Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

ROZDZIAŁ I



Karen Berg skierowała niepewny wzrok w stronę Jana.
- moglibyśmy oficjalnie ogłosić, że szukamy ochotników, którzy zechcą poddać się eksperymentom – w tym momencie zdała sobie sprawę, że palnęła głupstwo. Zawzierski spojrzał na nią z wyrzutem.
- Karen, ty chyba nie zapoznałaś się dokładnie z dokumentacją?! Przecież ważną częścią naszych badań jest werbowanie potencjalnych kandydatów. Oni nie mogą o tym wiedzieć; to my ich typujemy. Cały arsenał operacyjny ma nam pomóc ich zwerbować. Sami muszą zapukać do naszych drzwi.
- ee... chodziło mi o takie skonstruowanie oferty, aby ci ludzie nie mieli zielonego pojęcia o co tak naprawdę chodzi. - próbowała bronić swojego stanowiska. Jan nie był jednak skory do dyskusji. Karen stwiedziła więc, że w takiej sytuacji lepiej sobie odpuścić ten śliski temat.
Zawzierski sprawował kontrolę nad całym przedsięwzięciem. Jako główny akceptant i specjalista ds. wdrażania nowych specyfikacji na skalę ogólnoświatową współpracował z wieloma organizacjami rządowymi i pozarządowymi. Wdrażał nowe projekty i akceptował proponowane. Zwiedził cały świat, poznał wiele kultur i nic co ludzkie nie było mu obce.
Po krótkim namyśle zwrócił się do Michaela Dobsona z poleceniem uruchomienia procedur wykonawczych.
- zbierz ludzi, daj im materiały; niech nauczą się swojej nowej tożsamości. Mamy niewiele czasu. Za tydzień zaczynamy. Materiały trzeba zniszczyć bezpośrednio przed akcją.
Dobson słuchał w skupieniu. Zastanawiał się nad konsekwencjami , z jakimi z pewnością będą musieli się borykać po uruchomieniu tej skomplikowanej machiny. Miał już na swoim koncie kilka poważnych spraw, ale tym razem towarzyszyły mu silniejsze emocje, niż zwykle.
- jesteście już wolni. Czekam na wiadomości- Zawzierski pierwszy opuścił biuro. Miał jeszcze kilka spraw do załatwienia.
Michael i Karen wyszli z budynku Rządowego Tajnego Centrum Optymalizacji Zachowań Sukcesogennych. W RTCOZS pracowało wielu wysokiej klasy specjalistów interakcji obosiecznej. Michael Dobson jako agent „pierwszego kontaktu” miał szerokie pole manewru. To on był bezpośrednio odpowiedzialny za właściwy przebieg eksperymentu. Miał też możliwość dobierania sobie odpowiednich ludzi do współpracy. Wysoki, ciemnowłosy dobrze umięśniony mężczyzna wzbudzający zaufanie.

*

Wsiedli do samochodu. Karen cieszyła się na myśl o spotkaniu z Marią. Bardzo lubiła żonę Michaela. Maria była jej całkowitym przeciwieństwem, może dlatego tak świetnie się dogadywały. Drobna blondynka o bardzo spokojnym usposobieniu, delikatna i przyjaźnie nastawiona do świata. Przebywanie w jej towarzystwie było dla Karen niczym balsam łagodzący jej rozdygotane nerwy.
Dojeżdżając do domu Michael dostrzegł kilka osób, które kręciły się w pobliżu głównego wejścia. Poczuł lekki niepokój. Wysoki szpakowaty mężczyzna w szarym garniturze podszedł do samochodu i zapytał:
- pan Michael Dobson? – wyraz twarzy zdradzał dość znaczne poruszenie.
- we własnej osobie – odpowiedział Michael, usiłując zażartować.
- Mężczyzna przeszył go wzrokiem.
- pańska żona miała poważny wypadek – Dobson zadrżał, Karen położyła dłoń na jego ramieniu.
- żyje?
Mówił ledwie słyszalnym szeptem. Bał się spojrzeć w oczy mężczyzny.
- tak, ale jest w ciężkim stanie. Jedźmy do szpitala. Muszę zadać panu kilka pytań.


*

Stanął wściekły w drzwiach laboratorium. Michael Dobson – agent „twardziel” i stary wyjadacz tym razem nie przypominał prawdziwego Dobsona. Ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się. Zawzierski oniemiał. To zachowanie kompletnie nie pasowało do wizerunku jego współpracownika. Przez chwilę rozmyślał, jak zaradzić tej sytuacji. Okazywanie cieplejszych uczuć nie było jego mocną stroną. Szef RTCOZS miał szorstką powierzchowność. Przełamał się jednak, podszedł powoli do Michaela i zapytał:
- to coś poważnego stary ? – Michael nie odpowiadał.
- wal śmiało – zachęcił go.
- Maria miała wypadek Prowadził ten sukinsyn... Mark Wilson – powiedział bezbarwnym głosem Dobson – załatwię gnoja, jak Boga kocham – wycedził.
Jan czuł się niezręcznie. Chciał być pomocny, bardziej otwarty, ale charakter pracy i okoliczności, w których znajdował się często na krawędzi miały znaczący wpływ na jego reakcje. Teraz musiał podjąć ważną decyzję. Chodziło o Michaela. Nie mógł pracować w takim stanie. Dobson chyba czytał w jego myślach. Zwrócił się bowiem w jego kierunku
i powiedział:
- nie mogę brać udziału w akcji, nie teraz. Muszę zająć się chłopcami. Maria szybko z tego nie wyjdzie... Jezu... dlaczego ona? – mówił urywanymi zdaniami usiłując dojść do ładu z samym sobą. Otaczała go pustka, jakaś niewyobrażalna próżnia. Miał poczucie, jakby znalazł się w zupełnie innym świecie złowrogim i pełnym beznadziei.
Szef Centrum podjął błyskawiczną decyzję
–wysyłam cię na urlop, powiedzmy wstępnie na miesiąc. Potem zobaczymy – ze wszystkich sił starał się ukryć wewnętrzne poruszenie. Musiał zastąpić Dobsona. To nie ulegało wątpliwości. Potrzebował pomocy, zaufanej osoby, doświadczonej i biegłej w czynnościach operacyjnych, która przejęłaby część obowiązków Dobsona. Sam miał zbyt wiele obciążeń, aby porywać się samotnie na takie przedsięwzięcie. Oczywiście było jeszcze wielu agentów oddanych sprawie, ale każdy działał na swoim terenie i nie sposób było ich angażować. Szef Centrum OZS szczerze współczuł Michaelowi. Nie pozwalał sobie jednak na chwile słabości, a jeśli już zdarzało się coś takiego – długo to odchorowywał. Całymi dniami obwiniał się, wyrzucał sobie brak samodyscypliny, opanowania i wytaczał jak ciężką artylerię żelazne postanowienie, aby trzymać emocje pod kontrolą. Taka postawa dawała mu złudne poczucie bezpieczeństwa, ale bezlitośnie obdzierała jego duszę z niezliczonej ilości uczuć, pasji i żądz.

*

Iga wpadła jak burza do mieszkania Krystyny. Jej głos słychać było chyba na całym osiedlu.
- a to skubany – powiedziała z przekąsem – założę się, że jest tajniakiem. Ciekawe skąd wiedział, gdzie mieszkasz. Przywiózł mnie dokładnie pod twój dom...- spojrzała przenikliwie na Krystynę. Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi zaczęła krążyć po pokoju.
Krystyna lubiła Igę, ale dzisiejsze wystąpienie zirytowało ją. Wzburzenie Igi ustąpiło teraz zmęczeniu; usiadła więc na krześle, spojrzała podejrzliwie na Krystynę i rzekła:
- nic z tego nie rozumiem, ale ...
Paplała dalej a je monolog zdawał się nie mieć końca. Iga była osobą bardzo doświadczoną przez los. Na wiele sytuacji reagowała inaczej niż normalni ludzie. Większość jej zachowań oscylowało pomiędzy czymś w rodzaju walki a ucieczki.
Krystyna podeszła do okna i zwracając się bardziej do siebie niż do Igi stwierdziła:
- to wszystko wytrąciło mnie z równowagi. Słyszałam głos człowieka, który rozpaczliwie woła o pomoc.
Iga powoli wracała do rzeczywistości, ale Krystyna nie była już w nastroju do dyskusji. Zignorowała słowa przyjaciółki, a ta widząc, że atmosfera robi się nieciekawa wyszła pospiesznie z mieszkania Krystyny trzaskając drzwiami.


*


Zawzierski już od godziny prowadził rozmowę z tajnego aparatu Centrum OZS. Miał tyle spraw na głowie, że chwilowo tracił panowanie nad sobą.
- Tak! Tak! – krzyczał – jeżeli będziemy podążać w tym kierunku, z pewnością nam się nie powiedzie. Co?! Nie obwiniaj innych o swoje niepowodzenia. Obowiązkiem władz jest zrobić wszystko, aby doprowadzić do korzystnych zmian w kraju. To, co działo się w ciągu ostatnich dziesięciu lat w siedemdziesięciu procentach napawa mnie smutkiem.
Zamilkł i słuchał przez chwilę rozmówcy po drugiej stronie aparatu. W pewnym momencie spurpurowiał i wycedził z sarkazmem:
- Jasne! Zostało nam trzydzieści procent - miał ochotę rzucić słuchawką.
Nie wytrzymując napięcia zaczął przechadzać się po pokoju. Uspokoiwszy nieco wzburzenie kontynuował swoje wywody.
- Zasada jest taka: ci bardziej elastyczni są do uratowania. Oni potem pomogą tym słabszym, a ci słabsi jeszcze słabszym. Ktoś o wyjątkowych predyspozycjach może wyłonić się z każdej z tych grup. Przerwał na chwilę.
- Kryptonim „Szósty Zmysł”. Oczywiście. Dobrze. Porozmawiamy o tym jutro. Zresztą uruchomiono już specjalną linię w całym kraju. Do zobaczenia.
Odłożył słuchawkę i ciężko westchnął. Decyzja o założeniu tajnego aparatu w jego kancelarii była konieczna. Kancelaria adwokacka – oficjalne miejsce pracy Zawzierskiego – spełniała rolę przykrywki dla przedsięwzięcia RTCOZS. Miało to jednak szkodliwy wpływ na jego życie osobiste.
- Panie mecenasie, Jerry Holz przywiózł dokumenty – miła sekretarka o wyglądzie spłoszonej łani zaanonsowała przybycie posłańca.
- niech wejdzie – rzucił zza biurka wodząc wzrokiem za wychodzącą Eweliną. „Dobry i ładny nabytek” – pomyślał. „Może nawet zbyt ładny” – ciągnął dalej. „Wiecznie mnie coś rozprasza, nie mogę się skupić” Pokręcił głową z dezaprobatą. W tym momencie wszedł posłaniec i podał Zawzierskiemu dokumenty.
- Dziękuję Holz, na dziś wszystko. Czy na jutro ma pan jakieś wytyczne?
Jerry energicznie przytaknął – tak mecenasie. O godz. 8.30 wyjazd na lotnisko, odebranie Marleny Karlowski konsultantki ds. uwarunkowań percepcyjno-podprogowych. Proszę pamiętać, że jest pan z nią umówiony na lunch o godz. 13.30.
Zawzierski sięgnął do terminarza – jasne, w takim razie do zobaczenia – rzucił na pożegnanie.
Posłaniec zniknął za drzwiami. Po jego wyjściu Zawzierski wreszcie mógł poczuć się swobodnie. Ewelina kończyła już pracę. On również nie zamierzał dłużej tkwić w biurze. Zresztą opuszczenie kancelarii wcale nie oznaczało końca pracy. Musiał jeszcze odbyć krótką konferencję telefoniczną z profesorem Danielem Grinerem, psychologiem klinicznym z Monachium. Griner spełniał rolę tzw. wentyla bezpieczeństwa w całym przedsięwzięciu RTCOZS. Przedstawiał korzyści wynikające z przeprowadzenia eksperymentu, ale ostrzegał również przed wieloma niebezpieczeństwami. Podkreślał rolę odpowiedzialności osób biorących udział w tym zadaniu. Profesor Griner był zaprzysiężonym współpracownikiem RTCOZS. Póki co Zawzierski postanowił się przewietrzyć. Dopił zimną kawę, zabrał aparat fotograficzny i wyszedł z biura. Powiew mroźnego powietrza błyskawicznie go otrzeźwił. Wsiadł szybko do samochodu i odjechał.

*
W wannie leżał stos brudnej bielizny. Wczoraj miał zrobić pranie, ale konferencja przeciągnęła się do trzeciej nad ranem. Nawet do niej nie zadzwonił... trudno. Był wściekły sam na siebie. Zwlókł się z łóżka, otworzył szafkę i oszacował jej zawartość. Ostatnie opakowanie bielizny. „no taak... „ – spojrzał krytycznym okiem - „co my tu mamy... białe majtki w brązowe żaglówki” Nagle dostrzegł w rogu stare szare slipy. Sięgnął po nie zdecydowanym ruchem i z miną łowcy, który zdobył upragnioną zwierzynę pomaszerował do łazienki. „ Nie ma to, jak dobre, sprane gacie” – uśmiechnął się pod nosem. Wziął prysznic, ubrał się i wyszedł.
Wędrował miastem i oglądał sklepowe wystawy. Pomimo Wigilii wielu spóźnionych zakupowiczów krążyło jeszcze po sklepach w poszukiwaniu prezentów. On również zamierzał ofiarować komuś podarunek. Po godzinie paczuszka była gotowa. Sięgnął po telefon komórkowy, wybrał numer i czekał. Po chwili usłyszał cichy kobiecy głos.

Opublikowano

Większość jej zachowań oscylowała = chyba oscylowało lepiej brzmi

Dobry i ładny nabytek” – pomyślał. „Może nawet zbyt ładna"- no jak już, to "ładny" bo nadal myśli o niej jak o nabytku
.....

hmmm, nie za dużo wątków na raz?
pan wybierający majtki jest chyba osią główną opowiadania, ale tak myślę tylko dlatego, że opisywanie taki drobiazgów przy innych postaciach nie nastąpiło.
początkowo czytało się ciężkawo, nie wiem właściwie dlaczego, ale dalej wciąga, postać Zawzierskiego myślę może być interesująca. cóż, czekam na następną część :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...