Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To jest Hit!

Poważnie, czyta się lekko i przyjemnie,  a  do tego z uśmiechem na ustach. Lubię ciebie w takich kompozycjach. 

Boże,  miej Nas teraz w opiece :))

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Zawsze uczono mnie "na półkę"...

;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Thx Iwon. Złagodziłem tą nieco drastyczną treść obrazkiem dość komicznym. Miłego wieczoru, w zasadzie odpowiadam w trakcie pauzy na siusiu przy paprykowaniu i majerankowaniu karczku, będzie prużone, do jutra poleży będzie można palce lizać, się mi zażądało bezkompromisowo.  hehehe. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Lubisz mnie w takich klimatach? Treść jest w założeniu rytmiczna, jak taśma produkcyjna ;) Natomiast utwór interpretacyjnie wybiega w kilku kierunkach, wyobraźnia może dyktować w zasadzie dowolne obrazy. np. Człowieka podłączonego do aparatury - walczącego o życie (obrazki bardzo na czasie), alternatywnie maszynę produkcyjną i człowieka przytłoczonego do industrialnego miejsca pracy, lub robotykę militarną i wszelkie związane z tym konsekwencje dla jednostki ludzkiej. Na pierwszym miejscu należałoby wyekspediować empiryczne (wynikające z doświadczenia) porównanie jakości cybernetyki z możliwościami człowieka, niestety w epilogu trochę drastyczne wynikają zeń konstatacje w tejże kwestii. 

 

"Na półkę", oczywiście masz rację Kamo, to forma prawidłowa. Natomiast wyobraziłem sobie wiele takich półek, powiedzmy klatek ustawionych szeregowo i pionowo np. na taśmie produkcyjnej (produkcja seryjna), i maszynę powiedzmy w cyklu numerycznym - automat, który w sposób bezbłędny i prawidłowy odstawia gotowe produkty do odpowiednich miejsc w tej krzyżówce adresów - półek,  i precyzyjniej pasuje tu wtedy: "do półek" i niech może tak pozostanie?, chociażby dlatego bo rymuje się z dopełniaczowym:  "kółek" . 

 

Gdzie byłaś gdy ciebie nie było?, Peggy Sue wyszła za mąż czy jak? ;)) Pozdrawiam cieplutko.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Raczej kultowe "Fear Not of Man" to nie jest, ale rzeczywiście można by było dać pod jakiś scratch, istotnie względem maszyn możemy poczuć się trochę jak "czarna baza odbiorców", dzięki za słówko, fajny komentarzyk, Elo ;)

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

BTW, myślisz kombinacyjnie jak widzę? Być może kierunkujesz ten tekst ku odczynom cielesnym. W sumie i taka interpretacja mogłaby też być uzasadniona. Odautorski (mój) dekadencki klimat w utworze nie musi być normą tożsamą z wrażeniem odbiorcy (czytelnika), skoro wg ciebie tytuł: "urocza" - to może to rys sado, hehehe, o nie! :)), a na serio, trudno mi sobie wyobrazić futurystyczne czasy gdzie ludzie szukaliby takich niby "uroczych" uciech. ;D Zastanawiam się teraz jakże to mogłoby się realizować w praktyce? Przez konkretny rachunek lambda? Matematyczna rekurencja czyli funkcja do funkcji. Mega potężne kompilatory musieliby użyć, by przetłumaczyć te osobiste potrzeby i je realizować u takiej androidki albo androida (w zależności od zakwalifikowania)? Czy oby takie algorytmy nie wydostałyby się spod programistycznej reguły i kontroli? Ojej, a już zazdrosny android, to byłoby tragiczne w skutkach ;) Strach nawet deliberować w tym kierunku. Zaś androidy homopreferencyjne,  - toż taka produkcja budzi już grozę i niepokój, hehehe. Potencjalna "Urocza" a już bezwzględnie: "Uroczy" u mnie są otóż - pod przyciskiem off ;D Mega antycypacja w analizie, wiem. 

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Lubię posłuchać Tabasco, "Saturator" to kult, ale wiesz to są ludzie freestylu, nie odnaleźliby się  pewnie w tak zaszufladkowanej formie jak ta, mają umysły otwarte, słowo stanowi dla nich wolność bezwzględną a nie monument naburmuszonej treści. Prawdopodobnie wypinają się na uduchowionych wierszokletów takich jak chociażby ja. To jest świat ludzi zupełnie innych, otwartych, bez kompleksów, są bożyszczem tłumów i nie mają czasu na wąskie kanały analiz lirycznych, idą silnie słowem do przodu, z prądem, duchem czasu i są potrzebni dla mas. Dobrze, że są. Dzięki za słówko Panie Ropuchu. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tuwimem? Szukam paralel. może, że: "ta moja Maszyna - dyszy"? Słowa, słowa, słowa - nasze wspólne i współczulne. Ciekawe jakby tak dokonać odniesień do słów bardziej funkcjonalnych np. "ja", "ty", "on', "jest", "ma"., "dla", "człowiek", "Ojczyzna", "miłość", etc., etc.. etc. wtedy doszlibyśmy do absurdu totalnego ;DD. Niestety ta maszyneria o której mój tekst opowiada nie jest grzeczną, ludzko-utylitarną "chabetą" pociągową ;) Zauważam, iż nie preferujesz Julka Tuwima?, przynajmniej jego sztandarowych klasyków. Powiem szczerze, że w dzieciństwie faszerowano nas mocno Brzechwą, Tuwimem, Gałkiem,. Trzeba ich szanować, ale istotnie Tuwim ma konotacje na lewo, a mnie tam ciut dalej, niezupełnie ale jednak nieco - dalej. Wolę Herberta, współczesnego Rymkiewicza, kanon, antyk. To mi się podoba i abstrahuję tu absolutnie od polityki. Tak już mamy, że coś preferujemy a coś innego mniej.

Co do rytmiczności w przedostatniej zwrotce, to może polemizowałbym, bo rytm tam jest i dobrze to się czyta - bez anomalii, natomiast rzeczywiście brakuje jednej sylaby, bo jest dziewięć a nie jak w innych wersach - dziesięć, moim zdaniem nie okalecza to drastycznie rytmiki utworu. Rzeczownik "imię" należy recytować z dłuższą pauzą - tam jest trzykropek, i wtedy nie ma żadnych zakłóceń. Cieszę się, że stacja końcowa przypadła jednakże - do gustu. 

Pozdrawiam, i dzięki za słowo pod wierszem ;)

Opublikowano

@Tomasz Kucina  Tuwim mistrzem rytmiczności był i przywoływanie go pod tym tekstem to moim zdaniem komplement. Masz rację, że to tylko słowa, słowa i skojarzenia, ale pierwsza linijka w porównaniu z:

,,Ruszyła - maszyna - po szynach - ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem"

i

,,Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha"

naprawdę wygląda znajomo :)

Myślałem, że ta przedostatnia linijka jest przeoczeniem, ale jeśli nie budzi twoich zastrzeżeń to nic mi do tego.

Zaś co do Herberta to monumentalny dowód twojego mu oddania całkiem niedawno popełniłeś i chyba już zawsze będę cię w swojej głowie z nim wiązał.

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Rozumiem, że przywołanie Tuwima było komplementem. Chciałbym może skromnie dodać, że i ja nie odżegnuję się od kunsztu tego wirtuoza słowa, a przy okazji poprzedniego komentarza po prostu opowiedziałem o swoich preferencjach w liryce. Ubóstwiam wiersze intelektualne, poezja Herberta jest w dodatku pełna moralności i to tak bardzo przyciąga, może nie wszystkich ale na pewno mnie. Rymkiewicz jest uroczo koturnowy i wyraża szacunek jak Herbert dla antyku. U Rymiewicza spotykamy ogrom form ornamentyzujących słowo, to piękne - ten poeta to piewca baroku a Herbert jest zimny jak stal damasceńska. Szanuję tych poetów, ale Herbert będzie zawsze - u mnie number one! Wnioskuję po niniejszym komentarzu, iż kojarzysz mój tekst pt. "Wycofani klasycy", dywagacje na temat Herberta były  bowiem treścią tego utworu, więc bardzo mi miło.

 

Powracając do Tuwima, którego przywołałeś w pierwotnym skojarzeniu: podpowiem, że pisząc ten wiersz nawet nie pomyślałem o nim, "Lokomotywa" z wiersza Tuwima jest bezwzględnie pojazdem szynowym, już zauważam współistotną monumentalność i zaciężność - która może być cechą wspólną i charakterystyczną również i dla mojego wiersza. Lecz raczej nie zasługuję na porównania do klasyków. Maszyna u mnie w wierszu jest "golemem" z parku maszynowego czy hali, oraz - zainstalowaną w procesach produkcyjnych. To robot stacjonarny, a nie pojazd na kołach i szynach, alternatywnie to może być system urządzeń powiązanych kompatybilnie, tak jak dowodziłem w poprzednich komentarzach - to znaczy: w dowolnej interpretacji dosłownego ich przeznaczenia.

 

O słowach jako wspólnocie w komunikacji napisałem tylko dlatego, bo skoro podczas pisania tego tekstu w mojej świadomości nie zaistniał Tuwim, a ty dostrzegasz pewien rodzaj symetrii, to odpowiadać za to musi siłą rzeczy nasz wspólny ojczysty konglomerat słów, mowa, zasoby z których naturalnie korzystamy lingwistycznie. Wiersze Tuwima każdy czytał, również i ja, wychowaliśmy się na tej poezji, na jego bajkach, więc może nasza  podświadomość koduje jakieś percepcje retrospektywne (zapamiętane) - to chyba dobrze, jesteśmy wspólnotą, opieramy się na tych samych  tradycjach, historii, i nawet preferencjach. Tak sobie to właśnie tłumaczę. Dziękuję jeszcze raz za komentarze, miłe i przyjazne. Pozdrawiam.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Skoro tekst przypadł do gustu to dziękuję. Miło usłyszeć. 

 

Co do Tuwimowskiej "Lokomotywy" to w zasadzie moźna doczytać w poprzednich komentarzach jak ten temat widzę. Poponuję państwu czytać nie tylko teksty właściwe ale i komentarze, bo trudno autorowi bez przerwy pisać o tym samym.

 

Niewątpliwie można ujrzeć jakieś pole rytmiczności w obu wierszach. Ale przecież rytmika w liryce ma podstawy w wielu wielu tekstach. Ten mój utwór nie ma nawet wspólnych podstaw z Tuwimem co do budowy, choćby ilości sylab. Tuwim w "Lokomotywie" stosuje różnorodną liczbę zgłosek w wersach i strofach, u pana Juliana są wersy 10_zgłoskowe, ale i 5_zgłoskowe i 11asto i 12_stozgłoskowe, bardzo dopieszczone i innowacyjne jest to metrum, klasyk Tuwima jest nieregularny co do układu wersyfikacji, zmienna jest długość poszczególnych strof, mój tekst nie jest w ogóle stroficzny jest mocno regularnym 10_cio sylabicznym wierszem z jednym małym wyjątkiem w przedostatnim wersie. Jest w gruncie rzeczy cyberpunkowym sylabotonikiem z maską futurystyczną i pisząc go kiedyś tam, szczerze nie miałem nawet w głowie Tuwima, ten tekst realizuje cechę dekadencji, można tu dostrzec turpizm, może nie jest to do imentu pochwała brzydoty, ale raczej obraz technologicznej destrukcji. "Lokomotywa" Tuwima jest wierszem-bajką, emanującą bazą kolorowych przedmiotów, bibelotów, instrumentów, zwierząt i w końcu ludzi różnorakiego autoramentu i zawodu (podróżujących), którzy raczej nie mają problemu z akceptacją parowozu i wizjom schyłkowym swojej epoki nie ulegają, a sam autor proponuje nam ton zafascynowania tym żelaznym mobilnym środkiem lokomocji. Mój tekst to - odium.

 

No nie wiem, czy uzasadnione są aż takie porównania do klasyków Awangardy Krakowskiej, tu takiego podrzędnego tekściarza jak ja, "miasto, masa, maszyna", dyscyplina intelektualnego przekazu na pewno wychyla się z tej treści, skoro piszesz wiersz "technologiczny", operujesz skondensowaną metaforą to jest w tym tekście podglebiem i tak on miał wyglądać. "Toporność, brak polotu i rzemiosło" musi być i drażnić w każdym elemencie - futuryzmu, bo każdy tekst "technologiczny" jest futuryzmem. Dadaizm to na pewno nie jest, logika, sens, przesłanie są wyraźnie wyczuwalne i świadomie zastosowane. Czy takie wiersze się podobają czy raczej nie?, to już kwestia gustu i percepcji odbiorcy. Różne rzeczy ludzie lubią. 

 

Peiper, Tuwim, ho,ho,ho, zbyt uznaniowo ;))) Wolniej ;))) LOL ;

 

Dziękuję obu komentującym za słówko, Pozdrawiam serdecznie.

 

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...