Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Żar lał się z nieba jak z otwartego pieca, zapach potu i kurzu drażnił nosy, lecz większości motłochu to nie przeszkadzało. Miało nastąpić coś niezwykłego, co pozwoliłoby masom dobrze się zabawić i zapomnieć na chwilę o marnej egzystencji.
Tłum na dziedzińcu falował jak oszalały. Szare, brodate twarze o rozpalonych oczach były do siebie łudząco podobne. Spod brudnych szmat wystawały pełne obrzękłych żył ręce i obute w znoszone sandały stopy.
Oczekiwano świeżej krwi, widowiska, czyjegoś cierpienia. Gwar narastał. Jak wieść niosła, kandydatów do ułaskawienia było dwóch. Różniło ich wszystko, więc zapowiadała się ciekawa konfrontacja. Jeden grasował ze swoją bandą po traktach, grabił i mordował bez skrupułów. Sprawa była oczywista: został ujęty, osądzony i skazany na śmierć. Drugi budził lęk. Nikogo nie skrzywdził, nawet paru uratował, ale jego dziwne nauki, irytująca mądrość i pewność siebie burzyła ludziom utrwalony porządek życia. Do tego mienił się królem. Bez królestwa, bez ziemi, bez majątku. Bajanie o jakimś królestwie w niebie mało kogo przekonywały. Lud się go wyrzekł. Chodziły słuchy o licznych uczniach, których rzekomo miał, ale gdzieś przepadli. Został całkiem sam.
Kiedy pojawił się prokurator, witając tłumy uniesioną ręką, lud wrzasnął dziko. Zabawa miała się zacząć. Stałem w trzecim rzędzie razem z żoną Przyszliśmy z litości dla tego bezprawnie uwięzionego biedaka. Wierzyliśmy mu, wierzyliśmy, że przysłał go Bóg i czeka nas coś lepszego. Nie mogliśmy mu w żaden sposób pomóc, ale chcieliśmy przy nim być w tych trudnych chwilach. Ludzkie okrucieństwo wydawało się takie pospolite, niepotrzebne, głupie. Od wielu lat prowadziłem gospodę nieopodal głównego placu. W pracy zdążyłem napatrzeć się na przejawy najniższych ludzkich instynktów, a mimo to było mi ciężko. Ci, którzy bywali u mnie częściej niż w świątyni, mieli zadecydować komu śmierć, komu życie.
- Oto łotr, oto król – przemówił prokurator - Jednemu z nich daruję życie. Kogo mam wypuścić?
Zorientowany w obyczajach i przygotowany na to lud wrzasnął:
- Barabasza!!!
Razem z Magdaleną milczeliśmy ponuro. Prokurator zmarszczył czoło i pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Jak to? Macie przed sobą mordercę o sercu czarnym jak oczy diabła i tego oto człowieka o jasnym spojrzeniu. Kogo wolicie?
- Barabasza!!!
Ukryci w tłumie wysłannicy kapłanów idealnie kontrolowali sytuację. Podjudzali niepewnych, kaperowali za srebrniki obojętnych łajdaków, podgrzewali nastroje wśród gniewnych, głodnych krwi biedaków. Obserwowałem ich wysiłki ze wstrętem. Tłum wokół mnie szalał, las wzniesionych pięści wygrażał nieszczęśnikowi. Nagle ujrzałem szare oczy jednego z agentów. Były wpatrzone prosto we mnie. W ręce trzymał nóż. Uniósł go lekko i pogroził mi błyszczącym ostrzem.
- Pytam po raz trzeci: kogo???
- Barabasza!!! – wrzasnąłem razem z tłumem, przerażony widokiem łotra z nożem.
Uśmiechnął się krzywo, splunął i zniknął.
- Bierzecie na siebie jego krew!
- Krew jego na nas i dzieci nasze!!!
Nieruchome, oskarżycielskie spojrzenie Magdaleny doprowadzało mnie do pasji. Jakim prawem mnie oskarżała? Jej nikt nie zmuszał do publicznego wyrażenia swojej racji, nie oczekiwał, że zajmie w sprawie jakiekolwiek stanowisko. Była tylko kobietą, statystką wydarzeń rozgrywających się w świecie rządzonym przez mężczyzn. Nic nie mówiła, nie ujawniała żadnych uczuć, ale widziałem w jej spojrzeniu wyraz pretensji. Ze złością pociągnąłem ją za rękę. Zaczęliśmy przeciskać się przez gąszcz świętujących ludzi, którzy oglądali się na nas zdumieni. W ich mniemaniu tylko wariat mógł opuszczać widowisko w najważniejszym momencie. Ale ja miałem dość.
Kiedy przedarliśmy się przez zwartą ciżbę, odetchnąłem i przetarłem spocone czoło. Magdalena już nie patrzyła na mnie w ten sposób. Zobaczyłem odmalowaną na jej twarzy ulgę.
- Niepotrzebnie tu przyszliśmy – mruknąłem.
- Przecież chciałeś.
- Nie miałem pojęcia.. .
Ruszyliśmy wolno w stronę wiszącego ponad dachami słońca. Miasto było puste i ciche, jakby wszyscy mieszkańcy nagle wymarli. Spotkaliśmy po drodze tylko jedną żywą istotę – pod nogami przemknął nam zabłąkany pies.
W mrocznym wnętrzu gospody panował przyjemny chłód, więc od razu zrobiło mi się lepiej. Nalałem sobie porządną porcję wina i wypiłem jednym haustem. Nie mogłem więcej. Czekało nas mnóstwo pracy.
- Zobacz co u dzieci i bierzemy się do roboty – zakomenderowałem.
- Już idę.
- Szybko. Niedługo zejdzie się tu całe miasto.
Magdalena pokiwała w zamyśleniu głową.
- Takie święto to czysty zysk.
- Zamilcz!
Skurczyła się jak po otrzymaniu tęgiego ciosu i pierzchnęła z izby. Oparłem się o ladę i zastanowiłem co właściwie zaszło. Czułem się, jak szmata do podłogi, którą Magdalena wycierała posadzkę po wyjściu ostatniego klienta. Pod groźbą noża zaparłem się wiary. Widać nie wierzyłem dostatecznie mocno. Z ciężkim sercem zabrałem się do rozkładania ław i przecierania blatów.
Gwar na ulicy narastał, a potem eksplodował nagle przed drzwiami gospody. W ciągu kilku minut tłum zajął wszystkie wolne miejsca i ledwie nadążaliśmy z obsługiwaniem. Mężczyźni pili na umór, nieustannie komentując wydarzenia z placu. Zaspokoili brudne dusze czyimś nieszczęściem, ujrzeli pierwszą krew i czekali na wielki finał. Do późnej nocy uwijałem się między nimi, wysłuchując komentarzy, sporów i przekleństw kierowanych pod adresem skazanego. Moje sumienie cierpiało, czułem się coraz gorzej. Ze złością wypraszałem pijaczyny za drzwi, zapraszając na jutro. Szło opornie, ale w końcu mi się udało. Został tylko jeden. Siedział bez ruchu i wpatrywał się w stojące przed nim wino. Położyłem mu rękę na ramieniu, a wtedy drgnął jakby poraził go piorun.
- Czas do domu – powiedziałem łagodnie.
Podniósł ciężką głowę i spojrzał na mnie z ukosa. Jego oczy nie błyszczały, jak zwykle błyszczą ludziom po winie. Nie wziął nawet łyka, jego napój był zwietrzały i nieświeży.
- Ja żyję – szepnął.
Przyjrzałem mu się lepiej i poczułem jak ziemia usuwa mi się spod stóp.
- Ty jesteś Barabasz...
- Ja...
W niczym nie przypominał zbója, o którym krążyły legendy. Był człowiekiem słusznej postury, ale widywałem tu większych. Budził raczej litość niż strach.
- Jak się czujesz? – zapytałem, nie mogąc powstrzymać ciekawości.
- Nijak – wzruszył ramionami – Tu życie, tu śmierć, ja pośrodku.
- Ten człowiek oddał za ciebie życie.
- Wiem o tym. Słyszałem tutaj, że chce je oddać za nas wszystkich. Za ciebie też. Tylko po co?
- Nie wiem – odparłem, patrząc tępo w podłogę.
Barabasz skupił na mnie uważne spojrzenie.
- Za kim krzyczałeś? – zapytał niskim głosem.
Czułem jak krew odpływa mi z twarzy. Nie chciałem mu odpowiadać.
- Za nikim – mruknąłem w końcu.
- Nie bój się. Nie mam do nikogo pretensji. Jutro mogłem zamordować twoją rodzinę.
- Mówię, że za nikim! – krzyknąłem wzburzony.
Barabasz zaśmiał się cicho.
- To niedobrze. Trzeba mieć własne zdanie.
Popatrzyłem na niego gniewnie i syknąłem:
- Idź już.
- A dokąd?
- Nie obchodzi mnie to .
- Oto cała prawda. Obojętność uratowała mi życie.
Powiedziawszy to, Barabasz podniósł się i wyszedł w noc. Usiadłem w kącie sali. Nalałem sobie wielki garniec wina i popijałem w milczeniu. Czułem, że nie zasługuję na światło od Boga, po tym jak się Go wyparłem. Wyparłem się, ale przecież wierzyłem. Uwierzyłem od razu, kiedy tylko usłyszałem jego nauki. Bardzo chciałem wyznawać jego ideały, być wiernym uczniem, jednak czułem się za słaby, by podźwignąć odpowiedzialność lub ponieść ewentualne konsekwencje. Dopiłem wino i poszedłem spać.
Kilka dni później, w środku nocy obudziłem się z uczuciem, jakby ktoś rzucił na mnie czarną płachtę i zaczął dusić. Zerwałem się zlany potem. Magdalena spała spokojnie jak dziecko. Zimny pot spływał mi po twarzy i karku, całe ciało dygotało. Na miasto padł cień śmierci.

Opublikowano

Musiało nastąpić coś niezwykłego, co pozwoli masom dobrze się zabawić i na chwile zapomnieć = chyba "co pozwoliłoby"? no i "na chwilę"

Gwar narastał, napięcie sięgało zenitu = to dopiero początek, ale już czuję, że zwrot "napięcie sięgało zenitu" jest tu trochę niepasujące... to nie relacja telewizyjna podrzędnego meczu

Były wpatrzone we prosto = we out

wypraszałem pijaczyny z drzwi = za

Nie wie chciałem mu odpowiadać =?

Oto cala prawda = cała
..............

dopiero dziś czytałam :)
bardzo interesująco ujęte te wynurzenia Jacku, nie mam nic przeciw i do zarzucenia
ładnie opowiedziane, barwnie, przeniesione na ciekawy grunt...

Opublikowano

Temat jest mi jakby znajomy. Ale punkt widzenia zupełnie nowy. Zgrabnie to wszystko ująłeś- naprawdę zrobiło na mnie wrażenie.
Jeśli idzie o stronę techniczną- poza uwagami Natali dołączyłbym jeszcze jedną: Otóż wątpliwośc moją budzi radosna jakby uwaga Magdaleny: "Takie święto, to czysty zysk". Stoi ona w sprzeczności z dotychczasowym stanowiskiem twojej małżonki. Powinieneś wypunktować sarkazm.

Opublikowano

Kurka, Ash... ja tez się zdobędę na osobiste wynurzenie: jako człowiek usiłujący świadomie wierzyć nie mogę zdzierżyć faktu, że święta wielkanocne ustępują w społeczeństwie znaczeniu świąt Bożego narodzenia. Popatrz nawet tutaj: przed Bożym narodzeniem zaglądasz na poezja.org i biomasa poraża, wzrost produkcji literackiej o 700%, przeważnie na żałosnym poziomie. Przed wielkanocą - nic.
Przed powrotem ze Szwecji doskonale wiedziałem, że na forum nie będzie nic poruszającego ten temat. Zadałeś kłam mojemu uprzedzeniu, za co uniżenie dziękuję :) słuchaj, z tym tekstem naprawdę nie jest źle - jest mocny... jedno co mnie zastanowiło to chwilowe i minimalne nieprzystawanie języka do realiów: skoro już się zdecydowałeś na konkretny moment dziejowy to frazy w stylu "gospoda nieopodal centrum" brzmią cokolwiek nie z tej beczki.

F.

Opublikowano

Racja z tym centrum, cholerka. Masz jakiś pomysł???

No i do reszty mnie zachęciłeś, żeby dokończyć Triduum-Tryptyk. Właśnie siedzę nad tym,
jak Judasz chodzi po mieście i pyta ludzi, co można mieć za 40 srebrników. Wie ktoś może,
jaki był wtedy przelicznik??? Nigdzie nie mogę się doszukać...


Plik podmieniony. Liczę, że teraz wsio ok.

Opublikowano

nie przychodzi mi do głowy wykładnik centrum Jerozolimy w trzeciej-czwartej dekadzie naszej ery ;) może coś w stylu "opodal świątyni"? albo może względem pałacu namiestnika to umiejscowić?... bezradność, asher :)

Opublikowano

Chyba chodziło ci, Jacku o 30 srebrników. Postaram ci się pomóc:
W stosunku do przysługi, jaką Judasz wyświadczał starszyźnie, była to kwota w zasadzie bardzo mała. Najprawdopodobniej było to 30 hebrajskich syklów (szekli), a więc tyle, ile niewykwalifikowany robotnik mógł zarobić w ciągu czterech miesięcy. Tyle również wynosiło przeciętne odszkodowanie za niewolnika zabitego w wypadku przy pracy.

Opublikowano

Dzięki!!!!!!!!

A w towarach - np. za ucztowanie w knajpie???

Już obszedłem ten temat półsłówkami, ale zawsze mogę wrócić.

Pewnie, że 30... :)))

Możesz mi na private zapodać jakieś źródła??? Nie chę się wygłupić, bo w istocie chodzi mi o coś innego niż pokazanie realiów, ale jednak one też mają znaczenia...

Opublikowano

Powinnam raczej wstrzymać się od krytyki, ponieważ niedawno przypominałam sobie "Mistrza i Małgorzatę" i pewnie podświadomie porównuję twoje opowiadanie z jedną z najważniejszych książek XX wieku (nie na twoją korzyść).
Jednak upraszasz się o komentarze, więc...
Osoby, które wypowiadały się przede mną wskazały kilka kalekich zdań (dobrze, że ominęła mnie gospoda w centrum ;-)). Mnie razi wypowiedź Piłata "- Bierzecie na siebie jego krew!"... Wcześniej jest mowa o Barabaszu, więc logika wskazuje, że jest to skrót myślowy (krew chyba jest jednak Jezusa...?). Nie wydaje mi się jednak by procurator w rozmowie z ludem mógł używać skrótów myślowych (jeżeli zakładamy, że jest dość inteligenty oraz dumny i nie chce zradzać ludowi, iż jest w to zaangażowany emocjonalnie- a może nie jest, a ja sugeruję się "mistrzem..."?), które świadczą o poufałości, ponieważ używamy ich w rozmowie jedynie z lustrem i z kimś kto dobrze nas rozumie.
Jeżeli w domyśle, wypowiadając te słowa, Piłat wskazuje skazańca, powinieneś to zaznaczyć.
Poza tym tekst jest ogólnie trochę masło-maślanowaty. Jedyne, co robi na mnie wrażenie to słowa Barabasza

Opublikowano

DO PIORUNEK:

Sorki, nie zauwazyłem Twojego wpisu.

Miło, że mnie z Bułhakowem nie porównujesz, ale też zachowaj proporcje.

Słowa Piłata to jest cytat z Biblii, więc sprawa nie wymaga komentarza - chyba, że chcesz polemizować z Apostołami - droga wolna :) Moim zdaniem fakt czyje to słowa, nie budzi zastrzeżeń.

Co do reszty, też nie polemizuję.

Zarzutów co do Pilata i jego gadek z tłumem nie kumam, więc pewnie gdzieś na kartach "Mistrza..." znalezione.

Ogólnie pozdrawiam.

PS Twoje uwagi, poza ironią nic nie wniosły.

Opublikowano

Dopiero teraz przeczytałam i zacznę od paru uwag:

Najpierw piszesz, że to był motłoch, tłum, więc logicznie coś chaotycznego. A potem "Stałem w trzecim rzędzie razem z żoną" - jak mogą tam być rzędy?

"- Barabasza!!! – wrzasnąłem razem z tłumem, przerażony widokiem łotra z nożem.
Uśmiechnął się krzywo, splunął i zniknął.
- Bierzecie na siebie jego krew!" - nieważne, że to są słowa z biblii, w tym kontekście to wygląda tak, że biorą na siebie krew Barabasza, bo o nim była mowa bezpośrednio przed. Mógłbyś tam dać "Bierzecie na siebie krew niewinnego" np. albo jakaś wzmianka że Piłat mówiąc to wskazał na proroka itp. Myślę, że o to chodziło Piorunek.

"zastanowiłem co właściwie zaszło" - zastanowiłem się

Reszta po przeczytaniu drugiej części:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...