Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wigilia Cyberiusza

Zapadał zmrok. Nielicznych przechodniów usiłowały kusić ze sklepowych wystaw kolorowe pudełka, jednak już nikt nie zwracał na nie uwagi. Tylko w supermarketach pojedynczy klienci pośpiesznie dokonywali ostatnich zakupów. W oknach domów lśniły światełka na choinkach. Tu i ówdzie rozlegało się kolędowanie.
Tylko Cyberiusz (wnuk sławnego Tumora) Mózgowicz nie myślał o wigilii. Jak zwykle siedział przed ekranem komputera i zapamiętale buszował w cyberprzestrzeni.
Tego jednak wieczoru z komputerem działy się dziwne rzeczy: wyświetlał jakieś niezrozumiałe komunikaty, lub po prostu się zawieszał. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jego użytkownikiem był ktoś zwyczajny, ale w kompie Cyberiusza takie rzeczy nie miały się prawa wydarzyć. Uruchomił w końcu skaner antywirusowy. Po dłuższej chwili na ekranie ukazał się komunikat: robak internetowy:worm.Santa Claus .Usunięcie niemożliwe.
Czekaj, robaczku! Zaraz się ciebie pozbędę!
Jednak, kiedy chciał ręcznie usunąć robaka usłyszał nagle, wychodzący z komputera, basowy głos:
-Ho, ho, ho! Myślisz, że uda ci się mnie pozbyć? Niedoczekanie!
Zaskoczony Cyberiusz rozejrzał się niepewnie. Jakim cudem komputer przemówił, skoro w ogóle nie miał podłączonych głośników... W pokoju nie było nikogo... Przekonany, że się przesłyszał ponowił próbę. Ten sam głos odezwał się ponownie:
-Szkoda twojego zachodu. Mnie się nie da zlikwidować, choć wielu ludzi bardzo tego pragnie.
-Kim jesteś? I jakim sposobem dostałeś się do mojego komputera?
-Nie przeczytałeś komunikatu? Jestem Santa Claus, co po waszemu znaczy Święty Mikołaj. A jak dostałem się do twojego komputera... Widzisz, przestało mi się podobać włażenie przez komin. Nieraz mi się zdarzało w nim utknąć, co niekiedy powodowało znaczne perturbacje w harmonogramie dostarczania prezentów. A ponadto moja pralnia nie mogła nadążyć z czyszczeniem pobrudzonych sadzami kostiumów, a przecież nie mogłem przychodzić do dzieci usmolony. Korzystam więc z nowoczesnych metod odwiedzania domów.
-Mam więc rozumieć, że przyniosłeś mi prezent?
-Ho, ho, ho! Też ci się zachciewa. A uważasz, że zasłużyłeś na jakiś?
-No, nie wiem. Ale chyba nie jestem taki najgorszy...
-Może i nie najgorszy, ale mogłoby być lepiej. Kiedy ostatnio zrobiłeś coś dla innych ludzi? No widzisz, nie pamiętasz. A pamiętasz tą Hanię, z którą zerwałeś bez słowa pożegnania? Pamiętasz! I co z tego? Ona dalej czeka i płacze po nocach za tobą. A ty wiecznie siedzisz przed monitorem i zajmujesz się pierdołami!
Cyberiusz zawstydził się tymi słowami i zaczął sobie przypominać.
No tak, jestem bezdusznym zimnym draniem. Przecież kochałem tę dziewczynę. Dlaczego ją zostawiłem? Chyba z tchórzostwa...
Mikołaj nie miał widać kłopotów z odczytywaniem myśli, bo odezwał się ponownie:
-To prawda. Okazałeś się tchórzem i beznadziejnym dupkiem, ale wiesz co? Daję ci szansę na poprawę. Mam prezent, ale nie dla ciebie, baranie, lecz dla Hani. Ubierz się teraz przyzwoicie i dotknij ekranu monitora.
I, ku swojemu zdziwieniu uniósł się Cyberiusz ponad miastem .Spoglądał z góry, jak zwykli ludzie spędzając ten uroczysty, jedyny dzień w roku. Potem znalazł się przy wigilijnym stole, w mieszkaniu Hani. Stół nakryty był dla dwóch osób. Widocznie, zgodnie z tradycją przygotowała miejsce dla niespodziewanego gościa. Czy domyślała się, kto nim będzie?
Hania krzątała się jeszcze w kuchni i nie dostrzegła przybysza. Wtem rozległ się dzwonek do drzwi. Cyberiusz przez szparę w niedomkniętych drzwiach dostrzegł Hanię która w pośpiechu ocierając ręce, o nałożony na odświętną sukienkę kuchenny fartuszek śpiesznie przeszła przez przedpokój . Po chwili posłyszał szczęk otwieranego zamka i cichą rozmowę. Drzwi do pokoju otworzyły się i wkroczył doń, łudząco podobny do Cyberiusza młodzieniec.
-Siadaj- powiedziała Hania. –Zaraz wnoszę jedzenie.
-Młodzieniec zmierzał wprost, ku zajmowanemu przez Cyberiusza krzesłu. Cyberiusz chciał odezwać się do przybysza, ale w żaden sposób nie mógł wydobyć z siebie głosu. W tej samej chwili do pokoju weszła Hania z wazą w rękach. Kiedy usiadła przy stole, jej gość również zajął miejsce, na którym siedział Cyberiusz i wzdrygnął się gwałtownie.
-Co się stało, kochanie?
-Nie wiem, ale nagle poczułem przejmujący chłód.

Opublikowano

jeśli mogę pozwolić sobie , jedna uwaga . " Nielicznych przechodniów kusiły ..." , drugie zdanie , sensu w nim nie widzę . "nielicznych kusiły -jednak już nikt " ?
uważam [moje- widzi- mi -się], że lepiej zabrzmie : " [ Jeszcze ] tylko nielicznych przechodniów kusiły....... , mało kto zwracał na nie uwagę " .
a gdzie tradycja :-) ? ciekawy pomysł ,zaskakująca puenta.
pozdrawiam

Opublikowano

...i do tego poliglota [ tak na marginesie ] :-)
Panie Leszku , nie będę Panu słodzić , ale muszę przyznać , że zaliczam sie do tej publiczności , która jasności wymaga !
Dla mnie , Pański "podmiot" , nie "leży" z prostatą tekstu [ prostota=jasność].Razi mnie to zdanie. Rozumie Pan teraz laika ?

Opublikowano

No tak, nawiązanie do klasycznej wigilijnej, hihi :)

Ale jedno muszę powiedzieć - uczulony jestem (pewnikiem z racji wieku) na " dziewczynę" :) Proszę, zmień (we wszystkich miejscach:)) Wiem, profesor Miodek mówił, że obie formy poprawne, ale jakos mi się lepiej czyta :)

Pozdrawiam
Wuren

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...