Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

jo nie jes żadyn chop, chachor
ani inkszy ciućmok
nie je mje gańba
szmaterloki halać

nosza klajdzik
moga gryfnie cnić
nudle warzyć
gorko moga przajać

jak mom kaprys
zbierom gynsiepympki
larma nie robia
skuli manta po rzyci

kusiki do bajtla
to je mje nie fajer
bo życie jes piykne

z Panembóczkiem sie nie wadza
a jak mje prziwoło
to se kojfna
bo mje styknie




w wolnym tłuamczeniu:

"pupcałuj mnie"

nie jestem gamoniem
ni męską fajtłapą
głaskaniem motyli
nie sromam się wielce

w sukniach tylko chadzam
owinięta tęsknotą
gotując makarony
miłuję najgoręcej

gdy mnie czasem najdzie stokrotkowa chętka
popołudnia umilam zrywaniem
gdy zaś tyły moje
zasadzka zaskoczy
nie poddaję się dramatyzowaniem

gradem całusków miluchne buziaki
obsypuję codziennie z radością
toż to życie w perełce rumiane i szczere
zamknięte z nabożną lubością

nie siłuję się z Bogiem pokorna Jego planom
wypatruję posłańców - dotknięta
Słowem TERAZ i Palcem
za rękę pospieszę kontenta

Opublikowano

@Mithotyn


sóm taki rzeczy kierych sie nie przekłodo bo sie nie do :))



a ja dawno nie czytałam tekstu gwarą, to i namęczyłam się z początku, ale potem już mi całkiem dobrze szło :))
(ale jakby mi to kto kazał czytać na głos - uznałby, że czytać nie umiem :))

Opublikowano

@Mithotyn
trochę się napracowałam; swoją drogą, to ciekawe doświadczenie, tłumaczyć samą siebie:)

prawdą jest, że język określa człowieka; moja natura to syrce z wongla;) (serce z węgla)

pozdrawiam serdecznie!

Opublikowano

No, to nie zawiodłam się! Mamy w tym niby obrzydliwym, niekompetentnym dziale, kolejną Autorkę, która ożywia i bawi.

Znakomity tekst. Lubię go bardziej w wersji "orginalnej". Tłumaczenie coś odebrało temu wierszowi, chociaż udatne.

Wzruszyła puenta, jakby pisana nad rześkim potoczkiem, w świeżej przestrzeni. Tak sobie zobaczyłam tego chłopinę, ckliwie.

Na pewno gwara zbudowała klimacik. Nie znam jej, ja - analfabetka, ale wystarczyło, żeby wywołać atmosferę. Nie ukrywam - poleciałam w google :-)))))))))))) co do niektórych wyrazów.

Poza tym, imię Monika- ażurowe, filigranowe i delikatne, pasuje do Twojej poezji jak koronka brabancka do postaci na Galapagos. :-)

Pozdrawiam. E.

Opublikowano

@Zjajami_Baba
powiem ci, że to mnie ruszyło - ja jestem chop z bliska Ślunska - i szanuję moich braci stamtąd - i se myśle, że chciołbych mieć stamtuąd babe; ale chyba mi to nie jest pisane, niestety, bo jesteś z wyższej sfery, sorry, ale taki mamy klimat...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach

  • Popularne aktualnie



×
×
  • Dodaj nową pozycję...