Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Motto:
Łatwiej było nam myśleć, gdy nie mieliśmy słowników.
Łatwiej było nam wiedzieć, gdy nie mieliśmy encyklopedii.


Spróchniałe deski ścian magazynu wydzielały delikatną woń bezpestkowej, sprowadzonej ze słonecznej Hiszpanii, odmiany pomarańczy. Edi Klop tkwił oparty plecami o drzwi, a na palcu wskazującym prawej ręki zawiesił sobie pęk kluczy na metalowym kółku. Wpatrywał się w rozhuśtane zwieńczenie pochylonej, młodziutkiej sprzątaczki, która przed chwilą rozpoczęła nocną zmianę. Zapadał zmierzch. Wszyscy już dawno rozeszli się do domów.
Stał tak chwilę, oczekując na wzmożenie się siły bodźca. Miał nadzieję, że osiągnie on choć próg podniety, lecz nie – zbyt doświadczony był z Ediego Klopa obserwator, by taka błahostka jak zwieńczenie Kasi mogła pobudzić go do reakcji.
A jednak – tego wieczora chciał się zabawić. Lubieżnie oblizał spragnione wargi i zadrgał strunami głosowymi. Aerofon z podwójnym stroikiem wyrzucił powietrze wydechowe do jamy ustnej.
- Moja ty motyliczko! – Skrzekliwy głos Ediego Klopa zabrzmiał koszmarnie, niesiony echem w prawie pustym magazynie.
Kasia oparła mopa o stojący obok wózek widłowy, odwróciła się i popatrzyła na Ediego Klopa. Edi Klop doskonale wiedział, że jest bardzo nieśmiała i całkowicie nieskuteczna w dostosowywaniu się do nowych zadań i sytuacji. Właśnie dlatego ją przecież zatrudnił.
- Mój ty nieśmiertelniku! Mój ty morski aniele! - Gdy usłyszała te namiętne, męskie westchnienia, zasłoniła drobniutką dłonią usteczka, zarumieniła się i delikatnie zamrugała.
Ediemu Klopowi przyszło do głowy, że właśnie nadarza się niepowtarzalna okazja do przećwiczenia wymyślonego niedawno wabika na samice, w którym to notabene nie wykorzystywałby ani jednej z pierwszo, drugo, a nawet trzeciorzędowych (!) cech płciowych.
- Zbliż się, gwiazdnico!
Delikatnym, niepewnym kroczkiem, Kasia ruszyła a w kierunku Ediego Klopa, zostawiając malutkie ślady na wymytej przed chwilą podłodze. Dobrodusznym uśmiechem i nieprzerwanym mruganiem zdawała się wyrażać swoje dziecięce zdumienie mężczyzną, który, oparłszy swe prężne ciało o drzwi, tak natarczywie eksponował szatę godową. W odległości od Ediego Klopa, równej mniej więcej długości kija od mopa, Kasia przystanęła. Wzrok wbiła w posadzkę.
- Nie bój się, księżycorogu.
Kasia zrobiła jeszcze trzy kroki.
- Bliżej, słonino!
Edi Klop już wiedział, że ją miał. Przestała reagować na „słoninę”, myślał, gdyż słyszy to, co chce słyszeć – tak jak w wypadku „motyliczki”, „nieśmiertelnika”, „morskiego anioła”, „gwiazdnicy” i „księżycoroga”.
(Jako ten, który powyższą opowieść snuje, czuję się zobowiązany dokonać pewnej, być może nazbyt rzucającej się w oczy i odrobinę niedelikatnej, konkretyzacji. Aby Szanowny Czytelnik mógł połapać się w zawiłym rozumowaniu Ediego Klopa, wiedzieć powinien, co następuje: „motyliczka” – przywra pasożytująca w przewodach żółciowych wątroby ssaków roślinożernych; „nieśmiertelnik” – suchokwiat, roślina zielna o długo nie więdnących pędach i zasychających kwiatach, głównie na wiązanki, np. ukwap, kocanka; „anioł morski” – gatunek rekina do 1,5 m długości, grzbietobrzusznie spłaszczony; „gwiazdnica” – zrostnica, nitkowaty glon; „księżycoróg” – południowoeuropejski chrząszcz, pokrojem i biologią podobny do krowieńczaka.)
Kasia, jak mała dziewczynka, którą nieznajomy kusi lizakiem, walczyła sama ze sobą. W końcu uległa pokusie i podeszła tak blisko Ediego Klopa, że, wyciągając przed siebie rękę, mógł ścisnąć jej szyję. Edi Klop powoli przysuwał się do niewinnego, roztrzęsionego ciałka Sprzątareczki (jak ją w myślach nazwał). Pochylił się i ujął ją za dłoń, po czym gwałtownie pociągnął ku sobie. Drugą ręką, w której trzymał pęk kluczy, pstryknął wyłącznik światła. Gęsty, lepki mrok przywarł do ścian magazynu.
Jeśli jakiś zabłąkany przechodzień, zaplątawszy się w trzewiach śpiącego miasta, pomyliłby drogę do domu i skręcił w ulicę Zmorskiego, w końcu, po kilkunastu minutach szybkiego marszu, przystanąłby, zwracając uwagę na obce, brudne, przemysłowe otoczenie drewnianych magazynów. Uzmysłowiłby sobie swoją omyłkę, obróciłby się na pięcie, zaśmiał cicho z własnej głupoty, po czym – stanąłby jak wryty. Po lewej, nad sterta wywalonych pudeł, których pleśnią żywią się teraz robale zwabione zapachem bezpestkowej, sprowadzonej ze słonecznej Hiszpanii, odmiany pomarańczy, zauważyłby okno, oświetlone od wewnątrz snopem wątłego, niebieskawego światła.
Musiałby mieć naprawdę nerwy ze stali, jeśli tego dnia chciałby wrócić do domu o zdrowych zmysłach, gdyż, po chwili, szyba, na którą spojrzał, zaparowałaby. I choć usilnie starałby się wmówić sobie, to że niemożliwe, doskonale wiedziałby, że tam w środku ktoś jest i że to był jego oddech.
Ale, na szczęście, nikt zazwyczaj nie przechodzi Zmorskiego w piątek o zmroku. Miejmy nadzieję, że i tym razem tak było, gdyż para wodna, która skropliła się na szybie starego, drewnianego magazynu, była parą wodną zawartą w powietrzu, które wydycha istota ludzka.
Szybki, urywany oddech Kasi, wpatrzonej z dziewiczym zdumieniem na twarzy w martwy punkt na ścianie magazynu, zaraz pod okiennicą, świszczał jak rzężenie astmatyka.
- Czy wiesz, dlaczego ta ściana się świeci? – Wskutek nagłego zaburzenia koordynacji ruchowej mięśni oddechowych, fonacyjnych i artykulacyjnych, Kasia nie była w stanie odpowiedzieć Ediemu Klopowi.
Edi Klop, z dumą zwycięzcy, w glorii spełnienia, rozpoczął:
- Drobnoustroje tlenowe rozkładają drewno, z czym wiąże się, w sposób, który mnie osobiście fascynuje, zjawisko luminescencji, a konkretniej: chemiluminescencji.
- O ja cię pierd…znaczy się – taaaak?
- Noo…- Edi Klop wziął głęboki wdech, napiął klatkę piersiową i z rozkoszą się po niej pogładził, poprawiając różne zagięcia marynarki i zrzucając paprochy z drogiego materiału. Zapalił światło w magazynie z powrotem.
- Pan, Panie Szefie, to jest magik jakiś…
- Cóż, muszę dbać o wizerunek, nie? – Uśmiechnął się przyjaźnie, poklepał Kasię po ramieniu i zdjął swój płaszcz z haka obok. Czuł się rewelacyjnie.
- Czy chciałabyś o tym porozmawiać?
- Było wspaniale…znaczy się…nie wiedziałam, że te bakterie…no wie Pan…ale już późno, a ja ledwo zaczęłam…jeszcze tyle roboty… - zaśmiała się nerwowo, z pietyzmem pomagając Mokremu uporać się z długim, niemal królewskim płaszczem.
- W takim razie do widzenia.
- Do widzenia, Panie Szefie.
Edi Klop ruszył do siebie. Jego dom był niedaleko – właściwie stał zaraz przy magazynie. Dom ten, wraz z interesem pomarańczowym, odziedziczył po ojcu. Jako że parter był doszczętnie zdewastowany upływem czasu, a schody na piętro groziły zawaleniem, Edi, dostawiwszy od ulicy drabinę do okna na poddasze, uwił sobie tam, w tym ciemnym strychu pełnym gołębich klatek, przytulne gniazdko. Umeblowanie i styl tego lokum nie były jakoś specjalnie wyszukane.
- Jak tylko koniunktura na pomarańcze się polepszy, odstawię tu sobie moją małą bibliotekę. – Edi pogładził z czułością swojego ulubionego gołębia. Lubił mówić do gołębi i robił to często.
- Wy moje istoty szare! – Zachichotał.
Podobała mu się ta analogia: Istota szara, obszar mózgu, i jego siedem szarych gołębi, które mu zostały. Zmieścił je wszystkie w dwóch, ale dosyć – no, nie dosyć - naprawdę dużych klatkach.
- Pozostałe Columbae, a było ich, jak mamę kocham, mnóstwo, pouciekały, czy ki diaboł – Edi spojrzał na piramidę ułożoną z pustych gołębich domków, którą ustawił pod ścianą.
- Znów gadasz do siebie, świszczypało? – Chrapliwy głos starej Patki, mamy Ediego, zabrzmiał jak, nie przymierzając, złośliwy zew przeznaczenia. Stara Patka stała na ulicy, pod drabiną, i podsłuchiwała Ediego, którego szepty rozbrzmiewały złowieszczo w ciszy uśpionego miasta. Edi, wedle jej ostatnich zaleceń, nie zbliżał się do okna, gdy przychodziła. Odwiedzała go tylko wtedy, gdy jej hem, hem pracodawca, wyznaczał jej rewir w okolicy Zmorskiej. Ale ciiii…Edi nie wie, jak zarabia stara Patka. On myśli, że jego mama po prostu sprząta ulice, nosi fartuch w grochy, pstrokatą chustkę na głowie i, gdy mówi, bierze się rubasznie pod boki, jak te wszystkie bazarowe przekupki.
- Mamo, w ciszy uśpionego miasta brzmisz jak złośliwe echo przeznacze…ojć…
- Nie pierdol, że znalazłeś to w tym gównie, które zabroniłam ci czytać! Sam już teraz wymyślasz te chujostwa?
- Mam…
- Ty chory pojebie! Weź się do roboty! Masz zamiar do końca życia mieszkać w tej ruderze z, jakimiś ptaszyskami, które srają najplugawszym z gówien?
- O-o, prze-przepraszam, ekskrementy gołębie…
- Co, przy „e” ostatnio byłeś? Kurwa, jaki pojeb!
- Mamo, może wejdziesz…
- Tak, chciałbyś! Żebym się zabiła na tej drabinie! Niedoczekanie!
- A może odwiedzi mnie kiedyś ten pan, u którego miesz…
- O Kurwa, on chce żebym mu alfonsa do domu przyprowadziła! Jaki pojeb! Byliby cię wytykali palcami, świszczypało!
- Ale dlaczego? „Alfons” to imię jak każde inne…
Stara Patka zarechotała donośnie. Jakiś pies odszczekał jej żałośnie w oddali. Edi nie rozumiał tego śmiechu i bał się go.
- Połóż się już, świszczypało. I nie czytaj.
- Dobrze…dobranoc.
Edi słuchał jak stara Patka odchodzi, prychając co chwila, jakby jej ktoś szeptał jakieś sprośności do ucha. Po chwili nie było słychać już nic. Edi otworzył jedną z klatek i wrzucił do niej garść ziarna. Uradowane gołębie zafurkotały naraz skrzydłami.
- Ale ja was emabluję, ptaszki! – Edi Klop spojrzał na wielką, żółtą księgę, leżącą na okrągłym stoliku, dostawionym do łóżka. Była otwarta w miejscu, gdzie skończył czytać wczoraj wieczorem.
Psychologiczny ewenement – Ediego Klopa ogarnęła, wszak nieuzasadniona niczym, eutymia, żeby nie powiedzieć – euforia. Czyżbyś wariował Edi Klopie, czy może ty po prostu jesteś ekstraordynaryjny? Edi Klop podszedł do umywalki, puścił strumień lodowatej wody, po czym podłożył głowę pod kran…
…egzuter egzaltoid egzorbitacja egzercja egzekucja…
Edi odskoczył pod ścianę jak kopnięte prądem zwierzę. Woda ciekła po jego skroniach, po jego twarzy. Przez okno wpadało zimne powietrze. Edi trząsł się z zimna.
Siedem milczących gołębi patrzyło na niego z niewzruszonym, posągowym spokojem.
Edi spojrzał na nie skonsternowany.
- C-c-co? Co to za ptasia efronteria?
- My – efronteria? No to ty – ejdetyzm. – Rzekł jeden z gołębi. (Czytelnik wybaczy gadające zwierzęta – ja też nie cierpię tego typu zagrywek. A jednak – to jedyny sposób, by wreszcie przeprowadzić experimentum crucis, ku któremu staram się dążyć, i dowiedzieć się, co i jak z tymi gołębiami.)
- Elukubracja. – Rzekł drugi.
- Składasz się z echolalii i echomimii, ty... – Rozpoczął trzeci, lecz nie dokończył, gdyż Edi rzucił się nań z wściekłością.
Edi otworzył klatkę i zaczął bić ptaki na oślep.
Rejwach w gołębnikach.
Jeden z gołębi boleśnie dziobnął Ediego w dłoń.
- Idź i popilnuj mojego haremu, eunuchu. – Ten, który dziobnął, wypowiedział te słowa dziwnie znajomym głosem. To był głos naznaczony wpływem długoletniego życia w nałogu nikotynowym, kilkugodzinnymi kłótniami z kimś, kogo się nienawidzi, i znęcaniem się nad pracownikami w wielkim, pustym i brudnym magazynie. To był głos, który pachniał bezpestkową, sprowadzaną ze słonecznej Hiszpanii, odmianą pomarańczy.
Pozostałe gołębie rubasznie zarechotały.
Edi, przerażony, zaczął się powoli cofać. Wybałuszył oczy, trząsł się jak w febrze. Szedł niepewnie tyłem. Wpadł na stolik.
Wydany w 1971 roku, „Leksykon PWN” spadł na, błyszczący jak trumna w słońcu, pakiet…
…Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi..
- Ja.

  • 1 miesiąc temu...
  • 2 lata później...
Opublikowano

botaniczno biologiczny bełkot, dyktando sprawdzające znajomość ortografii i interpunkcji, słownik wyrazów bliskoznacznych i wyrazów obcych konieczny, forma powyginana, powykrzywiana osiąga zamierzony cel, udziwniony nastrój zatęchłego "klopa"
w sumie robi dobre wrażenie, gdybyś tylko nie poszedł na skróty poprzez wulgaryzmy, które całkowicie rozbijają tekst, (tłumaczenia narratora też niekonieczne).
Jednym słowem naprawdę niezłe !
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...