Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1999 rok

Nie wiem, za co się mam najpierw wziąć, ręce opadają. Pierwsza Wigilia u nas, ma zjechać się cała rodzina a ja kompletnie nie mogę się zorganizować.
Stoły nie przywiezione, nie wiem czy będę miała przy czym usadzić gości, mąż miał już dawno to załatwić, ale z nim tak jest, wszystko na ostatnią chwilę.
Otwieram szafkę z naczyniami i patrzę bezradnie. Brakuje mi wszystkiego, naczyń również.
Nie ma na co czekać, nic nie wymyślę, wsiadam w samochód - muszę kupić zastawę na 12 osób.
Jadę, szukając jakiegoś przyzwoicie zaopatrzonego sklepu a przed oczami przewija mi się lista rzeczy, które muszę jeszcze zrobić. Na szczęście część potraw przygotuje moja mama, część teściowa, o tyle będzie mi lżej.
I jeszcze ten katar, jak na złość leje mi się z nosa – strumieniem, chyba nigdy takiego kataru nie miałam.
Wstępuję do apteki, ale nic odkrywczego poza przysłowiowym “Katar nieleczony trwa siedem dni a leczony tydzień” tam nie mają – niestety.
Sklep - wpadam w pośpiechu i kamień z serca... Jest!! Piękny granatowo - złoty komplet na 12 osób. Nie zastanawiam się nawet przez chwilę, biorę od ręki.
Podjeżdżam pod dom, z daleka widzę jak mąż taszczy ogromną, przepiękną choinkę.
W całym domu pachnie świerkiem, pachnie świętami. W dużym pokoju czeka na mnie niespodzianka - przyjechały stoły.
Oddycham głęboko, stres powolutku odpływa, dam sobie radę, zdążę ze wszystkim.
Dzieciaki szaleją, mąż oprawia drzewko usiłując namówić je by uprzejmie zmieściło się w jakiś stojak, ja wyciągnęłam zabawki choinkowe, segreguję je. W tym roku choinka będzie granatowo złota, tak jak nowa zastawa, będzie pięknie.
Na kuchni dogotowuje się barszczyk czerwony, dom pachnie suszonymi grzybami, pomarańczami, goździkami, cynamonem...
Usiłuję doprawić rybę po grecku, przez ten okropny katar straciłam zupełnie smak, a poza tym muszę uważać - odchudzam się po raz nie wiem już który. Ale teraz to już na poważnie, na pewno mi się uda tym razem. Zaparłam się.
Słucham z uśmiechem głosów dochodzących z pokoju, dzieciaki z mężem ubierają choinkę, słyszę jego tubalny śmiech. Tak jakoś na sercu ciepło mi się robi.

W radiu puszczają nastrojowe utwory, za oknem śnieg, choinka ubrana – wygląda cudownie.
Przytulam się do męża patrząc na rozświetlone kolorowymi lampkami drzewko.

Zapach ciasta wabi wszystkich do kuchni, sernik udał mi się w tym roku, nie zapadł się, nie przypiekł, stygnie i pachnie. Lubię sernik.
Stoły przykryte białym obrusem, nowa zastawa, granatowo – żółte serwetki, wygląda naprawdę elegancko.
Dzieci noszą potrawy na stół, ja w łazience przebieram się, przyczesuję włosy.
Nie patrzę w lustro, nie lubię swoich kilogramów, w niczym dobrze nie wyglądam.

Schodzą się goście, jest gwarno, radośnie. Moi rodzice, babcia, teściowie, nawet mój szwagier przyjechał.
Prezenty pod choinką skupiają całą uwagę dzieci, my zasiadamy przy wigilijnym stole, wszyscy razem, czuję rodzinną więź, czuję wyjątkowość tej chwili, podniosłość.
Jestem szczęśliwa.



2000 rok

Jedziemy samochodem, w kompletnej ciszy. Wigilia u teściów. Nie miałam siły robić jej u nas, u mnie. Obok mnie człowiek, którego kochałam przez 13 lat, obcy, daleki i zimny. Nawet dzieci milczą, wpatrują się przez szyby na oszronione miasto. Staram się nie rozpłakać.
Błagałam, prosiłam by został z nami, chociaż na święta. Przecież tak bardzo go potrzebujemy, ja potrzebuję, dzieci. Wybłagałam jedynie tą Wigilię. Przytulam twarz do chłodnej szyby i nie wiem czy słusznie zrobiłam tak naciskając. Jest źle, czuję się źle. Skrępowana cisza zaległa między nami.
Podjeżdżamy pod blok, wchodzimy do teściów, nie czuć Świąt, czuć smutek.
Teściowa pochlipuje przy wigilijnym stole, teść z kamienną twarzą wpatruje się w przestrzeń, moi rodzice prowadza zdawkową konwersację. Wszyscy ukradkiem spoglądają na mnie…
Męczą mnie te spojrzenia, boli rola zdradzonej żony. Czuję pustkę, tak bardzo chciałabym stamtąd wyjść, tak bardzo bym chciała żeby mnie ktoś przytulił.
Atmosfera jest trudna do zniesienia. “Skubię” kolejno podawane dania, nie mogę jeść, nie przechodzi mi nic przez zaciśnięte gardło.
Koniec Wigilii witam z ulgą. Zdawkowe pożegnania.

Stoję przy samochodzie i czuję się dziwnie, świat zaczyna obracać się do góry nogami, odpływać, oddalać.
Otwieram oczy, nade mną nachyla się mąż, bez troski, ze złością w oczach, jak mogłam zemdleć? Jak mogę być tak kłopotliwą jednostką? Wiezie mnie na ostry dyżur. Uderzyłam głową o beton, wszystko mnie boli, dzieci płaczą.
Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same. Nie ma litości, nie ma wyjątku, mogę umrzeć, nie obchodzi go to.
Zostałam sama.

2003 rok

Oprawiam tę nieszczęsną choinkę, nie wydawała się taka duża na stoisku. Tak naprawdę to ma ze 3 metry najmarniej i ogromny pień. Nie mam żadnej siekiery, usiłuję ją obciosać tłuczkiem do mięsa.
Dzieciaki się śmieją ze mnie a ja robię, co mogę. Wreszcie udało się, wstawiam ją do stojaka. Stoi niepewnie, a jeśli się przewróci? Po chwili namysłu zdejmuję obrazek ze ściany i sznurkiem przywiązuję pień choinki. Może nie wygląda specjalnie atrakcyjnie, ale przynajmniej nikogo nie zabije.
Dzieciaki wybierają bombki, w tym roku będziemy mieć złoto czerwoną choinkę.
Oglądamy zabawki, stare łańcuchy, niektóre pamiętam z czasów mojego dzieciństwa. Wiele zabawek robiła moja babcia, wspominamy ją biorąc w ręce słomiane koguciki, aniołki, łańcuchy ze sreberek po czekoladzie. Babcia nie zasiądzie już z nami przy wigilijnym stole, ale pamiętamy ją, kochamy i wierzymy, że w ten szczególny wieczór będzie nad nami czuwać.

Zakupionym sprayem dzieci malują obrazy na szybach. Zerkam z przerażeniem, mam nadzieję, że da się to zmyć.
Mam radość w sercu, nie wiem czemu, może przyszedł czas pogodzenia się z tym co poza mną, akceptację zmian, które nastąpiły a może nauczyłam cieszyć się tym, co mnie otacza, małymi, codziennymi radościami.
Czuję się tak jakbym odnalazła w sobie zagubioną magię Świat, czuję, że potrafię się cieszyć spotkaniem z bliskimi przy świątecznym stole, że czekam na nie.
Po trzech latach uczę się od nowa uśmiechać, mimo że nigdy nie będzie już tak samo.

Nie spieszymy się, większość potraw przygotowałam już wczoraj, teraz tylko nakryjemy do stołu, pod choinkę położymy prezenty, zapalimy lampki choinkowe. Ciche kolędy, spokój, nasze świątecznie ozdobione drzewko pachnie cudownie, na stole rozłożone pomarańcze ponabijane goździkami, dzieci porobiły na nich przecudowne goździkowe wzory...
Córka nosi potrawy na stół, z zapałem ustawia kolorowe półmiski. Oczywiście syn musi wtrącić swoje trzy grosze, powstaje nierozwiązywalny problem gdzie ma stanąć półmisek z rybą a gdzie jest miejsce na barszczyk.

Słyszę dzwonek domofonu, dziwię się, jeszcze zbyt wcześnie na gości.
Idąc korytarzem łapię swoje odbicie w lustrze, schudłam. Już nie muszę uciekać wzrokiem od samej siebie, odruchowo poprawiam włosy.

Dzieci mnie wyprzedziły. Pędzą do przedpokoju, słyszę jak otwierają drzwi.

- Mamo Tatuś przyjechał!!

To będą dobre Święta, teraz już wiem.

Opublikowano

Powiem szczerze , ciekawa byłam tego opawiadania.Nie,nie przez kompetycje , które czasem nas dzielą [ mam takie wrażenie ], lecz lubię lekką i jasną prozę . Czytam wszystko , jak leci .
W Twoim opowiadaniu,mętlik widzę. Przecinków katastrofę , która sens zdaniu odbiera a przede wszystkim , próbę wtracenia poetyckiej formy.
Samo opowiadanie, jest formą nie tyle pamiętnika , co konkluzją wydarzeń powtarzającej się daty.Czyli , czyli....nie wiem , jak mam sie ustosunkować.To, pierwsze wrażenie.
serdecznij niż zwykle
aneta

Opublikowano

a koleżanka wie, co to Word?
albo, że jest taka reguła, iż przed przecinkami nie zostawiamy spacji, natomiast po nim, owszem, jedną?
oraz taką, że między znakami stawiamy najwyżej jedną spację? A nie np dwie?
Jest też taka zasada, że jeśli piszemy w pierwszej osobie, to używamy w pewnych czasownikach końcówkę, jakże zakręconą, ę :) piszę, gotuję, szykuję, piorę?

opowiadanie bardzo mi przypadło do gustu, więc nie mogłam przejść obojętnie, tak strasznie żal mi się zrobiło tych zaniedbanych zdań, że tu jest czysta wersja, gdzieniegdzie zmieniona, ale tylko pocięłam kilka zdań, bo za długie dawałaś, łączyłaś w nich za wiele nie bardzo pasujących do siebie czynności, sytuacji, spraw. Z góry przepraszam za wtrącenie się, ale nie wytrzymałam :) a właśnie, przed "ale" też stawiamy przecinki.

===========================================================

1999 rok

Nie wiem, za co się mam najpierw wziąć, ręce opadają. Pierwsza Wigilia u nas, ma zjechać się cała rodzina a ja kompletnie nie mogę się zorganizować.
Stoły nie przywiezione, nie wiem czy będę miała przy czym usadzić gości, mąż miał już dawno to załatwić, ale z nim tak jest, wszystko na ostatnią chwilę.
Otwieram szafkę z naczyniami i patrzę bezradnie. Brakuje mi wszystkiego, naczyń również.
Nie ma na co czekać, nic nie wymyślę, wsiadam w samochód - muszę kupić zastawę na 12 osób.
Jadę, szukając jakiegoś przyzwoicie zaopatrzonego sklepu a przed oczami przewija mi się lista rzeczy, które muszę jeszcze zrobić. Na szczęście część potraw przygotuje moja mama, część teściowa, o tyle będzie mi lżej.
I jeszcze ten katar, jak na złość leje mi się z nosa – strumieniem, chyba nigdy takiego kataru nie miałam.
Wstępuję do apteki, ale nic odkrywczego poza przysłowiowym “Katar nieleczony trwa siedem dni a leczony tydzień” tam nie mają – niestety.
Sklep - wpadam w pośpiechu i kamień z serca... Jest!! Piękny granatowo - złoty komplet na 12 osób. Nie zastanawiam się nawet przez chwilę, biorę od ręki.
Podjeżdżam pod dom, z daleka widzę jak mąż taszczy ogromną, przepiękną choinkę.
W całym domu pachnie świerkiem, pachnie świętami. W dużym pokoju czeka na mnie niespodzianka - przyjechały stoły.
Oddycham głęboko, stres powolutku odpływa, dam sobie radę, zdążę ze wszystkim.
Dzieciaki szaleją, mąż oprawia drzewko usiłując namówić je by uprzejmie zmieściło się w jakiś stojak, ja wyciągnęłam zabawki choinkowe, segreguję je. W tym roku choinka będzie granatowo złota, tak jak nowa zastawa, będzie pięknie.
Na kuchni dogotowuje się barszczyk czerwony, dom pachnie suszonymi grzybami, pomarańczami, goździkami, cynamonem...
Usiłuję doprawić rybę po grecku, przez ten okropny katar straciłam zupełnie smak, a poza tym muszę uważać - odchudzam się po raz nie wiem już który. Ale teraz to już na poważnie, na pewno mi się uda tym razem. Zaparłam się.
Słucham z uśmiechem głosów dochodzących z pokoju, dzieciaki z mężem ubierają choinkę, słyszę jego tubalny śmiech. Tak jakoś na sercu ciepło mi się robi.

W radiu puszczają nastrojowe utwory, za oknem śnieg, choinka ubrana – wygląda cudownie.
Przytulam się do męża patrząc na rozświetlone kolorowymi lampkami drzewko.

Zapach ciasta wabi wszystkich do kuchni, sernik udał mi się w tym roku, nie zapadł się, nie przypiekł, stygnie i pachnie. Lubię sernik.
Stoły przykryte białym obrusem, nowa zastawa, granatowo – żółte serwetki, wygląda naprawdę elegancko.
Dzieci noszą potrawy na stół, ja w łazience przebieram się, przyczesuję włosy.
Nie patrzę w lustro, nie lubię swoich kilogramów, w niczym dobrze nie wyglądam.

Schodzą się goście, jest gwarno, radośnie. Moi rodzice, babcia, teściowie, nawet mój szwagier przyjechał.
Prezenty pod choinką skupiają całą uwagę dzieci, my zasiadamy przy wigilijnym stole, wszyscy razem, czuję rodzinną więź, czuję wyjątkowość tej chwili, podniosłość.
Jestem szczęśliwa.




2000 rok

Jedziemy samochodem, w kompletnej ciszy. Wigilia u teściów. Nie miałam siły robić jej u nas, u mnie. Obok mnie człowiek, którego kochałam przez 13 lat, obcy, daleki i zimny. Nawet dzieci milczą, wpatrują się przez szyby na oszronione miasto. Staram się nie rozpłakać.
Błagałam, prosiłam by został z nami, chociaż na święta. Przecież tak bardzo go potrzebujemy, ja potrzebuję, dzieci. Wybłagałam jedynie tą Wigilię. Przytulam twarz do chłodnej szyby i nie wiem czy słusznie zrobiłam tak naciskając. Jest źle, czuję się źle. Skrępowana cisza zaległa między nami.
Podjeżdżamy pod blok, wchodzimy do teściów, nie czuć Świąt, czuć smutek.
Teściowa pochlipuje przy wigilijnym stole, teść z kamienną twarzą wpatruje się w przestrzeń, moi rodzice prowadza zdawkową konwersację. Wszyscy ukradkiem spoglądają na mnie…
Męczą mnie te spojrzenia, boli rola zdradzonej żony. Czuję pustkę, tak bardzo chciałabym stamtąd wyjść, tak bardzo bym chciała żeby mnie ktoś przytulił.
Atmosfera jest trudna do zniesienia. “Skubię” kolejno podawane dania, nie mogę jeść, nie przechodzi mi nic przez zaciśnięte gardło.
Koniec Wigilii witam z ulgą. Zdawkowe pożegnania.

Stoję przy samochodzie i czuję się dziwnie, świat zaczyna obracać się do góry nogami, odpływać, oddalać.
Otwieram oczy, nade mną nachyla się mąż, bez troski, ze złością w oczach, jak mogłam zemdleć? Jak mogę być tak kłopotliwą jednostką? Wiezie mnie na ostry dyżur. Uderzyłam głową o beton, wszystko mnie boli, dzieci płaczą.
Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same. Nie ma litości, nie ma wyjątku, mogę umrzeć, nie obchodzi go to.
Zostałam sama.


2003 rok

Oprawiam tę nieszczęsną choinkę, nie wydawała się taka duża na stoisku. Tak naprawdę to ma ze 3 metry najmarniej i ogromny pień. Nie mam żadnej siekiery, usiłuję ją obciosać tłuczkiem do mięsa.
Dzieciaki się śmieją ze mnie a ja robię, co mogę. Wreszcie udało się, wstawiam ją do stojaka. Stoi niepewnie, a jeśli się przewróci? Po chwili namysłu zdejmuję obrazek ze ściany i sznurkiem przywiązuję pień choinki. Może nie wygląda specjalnie atrakcyjnie, ale przynajmniej nikogo nie zabije.
Dzieciaki wybierają bombki, w tym roku będziemy mieć złoto czerwoną choinkę.
Oglądamy zabawki, stare łańcuchy, niektóre pamiętam z czasów mojego dzieciństwa. Wiele zabawek robiła moja babcia, wspominamy ją biorąc w ręce słomiane koguciki, aniołki, łańcuchy ze sreberek po czekoladzie. Babcia nie zasiądzie już z nami przy wigilijnym stole, ale pamiętamy ją, kochamy i wierzymy, że w ten szczególny wieczór będzie nad nami czuwać.

Zakupionym sprayem dzieci malują obrazy na szybach. Zerkam z przerażeniem, mam nadzieję, że da się to zmyć.
Mam radość w sercu, nie wiem czemu, może przyszedł czas pogodzenia się z tym co poza mną, akceptację zmian, które nastąpiły a może nauczyłam cieszyć się tym, co mnie otacza, małymi, codziennymi radościami.
Czuję się tak jakbym odnalazła w sobie zagubioną magię Świat, czuję, że potrafię się cieszyć spotkaniem z bliskimi przy świątecznym stole, że czekam na nie.
Po trzech latach uczę się od nowa uśmiechać, mimo że nigdy nie będzie już tak samo.

Nie spieszymy się, większość potraw przygotowałam już wczoraj, teraz tylko nakryjemy do stołu, pod choinkę położymy prezenty, zapalimy lampki choinkowe. Ciche kolędy, spokój, nasze świątecznie ozdobione drzewko pachnie cudownie, na stole rozłożone pomarańcze ponabijane goździkami, dzieci porobiły na nich przecudowne goździkowe wzory...
Córka nosi potrawy na stół, z zapałem ustawia kolorowe półmiski. Oczywiście syn musi wtrącić swoje trzy grosze, powstaje nierozwiązywalny problem gdzie ma stanąć półmisek z rybą a gdzie jest miejsce na barszczyk.

Słyszę dzwonek domofonu, dziwię się, jeszcze zbyt wcześnie na gości.
Idąc korytarzem łapię swoje odbicie w lustrze, schudłam. Już nie muszę uciekać wzrokiem od samej siebie, odruchowo poprawiam włosy.

Dzieci mnie wyprzedziły. Pędzą do przedpokoju, słyszę jak otwierają drzwi.

- Mamo Tatuś przyjechał!!

To będą dobre Święta, teraz już wiem.


==========================================================


Serdecznie pozdrawiam i proszę następnym razem zadbaj o tekst..
Natalia

Opublikowano

"Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same"
Właśnie przeczytałam twoje opow. po raz drugi i cieszę się, ze poprawione, jak fajnie teraz wygląda. Tylko jeszcze to jedno zdanie, dla mnie to wygląda, że lekarz wyjeżdża.... Jeśli jeszcze to poprawisz, bedzie idealnie.
A co do treści.... Dla mnie najbardziej ciekawy był środkowy fragment, sprawdza się chyba powiedzenie, że nejtrudniej jest w oryginalny sposób pisac o szczęściu. Ale myślę, ze wyszłaś z tego zwycięsko, w takiej sytuacji bardzo łatwo osunąć się w kicz (wiesz, te choinki, bombki; w ogóle gwaizdka to straszny kicz, chociaż przyjemny:))), ale tobie udało się byc w miarę oryginalną, jest w tym autentyzm, czuć w tym życie.
Fajne opowiadanie, z przyjemnością przeczytałam 2 razy, co nie zdarza mi sie często:)
Pozdrawiam i Wesołych 2004!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Wygraliście wybory ja to szanuje zrobiliście coś dla dzieci

      też to szanuje ale wygrana nie dała wam prawa uczyć

      europy demokracji  przecież żeby nie ona do dzisiaj

      bylibyśmy pod czerwonym sztandarem którego wy

      również mieliście już dość

       

      Czemu nie chcecie pamiętać że to tacy prości ludzie

      jak ja zaufaliśmy wam wybraliśmy was w pierwszych

      czystych wolnych od zakłamania wyborach - wówczas

      nie mówiliście że będziecie władze wykorzystywać

      według własnego widzimisię

       

      Czemu  kłócicie  nasz kraj z innymi czemu nie słuchacie 

      tej części narodu  która też ma prawo do racji której

      tak się boicie i z mównicy sejmowej mówicie  że to ona 

      jest winna  katastrofy  do której doszło z powodu

      bardzo wielu przypadkowych o czym dobrze wiecie

       

      Dlaczego pragniecie co kawałek budować pomniki  tablice

      ku  pamięci  brata pana Jarosława Kaczyńskiego a nie

      takiej ilości w hołdzie ofiar drugiej wojny światowej czy

      katynia a były ich miliony niewinnych ludzi czemu o tym

      nie mówicie przecież byli tak samo  ofiarami

       

      Dlaczego pan panie Kaczyński  chowa  się za innymi

      czego się pan boi  a może czuje strach i obawę która 

      jak tak dale ślepo będziecie szli  to was dopadnie

      no ale pan powie to nie ja to oni ja jestem czysty

       

      Na zakończenie mego otwartego listu dodam jeszcze 

      słowo - czy nie wstyd wam modlić się i klękać mając

      tyle grzechów pod pachami  - no ale wy myślicie że

      wiara wam wybaczy ale się mylicie bo prawda kiedyś

      was dogoni i się z wami rozliczy  - no chyba że

      stchórzycie  

       

      List ten napisałem bo mam osobisty żal do pana

      Jarosława Kaczyńskiego  który przed pierwszymi

      częściowo wolnymi wyborami obiecywał  na placu

      zamkowym w Kwidzynie  całkiem  coś innego

      o czym ja dokładnie pamiętam i pan na pewno 

      też  -  ja dla pana wówczas dużo ryzykowałem

      nosząc od  innych zebranych na placu pytania

      A dlaczego ryzykowałem  pan doskonale wie

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...