Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Żar lał się z nieba jak z otwartego pieca, zapach potu i kurzu drażnił nosy, lecz większości motłochu to nie przeszkadzało. Miało nastąpić coś niezwykłego, co pozwoliłoby masom dobrze się zabawić i zapomnieć na chwilę o marnej egzystencji.
Tłum na dziedzińcu falował jak oszalały. Szare, brodate twarze o rozpalonych oczach były do siebie łudząco podobne. Spod brudnych szmat wystawały pełne obrzękłych żył ręce i obute w znoszone sandały stopy.
Oczekiwano świeżej krwi, widowiska, czyjegoś cierpienia. Gwar narastał. Jak wieść niosła, kandydatów do ułaskawienia było dwóch. Różniło ich wszystko, więc zapowiadała się ciekawa konfrontacja. Jeden grasował ze swoją bandą po traktach, grabił i mordował bez skrupułów. Sprawa była oczywista: został ujęty, osądzony i skazany na śmierć. Drugi budził lęk. Nikogo nie skrzywdził, nawet paru uratował, ale jego dziwne nauki, irytująca mądrość i pewność siebie burzyła ludziom utrwalony porządek życia. Do tego mienił się królem. Bez królestwa, bez ziemi, bez majątku. Bajanie o jakimś królestwie w niebie mało kogo przekonywały. Lud się go wyrzekł. Chodziły słuchy o licznych uczniach, których rzekomo miał, ale gdzieś przepadli. Został całkiem sam.
Kiedy pojawił się prokurator, witając tłumy uniesioną ręką, lud wrzasnął dziko. Zabawa miała się zacząć. Stałem w trzecim rzędzie razem z żoną Przyszliśmy z litości dla tego bezprawnie uwięzionego biedaka. Wierzyliśmy mu, wierzyliśmy, że przysłał go Bóg i czeka nas coś lepszego. Nie mogliśmy mu w żaden sposób pomóc, ale chcieliśmy przy nim być w tych trudnych chwilach. Ludzkie okrucieństwo wydawało się takie pospolite, niepotrzebne, głupie. Od wielu lat prowadziłem gospodę nieopodal głównego placu. W pracy zdążyłem napatrzeć się na przejawy najniższych ludzkich instynktów, a mimo to było mi ciężko. Ci, którzy bywali u mnie częściej niż w świątyni, mieli zadecydować komu śmierć, komu życie.
- Oto łotr, oto król – przemówił prokurator - Jednemu z nich daruję życie. Kogo mam wypuścić?
Zorientowany w obyczajach i przygotowany na to lud wrzasnął:
- Barabasza!!!
Razem z Magdaleną milczeliśmy ponuro. Prokurator zmarszczył czoło i pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Jak to? Macie przed sobą mordercę o sercu czarnym jak oczy diabła i tego oto człowieka o jasnym spojrzeniu. Kogo wolicie?
- Barabasza!!!
Ukryci w tłumie wysłannicy kapłanów idealnie kontrolowali sytuację. Podjudzali niepewnych, kaperowali za srebrniki obojętnych łajdaków, podgrzewali nastroje wśród gniewnych, głodnych krwi biedaków. Obserwowałem ich wysiłki ze wstrętem. Tłum wokół mnie szalał, las wzniesionych pięści wygrażał nieszczęśnikowi. Nagle ujrzałem szare oczy jednego z agentów. Były wpatrzone prosto we mnie. W ręce trzymał nóż. Uniósł go lekko i pogroził mi błyszczącym ostrzem.
- Pytam po raz trzeci: kogo???
- Barabasza!!! – wrzasnąłem razem z tłumem, przerażony widokiem łotra z nożem.
Uśmiechnął się krzywo, splunął i zniknął.
- Bierzecie na siebie jego krew!
- Krew jego na nas i dzieci nasze!!!
Nieruchome, oskarżycielskie spojrzenie Magdaleny doprowadzało mnie do pasji. Jakim prawem mnie oskarżała? Jej nikt nie zmuszał do publicznego wyrażenia swojej racji, nie oczekiwał, że zajmie w sprawie jakiekolwiek stanowisko. Była tylko kobietą, statystką wydarzeń rozgrywających się w świecie rządzonym przez mężczyzn. Nic nie mówiła, nie ujawniała żadnych uczuć, ale widziałem w jej spojrzeniu wyraz pretensji. Ze złością pociągnąłem ją za rękę. Zaczęliśmy przeciskać się przez gąszcz świętujących ludzi, którzy oglądali się na nas zdumieni. W ich mniemaniu tylko wariat mógł opuszczać widowisko w najważniejszym momencie. Ale ja miałem dość.
Kiedy przedarliśmy się przez zwartą ciżbę, odetchnąłem i przetarłem spocone czoło. Magdalena już nie patrzyła na mnie w ten sposób. Zobaczyłem odmalowaną na jej twarzy ulgę.
- Niepotrzebnie tu przyszliśmy – mruknąłem.
- Przecież chciałeś.
- Nie miałem pojęcia.. .
Ruszyliśmy wolno w stronę wiszącego ponad dachami słońca. Miasto było puste i ciche, jakby wszyscy mieszkańcy nagle wymarli. Spotkaliśmy po drodze tylko jedną żywą istotę – pod nogami przemknął nam zabłąkany pies.
W mrocznym wnętrzu gospody panował przyjemny chłód, więc od razu zrobiło mi się lepiej. Nalałem sobie porządną porcję wina i wypiłem jednym haustem. Nie mogłem więcej. Czekało nas mnóstwo pracy.
- Zobacz co u dzieci i bierzemy się do roboty – zakomenderowałem.
- Już idę.
- Szybko. Niedługo zejdzie się tu całe miasto.
Magdalena pokiwała w zamyśleniu głową.
- Takie święto to czysty zysk.
- Zamilcz!
Skurczyła się jak po otrzymaniu tęgiego ciosu i pierzchnęła z izby. Oparłem się o ladę i zastanowiłem co właściwie zaszło. Czułem się, jak szmata do podłogi, którą Magdalena wycierała posadzkę po wyjściu ostatniego klienta. Pod groźbą noża zaparłem się wiary. Widać nie wierzyłem dostatecznie mocno. Z ciężkim sercem zabrałem się do rozkładania ław i przecierania blatów.
Gwar na ulicy narastał, a potem eksplodował nagle przed drzwiami gospody. W ciągu kilku minut tłum zajął wszystkie wolne miejsca i ledwie nadążaliśmy z obsługiwaniem. Mężczyźni pili na umór, nieustannie komentując wydarzenia z placu. Zaspokoili brudne dusze czyimś nieszczęściem, ujrzeli pierwszą krew i czekali na wielki finał. Do późnej nocy uwijałem się między nimi, wysłuchując komentarzy, sporów i przekleństw kierowanych pod adresem skazanego. Moje sumienie cierpiało, czułem się coraz gorzej. Ze złością wypraszałem pijaczyny za drzwi, zapraszając na jutro. Szło opornie, ale w końcu mi się udało. Został tylko jeden. Siedział bez ruchu i wpatrywał się w stojące przed nim wino. Położyłem mu rękę na ramieniu, a wtedy drgnął jakby poraził go piorun.
- Czas do domu – powiedziałem łagodnie.
Podniósł ciężką głowę i spojrzał na mnie z ukosa. Jego oczy nie błyszczały, jak zwykle błyszczą ludziom po winie. Nie wziął nawet łyka, jego napój był zwietrzały i nieświeży.
- Ja żyję – szepnął.
Przyjrzałem mu się lepiej i poczułem jak ziemia usuwa mi się spod stóp.
- Ty jesteś Barabasz...
- Ja...
W niczym nie przypominał zbója, o którym krążyły legendy. Był człowiekiem słusznej postury, ale widywałem tu większych. Budził raczej litość niż strach.
- Jak się czujesz? – zapytałem, nie mogąc powstrzymać ciekawości.
- Nijak – wzruszył ramionami – Tu życie, tu śmierć, ja pośrodku.
- Ten człowiek oddał za ciebie życie.
- Wiem o tym. Słyszałem tutaj, że chce je oddać za nas wszystkich. Za ciebie też. Tylko po co?
- Nie wiem – odparłem, patrząc tępo w podłogę.
Barabasz skupił na mnie uważne spojrzenie.
- Za kim krzyczałeś? – zapytał niskim głosem.
Czułem jak krew odpływa mi z twarzy. Nie chciałem mu odpowiadać.
- Za nikim – mruknąłem w końcu.
- Nie bój się. Nie mam do nikogo pretensji. Jutro mogłem zamordować twoją rodzinę.
- Mówię, że za nikim! – krzyknąłem wzburzony.
Barabasz zaśmiał się cicho.
- To niedobrze. Trzeba mieć własne zdanie.
Popatrzyłem na niego gniewnie i syknąłem:
- Idź już.
- A dokąd?
- Nie obchodzi mnie to .
- Oto cała prawda. Obojętność uratowała mi życie.
Powiedziawszy to, Barabasz podniósł się i wyszedł w noc. Usiadłem w kącie sali. Nalałem sobie wielki garniec wina i popijałem w milczeniu. Czułem, że nie zasługuję na światło od Boga, po tym jak się Go wyparłem. Wyparłem się, ale przecież wierzyłem. Uwierzyłem od razu, kiedy tylko usłyszałem jego nauki. Bardzo chciałem wyznawać jego ideały, być wiernym uczniem, jednak czułem się za słaby, by podźwignąć odpowiedzialność lub ponieść ewentualne konsekwencje. Dopiłem wino i poszedłem spać.
Kilka dni później, w środku nocy obudziłem się z uczuciem, jakby ktoś rzucił na mnie czarną płachtę i zaczął dusić. Zerwałem się zlany potem. Magdalena spała spokojnie jak dziecko. Zimny pot spływał mi po twarzy i karku, całe ciało dygotało. Na miasto padł cień śmierci.

Opublikowano

Musiało nastąpić coś niezwykłego, co pozwoli masom dobrze się zabawić i na chwile zapomnieć = chyba "co pozwoliłoby"? no i "na chwilę"

Gwar narastał, napięcie sięgało zenitu = to dopiero początek, ale już czuję, że zwrot "napięcie sięgało zenitu" jest tu trochę niepasujące... to nie relacja telewizyjna podrzędnego meczu

Były wpatrzone we prosto = we out

wypraszałem pijaczyny z drzwi = za

Nie wie chciałem mu odpowiadać =?

Oto cala prawda = cała
..............

dopiero dziś czytałam :)
bardzo interesująco ujęte te wynurzenia Jacku, nie mam nic przeciw i do zarzucenia
ładnie opowiedziane, barwnie, przeniesione na ciekawy grunt...

Opublikowano

Temat jest mi jakby znajomy. Ale punkt widzenia zupełnie nowy. Zgrabnie to wszystko ująłeś- naprawdę zrobiło na mnie wrażenie.
Jeśli idzie o stronę techniczną- poza uwagami Natali dołączyłbym jeszcze jedną: Otóż wątpliwośc moją budzi radosna jakby uwaga Magdaleny: "Takie święto, to czysty zysk". Stoi ona w sprzeczności z dotychczasowym stanowiskiem twojej małżonki. Powinieneś wypunktować sarkazm.

Opublikowano

Kurka, Ash... ja tez się zdobędę na osobiste wynurzenie: jako człowiek usiłujący świadomie wierzyć nie mogę zdzierżyć faktu, że święta wielkanocne ustępują w społeczeństwie znaczeniu świąt Bożego narodzenia. Popatrz nawet tutaj: przed Bożym narodzeniem zaglądasz na poezja.org i biomasa poraża, wzrost produkcji literackiej o 700%, przeważnie na żałosnym poziomie. Przed wielkanocą - nic.
Przed powrotem ze Szwecji doskonale wiedziałem, że na forum nie będzie nic poruszającego ten temat. Zadałeś kłam mojemu uprzedzeniu, za co uniżenie dziękuję :) słuchaj, z tym tekstem naprawdę nie jest źle - jest mocny... jedno co mnie zastanowiło to chwilowe i minimalne nieprzystawanie języka do realiów: skoro już się zdecydowałeś na konkretny moment dziejowy to frazy w stylu "gospoda nieopodal centrum" brzmią cokolwiek nie z tej beczki.

F.

Opublikowano

Racja z tym centrum, cholerka. Masz jakiś pomysł???

No i do reszty mnie zachęciłeś, żeby dokończyć Triduum-Tryptyk. Właśnie siedzę nad tym,
jak Judasz chodzi po mieście i pyta ludzi, co można mieć za 40 srebrników. Wie ktoś może,
jaki był wtedy przelicznik??? Nigdzie nie mogę się doszukać...


Plik podmieniony. Liczę, że teraz wsio ok.

Opublikowano

nie przychodzi mi do głowy wykładnik centrum Jerozolimy w trzeciej-czwartej dekadzie naszej ery ;) może coś w stylu "opodal świątyni"? albo może względem pałacu namiestnika to umiejscowić?... bezradność, asher :)

Opublikowano

Chyba chodziło ci, Jacku o 30 srebrników. Postaram ci się pomóc:
W stosunku do przysługi, jaką Judasz wyświadczał starszyźnie, była to kwota w zasadzie bardzo mała. Najprawdopodobniej było to 30 hebrajskich syklów (szekli), a więc tyle, ile niewykwalifikowany robotnik mógł zarobić w ciągu czterech miesięcy. Tyle również wynosiło przeciętne odszkodowanie za niewolnika zabitego w wypadku przy pracy.

Opublikowano

Dzięki!!!!!!!!

A w towarach - np. za ucztowanie w knajpie???

Już obszedłem ten temat półsłówkami, ale zawsze mogę wrócić.

Pewnie, że 30... :)))

Możesz mi na private zapodać jakieś źródła??? Nie chę się wygłupić, bo w istocie chodzi mi o coś innego niż pokazanie realiów, ale jednak one też mają znaczenia...

Opublikowano

Powinnam raczej wstrzymać się od krytyki, ponieważ niedawno przypominałam sobie "Mistrza i Małgorzatę" i pewnie podświadomie porównuję twoje opowiadanie z jedną z najważniejszych książek XX wieku (nie na twoją korzyść).
Jednak upraszasz się o komentarze, więc...
Osoby, które wypowiadały się przede mną wskazały kilka kalekich zdań (dobrze, że ominęła mnie gospoda w centrum ;-)). Mnie razi wypowiedź Piłata "- Bierzecie na siebie jego krew!"... Wcześniej jest mowa o Barabaszu, więc logika wskazuje, że jest to skrót myślowy (krew chyba jest jednak Jezusa...?). Nie wydaje mi się jednak by procurator w rozmowie z ludem mógł używać skrótów myślowych (jeżeli zakładamy, że jest dość inteligenty oraz dumny i nie chce zradzać ludowi, iż jest w to zaangażowany emocjonalnie- a może nie jest, a ja sugeruję się "mistrzem..."?), które świadczą o poufałości, ponieważ używamy ich w rozmowie jedynie z lustrem i z kimś kto dobrze nas rozumie.
Jeżeli w domyśle, wypowiadając te słowa, Piłat wskazuje skazańca, powinieneś to zaznaczyć.
Poza tym tekst jest ogólnie trochę masło-maślanowaty. Jedyne, co robi na mnie wrażenie to słowa Barabasza

Opublikowano

DO PIORUNEK:

Sorki, nie zauwazyłem Twojego wpisu.

Miło, że mnie z Bułhakowem nie porównujesz, ale też zachowaj proporcje.

Słowa Piłata to jest cytat z Biblii, więc sprawa nie wymaga komentarza - chyba, że chcesz polemizować z Apostołami - droga wolna :) Moim zdaniem fakt czyje to słowa, nie budzi zastrzeżeń.

Co do reszty, też nie polemizuję.

Zarzutów co do Pilata i jego gadek z tłumem nie kumam, więc pewnie gdzieś na kartach "Mistrza..." znalezione.

Ogólnie pozdrawiam.

PS Twoje uwagi, poza ironią nic nie wniosły.

Opublikowano

Dopiero teraz przeczytałam i zacznę od paru uwag:

Najpierw piszesz, że to był motłoch, tłum, więc logicznie coś chaotycznego. A potem "Stałem w trzecim rzędzie razem z żoną" - jak mogą tam być rzędy?

"- Barabasza!!! – wrzasnąłem razem z tłumem, przerażony widokiem łotra z nożem.
Uśmiechnął się krzywo, splunął i zniknął.
- Bierzecie na siebie jego krew!" - nieważne, że to są słowa z biblii, w tym kontekście to wygląda tak, że biorą na siebie krew Barabasza, bo o nim była mowa bezpośrednio przed. Mógłbyś tam dać "Bierzecie na siebie krew niewinnego" np. albo jakaś wzmianka że Piłat mówiąc to wskazał na proroka itp. Myślę, że o to chodziło Piorunek.

"zastanowiłem co właściwie zaszło" - zastanowiłem się

Reszta po przeczytaniu drugiej części:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...