Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano



Rano Stary poprawił klinem i urżnął się na nowo. Wiedziałem, że nie będzie z niego żadnego pożytku. Gdy ujrzał karty i tę gazetkę, które porzuciliśmy na stole, uśmiechnął się blado.
- Pamiętajcie, chuj musi stać – pokazał zgiętą w łokciu rękę.
Pokiwaliśmy głowami i poszliśmy na śniadanie. Nawet cieszyłem się, że Stary zostanie w hotelu, bo mieliśmy cały dzień dla siebie. Mogłem planować do woli i robić, co tylko zechcę. Najpierw pojechaliśmy ze Ślepym do domów towarowych „Wars” i „Sawa” przy Marszałkowskiej. Takiego giganta handlowego jeszcze nie widzieliśmy na oczy. Nasze supersamy-blaszaki wyglądały przy nich, jak dziecięce zabawki. Łaziliśmy od stoiska do stoiska z rozpalonymi policzkami, a ja międliłem w kieszeni pomięte banknoty. Ślepemu kupiłem sweter, parę pamiątek dla jego mamy i siostry, a sobie kilka kaset do magnetofonu, choć wykonawców bliżej nie znałem. Na koniec wziąłem kryształową szkatułkę dla Mamy, bezczelnie patrząc w oczy kasjerce, najwyraźniej zdziwionej, skąd u mnie tyle kasy. Czułem się, niby syn jakiegoś księcia albo właściciela fabryki.
- Do jutra – zaśmiałem się do niej – Muszę jeszcze kupić adapter i kilka płyt, ale nie chce mi się tego nosić.
Odprowadziła nas tępym wzrokiem, więc dodatkowo pomachałem jej ręką. Nie kłamałem. Upatrzyłem sobie adapter Artur2 z małymi kolumienkami i musiałby przejść kataklizm, żeby nie trafił pod mój dach. Trzeba było jedynie zdobyć jeszcze trochę Szopenów.
Włóczyliśmy się pół dnia po mieście, dogadzając sobie ile wlezie. Po sutym obiedzie wstąpiliśmy do kina na premierę drugiej części „Poszukiwaczy zaginionej arki” pt. „Indiana Jones”. Wyszliśmy całkowicie zachwyceni. Znów był powód do pochwalenia się przed chłopakami, którzy na pewno teraz siedzieli markotnie na murku albo naparzali się śnieżkami. Później kazałem taksówkarzowi wieść nas na najlepszy kryty basen w mieście. Pluskaliśmy się aż do zamknięcia, gdy okazało się, że nie pomyśleliśmy o ręcznikach. Otarliśmy się trochę ciuchami, ale i tak musieliśmy ubrać je na mokre ciało. W hotelu miałem na włosach i plecach kawałki lodu. Ale nic się nie stało. Żaden z nas nawet nie złapał kataru.
Starego nie było w pokoju, była za to chuda, jak szczapa sprzątaczka w śmiesznym fartuchu. Kiedy nas ujrzała, pokręciła szybko głową.
- Zboczeniec. I to przy dzieciach.
- My nie takie dzieci - parsknąłem – Pani się nie przejmuje.
- Powiem kierownikowi – mruknęła i wyszła prędko.
Na stoliku pod oknem, obok pustej butelki po winie, leżało kilka kart z rozkroczonymi panienkami, które Stary zapomniał schować.
Wykąpaliśmy się w bardzo gorącej wodzie i wskoczyliśmy pod pościel.
- Pijemy coś? - spytałem.
- Ja nie chcę – odparł Ślepy – Niby fajnie, ale rano do bani.
- Dobra...
Leżeliśmy pod kołdrą na złączonych łóżkach, stykając się głowami. Ślepy zgarnął ze stolika karty i zaczął je oglądać od nowa. Też mnie korciło, ale nie miałem śmiałości. Teraz bez wahania sięgnąłem po gazetkę.
- Ty wiesz, jak to się robi? – szepnął po chwili.
- Co?
- No wiesz.
- Nie wiem.
Czuliśmy się zakłopotani, ale te zdjęcia działały tak dziwnie. W tych pięknie wyuzdanych, otwartych kobietach było coś nieskończenie pociągającego. Mnie szczególnie przypadły do gustu pośladki jednej z nich. Mogłem na nie patrzeć bez końca. Kątem oka zerknąłem na Ślepego. Jemu najwyraźniej pasowała leżąca na wielkiej poduszce mulatka o migdałowych oczach i z małym biustem.
- A sam ze sobą próbowałeś?
- Nie.
- To może spróbujemy?
- Dobra...
Kiedy rano otworzyłem oczy, Stary siedział zgarbiony na łóżku i oglądał ponury pejzaż za oknem. Na stoliku stała otwarta butelka wina. Pewnie znów zaczął oszczędzać albo górę wzięło przyzwyczajenie. Kiedy odbębniliśmy toaletę, w pełnym rynsztunku usiedliśmy na jednym z łóżek i czekaliśmy na to, co zrobi Stary. Niecierpliwie oczekiwaliśmy kolejnych atrakcji, on tymczasem usadowił się na sąsiednim wyrze i wysypał na pościel zwitki poniszczonych banknotów. W portfelu, zamiast kasy nosił dokumenty, mnóstwo dziwnych kartek z notatkami i zdjęcia z czasów, kiedy był harcmistrzem, jeździł na Junaku i strzelał z armat. Musiał je mieć pod ręką, gdyby trzeba było się komuś pochwalić. Zanim zabrał się do liczenia, polał sobie pełną szklankę jabcoka i wychylił do dna, jakby to była sodowa z saturatora. W sumie, to się cieszyłem, bo wino zwilżyło mu wargi, zabierając ze sobą odpychający, biały osad.
Później liczył i liczył, a my zajmowaliśmy się głównie czekaniem. Niestety, liczenie mu nie szło. Próbował kilka razy, ciągle się myląc.
- Dajże, tata...
Zgarnąłem obiema dłońmi banknoty i wysypałem je na podłogę. Liczyłem na głos, przekładając je na osobną kupkę, ale Starego jakoś to nie interesowało. Wstał i nalał sobie znowu, ja tymczasem wpakowałem trochę kasy do kieszeni i z najbardziej niewinną z moich moich, sumowałem dalej. Blady jak ściana hotelowego pokoju Ślepy, przyglądał mi się z przerażeniem. Puściłem mu oko, żeby przestał, jednak było to ponad jego siły. Stary usiadł i zajął się winem, więc spokojnie liczyłem dwa lub trzy banknoty, a następny pomijałem, wsuwając go sobie pod tyłek. Jak już było po wszystkim oddałem mu kasę, za co lekko pogłaskał mnie po głowie. Wzdrygnąłem się, jak za dawnych lat, gdy moczył w kwaśnej, śmierdzącej ślinie wyliniałą chusteczkę i próbował zmywać brud podwórka z mojej twarzy.
Na odprawie okazało się, że to nasz ostatni dzień w Warszawie i trzeba będzie zawęzić program do wizyty w Muzeum Wojska Polskiego, Zoo i Łazienkach. Przy muzealnych działach dostaliśmy wykład na temat ich obsługi oraz prowadzenia ostrzału oddalonych obiektów. Stary opowiadał prawie ze łzami w oczach.
- Proszę ja was, nie ma tu Katiuszy, które siały postrach pośród Niemców, ale jest czołg T-34, na którym nasze wojska zajechały aż do Berlina. Katiusze, panowie, nie miały wyjątkowej, strategicznej wartości bojowej, jednak pełniły rolę bardzo groźnej broni psychologicznej. Nocą wystrzeliwane seryjnie pociski powodowały lawinę błysków, a do tego wydawały upiorne dźwięki – ni to piski, ni to jęki, po których ciarki biegały Szkopom po plecach. Przed wiekami armia polska też dysponowała czymś takim. Husaria w galopie szeleściła specjalnymi piórami, krusząc ducha walki w szeregach wroga. Mogła pokonać kilkakrotnie silniejszego przeciwnika.
Ślepy ziewnął ukradkiem, ja za to słuchałem z rumieńcami na policzkach. O wojnie mogłem bez końca. T-34 widziałem zresztą na „Czterech pancernych”, o Katiuszach czytałem w którymś z „Tygrysów” podczas ostatniego przeziębienia, a husarów miałem nawet kilku w mojej kolekcji żołnierzyków. W Łazienkach Starego wzięło na opowieści o Janie III Sobieskim, ostatnim z wielkich królów polskich, potem zaschło mu w gardle i myślał tylko o tym, gdzie jest najbliższa knajpa lub sklep ze stoiskiem monopolowym. Było już po 13.00, więc alkohol był dostępny.
- Jaca, w którym roku była Odsiecz Wiedeńska? – zapytał jeszcze.
- Oj, tata...
- Na pewno nie wiesz.
- Wiem.
- To powiedz!
- Kurde, tata, masz mnie za debila?
- Jak wiesz, to powiedz i już.
- 1683.
- No.
Kiedyś mnie to bawiło, ale z wiekiem odczuwałem coraz większą niechęć do zabaw intelektualnych ze Starym, bo zaczynał się powtarzać, jak gdyby cofał się w rozwoju. Przez to jego cholerne celebrowanie wiedzy, miałem ciągle kłopoty. Nikogo z mojej dzielnicy nie interesowała wiedza ani mądrość. Inteligencja byłą rozumiana raczej jako spryt, umiejętność radzenia sobie w różnych sytuacjach i tak też zaczynałem ją pojmować. A przez Starego, swego czasu byłem uznawany za nadętego zarozumialca i długo nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dla niego wiedza była rzeczą śmiertelnie poważną, więc mimowolnie udzieliło mi się takie traktowanie sprawy. Potrafił obudzić mnie w środku nocy, by zapytać ile to jest 7 x 8, które miasto jest stolicą Nepalu i kiedy odbyła się bitwa pod Płowcami. Ciągle też odpytywał moich kumpli, radując się ich zmieszanymi minami i swoją gracją biskupa, podczas instruowania ich co i jak. Z początku lubiłem te rozumowe zabawy ze Starym, ale poza domem i szkołą, okazały się całkowicie bezużyteczne. Odczułem to dość boleśnie podczas pewnej kłótni z Adim. Mówił, że coś spadło „na ziem” i wszyscy przyjęli to bez mrugnięcia okiem, oprócz nieodrodnego synka swego ojca, czyli mnie.
- Mówi się: „na ziemię”.
Chłopcy wybuchnęli śmiechem, Adi nie.
- I co z tego? Na ziem też może być.
- Nie może, bo to nie po polsku.
- Spadaj, Uszal. Na ziem, na ziem, na ziem!!!
Skandował, żeby mi zrobić na złość, ale obstawałem przy swoim. W końcu nie wytrzymałem i walnąłem go znienacka w nos. To, co potem nastąpiło, wprawiło nas wszystkich w szok. Kiedy Adi odsunął dłonie od twarzy, zobaczyliśmy krwawe strumyki ściekające mu z nozdrzy i ust. Nawet oczy miał nabrzmiałe krwią, jakby zaraz miały eksplodować. Nagle zaczął wyć. Krzyczał tak, że w niektórych oknach pojawiły się głowy ciekawskich sąsiadów. Może od tego wycia, może z powodu widoku masy krwi, a na pewno ze strachu – dałem drapaka w bramę i tyle mnie widzieli. Później, kiedy wrócił ze szpitala, oberwało mi się od jego siostry, której Adi ochoczo pomagał nogą. Pogodziliśmy się i nigdy więcej nie podniosłem na niego ręki.
Dla odmiany w Zoo to ja się nudziłem, a Ślepy biegał od klatki do klatki z wyczytywał wszystkie opisy dotyczące pochodzenia i zwyczajów poszczególnych zwierząt. Stary z nami nie chodził. Usiadł na ławce obok hipopotama i sączył z piersiówki którąś z odmian swojego eliksiru. Po drodze na Centralny wstąpiliśmy jeszcze do Domów Towarowych „Centrum”, gdzie naciągnąłem Starego na adapter. Wtedy też zobaczyłem, że wszyscy biegną w stronę stoiska fonograficznego. Złapałem za ramię jakiegoś kolesia i dowiedziałem się, że rzucili do sprzedaży debiutancką płytę Papa Dance. Parę razy przed seansem w kinie puszczali ich teledysk pt. „Kamikadze”, a w radiu słyszałem „Czy Ty lubisz to, co ja”. Fajnie grali, tak śmiesznie. Elektronicznie, ale inaczej niż Kombi. Stanąłem w długiej kolejce i udało mi się dostać przedostatni egzemplarz. Stary golił ostro, więc usadowiłem go na ławce przed Pałacem Kultury i wróciłem na stoisko z płytami. Wpadłem w szał zakupów. Dobrałem sobie płyty długogrające Lady Pank, Oddział Zamkniętego i Manaamu, składankę polskiego rocka oraz singiel Dżemu z „Wokół sami lunatycy” i Dzień, w którym pękło niebo”.
Idąc w kierunku dworca, zrobiliśmy sobie jeszcze jeden przystanek, bo Stary miał już nieźle w czubie. Bałem się, że wytnie mi numer i zaśnie, jak rok temu we Wrocławiu. Wtedy na szczęście miałem bilet i mogłem wrócić do Bielska sam, teraz byłem przy forsie, ale bałem się, że nie udźwigniemy ze Ślepym tych wszystkich toreb z zakupami. Stary gapił się nieruchomo przed siebie, jednak nie zamykał oczu. Odetchnąłem. Miałem jeszcze coś do zrobienia. Pewnym krokiem podszedłem do jednej z budek handlujących towarem z importu. Ach, te kolorowe pudełka. Często stałem przed oknem wystawowym Pewexu i podziwiałem. Gościu z budki spojrzał na mnie kpiąco, więc z butną miną zażądałem Dunhili, Chesterfieldów, Cameli, Lordów i kilku tabliczek czekolady.
- Dzieciom papierosów nie sprzedajemy – oświadczył rozbawiony.
- Co pan? To dla taty.
Odwróciłem się i pomachałem Staremu ręką. Też mi machnął. Załatwiłem sprzedawcę na cacy, więcej nie marudził, tylko dał wszystko, co chciałem.
Wracaliśmy kuszetką w pośpiesznym „Beskidy”, który miał dotrzeć do Bielska wczesnym rankiem. Stary od razu uwalił się na najniższe łóżko i zaczął potężnie chrapać. Ślepy zajął najwyższą półkę, więc mi została środkowa.
- Palimy? – zapytałem z triumfującym uśmiechem.
- Pewnie – cmoknął zachwycony - Camela bym spróbował. Mój wujek mówi, że robią je z suszonego wielbłądziego gówna.
- Z gówna!? – krzyknąłem – Fuj!
- Nie znasz się. Dawaj.
Uchyliliśmy okno. Do przedziału wpadło chłodne powietrze i szum. Na podłodze dostrzegłem jeszcze jednego Szopena. Zeskoczyłem prędko i schowałem zdobycz do kieszeni.
- Ej, chłopie – zgorszony Ślepy pokręcił głową – Sumienie cię nie gryzie?
- Jak mi zajebał szylingi od wujka, to go gryzło? – odparowałem – Należy mu się.
- No chyba, że tak...
Zapaliliśmy po Camelu. Ślepy palił śmiesznie, całkiem jak Stary. Trzymał peta między kciukiem a wskazującym i wcale się nie zaciągał.
- Ekstra – stwierdził fachowo.
- Przy naszych wykruchach to wszystkie są ekstra – odparłem, wspominając Sporty, Popularne i Giewonty.
Ostatnio trochę się polepszyło pod tym względem, bo pojawiły się DS-y, Jadrany, Caro i Mocne, a nawet takie śmieszne, miętowe Zefiry, jednak faje z importu musiały być najlepsze. I rzeczywiście, Camele były super.
- Daj jeszcze jakiegoś koniaku spróbować – mruknął Ślepy.
Zeskoczyłem na podłogę i dopadłem torby, którą Stary wsunął pod łóżko. Wyjąłem najładniej wyglądającą, pękatą flaszkę i podałem mu. Wziął niewielki łyk, pomiędlił trochę w ustach i nagle splunął z obrzydzeniem prosto na szybę.
- Jaki syf! On tam chyba Błysku nalał!
Za gardło ścisnął mnie tępy żal, wstyd i smutek. Kiedyś broniłem Starego, jednak już nie miałem siły. Wszyscy wiedzieli, że pije „fikołki”, czyli Acnosan, Błysk, Denaturat i spirytus szpitalny. Chwilowo tego nie robił, bo miał kasę, lecz byłem pewien, że lada dzień znów będzie wionął „dyktą”. Nienawidziłem go, gdy nawalony czymś takim zaczepiał mnie z kumplami na ulicy. Na całe życie zapamiętałem śmiech całej dzielnicy, kiedy próbowałem go bronić. Parę lat wcześniej tłumaczył mi, że denaturat służy mu do robienia eksperymentów chemicznych. Rozlał trochę na kamionkę w kuchni i podpalił. Fioletowo-pomarańczowy płomień sprawił, że uwierzyłem, no i potem byłem skłonny rzucać się na chłopaków z pięściami.
- Uszal, tyżeś jest głupi – Adi puknął się w czoło – On to chleje!
- Eksperymenty robi! – nie ustępowałem – Sam widziałem!
- Chleje – dodał Rufek.
- Eksperymenty robi, mówię!
- Chleje!
Obraziłem się na nich i pobiegłem do domu. Teraz śmiałem się razem ze Ślepym, także z własnej głupoty. Spróbowałem tego nibykoniaku. Był faktycznie ohydny i w niczym nie przypominał żadnego znanego mi alkoholu. Raczej bliższe to było jakimś chemikaliom.
- Możliwe – mruknąłem i odłożyłem flaszkę do teczki.
Nie było więcej o czym gadać. Ułożyliśmy się na półkach. Wkrótce Ślepy także zaczął chrapać, a ja rozmyślałem o Starym. Jak mu to przechodziło przez gardło? Znałem smród denaturatu, bo używali go na podpałkę sprzedawcy waty cukrowej. Błysk to był płyn do okien. Pachniał lepiej, ale też nie nadawał się do picia. O spirytusie szpitalnym nie wiedziałem nic. Zasnąłem brzydko skrzywiony.

Opublikowano

połknęłam zachłannie:-))) Twoja powieść jest osadzona w czasach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Skąd ja to znam... Zefirki, caro i takie te. Niesamowita powieść! Toż to jest dokument historyczny Jacku. Mam nadzieję, że otrzymam egzemplarz powieści wraz z dedykacją ;)
Sama też próbuję stworzyć coś w rodzaju autobiografii, ale gdzie mi tam do Ciebie.
Pozdrawiam :-))

Opublikowano

Wracam ponownie. Bardzo przejrzyście i w sposób przystępny przedstawiasz ówczesną polską rzeczywistość. Nagle poczułam się tak, jakbym odbyła podróż w czasie. Zintegrowałam się z bohaterami powieści, powiem więcej - ja się z nimi prawie utożsamiłam, no...wyłączając płeć oczywiście :-)) Pozdrawiam raz jeszcze głównego bohatera i jego przyjaciół :-)))
Tak właśnie chciałabym pisać.

Opublikowano

Dzięki wielkie. Jednak do powieści jeszcze daleko. Teraz zapisuję graficznie, potem będę stylizował. Nie chcę "Gnoju", "Kesa", "Z szynką raz" ani "Chlopaka rzeźnika". Ale czy umiem... się okaże.
Pisz Basiu swoją opowieść, nigdy nie wiadomo co się urodzi, byle się dystans zachował...

Opublikowano

z najbardziej niewinną z moich moi = chyba chodziło o minę?
..........

może zbyt rozkojarzona czytałam, ale... jakoś tak, w porządku się czytało, wszystko ok, ale brak mi czegoś w tym tekście, tzn z tym fragmencie, mam nadzieję, że jest on ostatni tylko w serii świątecznej i ciąg dalszy zielonych jabłek nastąpi :)

  • 2 tygodnie później...
  • 3 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...