Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

`
Była kiedyś wiedźma, która sprzedawała krem sercowy. Krem był bardzo skuteczny, nie znalazło się jeszcze tak złamane serce, którego by nie uleczył.
Wiedźma żyła w lesie, na obrzeżach małej wioski Pasłęka w powiacie chojnickim, do której prowadziła tylko jedna wąska nieasfaltowana droga. W latach siedemdziesiątych utrzymywała się praktycznie tylko ze sprzedaży kremu sercowego, bo ludzie sobie samochody pokupowali, do miasta do lekarza jeździli, do rodzących też już w wiosce nikt baby nie potrzebował.
Wiedźma była wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie nie pamiętali, kiedy przyszła do wioski. Zdało się, że była tu od zawsze, i że zawsze była stara.
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko. Włosy nosiła długie i rozpuszczone, a nie jak Pan Bóg starym babciom przykazał, związane z tyłu w węzełek. Jedynie to zresztą odróżniało ją od normalnych starszych wieśniaczek, bo ani brudna nie była, ani kota czarnego nie trzymała, ani nie pluła na ludzi i (zazwyczaj) nie rzucała uroków. Była dobrą wiedźmą.
Mieszkańcy Pasłęki dawno się już do niej przyzwyczaili - była jak ta stara grusza przy drodze, niemal niezauważalna, ale czasami przydatna. Na swój sposób odczuwali nawet coś w rodzaju dumy, bo w końcu najprawdopodobniej była ostatnią wiedźmą w Polsce, a już na pewno jedyną, posiadającą skuteczny krem sercowy. Swego czasu stała się pasłęcka wiedźma nawet dość sławna. Ludzie się do niej z całego kraju zjeżdżali, pielgrzymki szły do Pasłęki jak do Częstochowy. Wielu chciało porady, wielu wróżenia albo ziół na nocne zmory, ale zdecydowana większość przychodziła właśnie po krem sercowy. I żaden nie wyszedł z jej chałupy rozczarowany. Wszyscy sobie ten krem chwalili. Rany przestawały boleć, samobójcze myśli szły się do piekła grzać, obraz jeszcze przed chwilą tak drogiej istoty rozmywał się w czeluściach niepamięci. I już taki nieszczęśliwie zakochany zaczynał się uśmiechać, żarty sobie nawet ze swojej wcześniejszej choroby stroił, ochoczo i z nową energią wracał do pracy, żenił się z porządną i pracowitą dziewczyną, dzieci miał, potem wnuki, umierał zadowolony i spokojny. Wielu mówiło, że wiedźma jest święta i dokonuje cudów. Prawdą było, że nigdy nie zapomniała się przed zabiegiem pomodlić, ale imię Pana Jezusa i Matki Najświętszej mieszała z jakimiś innymi dziwacznymi nazwami, więc nie wiadomo, czy to czasem wszystko pogańskie nie było.
Najstarsze babcie z Pasłęki pamiętały, że kiedy były dziećmi, do wiedźmy na koniu przyjeżdżał sam pan dziedzic. Kilka razy w tygodniu nawet. Na początku nikt się nie dziwił, że pan szuka pomocy w chałupie czarownicy, bo wszyscy widzieli, jak cierpi. Żona mu na suchoty zmarła, do Włoch ją woził, do Szwajcarii, do wód różnych, nic nie pomogło. Potem się otruć próbował, ledwo go pan doktor z Chojnic odratował. I wtedy kucharka Aniela się odważyła, do pokojów pańskich zapukała i tak powiada: jest panoczku wiedźma taka w lesie, u Pasłęki, niedaleko, krem sercowy najlepszy na świecie robi. Idźcie do niej panoczku, jak ona wam nie pomoże, to tylko przeżegnać się i na śmierć czekać.
Dziedzic nie miał nic do stracenia, posłuchał, poszedł i już po pierwszej wizycie był jak nowo narodzony. Ale chodzić do leśnej chałupy nie przestał. Powiadali ludzie, że złota wiedźmie nawiózł, biżuterię żony jej dał, zadłużył się nawet i pola sprzedawał, żeby miał czym płacić. Jednym słowem uzależnił się biedaczek od cudownego kremu. Już nawet na zimę do Paryża nie jeździł. Po parę godzin dziennie siedział w chacie starej. Co tam robił - nie wiadomo. Oczywiście chodziły różne plotki, ale wiedźma juz wtedy była stara i brzydka, brodawki miała na twarzy, zęby trzy na krzyż, gdzieżby pan dziedzic te sprawy z nią przeprowadzał, to na pewno nie. Więc co?
Nikt nie wiedział, dość, że kiedy wielka wojna przyszła, a dziedzic za granicę uciekł, wziął ze sobą wielką beczkę kremu sercowego. Na parę lat mu podobno starczyła. Potem, kiedy zapas się skończył, gdzieś w tej Ameryce w przytułku umarł.
Jednym słowem: bez kremu sercowego ani rusz.
Wielu też innych potrzebujących do wiedźmy przez te wszystkie lata naprzychodziło. Raz ojciec jeden z dwoma synami przywiózł chorą córkę, co się powiesić chciała. Bo jakiś młody włóczykij dziecko jej zrobił, a potem słuch po nim zaginął. Z brzuchem dziewczynę do baby związaną przywieźli na drabiniastym wozie. Wiedźma ją do środka zanieść kazała, potem wszystkich wygnała precz i sama się z dziewuchą w chacie zamknęła. Minął dzień, nic. Ojciec wali pięściami w drzwi, wiedźma wściekła otwiera i każe mu na piwo do gospody iść. Ojciec i bracia nieszczęsnej posłuchali, całą noc pili, rano idą do baby. Ta jeszcze bardziej zezłoszczona, że tacy niecierpliwi, ona nie gotowa. Mają iść do diabła. No to sobie, chcąc nie chcąc, u chłopa jednego kwaterę załatwić musieli.
Tydzień cały wiedźma z dziewczyną w chacie siedziała, w końcu chłopaka głupiego, co go miała do kóz, po ojca i braci posłała. Przyszli, patrzą, dziewczyna wychodzi uśmiechnięta, bez brzucha, wesoła. Od razu zagaduje, żarty sobie robi, że bracia i pan tata tacy skacowani, niewyspani, zarośnięci. Pytają ją, co się w chacie działo, ona, że nie pamięta. No to zapłacili wiedźmie sto rubli, jak było uzgodnione, na wóz wsiedli, i pojechali. Za trzy tygodnie wesele miała dziewucha z zamożnym rzeźnikiem.
O bogactwie wiedźmy też niestworzone historie po ludziach chodziły. Że ma w piwnicy beczki złota i pieniędzy. Że ma tam jakieś floreny, gwinee, dinary i inne cudzoziemskie monety ze szczerego złota. Że na tym śpi, no bo przecież nic nie wydaje. Nikt jej nigdy nie widział, żeby do miasta po zakupy jechała. Chowała kozy, sadziła kartofle, z tego żyła. No a ludzie też często zamiast zapłaty a to kurę przynieśli, a to gęś wypasioną, a to worek mąki. Czasem i kawałek czarnej tafty, z czego sobie wiedźma spódnice szyła. Nic nie wydawała. Nic dziwnego więc, że wielu marzyło, żeby jej co ukraść.
Raz się na to paru młodych skusiło, pieniędzy nie mieli, bo ojcowie dusigrosze straszne, a bez pieniędzy nawet z dziewczyną na zabawie nie potańcujesz. Bali się oczywiście, bo choć wiedźma nigdy nikomu nie ukrzywdziła, to w jej wielką moc wszyscy starsi w wiosce wierzyli. Ale chłopcy sami siebie nawzajem przekonywali, że to bzdury, babskie gadanie takie i owakie. I umówili się, w nocy przez okna ze swych domów powyskakiwali, podkradli się cicho pod leśną chatę. Chcieli starą związać, do piwniczki się dostać, kieszenie pieniędzmi wypchać i w nogi. Jeden z nich w skrytości ducha, bo był zakochany w pańskiej córce, kremu sercowego też chciał troszeczkę podwędzić. Trzech ich było. Normalnych, może trochę dzikich chłopaków. Tacy przynajmniej byli, kiedy wieczorem do chałupy starej weszli. Bo jak rano wyszli, nikt ich już nie poznał.
Żaden z nich słowa nie powiedział o tym, co się wydarzyło w chacie. Milczeli jak zaklęci. Tylko siwe włosy w ich młodych czuprynach świadczyły, że ta przygoda poznaczyła ich na całe życie.
Zakochany wkótce się we stawie utopił. Nikt się temu nie dziwił, a nawet niektórzy odetchnęli z ulgą, bo przynajmniej swe cierpienia ukończył.
Pozostali nigdy się nie ożenili, żyli sami, wiejskie pijaki się z nich zrobiły. Tak się wiedźma zemściła.
Za sanacji przybył raz do Pasłęki nowy ksiądz. Dawny proboszcz, staruszek spokojny i dobrotliwy, umarł na zawał. Na pogrzebie i wiedźma była, bo starego całkiem miała rada. Za to nowy, jak się tylko dowiedział, że ludzie po krem sercowy do jakiejś czarownicy chodzą, zaczął grzmieć z ambony, podburzać, prześladować. Wcześniej to wiedźma do kościoła w każdą niedzielę chodziła. Niczym się w tłumie nie wyróżniała, włosy sobie przyczesała, chustka na głowie, ot, zwykła starowinka. Tyle tylko, że się jej z szacunkiem ludzie kłaniali, z większym nawet niż proboszczowi, miejsce jej zaraz w ławce robili, z drogi schodzili z respektem.
Po pogrzebie wiedźma, jak zwykle w niedzielę, do domu bożego się wybrała, ubrana jak zawsze: różaniec w ręce, na szyi amulety, a na nogach trepy. Ale nowy ksiądz już był poinfomowany co i jak, przy kazaniu ją palcem wskazał, że niby jak się swych brudnych i diabelskich praktyk nie wyzbędzie, do spowiedzi nie pójdzie i się kajać za grzechy nie będzie, ma z kościoła wyjść i miejsca świętego nie profanować. I tak wiedźma musiała przez cały kościół pełny ludzi przemaszerować. Pod laską jeszcze wtedy nie chodziła, ale już trochę kulała. Tylko stukanie jej trepów było słychać. Ludzie głowami kręcili, gadali o tym wydarzeniu aż do zimy i tylko czekali, jak wiedźma tę zniewagę pomści.
Czekać długo nie musieli. Nowy ksiądz się zakochał.
Była w wiosce dziewucha jedna, co każdemu dupy dawała za kawałek chleba. Nikt nie wiedział skąd przyszła. Spała chyba w lesie, choć słuchy chodziły, że w chlewiku wiedźmy zawsze się dla niej znalazło miejsce. Dziewczyna była trochę na głowę chora, jak się do niej mówiło, to tylko się śmiała. Gospodynie się nad nią kiedyś litowały, ale odkąd się pod gospodą z ich mężami kurwić zaczęła, psami ją szczuły, jak tylko się pojawiała w obejściu.
I w takim to pomiotle zakochał się nasz ksiądz.
Ludzie nie mieli wątpliwości. Wiedźma rzuciła urok. Nie było innego wytłumaczenia.
Zaczęło się od tego, że dziewczyna przychodziła na plebanię na żebry. Zawsze wieczorem, kuchennym wejściem, jak już gospodyni do domu szła. Pierwszy raz ksiądz był wściekły, że go obudziła i miotłą czupiradło przepędził. Za drugim razem już mu żal było tej bosej, wychudzonej brzyduli. Dał jej chleba. Za trzecim razem i zupy, co została z obiadu, jej zagrzał. A za czwartym to dopiero rano od księdza wyszła.
I ksiądz zgłupiał do reszty. Na plebanii jej pokój przygotował, do miasta wziął, buty i sukienkę kupił. Chodziła potem po wsi w tych trzewikach jak wielka dama, choć jej się nogi na obcasach podłamywały. Jak ją raz chłopcy kamieniami obrzucili, co wcześniej było normalne, to im ksiądz na religii ręce do krwi trzciną zmłócił. W kościele, kiedy kazania prawił, ludzie się pod nosem uśmiechali. Ale w końcu ksiądz to ksiądz, szacunek musi być, więc nic głośno nie mówili, ale za to obgadywali!
Plotki na cały powiat się rozniosły, a wkrótce dotarły i do biskupa. Ten na początku nie wierzył, słał listy pełne upomnień i troski, w końcu prałata wysłał, żeby na własne oczy sprawdził, co i jak. Nasz ksiądz w żywe oczy kłamał, że dziewucha to jego wychowanica, dziecko jeszcze, sierota uboga. Ale nawet podczas tych odwiedzin księżulo się nie mógł powstrzymać i do pokoju dziewczyny polazł. Śmichy chichy, tłumione jęki i stęki, wszystko to ksiądz prałat przez ścianę słuchać musiał. Zaraz następnego dnia do biskupa pojechał, słowa na pożegnianie nie powiedział.
Ale potem stało się. Rano ksiądz się myje, patrzy, a tu coś mu tam na dole między włosami biega. Małe potworki, kręcą się jak oszalałe. Przyrodzenie czerwone, swędzi. Przeraził się ksiądz nie na żarty. Do miasta do doktora pojechał. A jak wrócił z maścią, i dla siebie, i dla dziewczyny, w domu jej nie zastał. Zniknęła. Szukał jej wszędzie. Szalał. Mszy już w ogóle nie odprawiał. Pić w gospodzie zaczął. W końcu po paru dniach nie wytrzymał i na kolanach przypełzł do wiedźmy.
Stara była dobroduszna, słowem mu tamtej hańby nie wypomniała. Ksiądz całował jej ręce, przepraszał, kajał się. Ale sercowego kremu nie chciał. Pragnął tylko wiedzieć, gdzie jest jego dziecko, jego ptaszek, dupeczka miłowana.
Wiedźma kostki wysuszone rzuciła, patrzy, myśli chwilę. Zamknięta jest, mówi. Jak się rzuca, to ją pasem biją. Jak jest spokojna, może do ogrodu iść, piłką się bawić. Na biało ubrana. W wielkim kotle pranie mieszać musi. Jak co powie, w twarz.
Tyle księdzu wiedźma powiedziała. Ten na kolanach dziękował, chciał płacić, ale stara zapłaty nie chciała. Pogłaskała go po głowie. Mówią starzy ludzie, że nawet mu dała korzeń wzmacniający miłość, aby miał siłę o swą ukochaną walczyć. Ale pewne to nie jest, bo ksiądz już nigdy swej dziewczyny nie ujrzał.
Pół roku spędził w klasztorze na pokucie. Prosił Boga o wybaczenie, bił się w piersi, wierzbowymi rózgami biczował. Wykorzystywał przecież nierozumną istotę. Złamał śluby. Był grzeszny.
Potem mu dali inną parafię, aż na ukraińskiej granicy. Zanim tam pojechał, jeszcze raz się wybrał do wiedźmy. Tym razem po krem sercowy. Pomogło. Nikt już więcej tego księdza w Pasłęce nie widział.

c.d.n.

Opublikowano

świetne Wampirko :)
wczoraj w nocy sobie przeczytałam, piękna stylistyka! a sam krem sercowy, jak zauważył Jacek, pyszny :)
wyłapałam tylko taki drobiazg jak, "I takim oto pomiotle" chyba zjadłaś "w"

Opublikowano

Basiu, Julio, dziękuję:)
"Niż tam pojechał" zmienię na "zanim", masz tutaj Julio rację. Co do wulgaryzmów, mnie one w tekstach (cudzych/moich) nie rażą, o ile oczywiście spełniają jakiś cel. Tutaj jak sądzę pasują do stylistyki tekstu, która jest przecież trochę taka "ludowa", a język ludowy raczej nigdy od dosadności nie stroni. Ale jeszcze o tym pomyślę...

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Powtórzenia za blisko siebie zupełnie niepotrzebnie. Treść interesująca
więc może warto poprawić ? Przykład :

"już tylko ze sprzedaży
już wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko.
Było to zresztą jedyne, co ją odróżniało
Było to zresztą jedyne
Była dobrą wiedźmą"

już wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie - wystarczy wiekowa ( po co powtarzać już)
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko. - Nieduża, przygarbiona ...... ( wiadomo o kim piszesz)
Było to zresztą jedyne, co ją odróżniało = To jedyne, co ją odróżniało....
itp. itd.

"ludowe" - nie musi być "wulgarne". Na tym polega dobre pisanie, by zastępować wulgaryzm niedomówieniem, albo wyrazem który doskonale
oddaje to, co chcesz napisać. Użycie wulgaryzmu jest najłatwiejsze, bo trudniej
znaleźć odpowiednie slowo :). No i to takie niby "na czasie". Wszystko zależy
od indywidualnego podejścia i od tego, jakie masz wewnętrzne przekonanie
o pisaniu.
To oczywiście moje zdanie, z którym nie musisz się zgodzić. Jeśli nie będą Ci
odpowiadały moje komentarze, daj znać a nie napiszę nic więcej. :)Pozdr. NN

Opublikowano

Napolionie, jak najbardziej odpowiadają mi twoje komentarze i bardzo ci za ten powyższy dziękuję! Konstruktywna krytyka zawsze mile widziana (i ta niekonstruktywna też zresztą - nie każdemu się musi podobać:))

Masz absolutną rację - za dużo tam tych "już" i "była", będę musiała podumać, jak poprzerabiać te zdania, bo tak jak zaproponowałes ty, to by całkiem bez czasowników zostały:)

Co do wulgaryzmów po części się zgadzam, że to łatwe, że modne itp. Ale nie z tym, że "dobre pisanie polega na tym, by zastępować wulgaryzm niedomówieniem" - nie zawsze tak jest. Zależy od tego jaki efekt chcesz osiągnąć. Ja chcę tu byc dosadna, nie chcę niedomówień:). Wulgaryzmy to takie same środki językowe, jak każde inne, można z nich czerpać i wykorzystywać je. Nie powinny się tylko stac celem samym w sobie, co jest zresztą jasne, bo jak ktoś chce tylko prowokować, to to żadna literatura przecież nie jest.

W tym tekście to tak zostawię, nie ma tego dużo, a żadne poetyckie eufemizmy by mi tu nie pasowały. Jeszcze raz ci dziękuję za uwagi i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do mnie zajrzysz:)

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...