Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano



Na szczęście mój pobyt na kolonii trwał tylko dwa tygodnie. Jechało mi się nad morze bardzo ciężko. Podsłuchałem przypadkiem rozmowę mamy z Babi, że przynajmniej na 2 tygodnie kłopot z głowy. Nigdy nie myślałem o sobie jako o kłopocie. Przecież to ja, Jacuś, ukochany jedynak, za którym wszyscy przepadają od kołyski. Aż tu bęc. Przez całe 17 godzin jazdy zatłoczonym pociągiem obrażałem się na mamę za potraktowanie mnie w ten sposób. Już raz mi podpadła rok temu, kiedy wysłała mnie do sanatorium w Rabce i prawie wcale nie przyjeżdżała w odwiedziny. Te nędzne dwa razy to było dla mnie stanowczo za mało. Pokłóciłem się z pielęgniarką o bolesne kłucie w dupę, z kucharką o wstrętną zupę owocową na ciepło i jakąś doktorką o to, że basen do leczniczych kąpieli jest za płytki i nie nadaje się do pływania. Już po tygodniu miałem gotowy plan ucieczki, ale postanowiłem dać mamie ostatnią szansę. Wysłałem do niej kartkę, że już mam kumpla, z którym zwiejemy i stanie się to lada dzień, jeśli natychmiast nie przyjedzie i mnie stamtąd nie zabierze. Owszem, przyjechała, ale nie po to, żeby mnie zabrać. Udobruchała mnie kieszonkowym i super książkami oraz komiksami, których przytachała kilkanaście. Umówiliśmy się, że ten tydzień jeszcze wytrzymam, a jak będę grzeczny, to w domu będzie czekał na mnie magnetofon. Wobec takiej perswazji ustąpiłem od razu. Tak bardzo chciałem mieć sprzęt do słuchania muzyki, że wytrzymałbym gorsze tortury, niż kłucie w dupę, zupa owocowa i płytki basen.
Ale z tym kłopotem to przesadziła. Przez bite 17 godzin nie zamieniłem z nikim jednego słowa, choć sporo fajnych chłopaków jechało na kolonię, ciesząc się, że pogoda dobra, woda ciepła i święty spokój od rodziców. Kiedy zajechaliśmy na miejsce i zobaczyłem pierwszy raz w życiu morze, moje nerwy na mamę, zmieniły się w coś w rodzaju wdzięczności. Rozpakowaliśmy się prędko i wychowawca zarządził wizytę na plaży. Rany, to był widok! Szliśmy boso przez las po piaszczystej ścieżce i nagle, spomiędzy drzew, wyłonił się nieskończony błękit wody. Nigdy niczego takiego nie widziałem – to znaczy widziałem jako brzdąc, ale ni w ząb nie pamiętałem. Pierwszy rzuciłem się biegiem w dół skarpy i dopadłem przybijających do brzegu fal. Były ciepłe i słone. Walnąłem się w ubraniu na mokry piasek i machając ramionami nakreśliłem figurę orła z rozpostartymi skrzydłami. Cała banda wparowała do wody, pluskając się i rycząc ze śmiechu. Przypomniały mi się zdjęcia, które Stary zrobił lata temu, podczas rodzinnego wypadu do Jastrzębiej Góry. Ciągle na nich płaczę ze strachu przed ogromem morza, a on uparcie wysyła mnie w pontonie na spotkanie fal. Strasznie to dziwne, że bałem się wody. Teraz zdało mi się to zwykłą fanaberią mojego charakteru, oporem wobec narzuconego. Przecież parę lat później pojechaliśmy nad Sołę do Kęt i Stary wrzucił mnie prosto w prąd rzeki. W pierwszej chwili pomyślałem, że oszalał i chce mnie utopić u progu życia, ale prąd mnie porwał i musiałem ostro pracować kończynami. Nagle okazało się, że bez problemu utrzymuję się na powierzchni i odpowiednie balansowanie ciałem wystarcza, by nie utonąć. Regularną żabką dopłynąłem do filarów mostu. Uśmiechnięty Stary czekał w miejscu, gdzie bystry nurt rzeki przechodził w leniwe rozlewisko.
- Umiesz pływać, synku! – stwierdził tylko i poszliśmy do pobliskiego baru „Kaskada” na piwo i oranżadę.
Rzecz jasna, Stary pił piwo, mnie została oranżada i korek jajeczny jako obowiązkowa przekąska. Po piątym zjedzonym przeze mnie korku Stary już trochę bełkotał, ale ignorowałem go. Zauważyłem przy okazji, że bywam jego nieodrodnym synem, jeżeli w czymś się sprawdzam. Dobre wyniki w szkole, umiejętność posługiwania się podstawowym angielskim, znajomość trudnych słów, wyniki w sporcie przynosiły mi same pochwały. Dla niego liczyła się wyłącznie rywalizacja i zwyciężanie. Dlatego nie cierpiał moich kumpli. Widział w nich szarą, bezimienną masę chłopsko-robotniczą, nie zdolną do niczego poza żarciem, sraniem i spaniem.
- Masz za kumpli samych debili – wściekał się kiedyś, doprowadzając mnie do szału.
Nigdy nie myślałem o nich w ten sposób. Fakt, prawie każdy lądował w Hilfie (szkole specjalnej), ale mnie to nie przeszkadzało. Nasze wyniki w szkole nie miały nic do rzeczy podczas życia na ulicy, w którym liczył się charakter, honor, poczucie humoru, czy siła fizyczna. Nie potrzebowałem ich inteligencji, tylko towarzystwa. Tomek świetnie grał w piłkę, Adi i Tyki chętnie przystawali na moje zwariowane pomysły i spędzali ze mną czas, a z Kolombem często chodziłem do kina.
- Nie możesz sobie poszukać normalnych kolegów? – dodała mama – Takich, od których możesz się czegoś nauczyć?
Poczułem, że dwoje dorosłych na jednego dzieciaka, to stanowczo za dużo i wkurzyłem się nie na żarty. O ile wiecznie nie mogli się pogodzić ze sobą, to, kiedy chodziło o mnie, zwierali szyki, stawiając mnie na przegranej pozycji. Miałem sposoby na jedno lub drugie, lecz gdy działali razem, byłem bez szans.
Teraz, nad morzem, poczułem niesamowitą dumę, że umiem pokonać nadciągające fale i mogę płynąć bez końca. Minąłem czerwoną boję i spróbowałem kraula. Nigdy nie wychodził mi zbyt płynnie, ale prułem wodę, niczym jakiś statek. Prułbym ją tak bez końca, gdyby czyjaś włochata łapa nie złapała mnie za kark i brutalnie nie zaciągnęła na brzeg. Zachłyśnięty słoną wodą, ujrzałem przekrwione oczy wychowawcy, który coś wrzeszczał, że wypływać za boję nie wolno, bo to pewna śmierć. Wytarmosił mnie po piasku i zostawił w spokoju. W sumie byłem mu wdzięczny, że odpuścił ciąganie za uszy. Polubiłem go za to. On też mnie zapamiętał i przez cały czas byliśmy dla siebie mili. Tak jak mój Stary, cenił sprawność, a ja byłem zawsze pierwszy do porannych ćwiczeń na ścieżce zdrowia, wycieczek na plażę i zawodów sportowych. Był to jeden z niewielu przypadków, kiedy miałem dobre stosunki z pedagogiem płci męskiej. Takie same miałem jeszcze tylko z księdzem od katechezy i czasami ze swoim Starym. Z resztą darliśmy koty, bo nie chciałem dać się im podporządkować lub zwyczajnie ich nie lubiłem. Z kobietami było o niebo lepiej, bo mój zestaw niewinnych min, uśmiechów i mądrych słów działał na nie rozbrajająco.
W sumie byłem z tej kolonii bardzo zadowolony. Znalazłem chwilowych kolegów i świetnie się bawiłem. Mama dodatkowo podkreślała zbawienne działanie jodu, którego nie wiedzieć czemu potrzebowałem i cieszyła się z dyplomów za slalom z piłką, bieg przełajowy oraz rzucanie do kosza. Ale i tak najbardziej liczyło się dla mnie to, że mogłem wrócić do kumpli z ulicy.

Opublikowano

Dobrze się czytało i szkoda, że takie krótkie. Kęty, moje rodzinne strony, od razu mi się przypomniało jak jako dzeciak kąpałam się w Sole:)
Tylko jedno... "wytrzymałbym gorsze tortury, niż kłucie w dupę, zupa owocowa" chyba zupę.

Pozdrawiam,
Marion

Opublikowano

Witam! Sądzę, ze ten uciekający wątek to "odcinkowość" tego, co wklejasz tutaj… bo jest to jednak pewna ciągłość i sztuczne ucięcie (ze względu na długość tekstu) daje takie wrażenie.
Czytam również jednym tchem – opowieść bardzo dynamiczna, pomimo niewielu dialogów. Podobają mi się te „wycieczki w bok”, odbicia od głównego wątku (w tym fragmencie kolonia) – nie przeciągasz ich w nieskończoność, a obrysowują one grubą kreską portret bohatera i jego środowisko. Pozdrawiam Arena

Opublikowano

raczej nie Areno, mi chodzi o zgubienie wątku w takim sensie, że jest bardzo duża nagonka na tę złość, kiedy to mały słyszy, że jest kłopotem. Ten wątek jest wypiętrzony, a potem ginie (tonie :)). Albo zbyt silne jest jego wprowadzenie (ukazanie emocji chłopca, jego zagniewanie w pociągu), albo za szybkie zakończenie tematu (brak pociągnięcia go, ucięcie nagłe i pozostawione samemu sobie). Autor daje początkowo odczuć czytelnikowi, że ta obraza będzie czymś ważnym, pewnym pionem rozdziału, tymczasem wątek umiera na zawał chyba, bo w zakończeniu o nim ani słowa.
Pewnie, że samo dzielenie na części może powodować takie niedokończenia, no ale chyba powinno się epizod rozpoczęty dokończyć w serwowanej cząstce?
Także osobiście czuję zachwianie w kompozycji tego fragmentu.

a owe dygresje, masz rację, świetnie wcięte, wyważone, kreślą bohatera, aż miło :)

Opublikowano

Zaszło małe nieporozumienie :)

Wątek kłopotu jest marginalny i potraktowany jako dowcip. Może zbyt dużo go...
W końcu po to rodzice wysyłają dzieci na kolonie,
żeby od nich odpocząć.
Urażony dzieciak zapomina o tym natychmiast,gdy widzi morze
i świetnie się bawi. Ot i wszystko...

Zupa owocowa jako tortura. W mianowniku też jest moim zdaniem dobrze.

Co lepiej brzmi?

Gorsze tortury niż zupa owocowa.

Gorsze tortury niż zupę owocową.

Opublikowano

oj się cytowaną zupą dałam zasugerować.....łue pewnie że zupa, przepraszam za mieszanie

mówisz, że kłopot marginalny i dziecko szybko o nim zapomniało widząc morze? wytłumaczenie ładne, hmmm, może kupię, pomyślę

Opublikowano

I tu właśnie jest problem zbyt małych fragmentów.
Obiecuję w miarę szybką poprawę.
Nie wiem,jak to powiedzieć, ale to dzieciak inny niż większość. Ten kłopot go nie uraził
- chciałem przez to dać tylko sygnał o jego egoiźmie (nie cierpieniu, czy czymś takim - to powieść o innych sprawach) i poczuciu wyższości, co się wkrótce zmieni w demoralizację, na skutek rozkładu rodziny i tego, że wychowuje się właściwie na ulicy.
Będę wrzucał większe partie, może to coś pomoże.... Miłej nocki, Nata.

Opublikowano

No dla mnie - wreszcie ciąg dalszy :)

Jak zwykle smakowicie mi się tę Twoją nostalgiczną wyprawę w czasie czytało..
A fragment o kłuciu - w kontekście całości jest właściwie dobrany; źle może brzmieć, gdy ktoś czyta część trzecią jako samodzielny utwór :)

Pozdrawiam bardzo.
Wuren

Opublikowano

Oj, Leszek. To poczekasz. Podstawiony dopiero pojechal do drukarni... Pod koniec tygodnia będzie wysyłka :) Ale dzięki za umocnienie w niedoli (wszystkim dzięki), bo pisanie o gówniarzach to jednak okropna męka.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
    • Oklej Eli lej, Elko   Oklej, umilaj, ukop. A pokój Ali mój, Elko!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...