Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1999 rok

Nie wiem, za co się mam najpierw wziąć, ręce opadają. Pierwsza Wigilia u nas, ma zjechać się cała rodzina a ja kompletnie nie mogę się zorganizować.
Stoły nie przywiezione, nie wiem czy będę miała przy czym usadzić gości, mąż miał już dawno to załatwić, ale z nim tak jest, wszystko na ostatnią chwilę.
Otwieram szafkę z naczyniami i patrzę bezradnie. Brakuje mi wszystkiego, naczyń również.
Nie ma na co czekać, nic nie wymyślę, wsiadam w samochód - muszę kupić zastawę na 12 osób.
Jadę, szukając jakiegoś przyzwoicie zaopatrzonego sklepu a przed oczami przewija mi się lista rzeczy, które muszę jeszcze zrobić. Na szczęście część potraw przygotuje moja mama, część teściowa, o tyle będzie mi lżej.
I jeszcze ten katar, jak na złość leje mi się z nosa – strumieniem, chyba nigdy takiego kataru nie miałam.
Wstępuję do apteki, ale nic odkrywczego poza przysłowiowym “Katar nieleczony trwa siedem dni a leczony tydzień” tam nie mają – niestety.
Sklep - wpadam w pośpiechu i kamień z serca... Jest!! Piękny granatowo - złoty komplet na 12 osób. Nie zastanawiam się nawet przez chwilę, biorę od ręki.
Podjeżdżam pod dom, z daleka widzę jak mąż taszczy ogromną, przepiękną choinkę.
W całym domu pachnie świerkiem, pachnie świętami. W dużym pokoju czeka na mnie niespodzianka - przyjechały stoły.
Oddycham głęboko, stres powolutku odpływa, dam sobie radę, zdążę ze wszystkim.
Dzieciaki szaleją, mąż oprawia drzewko usiłując namówić je by uprzejmie zmieściło się w jakiś stojak, ja wyciągnęłam zabawki choinkowe, segreguję je. W tym roku choinka będzie granatowo złota, tak jak nowa zastawa, będzie pięknie.
Na kuchni dogotowuje się barszczyk czerwony, dom pachnie suszonymi grzybami, pomarańczami, goździkami, cynamonem...
Usiłuję doprawić rybę po grecku, przez ten okropny katar straciłam zupełnie smak, a poza tym muszę uważać - odchudzam się po raz nie wiem już który. Ale teraz to już na poważnie, na pewno mi się uda tym razem. Zaparłam się.
Słucham z uśmiechem głosów dochodzących z pokoju, dzieciaki z mężem ubierają choinkę, słyszę jego tubalny śmiech. Tak jakoś na sercu ciepło mi się robi.

W radiu puszczają nastrojowe utwory, za oknem śnieg, choinka ubrana – wygląda cudownie.
Przytulam się do męża patrząc na rozświetlone kolorowymi lampkami drzewko.

Zapach ciasta wabi wszystkich do kuchni, sernik udał mi się w tym roku, nie zapadł się, nie przypiekł, stygnie i pachnie. Lubię sernik.
Stoły przykryte białym obrusem, nowa zastawa, granatowo – żółte serwetki, wygląda naprawdę elegancko.
Dzieci noszą potrawy na stół, ja w łazience przebieram się, przyczesuję włosy.
Nie patrzę w lustro, nie lubię swoich kilogramów, w niczym dobrze nie wyglądam.

Schodzą się goście, jest gwarno, radośnie. Moi rodzice, babcia, teściowie, nawet mój szwagier przyjechał.
Prezenty pod choinką skupiają całą uwagę dzieci, my zasiadamy przy wigilijnym stole, wszyscy razem, czuję rodzinną więź, czuję wyjątkowość tej chwili, podniosłość.
Jestem szczęśliwa.



2000 rok

Jedziemy samochodem, w kompletnej ciszy. Wigilia u teściów. Nie miałam siły robić jej u nas, u mnie. Obok mnie człowiek, którego kochałam przez 13 lat, obcy, daleki i zimny. Nawet dzieci milczą, wpatrują się przez szyby na oszronione miasto. Staram się nie rozpłakać.
Błagałam, prosiłam by został z nami, chociaż na święta. Przecież tak bardzo go potrzebujemy, ja potrzebuję, dzieci. Wybłagałam jedynie tą Wigilię. Przytulam twarz do chłodnej szyby i nie wiem czy słusznie zrobiłam tak naciskając. Jest źle, czuję się źle. Skrępowana cisza zaległa między nami.
Podjeżdżamy pod blok, wchodzimy do teściów, nie czuć Świąt, czuć smutek.
Teściowa pochlipuje przy wigilijnym stole, teść z kamienną twarzą wpatruje się w przestrzeń, moi rodzice prowadza zdawkową konwersację. Wszyscy ukradkiem spoglądają na mnie…
Męczą mnie te spojrzenia, boli rola zdradzonej żony. Czuję pustkę, tak bardzo chciałabym stamtąd wyjść, tak bardzo bym chciała żeby mnie ktoś przytulił.
Atmosfera jest trudna do zniesienia. “Skubię” kolejno podawane dania, nie mogę jeść, nie przechodzi mi nic przez zaciśnięte gardło.
Koniec Wigilii witam z ulgą. Zdawkowe pożegnania.

Stoję przy samochodzie i czuję się dziwnie, świat zaczyna obracać się do góry nogami, odpływać, oddalać.
Otwieram oczy, nade mną nachyla się mąż, bez troski, ze złością w oczach, jak mogłam zemdleć? Jak mogę być tak kłopotliwą jednostką? Wiezie mnie na ostry dyżur. Uderzyłam głową o beton, wszystko mnie boli, dzieci płaczą.
Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same. Nie ma litości, nie ma wyjątku, mogę umrzeć, nie obchodzi go to.
Zostałam sama.

2003 rok

Oprawiam tę nieszczęsną choinkę, nie wydawała się taka duża na stoisku. Tak naprawdę to ma ze 3 metry najmarniej i ogromny pień. Nie mam żadnej siekiery, usiłuję ją obciosać tłuczkiem do mięsa.
Dzieciaki się śmieją ze mnie a ja robię, co mogę. Wreszcie udało się, wstawiam ją do stojaka. Stoi niepewnie, a jeśli się przewróci? Po chwili namysłu zdejmuję obrazek ze ściany i sznurkiem przywiązuję pień choinki. Może nie wygląda specjalnie atrakcyjnie, ale przynajmniej nikogo nie zabije.
Dzieciaki wybierają bombki, w tym roku będziemy mieć złoto czerwoną choinkę.
Oglądamy zabawki, stare łańcuchy, niektóre pamiętam z czasów mojego dzieciństwa. Wiele zabawek robiła moja babcia, wspominamy ją biorąc w ręce słomiane koguciki, aniołki, łańcuchy ze sreberek po czekoladzie. Babcia nie zasiądzie już z nami przy wigilijnym stole, ale pamiętamy ją, kochamy i wierzymy, że w ten szczególny wieczór będzie nad nami czuwać.

Zakupionym sprayem dzieci malują obrazy na szybach. Zerkam z przerażeniem, mam nadzieję, że da się to zmyć.
Mam radość w sercu, nie wiem czemu, może przyszedł czas pogodzenia się z tym co poza mną, akceptację zmian, które nastąpiły a może nauczyłam cieszyć się tym, co mnie otacza, małymi, codziennymi radościami.
Czuję się tak jakbym odnalazła w sobie zagubioną magię Świat, czuję, że potrafię się cieszyć spotkaniem z bliskimi przy świątecznym stole, że czekam na nie.
Po trzech latach uczę się od nowa uśmiechać, mimo że nigdy nie będzie już tak samo.

Nie spieszymy się, większość potraw przygotowałam już wczoraj, teraz tylko nakryjemy do stołu, pod choinkę położymy prezenty, zapalimy lampki choinkowe. Ciche kolędy, spokój, nasze świątecznie ozdobione drzewko pachnie cudownie, na stole rozłożone pomarańcze ponabijane goździkami, dzieci porobiły na nich przecudowne goździkowe wzory...
Córka nosi potrawy na stół, z zapałem ustawia kolorowe półmiski. Oczywiście syn musi wtrącić swoje trzy grosze, powstaje nierozwiązywalny problem gdzie ma stanąć półmisek z rybą a gdzie jest miejsce na barszczyk.

Słyszę dzwonek domofonu, dziwię się, jeszcze zbyt wcześnie na gości.
Idąc korytarzem łapię swoje odbicie w lustrze, schudłam. Już nie muszę uciekać wzrokiem od samej siebie, odruchowo poprawiam włosy.

Dzieci mnie wyprzedziły. Pędzą do przedpokoju, słyszę jak otwierają drzwi.

- Mamo Tatuś przyjechał!!

To będą dobre Święta, teraz już wiem.

Opublikowano

Powiem szczerze , ciekawa byłam tego opawiadania.Nie,nie przez kompetycje , które czasem nas dzielą [ mam takie wrażenie ], lecz lubię lekką i jasną prozę . Czytam wszystko , jak leci .
W Twoim opowiadaniu,mętlik widzę. Przecinków katastrofę , która sens zdaniu odbiera a przede wszystkim , próbę wtracenia poetyckiej formy.
Samo opowiadanie, jest formą nie tyle pamiętnika , co konkluzją wydarzeń powtarzającej się daty.Czyli , czyli....nie wiem , jak mam sie ustosunkować.To, pierwsze wrażenie.
serdecznij niż zwykle
aneta

Opublikowano

a koleżanka wie, co to Word?
albo, że jest taka reguła, iż przed przecinkami nie zostawiamy spacji, natomiast po nim, owszem, jedną?
oraz taką, że między znakami stawiamy najwyżej jedną spację? A nie np dwie?
Jest też taka zasada, że jeśli piszemy w pierwszej osobie, to używamy w pewnych czasownikach końcówkę, jakże zakręconą, ę :) piszę, gotuję, szykuję, piorę?

opowiadanie bardzo mi przypadło do gustu, więc nie mogłam przejść obojętnie, tak strasznie żal mi się zrobiło tych zaniedbanych zdań, że tu jest czysta wersja, gdzieniegdzie zmieniona, ale tylko pocięłam kilka zdań, bo za długie dawałaś, łączyłaś w nich za wiele nie bardzo pasujących do siebie czynności, sytuacji, spraw. Z góry przepraszam za wtrącenie się, ale nie wytrzymałam :) a właśnie, przed "ale" też stawiamy przecinki.

===========================================================

1999 rok

Nie wiem, za co się mam najpierw wziąć, ręce opadają. Pierwsza Wigilia u nas, ma zjechać się cała rodzina a ja kompletnie nie mogę się zorganizować.
Stoły nie przywiezione, nie wiem czy będę miała przy czym usadzić gości, mąż miał już dawno to załatwić, ale z nim tak jest, wszystko na ostatnią chwilę.
Otwieram szafkę z naczyniami i patrzę bezradnie. Brakuje mi wszystkiego, naczyń również.
Nie ma na co czekać, nic nie wymyślę, wsiadam w samochód - muszę kupić zastawę na 12 osób.
Jadę, szukając jakiegoś przyzwoicie zaopatrzonego sklepu a przed oczami przewija mi się lista rzeczy, które muszę jeszcze zrobić. Na szczęście część potraw przygotuje moja mama, część teściowa, o tyle będzie mi lżej.
I jeszcze ten katar, jak na złość leje mi się z nosa – strumieniem, chyba nigdy takiego kataru nie miałam.
Wstępuję do apteki, ale nic odkrywczego poza przysłowiowym “Katar nieleczony trwa siedem dni a leczony tydzień” tam nie mają – niestety.
Sklep - wpadam w pośpiechu i kamień z serca... Jest!! Piękny granatowo - złoty komplet na 12 osób. Nie zastanawiam się nawet przez chwilę, biorę od ręki.
Podjeżdżam pod dom, z daleka widzę jak mąż taszczy ogromną, przepiękną choinkę.
W całym domu pachnie świerkiem, pachnie świętami. W dużym pokoju czeka na mnie niespodzianka - przyjechały stoły.
Oddycham głęboko, stres powolutku odpływa, dam sobie radę, zdążę ze wszystkim.
Dzieciaki szaleją, mąż oprawia drzewko usiłując namówić je by uprzejmie zmieściło się w jakiś stojak, ja wyciągnęłam zabawki choinkowe, segreguję je. W tym roku choinka będzie granatowo złota, tak jak nowa zastawa, będzie pięknie.
Na kuchni dogotowuje się barszczyk czerwony, dom pachnie suszonymi grzybami, pomarańczami, goździkami, cynamonem...
Usiłuję doprawić rybę po grecku, przez ten okropny katar straciłam zupełnie smak, a poza tym muszę uważać - odchudzam się po raz nie wiem już który. Ale teraz to już na poważnie, na pewno mi się uda tym razem. Zaparłam się.
Słucham z uśmiechem głosów dochodzących z pokoju, dzieciaki z mężem ubierają choinkę, słyszę jego tubalny śmiech. Tak jakoś na sercu ciepło mi się robi.

W radiu puszczają nastrojowe utwory, za oknem śnieg, choinka ubrana – wygląda cudownie.
Przytulam się do męża patrząc na rozświetlone kolorowymi lampkami drzewko.

Zapach ciasta wabi wszystkich do kuchni, sernik udał mi się w tym roku, nie zapadł się, nie przypiekł, stygnie i pachnie. Lubię sernik.
Stoły przykryte białym obrusem, nowa zastawa, granatowo – żółte serwetki, wygląda naprawdę elegancko.
Dzieci noszą potrawy na stół, ja w łazience przebieram się, przyczesuję włosy.
Nie patrzę w lustro, nie lubię swoich kilogramów, w niczym dobrze nie wyglądam.

Schodzą się goście, jest gwarno, radośnie. Moi rodzice, babcia, teściowie, nawet mój szwagier przyjechał.
Prezenty pod choinką skupiają całą uwagę dzieci, my zasiadamy przy wigilijnym stole, wszyscy razem, czuję rodzinną więź, czuję wyjątkowość tej chwili, podniosłość.
Jestem szczęśliwa.




2000 rok

Jedziemy samochodem, w kompletnej ciszy. Wigilia u teściów. Nie miałam siły robić jej u nas, u mnie. Obok mnie człowiek, którego kochałam przez 13 lat, obcy, daleki i zimny. Nawet dzieci milczą, wpatrują się przez szyby na oszronione miasto. Staram się nie rozpłakać.
Błagałam, prosiłam by został z nami, chociaż na święta. Przecież tak bardzo go potrzebujemy, ja potrzebuję, dzieci. Wybłagałam jedynie tą Wigilię. Przytulam twarz do chłodnej szyby i nie wiem czy słusznie zrobiłam tak naciskając. Jest źle, czuję się źle. Skrępowana cisza zaległa między nami.
Podjeżdżamy pod blok, wchodzimy do teściów, nie czuć Świąt, czuć smutek.
Teściowa pochlipuje przy wigilijnym stole, teść z kamienną twarzą wpatruje się w przestrzeń, moi rodzice prowadza zdawkową konwersację. Wszyscy ukradkiem spoglądają na mnie…
Męczą mnie te spojrzenia, boli rola zdradzonej żony. Czuję pustkę, tak bardzo chciałabym stamtąd wyjść, tak bardzo bym chciała żeby mnie ktoś przytulił.
Atmosfera jest trudna do zniesienia. “Skubię” kolejno podawane dania, nie mogę jeść, nie przechodzi mi nic przez zaciśnięte gardło.
Koniec Wigilii witam z ulgą. Zdawkowe pożegnania.

Stoję przy samochodzie i czuję się dziwnie, świat zaczyna obracać się do góry nogami, odpływać, oddalać.
Otwieram oczy, nade mną nachyla się mąż, bez troski, ze złością w oczach, jak mogłam zemdleć? Jak mogę być tak kłopotliwą jednostką? Wiezie mnie na ostry dyżur. Uderzyłam głową o beton, wszystko mnie boli, dzieci płaczą.
Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same. Nie ma litości, nie ma wyjątku, mogę umrzeć, nie obchodzi go to.
Zostałam sama.


2003 rok

Oprawiam tę nieszczęsną choinkę, nie wydawała się taka duża na stoisku. Tak naprawdę to ma ze 3 metry najmarniej i ogromny pień. Nie mam żadnej siekiery, usiłuję ją obciosać tłuczkiem do mięsa.
Dzieciaki się śmieją ze mnie a ja robię, co mogę. Wreszcie udało się, wstawiam ją do stojaka. Stoi niepewnie, a jeśli się przewróci? Po chwili namysłu zdejmuję obrazek ze ściany i sznurkiem przywiązuję pień choinki. Może nie wygląda specjalnie atrakcyjnie, ale przynajmniej nikogo nie zabije.
Dzieciaki wybierają bombki, w tym roku będziemy mieć złoto czerwoną choinkę.
Oglądamy zabawki, stare łańcuchy, niektóre pamiętam z czasów mojego dzieciństwa. Wiele zabawek robiła moja babcia, wspominamy ją biorąc w ręce słomiane koguciki, aniołki, łańcuchy ze sreberek po czekoladzie. Babcia nie zasiądzie już z nami przy wigilijnym stole, ale pamiętamy ją, kochamy i wierzymy, że w ten szczególny wieczór będzie nad nami czuwać.

Zakupionym sprayem dzieci malują obrazy na szybach. Zerkam z przerażeniem, mam nadzieję, że da się to zmyć.
Mam radość w sercu, nie wiem czemu, może przyszedł czas pogodzenia się z tym co poza mną, akceptację zmian, które nastąpiły a może nauczyłam cieszyć się tym, co mnie otacza, małymi, codziennymi radościami.
Czuję się tak jakbym odnalazła w sobie zagubioną magię Świat, czuję, że potrafię się cieszyć spotkaniem z bliskimi przy świątecznym stole, że czekam na nie.
Po trzech latach uczę się od nowa uśmiechać, mimo że nigdy nie będzie już tak samo.

Nie spieszymy się, większość potraw przygotowałam już wczoraj, teraz tylko nakryjemy do stołu, pod choinkę położymy prezenty, zapalimy lampki choinkowe. Ciche kolędy, spokój, nasze świątecznie ozdobione drzewko pachnie cudownie, na stole rozłożone pomarańcze ponabijane goździkami, dzieci porobiły na nich przecudowne goździkowe wzory...
Córka nosi potrawy na stół, z zapałem ustawia kolorowe półmiski. Oczywiście syn musi wtrącić swoje trzy grosze, powstaje nierozwiązywalny problem gdzie ma stanąć półmisek z rybą a gdzie jest miejsce na barszczyk.

Słyszę dzwonek domofonu, dziwię się, jeszcze zbyt wcześnie na gości.
Idąc korytarzem łapię swoje odbicie w lustrze, schudłam. Już nie muszę uciekać wzrokiem od samej siebie, odruchowo poprawiam włosy.

Dzieci mnie wyprzedziły. Pędzą do przedpokoju, słyszę jak otwierają drzwi.

- Mamo Tatuś przyjechał!!

To będą dobre Święta, teraz już wiem.


==========================================================


Serdecznie pozdrawiam i proszę następnym razem zadbaj o tekst..
Natalia

Opublikowano

"Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same"
Właśnie przeczytałam twoje opow. po raz drugi i cieszę się, ze poprawione, jak fajnie teraz wygląda. Tylko jeszcze to jedno zdanie, dla mnie to wygląda, że lekarz wyjeżdża.... Jeśli jeszcze to poprawisz, bedzie idealnie.
A co do treści.... Dla mnie najbardziej ciekawy był środkowy fragment, sprawdza się chyba powiedzenie, że nejtrudniej jest w oryginalny sposób pisac o szczęściu. Ale myślę, ze wyszłaś z tego zwycięsko, w takiej sytuacji bardzo łatwo osunąć się w kicz (wiesz, te choinki, bombki; w ogóle gwaizdka to straszny kicz, chociaż przyjemny:))), ale tobie udało się byc w miarę oryginalną, jest w tym autentyzm, czuć w tym życie.
Fajne opowiadanie, z przyjemnością przeczytałam 2 razy, co nie zdarza mi sie często:)
Pozdrawiam i Wesołych 2004!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...