Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zmartwiony człowiek ze zmęczonym spojrzeniem. Nie chciałbyś takiego spotkać idąc rano po gazetę. Aksamitna skóra, wzrok mordercy wbity w pochmurne niebo, rozciągnięte nad miastem jak stary koc, którego nigdy nie ma czasu wyprać. Tak wyglądał ten człowiek. Centralna postać tej historii.
Dla uproszczenia a zarazem by zbyt wiele nie zdradzać nazwijmy go „Bohater”.

Siedział tak sobie przy oknie. Oczy przyklejone do kartki papieru (a Bohater był pisarzem, przynajmniej lubił tak o sobie mówić). Siedział tak, bezpłodnie, siódmy dzień. Z kawałkiem papieru i ołówkiem w dłoni. Chciał się już nawet zamienić rolami z ołówkiem, ale pomyślał, że na to samo wyjdzie. Jego los będzie zawsze w czyichś rękach, a on będzie temperowany i zapewne dotkliwie pogryziony przez nerwowego właściciela. A w końcu pewnie zostanie. wyrzucony i zapomniany. Jednak tak jak każdy ołówek...znaczy człowiek chciał zostawić po sobie jakiś ślad (w tym wypadku na papierze).
Rękoma uciskał skronie. Zmuszał krew by krążyła szybciej, efektywniej. Gapił się na kartkę.

- Szlag by cię trafił! – sądził, że papier struchleje i sam się zapisze. Nic takiego nie miało miejsca.

Był już gotów zwymiotować byle kartka czymś się zapełniła.
Z każdą sekundą coraz bardziej gwałcił swój umysł by ten wydał na światło dzienne jakiś pomysł.
Z tego również nic nie wyszło

Bohater wstał z krzesła. Poszedł do salonu po fajki.. Zapalił i zaciągnął się z nadzieją, że w dymie znajdzie natchnienie. Lecz wena była tak daleko jak wspomnienie czystych, nieosmolonych płuc. Myślał o dziesiątkach dziewczyn, które zostawił i setce innych, które zostawiły jego. Miał nadzieję, że rozdrapując starą ranę krew popłynie z niej strumieniem inspiracji.
Niestety.

- Cholera przecież zawsze działało! – denerwował się na siebie.

Zwykle im bardziej bolało tym więcej pisał. Ale rany się zabliźniły. Niczego nie dało się z nich wyciągnąć.
W głowie zaświtał mu kolejny pomysł. Podszedł do okna.

- Najlepsze scenariusze pisze przecież życie – powiedział z iskierką nadziei w oku.

Z wytężeniem spoglądał przez szybę. Wzrok miał rozmyty jak nieostre zdjęcie. Przetarł oczy. Przez chwilę wydawało mu się, że to deszcz zmącił mu widok. Wsłuchiwał się w powietrze. Cisza.
To nie deszcz.
Spoliczkował się. Otworzył okno. Trochę lepiej. Dostrzegał postaci na ulicy. Jeszcze bez szczegółów, ale był już postęp. Skupił uwagę na staruszku stojącym pod monopolowym. Długa siwa broda zakrywała mu twarz. Jak gdyby nie był już wystarczająco anonimowy.
Flaszka w papierowej torbie była już w połowie pusta (tak, Bohater był pesymistą).
Fajka, spalona do filtra, wystawała mu z ust.

- Ciekawe jaka jest jego historia? – spytał Bohater a pytanie zawisło w powietrzu. – Zresztą kogo obchodzi historia jakiegoś menela. – dodał po chwili – Trzeba wymyślić coś lepszego – skwitował.

Minuty mijały. Dzień, co doprowadzało go do szału, nie stawał się coraz dłuższy.
W końcu wpadł na jeszcze jeden pomysł. Szatański w swym zamierzeniu, według Bohatera jednak, jak najbardziej uzasadniony, biorąc pod uwagę jego sytuację.
Postanowił mianowicie odwiedzić swojego kolegę – by nie komplikować sobie życia, które i bez tego jest skomplikowane nazwijmy go „Kolega”.

Kolega mieszkał dwa piętra wyżej. Był najlepszym jeśli nie jedynym przyjacielem Bohatera. Bohater założył buty, narzucił koszulę. Do kieszeni schował zapalniczkę i fajki. Do ręki wziął tę nieszczęsną pustą kartkę i ołówek. Zamknął drzwi i już go nie było.

Winda jechała o te dziesięć cennych sekund za długo, więc postanowił wybrać schody. Narzucił sobie szaleńcze tempo biorąc po dwa stopnie naraz. Zdyszany stanął pod drzwiami Kolegi. Ogarnął się, odchrząknął i zapukał. Soczyście i stanowczo.
Po drugiej stronie dało się słyszeć leniwie stawiane kroki i szuranie starych zdartych kapci.

- Kto tam? – spytał głos zza drzwi.
- To ja – odpowiedział Bohater – Nikt inny cię nie odwiedza. Otwieraj.
- Taaa... – odpowiedział głos.

Zamki warknęły. Drzwi otwarły się ze skrzypieniem. Przeciąg niczym morska bryza uderzył Bohatera w twarz. Zakręciło mu się w głowie. Mało nie zemdlał od takiej dawki tlenu. Ujrzał jak zwykle ponurą twarz Kolegi. Ten oznajmił:

- Wchodź. Robisz mi przeciąg.

Bohater wszedł. Rozejrzał się (z przyzwyczajenia) spodziewając się jakichś zmian, ale mieszkanie Kolegi zawsze wyglądało tak samo, trudno więc było spodziewać się diametralnych zmian.
Przy wejściu, na wieszaku, wisiała znoszona kurtka Dickies, na podłodze poniewierały się stare Conversy a w głębi mieszkania znajdował się skąpany w dymie salon.
Bohater zdjął buty i udał się na fotel przed telewizorem. Kartkę i ołówek położył przed sobą na niewielkim stoliku. Kolega usiadł w takim samym fotelu z brudnym, zniszczonym zielonym obiciem. Siedzieli tak naprzeciwko siebie. W milczeniu. Tak zazwyczaj ze sobą rozmawiali. Nawet jeśli rozmawiali to niewiele z tego było zrozumiałe dla innych. Kolega zapalił fajkę i podszedł do okna.
Pierwszy zadał pytanie:

- Jak podmiot liryczny?
- Nie żyje – odpowiedział Bohater
- Rozumiem. A jak zdrowie?
- Spytaj trupa.
- Którego?
- Tego co zawsze straszył cię po nocach, z ekranu telewizora i potem jeszcze z szafy przy drzwiach.
- Wiesz jak to jest...- powiedział zmieszany Kolega - ludzie sadzą, że...- wtem przerwał mu Bohater.
- Nie! – Bohater uniósł głos - Nikogo tam nie było, ale fajnie chociaż pomarzyć, że jest, że mógłby tam być.
Kolega westchnął zniecierpliwiony.
- Czemu jesteś taki upierdliwy?! –zirytował się. Nie zdarzało mu się to często - Każdy ma swoje demony. – próbował się usprawiedliwić
- Wiem - kontynuował Bohater - inaczej nie rozmawiałbym z tobą, choć wiem jak cię to denerwuję,
gdy zdejmujesz kurtkę a dobry humor zaszywa się gdzieś w kieszeni.
- Skoro tak uważasz. – Koledze nie odpowiadał kierunek w jakim poszła rozmowa - Z resztą nieważne...
Bohater wstał z fotela. Kolega wciąż wpatrywał się w ulicę.
- Nieważne? Jak się czuję? Nie wiem. Spytaj trupa. – Kolega odwrócił się.
Bohater wyciągnął scyzoryk.
- Którego? – zdążył jeszcze spytać.
- Tego, z którym teraz rozmawiam. – padła ostra odpowiedź.

Nóż wbił się w ciało Kolegi. Oczy Bohatera zalała ciemność. Czuł się jakby miał za chwilę wyzionąć ducha. Obydwaj czuli jak nóż przecina narządy wewnętrzne. Nie wiedzieli jednak jakie – byli słabi z biologii.
Kolega osunął się na ziemię. Bohater puścił nóż, który wciąż tkwił w ciele przyjaciela. Kolega doczołgał się do stolika. Spuścił głowę, jedną ręką chwycił nóż, drugą złapał się za kartkę papieru ze stolika. Nie utrzymała ciężaru i teraz już cały upadł na podłogę.

Bohater czuł się jakby właśnie odzyskał przytomność. Zapalił papierosa i podszedł do Kolegi. Wyciągnął zakrwawioną kartkę z jego dłoni i usiadł w fotelu. Ze stolika podniósł ołówek.
Zaczął pisać.

Opublikowano

No pięknie! Witam na tym posępnym forum :) Czytałem to już, czy się mylę??? Mam takie skojarzenie, że to było i teraz po poprawkach wróciło... Naprawdę świetny pomysł i wykonanie. Szkoda, że postmodernizm tak spowszechniał :)

Opublikowano

To je dobre, pane Homolka.Trzeba jednak jeszcze trochę wycyzelować.
wzrok miał rozmyty... - coś tu mi nie pasuje- rozmyty może byc obraz
zmieniłbym jednak fajkę na papieros (lub pet, niedopałek)
zmian i za chwilę ponownie zmian- zrób z tym coś
mieszkanie Kolegi było "przepełnione" tlenem, salon zaś skąpany w dymie- wskazana korekta
udał się na fotel -nie prościej byłby napisać siadł, zasiadł, klapnął
oczy...zalała ciemność- zasłoniła, przesłoniła, czy jakoś tak

  • 6 miesięcy temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...