W trzy dni uporali się z awarią i było po sprawie. Namierzyli mnie po kodzie binarnym. Gdybym wiedział, że są tak zaawansowani, pomieszałbym kody i do widzenia. Tak robią terroryści i są właściwie nieuchwytni dla policji komputerowej. Może kiedyś zostanę Szakalem sieci, lecz w tym momencie chcę już tylko odpracować winy i zniknąć z mojej celi zawsze. Nasze więzienie to gigantyczny sześcian złożony z wielu tysięcy pomniejszych sześcianów, które przebywają w ciągłym ruchu i nigdy nie wiadomo, kogo masz za sąsiada. W ciągu doby system robi pełny obrót i wszystko zaczyna się od nowa. Obiecującym więźniom dają pożywienie, kiedy ich sześcian akurat trafia pod dyspozytornię, innych głodzą na śmierć. Ja należę do obiecujących. Stąd moja wizyta w Hot-Dog City. Wiedzą, że jestem wykształcony i w gruncie rzeczy porządny ze mnie gość. Jeżeli mój raport ich zadowoli, mogę nawet nie wrócić do sześcianu. Od razu rzucą mnie do jednostki naukowej, gdzie będę mógł spokojnie przygotować się do następnego etapu badań. Strasznie mnie to rajcuje. Kiedyś zaczytywałem się Malinowskim, Frazerem, badaniami nad populacją Eskimosów i Indian Hopi, potem antropologią yuppies, postindustrialnymi neokomunami i eskapistami internetowymi. Mam niezłe dossier naukowe, więc jest nadzieja.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Są takie tyyygodnie, Leszku, że nikt tu nie zagląda. To jakaś forma ostracyzmu, że niby poetom wolno się angazować, a prozą to jełopy jeno... Ja po paru przykrych doświadczeniach, tak to odbieram. Poza tym w początkujących można se ciupnąć cztery linijki i wszyscy przeczytają i jeszcze zachwyty będą... :))) Taka dola.

Opublikowano

Witaj Asher.

Ten tekst zrobił na mnie niesamowite wrażenie, naprawdę jest genialny. Czasami kojarzył mi się z dziełami Philipa K. Dicka, ale to też komplement, bo przepadam za jego twórczością.

Jedna mała uwaga to brak "nie" w zdaniu: "Można też używać ich prywatnie, jeżeli to (nie) powoduje zakłócenia efektywności zawodowej."

Bardzo przypadło mi do gustu zakończenie i dialogi nawiązujące do sloganów reklamowych.

Wyrazy głębokiego podziwu!

Pozdrawiam,
Asura.

p.s.
Muszę teraz uzupełnić braki o część pierwszą :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...