Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*
Pociąg ruszył. Zrazu wolno, potem szybko, coraz szybciej, aż wreszcie rzeczywistość za oknem gwałtownie zaczęła uciekać w tył. Konrad siedział z nosem przyklejonym do szyby i bez emocji kontemplował świat będący w ruchu. Był młodym mężczyzną o bujnej, ciemnej czuprynie i wąskiej twarzy. W jego intensywnie zielonych oczach mieszkała pustka, jakby nic nie czuł i nie odbierał wrażeń. Nie był to chłód, lecz raczej wyraz rezygnacji.
Był w przedziale sam, toteż zajął miejsce przy oknie, przodem do kierunku jazdy i wyłożył nogi na sąsiednie siedzenie. Na półce nad jego głową leżał dobrze wypchany plecak i opatulona w ortalionowy pokrowiec gitara. Drgnął, kiedy ktoś szarpnął drzwi przedziału, ale nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Kobieta spojrzała na niego nieufnie i nie doczekawszy się reakcji, usiadła naprzeciw niego. Konrad pospiesznie cofnął nogi i uśmiechnął się przepraszająco. Przy okazji przyjrzał jej się bliżej. Była szczupłą brunetką o żywych oczach i napiętej twarzy. Rzuciła mu kolejne przelotne spojrzenie, a potem jej powieki opadły ciężko. Nie wyglądała na zmęczoną - był to raczej manewr taktyczny, mający na celu uwolnienie się od ewentualnych nagabywań. Kiedyś...może kiedyś podjąłby się miłej pogawędki z atrakcyjną kobietą, lecz teraz nie czuł za grosz inwencji. Popatrzył na nią, bo była jedyną osobą w polu widzenia. I tyle... Udawała, że drzemie, jednak jej powieki drgały w takt refleksów światła wpadającego przez okno. Zadowolony z takiego obrotu sprawy, sięgnął po książkę, którą cały czas trzymał między kolanami. Z namaszczeniem otworzył ją i zatopił wzrok w rzędach liter.
Pociąg powoli wydostawał się z obszaru miejskiego. Za oknami przesuwały się tylne ściany domów - nie otynkowane, brudne, często pomalowane sprayem lub popisane przez kibiców piłkarskich. Wykute w nich okna miały zakurzone, ciemne szyby i firanki - czasem na parapecie stała doniczka z ledwie żywym kwiatkiem. U stóp domów znajdowały się ciasne podwórka, zarośnięte dzikimi krzewami, chwastami i wysoką trawą albo pokryte rozkopanymi grządkami warzywnymi. Ograniczały je drewniane lub zrobione z siatki płoty.
Wiadukt wznosił się ponad ruchliwą ulicą. W dole sunęły rzędy samochodów, autobusów i tramwajowych wagonów. Dalej rozciągały się bezduszne zaplecza zakładów przemysłowych, gdzie każdy fragment placu, budynku czy hali prezentował tę samą matową szarość. Zlewały się w nią rozmaite odcienie farb antykorozyjnych i nawierzchniowych.
Tereny zarażone industrialnym budownictwem ciągnęły się bardzo długo, po czym niespodziewanie ustąpiły miejsca ogródkom działkowym. Ogródki były takie, jak wszędzie - posiekane na małe kwadraciki, dobrze utrzymane, wyposażone w malutkie budki.
Pociąg zatrzymał się na dużej stacji. Tu i ówdzie zaczęły trzaskać, na korytarzach zadudniły pośpieszne kroki. Konrad podniósł wzrok, bo wszędobylski hałas nie pozwalał mu się skupić. Za drzwiami przemykały przygarbione sylwetki nowych podróżnych. Niektórzy z nich przystawali, zaglądali do przedziału i ruszali dalej, wierząc, że gdzieś w głębi wagonu znajdzie się choć jedno, zupełnie puste pomieszczenie. Po chwili trzasnęły drzwi i na progu stanęło dwóch mężczyzn w podeszłym wieku.
- Można przeszkodzić młodej parze? - powiedział wyższy.
Konrad obojętnie wzruszył ramionami i uczynił zapraszający gest ręką. Kobieta otworzyła oczy i poprawiła się na siedzeniu. Oboje jednocześnie spojrzeli w okno. Mężczyźni rozsiedli się wygodnie. Ten wyższy, który ich zagadnął, miał więcej włosów i siną, napuchniętą twarz. Drugi za to sprawiał wrażenie bardziej energicznego, a w jego obliczu było coś interesującego - głębia spojrzenia, może dziwne, faliste usta. Bez skrępowania wyjęli butelkę wódki i mały kieliszek.
- Nie będziemy przeszkadzać? - zapytał formalnie wyższy.
Konrad obojętnie pokręcił głową. Kobieta nawet nie drgnęła.
- Łyknie pan? - pytał dalej wyższy.
- Dziękuję - odparł Konrad.
- My, wie pan, do sanatorium jedziemy. Na stare lata człowiek robi się chorowity..
Nalał i podał kieliszek niższemu, który od razu wypił i uzupełnił wypowiedź kolegi:
- Dlatego się konserwujemy.
Tym razem kobieta obejrzała się z jawnym obrzydzeniem. Wyższy natychmiast z tego skorzystał, pytając, czy nie ma ochoty.
- Niech pan nie błaznuje - usłyszał i zmieszany odwrócił głowę.
Miała głęboki, mocny głos, który od razu zwrócił uwagę Konrada. Ich spojrzenia spotkały się na moment, niczym para przypadkowych przechodniów. Potem kobieta wróciła do oglądania widoków za oknem, zaś Konrad przyjrzał się dokładnie niższemu z mężczyzn. Nagle zrozumiał, co takiego jest w tej twarzy - nie tyle interesującego, co dziwacznego. Towarzyszył jej bowiem nieustający, zbolały uśmieszek.
- Z czego pan się śmieje? - zapytał rozdrażniony.
Mężczyzna nie tylko nie przestał, ale wręcz rozszerzył uśmiech.
- Ja mam taką twarz - wyjąkał przepraszającym tonem.
- Że co???
- No, wie pan - włączył się wyższy - Zdzichu ma przez to same kłopoty. Ile już razy po gębie dostał... Albo te tiki... Zdzichu, pokaż panu....
Niższy wykonał pełny obrót głową i nieśmiało spojrzał na Konrada. Po chwili puścił mu oko. Konrad zmarszczył brwi i mruknął pod nosem jakieś przeprosiny.
- Ciężka sprawa, co? - ciągnął wyższy - Ale to nie jego wina.
- Dobrze, że mam przy sobie Mariana - pochwalił się niższy - On mnie broni.
Konrad w zakłopotaniu miętosił spocone dłonie. Kiedy spojrzał na kobietę, ta omal nie wybuchnęła śmiechem. Atmosfera w przedziale znacznie się rozluźniła. Pociąg wreszcie ruszył i świat od nowa zaczął uciekać do tyłu, jak gdyby umieszczony był wewnątrz cudownego kalejdoskopu.
- Jakbym miał dużo pieniędzy, to dałbym się uśpić - stwierdził wyższy po wypiciu swojej porcji - Jak ten Disney.
Reszta pasażerów z ciekawością spojrzała w jego stronę.
- Co by to dało? - spytał niższy.
- Jak to co? Pożyłbym dłużej - mruknął z rozbrajającą miną wyższy.
- Tak bardzo nie chcesz umierać?
- A kto chce?
Z posępnymi minami wypili następną kolejkę. Konrad odłożył książkę i uśmiechnął się do nich pojednawczo. Wyższy znieruchomiał z butelką w ręce, niższy wbił w Konrada uważne spojrzenie.
- A wiecie, panowie, że gwiazdy najpiękniej świecą właśnie w momencie śmierci? - powiedział nieśmiało Konrad - Nie tak jak my.
- Dlaczego? - zainteresował się wyższy.
- Śmierć gwiazdy to wybuch SuperNowej. Wybuch, który daje nowe życie. Przeżywa bowiem gwiazda neutronowa, czyli pulsar, a to, co pozostaje po wybuchu, przecina przestrzeń z ogromną prędkością. W miejscu jej wytracenia rodzą się nowe gwiazdy...
- Naprawdę? - szepnął zachwycony niższy.
- To cudowna chwila - kontynuował Konrad z błyskiem w oku - Ma się poczucie, że nic właściwie nie umiera, tylko zmienia formę. Może nie warto się bać.
Zapadło milczenie. Stukot kół stał się nagle głośniejszy, bardziej dokuczliwy. Konrad raptem stracił ochotę na dalszą rozmowę. Zamknął się w sobie i myślał. Mężczyźni jeszcze przez chwilę czekali, czy coś jeszcze powie, po czym wrócili do swojej butelki.
Pociąg jechał teraz wśród ogołoconych z powodu niedawnych żniw pól. Snopki były powiązane w ten sposób, iż wyglądały, niczym skulone postacie ze zwieszonymi ramionami, które sprawiały wrażenie, jakby lada chwila miały się przewrócić. Było ich mnóstwo, setki, tysiące i wydawać się mogło, że okolicę opanowała jakaś dziwaczna armia i nagle znieruchomiała w oczekiwaniu na dalsze rozkazy. W dali widniały wierzchołki wciąż jeszcze płaskich gór: do prawdziwych masywów było daleko. Słońce świeciło pełnym blaskiem, toteż zewsząd biło ostre, rażące w oczy światło. Promienie pełgały po małych, rozrzuconych pośród pól zagajnikach. Zmęczone długotrwałymi upałami drzewa przypominały starszych panów o zasuszonych członkach, którzy trwają wczepieni pozbawioną odżywczych wartości, sucha glebę swego życia. W kolorystykę świata za oknami pociągu powoli wdzierały się zwiastuny nadchodzącej jesieni. Wyczuwało się podskórne napięcie związane z przemijaniem, przekwitaniem barw, ostatnim błyskiem zamykającym kolejny etap nieskończonego.
- Pan jest astronomem? - odezwała się niespodziewanie kobieta.
- Ależ skąd - uśmiechnął się skromnie Konrad - Kiedyś miałem takie hobby.
- Kiedyś? - uniosła zabawnie brew.
- Od najmłodszych lat byłem szczególnie uwrażliwiony na zjawisko Boga - wyjaśnił z zakłopotany - Zacząłem interesować się historią gwiazd, bo wydawało mi się, że w ten sposób otworzę nowe horyzonty poznania. Później się zniechęciłem. Pojąłem, że przestrzeń nie ma klasycznego końca. Że kręcimy się w kółko. Że to wszystko pętla.
Kobieta poruszyła brwiami, tak jak to się zdarza, kiedy człowiek nie zgadza się z czyjąś opinią lub chce ją poprawić. Chciała coś powiedzieć, ale przeszkodził jej wysoki, przygarbiony mężczyzna w długim płaszczu, który nagle wtargnął do przedziału. Intruz bez słowa odgarnął kolana mężczyzn pijących wódkę i zaczął się nerwowo rozglądać. Wszyscy obserwowali jego poczynania w milczeniu. Jego myszowata twarz i neurasteniczne ruchy przyciągały uwagę. Obejrzał półki i siedzenia, a potem zaczął zaglądać pod siedzenia. Kobieta pierwsza straciła opanowanie i fuknęła:
- Czego pan szuka?
Myszowaty spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem.
- Szukam...
Tyle tylko bąknął pod nosem i zrezygnowany opuścił przedział, pozostawiając podróżnych w stanie kompletnego zaskoczenia. Wyższy z mężczyzn skwitował to najście wybuchem śmiechu, a jego kolega wtórował mu bez przekonania. Kobieta rzuciła Konradowi kokieteryjne spojrzenie.
- Kim pan wobec tego jest? - wróciła do porzuconego tematu, jakby najście myszowatego wcale nie nastąpiło.
- Nie wiem - Konrad wzruszył ramionami.
- Jak to? Nie zna pan własnej tożsamości?
Konrad posłał jej zmęczony uśmiech. Nawet nie mrugnęła powieką.
- Tożsamość jest jak figura geometryczna. Można ją oglądać i nazywać w zależności od tego, którą jej stronę akurat się ogląda - rzekł na pół kpiąco - Proszę podać jakieś kryterium.
- Wykształcenie - powiedziała bez namysłu kobieta.
- Średnie plus trzy semestry filozofii. Kim jestem?
- No dobrze - skinęła nieznacznie głową - Zawód.
- Nie posiadam. Kim jestem?
Zamrugała szybko powiekami, dając wyraz zdenerwowaniu. Mogła odpowiedzieć - nieukiem, potem - nierobem, ale pewnie nie przemknęło jej to przez myśl. Konrad westchnął i spojrzał w okno, prowokując ją do dalszych wysiłków.
- To może poglądy? - nie rezygnowała.
- Raczej zawiłe - odparł poważnie - Na pewne wyróżnienie zasługuje fobizm... Naprawdę panią to interesuje?
Przyglądała mu się natarczywie, jakby chciała zajrzeć w głąb jego duszy, lecz nie mogła pokonać ustawionej tam bariery.
- Lubię ciekawych ludzi.
- Fobizm to pseudofilozofia, której używam w życiu - ciągnął dalej - Chodzi o to, że nasze lęki na podatnym gruncie stanowią znakomitą motywację do działania. Wszystko zależy od skali odbioru wrażeń danej jednostki, ale generalnie każdy się czegoś boi.
- Interesujące - przyznała bez przymusu i posłała mu ciepły uśmiech, jakiego nigdy nie spodziewałby się z jej strony.
Wyższy z mężczyzn trącił łokciem niższego, który dzięki temu ocknął się z zadumy.
- Fajnie gadają, nie?
- No...
- Pan mógłby zostać politykiem - powiedział wyższy do Konrada.
- Niestety, nie jestem błaznem tuczonym własną próżnością - odparł z niechęcią Konrad - Polityka to przyziemna gra planszowa służąca kształtowaniu tymczasowej rzeczywistości. Ja bym wolał zajmować się wiecznością. Tam dojrzewa przecież wielka myśl. Nieskończona, niepodzielna...
- To się trzeba było na księdza kształcić - zauważył wyższy ze szczerym uśmiechem.
- Pan nie skończył - upomniała się o swoje kobieta.
- Może nie chciałem - rozłożył w odpowiedzi ramiona - Liczebność oraz siła oddziaływania lęków decyduje o osiągnięciach człowieka.
- A który lęk uważa pan u siebie za najważniejszy?
Konrad gwałtownie pociemniał na twarzy.
- Przepraszam - podniósł się ciężko - Myślę, że dostatecznie długo robiłem z siebie wariata...
Bez pośpiechu wyszedł na korytarz i stanął przy otwartym oknie. Wiatr zaczął szarpać mu włosy i omiatać twarz przyjemnym chłodem. Konrad leniwie zamknął oczy. Stukot kół, szum powietrza, miarowe skrzypienie drzwi na korytarzu - wszystko to od razu przyniosło mu uspokojenie. Pociąg powoli wytracał prędkość. Po chwili rozległ się ostry pisk hamulców i skład zatrzymał się w szczerym polu. Pośród rudziejącego dywanu traw stało samotne drzewo. Na czubku już nie miało prawie liści, zaś wiatr pomiatał ogołoconymi badylami, które sterczały rozpaczliwie. Konrad dostrzegł w jego pniu szeroką bliznę po uderzeniu pioruna, szorstkim cięciu odkrywającym wnętrzności drzewa. Ten widok pobudził jego umysł. Zebrał się w sobie i wrócił do przedziału. Świat za oknami nagle pociemniał. Było to o tyle dziwne, że od samego rana na niebie nie pojawiła się żadna chmura. Niespodziewany, złowrogi półmrok, właściwy tylko nadchodzącym burzom, był w tej sytuacji trudną do wytłumaczenia anomalią. Konrad otworzył okno i wyjrzał. Sekundę później znalazła się obok niego kobieta, a za plecami czuł oddechy pozostałych dwóch pasażerów. Nie wierzył własnym oczom. Po słońcu została jedynie ciemna plama, odcinająca się pośród morza szarości.
- To musi być znak - wyszeptał Konrad i wymienił z kobietą znaczące spojrzenie.
- Jestem przekonana, że nauka nam to wyjaśni.
- Może to zaćmienie? - zaryzykował wyższy z mężczyzn.
Kobieta pokręciła głową, nawet na niego nie patrząc. Konrad nie zareagował w ogóle.
- Więc co to jest, do jasnej cholery? - krzyknął przerażony niższy - Zgasło czy co?
- Spokojnie - mruknął Konrad - To cud.
Pociąg rozpędził się na dobre, oni jednak wcale tego nie zauważyli. Spoglądali w niebo, jak zahipnotyzowani. Las rozciągający się u stóp nasypu kolejowego zupełnie stracił barwę - wyglądał, niczym kłębowisko ciemnych, tajemniczych kształtów. Horyzont znikł całkowicie, wszystko zlało się w przygnębiającą szarość.
Konrad usiadł, a obaj mężczyźni poszli w jego ślady. Tylko kobieta stała w oknie, nie zważając na to, co wiatr wyczynia z jej fryzurą. Kiedy się wreszcie odwróciła, jej twarz była sina i zacięta.
- To oni - powiedziała z przejęciem - Znowu tu są...
- Jacy oni? - zainteresował się wyższy.
- Kosmici - odparła takim tonem, jakby miało to być oczywiste dla wszystkich.
- Kosmici? Znowu? - wyższy uśmiechnął się niewyraźnie.
- Byli tu wiele razy - wyjaśniła, układając ustaw wyraz pogardliwej wyższości – To śmieszne. Ludzie siedzą na samym dnie Wszechświata i wydaje im się, że są jedyną formą życia. Tak bardzo wierzą w Boga i tak lekceważą jego fantazję...
Nikt nie powiedział więcej ani słowa. Wyższy speszył się i patrzył tępo w podłogę, niższy zerkał na niego niepewnie. Jedynie Konrad przyjął wyzywające spojrzenie kobiety.
- Jest!!! - wrzasnął nagle wyższy - Jest słońce!!!
Świat znowu promieniał światłem. Ciemna zasłona znikła tak prędko, jak się pojawiła. Nie pozostał po niej żaden ślad. Wrócił pogodny, wczesnojesienny dzień. Za oknem pysznił się wiekowy las, przetykany co kilka kilometrów polanami, na których pasły się leniwie stadka krów. Czasem też w niewielkich prześwitach pojawiały się pasma dalekich gór.
- No, to mamy problem z głowy - ucieszył się wyższy.
Natychmiast nalał wódki i poczęstował kolegę. Potem sam się napił, a butelkę schował pod siedzenie. Pociąg znów zaczął hamować. Wyższy klepnął niższego w ramię.
- To nasza stacja.
Obaj zabrali się do porządkowania bagażu. Wyższy ukłonił się grzecznie kobiecie i uścisnął dłoń Konradowi.
- Miło się z państwem podróżowało.
- Do widzenia - bąknął niższy i zaprezentował swój tik w pełnej krasie.
Wielu ludzi wysiadło na tej stacji, lecz prawie nikt nie wsiadł. Podpici pensjonariusze sanatorium pomachali z peronu Konradowi, który odkłonił się ze sztucznym uśmiechem. Pociąg ruszył.
- Od takich ludzi staram się uciec - powiedział Konrad na pół do siebie.
- Mnie aż tak nie przeszkadzali- włączyła się kobieta - Generalnie lubię ludzi. Byłam którejś nocy na pustej, górskiej łące. Po prostu usiadłam i zamyśliłam się. Nagle zapragnęłam, by usiadł obok mnie tłum ludzi. Siedzielibyśmy w milczeniu i patrzeli w gwiazdy. To byłby zbiorowy hołd na rzecz naszych tajemniczych zwierzchników. Bez głupich pytań o sens, czczych ofiar i hymnów pochwalnych.
- Mam wrażenie, że pani usłyszała ode mnie o Bogu i próbuje mnie teraz sprowokować - żachnął się Konrad.
- Po co ten dogmatyczny gniew? - uśmiechnęła się pojednawczo - Nie rozumiem, dlaczego ludzie emocjonalnie związani z religią, reagują z wrogością na każdą próbę dyskusji.
Konrad ponuro patrzył w okno. Raz miał ochotę z nią rozmawiać, innym razem najchętniej by uciekł jak najdalej od niej. Denerwowała go i fascynowała zarazem.
- Jestem daleki od ideału - rzekł skwapliwie - Boję się gmatwaniny.
- Och, ideały są po to, abyśmy dostrzegali własną niedoskonałość. Ale przy okazji są zbyt abstrakcyjne, by brać je na poważnie - kobieta wyciągnęła do niego rękę - Jestem Ewa.
- Konrad. - uścisnął przyjaźnie jej delikatną dłoń - Obawiam się, że nasza rozmowa przypominać będzie dialog ślepego z głuchoniemym.
Ewa zaśmiała się z dziecięcą przekorą. Widać było, że w każdym miejscu i o każdej porze gotowa jest toczyć spory, perorować, przekonywać, odpowiadać na zarzuty. Po jego słowach jednak jej oczy straciły blask, zaś na jej ustach pojawił się wyraz ironii. Zdawał sobie sprawę, że przegrywa, lecz nie czuł się w żaden sposób odpowiedzialny za jej samopoczucie w podróży. Aby to wyraźnie zamanifestować, sięgnął po swoją książkę i zatopił oczy w tekście. Czuł na sobie pełne pretensji spojrzenie Ewy, jednak starał się nie zwracać na nie uwagi. W końcu wbiła obrażony wzrok w okno, on zaś odetchnął z ulgą.
Pociąg jechał między gęsto zalesionymi górami, które wciąż zasłaniały wysokie, skaliste szczyty. Doskonale za to zaczynały być widoczne doliny, raz po raz wyłaniające się wśród kolejnych zboczy. Wagony mijały właśnie jedną z nich. Była otoczona kordonem iglastych drzew o niesamowicie soczystych barwach, jej środkiem zaś płynął kręty potok. Woda co kilkanaście metrów spiętrzała się i pieniła na naturalnie powstałych progach. Jak okiem sięgnąć, nie było żadnego domostwa, ogrodzenia, drogi ani innych śladów obecności człowieka.
Ewa posłała Konradowi kolejne wyzywające spojrzenie. Już miała go zaczepić, gdy do przedziału po raz drugi wtargnął osobnik o myszowatej twarzy. Stanął na środku i pilnie obejrzał bagaże na półkach. Zaciekawiony Konrad odłożył książkę. Oboje z Ewą uważnie śledzili poczynania tajemniczego gościa. On tymczasem zachowywał się, jakby ich w ogóle nie było.
- Znalazł pan? - spytała Ewa, kiedy zabierał się do odejścia.
- Nie...
Mężczyzna wyszedł. Wybuchli głośnym, odprężającym śmiechem, po czym Konrad znowu sięgnął po książkę.
- Faktycznie, strach to dobra motywacja - powiedziała z przekąsem Ewa - Lęk przede mną pomoże ci przeczytać tę książkę szybciej niż zwykle.
- Wcale się ciebie nie boję - odparł spokojnie Konrad.
- Boisz się konfrontacji ze mną.
Konrad zrobił taką minę, jakby miał do czynienia z wyjątkowo upartym i nudnym w swych dociekaniach dzieckiem. Odłożył książkę i splótł dłonie na brzuchu.
- Potrzebuję tylko chwili spokoju. Czy to tak trudno zrozumieć?
Ewa nachyliła się ku niemu i podparła brodę rękami.
- Przez cały czas mam wrażenie, że przed czymś uciekasz - jej spojrzenie było teraz, jak świder - Co to jest? Hałas, tłum, wyrzuty sumienia, może śmierć ?
Konrad wytrzymał jej natarczywy wzrok bez mrugnięcia powieką. Wziął sobie chwilę na zastanowienie, zanim odpowiedział.
- Może wszystko naraz...
- Rozumiem - rzekła z przekonaniem - Ale obawiam się, że od tego nie można uciec. Zresztą darujmy sobie hałas i tłumy. Od wyrzutów i śmierci nie możesz uciec, bo nosisz je w sobie.
- A ty? Ty nie masz żadnych ułomności - spytał szybko, żeby zmienić temat.
- Mam. Inne. Mniej spektakularne. Mniej filozoficzne. W każdym razie na pewno się nie boję. Na przykład śmierci.
- Zazdroszczę - rzekł z przekąsem - Choć może nie miałaś z nią bliskiego kontaktu.
Smutny uśmiech Ewy zbił go nieco z tropu. Łagodnie odwrócił oczy.
- Przeżyłam odejścia wielu bliskich mi osób, jeżeli o to ci chodzi. A jednak w moim umyśle panuje harmonia. Chcesz wiedzieć dlaczego? Dlatego, że wiem, jak kończymy.
- Więc jak kończymy? - spytał poważnie Konrad.
- Wracamy do źródeł - odparła swobodnie - Zmieniamy się substancję, będącą sercem kosmosu. Duchy nie istnieją. Istnieje jednia wszystkiego.
Konrad roześmiał się hałaśliwie i szybko ukrył twarz w dłoniach, jak gdyby chciał zachować ubaw tylko dla siebie. Patrzył teraz na Ewę przez razcapierzone palce, a ona odpowiadała mu gniewnym spojrzeniem, uśmiechając się przy tym z wyższością.
- Jesteś fanatyk i oszołom.
- Nie sądzę.
- To z czego się śmiejesz?
- Bo to jest śmieszne. Wybacz.
Zapadło milczenie. Przebrzmiałe słowa zastąpił miarowy stukot kół. Konrad uśmiechał się triumfalnie, sądząc, że wreszcie zamknął jej usta, ona jednak nie zamierzała rezygnować.
- Czy chcesz, czy nie, rodzaj ludzki przywieźli na Ziemię kosmici - odezwała się pewnym siebie głosem - Być może realizowali plan Boski - w to nie wnikam - ale z pewnością były to ultrainteligentne istoty spoza naszego układu. Przywieźli całą grupę zwierzęcych reproduktorów, Adama, Ewę i resztę rodzinki.
- No, słucham, słucham - mruknął Konrad, gdy przerwała na moment.
- Powiedz, czy tak zwana Arka Noego nie mogła być statkiem kosmicznym ratującym potopowych rozbitków?
Konrad wzruszył ramionami, siląc się na obojętność.
- Ja wierzę w Stwórcę i mękę jego syna.
- Chrystus - podjęła Ewa -Wielki człowiek. Wielki rewolucjonista.
- Jak Lenin, co? - sarknął Konrad.
- Lenin był tylko wywrotowcem. Spróbuj kiedyś pomyśleć, ile Chrystus zrobił dla świata.
- Wiem ile zrobił!
Ewa niespodziewanie podniosła się i sięgnęła po leżące na półce torby. Wyjęła z jednej z nich tabliczkę czekolady, termos i dwa papierowe kubki. Wzięli po kawałku i Ewa zaczęła mówić dalej:
- Bardzo lubię czekoladę w podróży. Zazwyczaj nawet jej nie rozdrabniam, tylko gryzę w całości. Mam niezłą frajdę, kiedy ktoś wtedy na mnie patrzy i zastanawia się, czy zjem całą.
Konrad obserwował ją, nie kryjąc sympatii. Wolałbym, żeby tak szemrali o głupotach, za które nie trzeba brać odpowiedzialności. Niestety, Ewa widziała to nieco inaczej.
- Dlaczego uciekasz? - zapytała nagle - Tak naprawdę.
Przez twarz Konrada przemknął cień.
- Przed sobą.
- Przed sobą kiedyś, czy sobą teraz - nie ustępowała Ewa.
Zasłoniła się kubkiem z kawą, ale nie spuszczała Konrada z oka. Zmieszał się pod tą presją, bo nie wiedział co odpowiedzieć. Wzruszył tylko ramionami.
- A jakie to ma znaczenie? - zapytał.
- Może nie ma. Pewne jest to, że skoro uciekasz, to wątpisz.
- Wątpię, mimo znaku.
Konrad urwał szybko, lecz było już za późno. Twarz Ewy stężała, jej oczy zrobiły się okrągłe. Nachyliła się do niego z zaciekawieniem dziecka, które za moment usłyszy ciekawą bajkę.
- I co? Posiadasz dowód na istnienie Boga?
- Nie.
- Ale doświadczyłeś Go?
Konrad skinął głową, choć wyraźnie unikał natrętnego spojrzenia Ewy. Czuł się kimś w rodzaju królika doświadczalnego w ręku szalonego naukowca. Denerwowało go to i deprymowało. Znów dopuścił do siebie myśl o ucieczce. Do innego przedziału, do innego wagonu, do innego świata.
- Jak to było? - spytała proszącym tonem Ewa.
- Dał mi znak w momencie mojej największej skruchy. Pragnąłem zguby, pragnąłem oddać siebie, rozpłynąć się i więcej nie wracać. Nagle spłynął na mnie dotyk Niebios.
Ewa długo delektowała się tym, co usłyszała. Potem klasnęła radośnie w dłonie.
- Powinieneś uważać się za człowieka szczęśliwego - stwierdziła po chwili - Jak rozumiem, doświadczyłeś tego, co religia katolicka nazywa zesłaniem Ducha Świętego?
- Chyba tak...
- Jestem zaskoczona - ucieszyła się Ewa - Zawsze w to wątpiłam. A czy nie mógł to być jakiś szczególny rodzaj autosugestii?
- Początkowo też tak myślałem - przyznał Konrad - Tylko, że ja sobie takiej sugestii nie podsuwałem. Postanowiłem nikomu o tym nie wspominać. Boję się egzaltacji.
- Znowu się czegoś boisz.
Konrad wzruszył ramionami i spojrzał w okno. Pociąg jechał przez długi most. Rzeka dole ograniczała się do wąskiego pasa wody. Upały sprawiły, że większa jej część wyparowała. Kamienie wygrzewały na słońcu swoje białe brzuchy, muł zamienił się w popękany, suchy grunt, a wszystko, co dotychczas przyniosła woda, daremnie czekało na transport w dół rzeki.
- Boję się, bo dostałem znak, a wciąż nie dowierzam - powiedział wolno Konrad, nie odwracając twarzy od okna.
- Dlatego, że religia nie daje żadnej pewności - uśmiechnęła się ze smutkiem Ewa.
Konrad odpowiedział jej równie smutnym grymasem.
- Mimo to, kiedy już zamilknie nauka, kiedy już nie będzie nic do odkrycia, na polu walki zostanie tylko religia - odparł z przekonaniem.
- Być może - rzekła z lekką pogardą Ewa - Ja jednak wierzę w postęp cywilizacji.
Konrad ponuro wyglądał przez okno. Potem skierował oczy ku niej, ale nie była pewna, czy patrzy na nią, czy gdzieś w odległą przestrzeń.
- A ja się cieszę, że nie dożyję kolejnych rewolucji - mruknął - W tym tempie świat któregoś dnia nie wyrobi na zakręcie.
- Jak sobie to wyobrażasz? - zainteresowała się Ewa.
- Ludzi zastąpią maszyny.
- Dziecinny banał - skrytykowała go bez pardonu - Wtedy wszyscy pojadą na wczasy.
- Powstanie tak zwana kwestia ludzka do rozwiązania. Paru technocentryków uzna, że potrzebna jest wojna, uczeni opracują jakiś program i nagle spodziewaną katastrofę demograficzną zastąpi znaczny ubytek populacji.
Ewa uśmiechnęła się z uznaniem i klepnęła go w kolano.
- No, no. Rozkręcasz się.
- Jezu, to dla ciebie gadka-szmatka - oburzył się Konrad.
- A co ma być? - Ewa rozłożyła bezradnie ramiona - Każdy, nawet najbardziej sfiksowany scenariusz może się sprawdzić. Masz jakąś jeszcze wizję przyszłości?
Konrad cierpliwie pokręcił głową.
- A ja mam - podjęła z ochotą Ewa - Wyobrażam sobie kontrolę urodzeń za pomocą limitowanych kart genetycznych, na których zakodowane będzie wybrane DNA.
- Puknij się w czoło...
Ewa roześmiała się radośnie. Doskonale się bawiła jego chimerycznymi nastrojami, zaś on był wobec niej zupełnie bezsilny. Korzystając z chwili milczenia, zastanowił się nad kaprysami losu. Przecież wybrał się w podróż, by odpocząć od hałasu świata, problemów z nim związanych i natłoku ludzi, wykrzykujących wniebogłosy swoje jedynie prawdziwe racje. On chciał tylko wyciszyć się, zapaść głęboko w siebie i tam spróbować znaleźć nowe perspektywy. I już w pociągu nie był w stanie porządnie zebrać myśli...
- Pomyśl tylko - kontynuowała swoją zabawę Ewa - Przezwajanie mózgu w celu uaktywnienia ukrytych rezerw... Prędkość rozwoju cywilizacji - dwa razy dwa razy dwa... Nowy rodzaj superenergii, która pozwoli przyśpieszyć obieg Ziemi wokół słońca albo zmienić jej orbitę... Szpiegostwo eksterioryzacyjne...
- Dość! Ewa! - nie wytrzymał w końcu Konrad - To nie mieści się w głowie!
- Ojej, przerzuć to na plan wyobraźni. Wtedy zwiększy się pojemność.
Konrad zignorował jej radę. Pociąg zatrzymał się na krótko na jakiejś stacji i pomknął dalej. Za oknem przesuwał się przygnębiający obraz wyrębu drzew. Zwalone w kwiecie wieku pnie leżały pokotem na rozległej polanie, otoczone gronem ocalałych pobratymców. Po chwili las zwarł się szeregi i przykry krajobraz zniknął. Krzywo uśmiechnięty Konrad spojrzał ukradkiem na Ewę.
- Jesteś tak pewna siebie...
- No to co? - wzruszyła ramionami.
- Czy to kosmici dali ci tę pewność?
- Mam przynajmniej namacalny dowód. Eksperymentowali na mnie...
Konrad znieruchomiał, oczekując sprostowania lub potwierdzenia, że się przesłyszał. Nie doczekawszy się, zaśmiał się lekko. Ewa jednak nadal nie odpowiadała. Zachowywała się tak, jakby to co powiedziała było powszechnie znaną prawdą.
- Nabijasz się ze mnie czy co? - zapytał niepewnym głosem.
- Nie musisz mi wierzyć. Podobnie, jak ja nie muszę wierzyć w twoje zesłanie - Ewa uśmiechnęła się pobłażliwie - Może to zabrzmi śmiesznie, ale mam wszczepiony inplant. Służy do penetrowania mojej osoby. Czasem słyszę lub czuję dziwne sygnały, ale nie znam kodu, żeby je rozszyfrować.
Konrad milczał. Chciał się roześmiać, klepać się po kolanach, zrywać boki, stroić głupie miny, jednak wyraz twarzy Ewy nie pozwalał mu nawet na głupkowaty uśmieszek.
- Pewnej nocy zobaczyłam oślepiające światło, a potem straciłam przytomność. Obudziłam się trzysta kilometrów dalej, w szczerym polu, trzy dni później. Wierz lub nie, zdjęcie rentgenowskie wykazało obecność inplantu.
Konrad rozłożył bezradnie ręce. Kiedy postanowił przemówić, głos uwiądł mu w gardle i wydał z siebie jedynie głuche chrząknięcie.
- Sam nie wiem - wychrypiał po dłuższej chwili - Moje przeżycie i twoje przeżycie. Może to dwie strony medalu. Tylko czy to ten sam medal?
Tak dotychczas pewne siebie Ewa, milczała, jak zaklęta. Wzruszyła tylko ramionami, akcentując swoją bezradność. Po chwili bezowocnego oczekiwania na odpowiedź, Konrad wstał i otworzył okno. Do przedziału wdarł się orzeźwiający podmuch chłodnego powietrza, w którym dało się wyczuć aromat lasu, zeschniętych liści i świeżych grzybów. Konrad usiadł ciężko. Wyglądał, jakby raptownie postarzał się o kilka lat, a wraz z nimi utracił resztki kurczowo trzymającej się go nadziei. Zgarbił się i ponuro patrzył w podłogę.
- Dla ludzi pierwotnych kosmici byli Bogiem - powiedział bardziej do siebie niż do wsłuchanej w jego głos Ewy - Dziś są jedynie intruzami zagrażającymi porządkowi naszej cywilizacji.
- Dla wszystkich znajdzie się miejsce we Wszechświecie - odparła łagodnie - Może już nadszedł czas, abyśmy dorośli wreszcie do nowego pojmowania rzeczywistości. Może już dłużej nie możemy być izolowani.
- Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki - twarz Konrada rozpromieniła się nieznacznie - Ciągle jedziemy... Tak sobie pomyślałem, że życie jest nieskończenie długim pociągiem, w którym zajmujemy jeden przedział - my, nasze rodziny, przyjaciele, pasażerowie na gapę naszego życia, którzy dosiedli się w pewnym momencie i już zostali... Jedziemy razem wewnątrz świata poruszającego się ciągle naprzód... Czasem ktoś wysiada bez pożegnania na swojej stacji końcowej, ale skład jedzie dalej, dalej... Gdzieś poza chmury...
Niespodziewanie Ewa nachyliła się ku niemu i objęła go za szyję, a on odruchowo odwzajemnił uścisk Trwali tak przez kilka minut. Później Ewa odsunęła się nieco, posyłając mu pokrzepiający uśmiech.
- Wiesz, ty w całym tym swoim boju ze sobą, bardzo kochasz życie - rzekła wzruszona - Wydaje się, że kiedy o czymś mówisz, świat staje się piękniejszy. Szukasz wokół siebie piękna widzianego oczyma duszy, ale nie możesz go znaleźć. To jest istota twojego nieszczęścia. To ja stale obrzydzam sobie świat, bo się na niego godzę, bo doskonale potrafię w nim żyć. Ty go bronisz i za każdym razem stwarzasz go na nowo.
Oczy Konrada zabłysły niezwykłym blaskiem. Patrzył Ewie w oczy, jak zahipnotyzowany. Nachylił się i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Drgnęła niespokojnie, lecz nie cofnęła się.
- Przez cały czas miałem wrażenie, że zachowujesz się i mówisz, jak fanatyczna feministka - odezwał się cicho - Właściwie nie wiem dlaczego.
- A co to oznacza? - zapytała z krzywym uśmieszkiem.
- Że posiadasz wielką siłę
- Oczywiście. Przez całe życie starałam się udowadniać, że odważne rozumowanie nie jest wyłącznie domeną męską, ale nie mam nic wspólnego z babskim abolicjonizmem. Jestem po prostu za indywidualizowaniem postaw. Mądrość jest przecież bezpłciowa.
Nareszcie pojawiły się. Były tajemnicze i niedostępne, a zarazem dziwnie bezbronne. Syciły oczy swoim niezwykłym, surowym pięknem, które zmieniało się w zależności od stanu pogody. Nigdy nie były takie same, nigdy nie można było się nimi znudzić. Monumentalne masywy wżynały się w jasne niebo, lecz wobec jego potęgi wydawały się małe i niewiele znaczące. Skaliste szczyty poprzedzał kordon pokrytych gęstym lasem garbów, a wszystko to
spajały liczne przełęcze i doliny. Razem wyglądały, jak kolana dziwnych przybyszów z innego świata.
- To już prawie koniec drogi - westchnęła Ewa ze smutkiem.
Powoli zaczęli przygotowywać się do wyjścia. Konrad zdjął z półki jej bagaż, a potem sięgnął po swój. Milczeli. W ich ruchach panował ład i harmonia. Rozumieli się bez słów. Kiedy wyszli na korytarz pełen innych podróżnych, ujrzeli przeciskającego się w tłumie osobnika o myszowatej twarzy. Po chwili wyminął ich w swoim szalonym poszukiwaniu nie wiadomo czego. Obejrzeli się za nim i ze śmiechem ruszyli ku drzwiom. Nagle Konrad dostrzegł na podłodze jednego z przedziałów małą, grubą książeczkę. Położył walizkę Ewy i z ciekawością sięgnął po czyjąś zgubę. Z wahaniem otworzył książeczkę i zaskoczony zmarszczył brwi. Znalazł białe, czyste kartki. Wybrał inne miejsce. To samo. Po przekartkowanu całości, okazało się, że książeczka zawiera same puste strony. Wtedy w końcu korytarza pojawił się myszowaty. Miał twarz zmienioną nie do poznania przez gniew albo uniesienie.
- Dawaj to!!! - rzucił się w stronę Konrada.
Wyrwał z jego dłoni książeczkę i pobiegł do wyjścia. Pociąg akurat zatrzymał się na stacji końcowej. Przez okno zobaczyli, jak myszowaty biegnie pustym peronem w sobie tylko znanym kierunku.
- Nic z tego nie rozumiem - mruknął Konrad.
- On wie - dodała Ewa, wzruszając ramionami.
Wyszli na peron i wolno posuwali się wzdłuż rzędu wagonów. Ewa przystanęła raptownie. Konrad uczynił podobnie.
- Boję się - szepnęła.
- Czego? - Konrad mechanicznie objął ją ramieniem.
- Nie wiem, czego oni ode mnie chcą... Czuję się losowo wybranym obiektem niecnych eksperymentów...
- Tym bym się nie martwił - rzekł pojednawczo Konrad - Każdy z nas ma określoną misję do spełnienia. Tyle że jedni mają trudniejsze i ciekawsze zadania od innych. Myślę, że im większy wskaźnik trudności, tym większa skala tolerancji. Nie bój się. Bóg wie, że jest ci ciężko i kiedyś to doceni...
- Może tak właśnie będzie - zgodziła się bezwiednie Ewa.
Bez przekonania ruszyli dalej.

Opublikowano

Doskonałe, heh... cóż więcej powiedzieć. Lubię czytać Twoje teksty, podoba mi się styl, w jakim piszesz. Pewnie nigdy nie osiągnę takiego poziomu. Niemniej jednak każdy z Twoich tekstów pozostawia w mojej duszy trwały ślad. Pozdrawiam wieczorowo :-)

Opublikowano

sucha glebę = suchą

z zakłopotany = z zakłopotaniem miało być? czy zet się powtórzyło?

ustaw = usta w

Pociąg jechał między ...górami, które ...zasłaniały ...szczyty= ? na pewno tak to miało być?

jej spojrzenie było teraz, jak świder = chyba zbędny przecinek

Konrad obserwował ją, nie kryjąc sympatii. Wolałbym, żeby tak szemrali o głupotach, za które nie trzeba brać odpowiedzialności. Niestety, Ewa widziała to nieco inaczej = a to co? Tu jakiś błąd się wkradł czy narrator zaczął mieć widzimisię?

Rzeka dole ograniczała = w dole?
..............................................


pieknie :)
tak się cieszę, że mogłam przeczytać, bo jak stwierdziła Basia, niemal każde Twoje opowiadanie w mniejszym lub w większym stopniu wpisuje się nam w umysły,
nie wiem, ja poprostu czytając Ciebie czuję czystą radość czytania, że mogę, że rozumiem, że to jest interesujące, że dobrze napisane, że mądrze, że momentami zastanawia, niesamowicie wciąga w rozważania bohaterów.
Dzięki za to! :)

Opublikowano

Heh... i co ja mam powiedzieć? Dzięki za wsparcie! Żeby tak jeszcze kiedyś wydać porządną książkę...
Gwoli wyjaśnienia Cafe, Negatyw i jeszcze pare dziwnotworów, jak opowieść hakera skazanego na badania atropologiczne, czy przebudzenie zamrożonego w pustym świecie, złoży się na kolejny zbiór szufladowo-towarzyski :) Premiera wkrótce...
Poprawki wniosę, jak już net mi przybędzie.

Opublikowano

Trzykrotnie zaczynałem stale coś mnie zmuszało do odłożenia lektury. Dopiero wykonanie wydruku pozwoliło mi się rozsmakować w Twojej historii.
Jestem pod wielkim wrażeniem- wspaniała narracja, znakomite dialogi, aura tajemniczości- czyta się zapartym tchem. Nie wiem, czy wszystkie terminy użyte przez Ciebie są słowami znanymi, czy tez neologizmami, ale czarują, zwłaszcza „jednia wszystkiego”. Podoba mi się myszowaty, którego pojawianie się, jest niczym niespodziewany flesz aparatu wścibskiego paparazzi. Po prostu genialne.
A teraz mała łyżeczka dziegciu:
Piszesz o przyspieszającym pociągu, by za chwilę skonstatować, że powoli wydostawał się z obszary miejskiego- wyrzuciłbym „powoli”.
Supernowa- Supernowa
razcapierzone- rozcapierzone
sarknął- nie wiem, ale kojarzy mi się ze „smarknął”; może lepiej zabrzmi np.: odparł z sarkazmem
jakby to co powiedziała- brak przecinka
wżynały się- moim zdaniem wrzynały się (ciekawe, że word tego nie zauważył, więc może ja jestem w błędzie)
Przepraszam za prydługi komentarz, ale tekst również do krótkich nie należy.

Opublikowano

Dzięki serdeczne za ciepłe słowo, bo trochę się obawiałem naiwności tej historii, ale widac nie jest tak źle. Poprawki wniosę, jak wrócę na stałe łącze, czyli wkrótce. Teraz czasu brak...

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...