Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- I co, - powiedział do mnie święty Piotr – łyso ci teraz?
Nie bardzo wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Przesunąłem dłonią po lekko już przerzedzonej czuprynie i uśmiechnąłem się nieśmiało, niczym nudysta na zlocie harleyowców. Święty musiał chyba wyczuć moje zakłopotanie, bo nieco spuścił z tonu a twarz jego przybrała wyraz łagodny, by nie rzec – przyjazny. Odezwał się do mnie tymi słowy:
- Nie mogę. Po prostu nie mogę...
Bezradnie rozłożył ręce, ja jednak nie zamierzałem tak łatwo odpuścić.
Za mną wciąż rosła kolejka potencjalnych zbawionych (bądź też nie) i zazwyczaj w takiej sytuacji zapewne zastanawiałbym się ile osób życzy mi właśnie śmierci. No bo, wyobraźcie sobie, stoicie sobie w kolejce i to nie byle jakiej, bo do samego Raju, bardzo, bardzo ale to bardzo długiej kolejce a tu nagle jakiś frajer przed wami wszczyna kłótnie ze świętym Piotrem, przez co wasze oczekiwanie przedłuża się w nieskończoność. Ja byłem w tym przypadku owym frajerem acz sytuacja, w jakiej się znalazłem, zdecydowanie usprawiedliwiała moje postępowanie. Taką przynajmniej miałem nadzieję. W końcu lubię ciepło, no ale bez przesady.
- Posłuchaj mnie – kontynuował Święty. - Ja mam tu wyraźne instrukcje, sam zobacz.
Wyciągnął spod blatu swojego biurka starą, zniszczoną, oprawioną w skórę broszurkę i zaczął czegoś w niej szukać.
- Mam! - wykrzyknął w końcu. - Spragnionych... napoić... chorych nawiedzać... takie tam. Sam widzisz, takie są zasady.
- Ale co mnie do tych zasad?
Święty spurpurowiał. Musiałem niechący nadepnąć mu na odcisk czy coś.
- Ugryzłeś własnego ojca! I spaliłeś dywan! Czcij ojca swego i matkę swoją!
Czułem, że i mnie zaczynają powoli puszczać nerwy. Święty zaś krzyczał dalej, nie pozostało w nim już nic z początkowej łagodności, jaką emanował jeszcze przed chwilą.
- Nikt, kto gryzie własnego starego, nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego!
- Nie mów na mojego ojca "stary"! - nie wytrzymałem.
- To moja sprawa jak na kogo mówię!
- Nikt nie będzie nazywał mojego ojca "starym"!
- A ty będziesz przez dwieście lat gnił w Czyśćcu!
- A ty masz doklejaną brodę!
To mówiąc, rzuciłem się na niego, chwytając go za rzeczoną brodę i szarpiąc ją na cztery strony świata. Święty Piotr darł się wniebogłosy i ze wszystkich sił starał uwolnić, broda jednak wciąż tkwiła na miejscu, nieźle ją przykleił nawiasem mówiąc. W końcu zdołał mnie odepchnąć. Momentalnie wyszarpnął z kieszeni łańcuch, do którego miał przytwierdzone klucze i wywijając nim niczym jakiś Bruce Lee, ruszył w moim kierunku, wydając z siebie przy tym bojowy okrzyk. Brzmiał jak krzyżówka słonia z trabantem. Stojący za nami kolejkowicze złapali go w ostatniej chwili. Dyszał ciężko, oczy niemal wyszły mu z orbit, żyły wystąpiły na skronie. Czerwona tarz nieprzyjemnie kontrastowała z białym wdziankiem.
- Żądam widzenia z twoim szefem – wycedziłem.
- Ja tu jestem szefem! - ryknął.
- Daj mi kogoś wyżej od ciebie!
Zawył, jednak nasi rozjemcy wciąż trzymali go mocno. Któryś z nich przyniósł mu nawet telefon. Święty nie wziął go jednak od razu, chwilę jeszcze posapał, by w końcu dać znak tym, którzy krępowali mu ruchy, że już nie zamierza być agresywny. Poprawił sobie zmierzwioną brodę.
- Chłopie, - zaczął ze sporym wyrzutem w głosie – zwariowałeś? Co ty myślisz, żę ja jestem jakiś święty Mikołaj, czy co? To moja naturalna broda! Mój tatuś nosił brodę, mój dziadziuś nosił brodę...
Spojrzałem na niego spode łba.
- I przepraszam za tego "starego" – dodał. - Ale jak Ci mówię, że się nie da, to się nie da.
- Ale dwieście lat?
- To najniższy z możliwych wyroków, przykro mi. Zresztą, czym jest marne dwieście lat wobec wieczności?
Spróbował się uśmiechnąć, chcąc mi najwyraźniej dodać tym otuchy. Nieszczególnie mu to wyszło.
- Mimo wszystko, życzę sobie rozmawiać z twoim przełożonym – nie dawałem za wygraną.
Święty Piotr westchnął ciężko – a wtórowali mu wszyscy wciąż czekający na swoją kolejkę – chwycił jednak za słuchawkę.
Po chwili zjawił się Jezus.
- No co tam? - błysnął w uśmiechu garniturem idealnie białych zębów.
Następnie strząsnął z rękawa równie białej marynarki niewidzialny pyłek i mrugnął do mnie sponad wielkich, czarnych okularów.
- No co tam? - ponowił pytanie, celując wzrokiem w świętego Piotra.
- Ten tutaj – święty wskazał na mnie – nie zgadza się na Czyściec.
- Jak to nie zgadza?
- No normalnie. Nie zgadza się i już.
Twarz Jezusa spochmurniała. Minę miał teraz poważną, podszytą smutkiem i ledwie zauważalnym rozczarowaniem.
- Dlaczego? - pytanie skierowane było do mnie. - Dlaczego nie przyjmujesz Czyśćca?
- Tak w ogóle – święty Piotr nie dał mi dojść do głosu – to napisałem do Kryszny. Kazał go zamienić w mrówkę.
- Ej ej ej, ty, słuchaj, weź mu lepiej powiedz, żeby przestał w końcu wbijać na mój kwadrat, ok?
- Tak jest, Panie...
- Kto tu do diab... - urwał nagle i rozejrzał się nerwowo. - Znaczy, kto tu rządzi? Wiesz, czy mam Ci przypomnieć?
Święty spuścił oczy nie odzywając się ni słowem, Jezus zaś kontynuował:
- To jest dystrykt chrześcijański, prawda?
Obaj, ze świętym Piotrem, pokiwaliśmy głowami. Nie chciałem Go irytować, choć sam fakt nierównego traktowania po śmierci nie do końca mi się podobał. No bo co, gdybym był Hindusem, to zamiast dwustu lat w smole spędziłbym jakieś dwa dni jako mrówka, zanim ktoś by mnie rozdeptał? Przyznacie chyba, że miałem prawo czuć się mocno zawiedziony.
- Panie Jezu... - zacząłem nieśmiało.
Uciszył mnie gestem. Poprawił marynarkę. Znowu się uśmiechał, odzyskując swój niedawny czar i urok. Podszedł do mnie krokiem sprężystym niczym zastygająca właśnie galaretka owocowa i, kładąc mi dłoń na ramieniu, rzekł:
- Darujmy sobie te tytuły. Jezus jestem.
- Marian, miło mi.
- No, to teraz możemy rozmawiać.
Klepnął mnie w plecy a trzeba przyznać, że krzepę w łapie to on miał. Kiedy przestałem się już krztusić, skinął na świętego Piotra, ten zaś podał mu telefon.
- Co robisz, Jezusie? - zapytałem
- Jezu. Kumple mówią mi Jezu – ponownie puścił do mnie oczko, błysnął zębami i wykręcił numer.
- Ale co robisz?
- Dzwonię do ojca, wiesz jak to jest z rodzicami.
Stał tak przez chwilę trzymając słuchawkę, ja patrzyłem na niego, święty Piotr – na mnie a coraz bardziej zirytowany tłum wlepiał gały w zamkniętą bramę Raju. Nie śmieli jednak wyrażać swojego niezadowolenia w obecności Absolutu. W końcu nigdy nic nie wiadomo.
Jezus rzucił słuchawką.
- Do diab... Czy ja zawsze wszystko muszę robić sam?!
Uśmiechnąłem się kwaśno.
- Nie odbiera! Zawsze jak mi jest potrzebny to nie odbiera!
- Pański Ojciec – nieśmiało wtrącił się święty Piotr – jest dzisiaj na bankiecie w dystrykcie muzułmańskim. Tak mi się przypomniało właśnie...
Jezus zmęłł przekleństwo. Święty Piotr błyskawicznie skropił go święconą wodą.
- No weź daj spokój... W końcu to ja to ustalałem. Dałem sobie teraz jednorazową dyspensę na przeklinanie. A Ojcu też nie musisz się chwalić. Jasne?
- Jasne.
Byliśmy znowu w punkcie wyjścia, staliśmy we trzech z rozsierdzonym tłumem za plecami i w zasadzie to nikt nie wiedział co robić. Święty Piotr bawił się kluczami a Jezus przesuwał ręką po brodzie.
- Słuchaj mnie – zaczął w końcu. - Dlaczego nie chcesz iść do Czyśćca?
- No bo... bo... bo mnie będzie boleć.
- Ale potem pójdziesz do Raju no... zapamiętam cię, dostaniesz jakieś fajne lokum, co? Nawet sam ci urządzę parapetówkę. No proszę cię, Ojciec znowu będzie mi gadał...
- Nie pójdę do Czyśćca.
- Nie?
- Nie.
Byłem twardy. Musiałem być twardy. W końcu nie miałem nic do stracenia.
- A chcesz dodatkowe tysiąc lat za sprzeciwanie się mojej woli?
Pardon. Jak się okazało – i tutaj mogłem stracić. Starałem się jednak wybrnąć z całej sytuacji:
- A nie mogę też dostać takiej jednej dyspensyjki malutkiej? Jezus, no...
- No co Jezus, co Jezus... Nie Jezusaj mi tu, Ojciec łeb mi urwie jak Cię wpuszczę bez Czyśćca.
Wyjał z kieszeni marynarki papierosa.
- Elektroniczny, zdrowy – wyjaśnił szybko przerażonemu świętemu Piotrowi, który szykował właśnie wiadro święceonej wody.
Wszystko było przegrane. Na nic moja walka, rozwiały się resztki nadziei. Ostatki wiary w przyspieszone zbawienie prysły jak mydlana bańka, padająca na czubek widelca. Nie wiem kto puszcza bańki przy obiedzie ale tak właśnie to wyglądało. Strach oblepiał mnie jak pianka do golenia. Syn Boży dostrzegł widocznie moją rezygnację, bo podszedł do mnie i znów po bratersku klepnął mnie w plecy, tym razem już nieco lżej niż rozpędzony Boeing 747.
- Słuchaj, zrobimy tak. W końcu jestem Bogiem, nie? Masz jakąś kasę?
- Kasę?
- Nie nie, nie, – zaczerwienił się lekko – nie o to mi chodzi. Rzucimy monetą po prostu. Jeżeli wypadnie reszka – akceptujesz nasz wyrok. A jeżeli orzeł... - tu zawahał się na chwilę i wziął od świętego Piotra wspomniane już wiadro wody święconej – no to mam przesrane.
Błyskawicznie zanurzył głowę w wiadrze, po czym kontynuował:
- Innymi słowy jak będzie orzeł to wchodzisz. A skoro już i tak ma być gnój... - kolejna kąpiel w wiadrze – to nawet odpowiem na jedno twoje pytanie. Za straty moralne. Ok?
- Ok.
- Więc? Zadaj pytanie zanim rzucę monetą.
- Jak zrozumieć kobietę? – wypaliłem bez zastanowienia.
Jezus spojrzał na świętego Piotra, święty Piotr spojrzał na Jezusa po czym wybuchnęli gromkim śmiechem. Wyli obaj, święty Piotr trzymał się buirka, Jezus walił pięścią w blat, drugą ręką ocierając łazwiące ze śmiechu oczy. Po jakiejś minucie uspokoili się, spojrzeli na mnie, spojrzeli po sobie... i znowu ryknęli śmiechem. Muszę przyznać, że nigdy nie widziałem świętego, który tarzałby się po ziemi – czy tam chmurze – nie mogąc nabrać powietrza.
- Dobra, – rzucił w końcu Syn Boży, prychając jeszcze lekko – to to jest twoje pytanie?
- Tak.
- Swoją drogą ciesz się, że nie trafiłeś do Mahometa.
Po kolejnym ataku śmiechu jako pierwszy fason odzyskał święty Piotr:
- Na pewno?
- Tak, na pewno.
Kiedy święty walił głową w swoje biurko parskając przy tym, dusząc się i rzężąc, rozmowę kontynuował Jezus:
- Pamiętaj, że pytanie masz tylko jedno.
- Pamiętam – wycedziłem, bo już zaczynali mnie szczerze wkurzać. Zwłaszcza, że nawet nie rzuciliśmy jeszcze monetą.
- Więc, - ponagliłem Go - jak brzmi odpowiedź?
- Otóż... - Jezus nabrał powietrza do płuc, wypuścił je, spojrzał na mnie wciąż z trudem hamując śmiech i powiedział w końcu:
- Widziałeś kiedyś wielbłąda?
- Nooo... tak. W ZOO.
- Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielnie niż ktokolwiek zrozumie kobietę.

Opublikowano

Gała, przebiłeś wszystkich !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
absolutne mistrzostwo świata!
jesteś (bez wątpienia!) moim synem, Synu!! i to nie jest nepotyzm - po prostu pewne zdolności się dziedziczy, niestety :P
tarzam się ze śmiechu, ocieram wzruszoną łzę, skapującą na klawiaturę (a Twoja Siostra drze się tymczasem: Mamo, przestań! Twoja, za przeproszeniem, sól wyżera klawisze, a ja ggadam! A w ogóle, to twój czas mija! Pora do lamusa. Tera ja!)

a więc spadam, Gała! na amen - że się skompatybiluję z twoim tekstem.
fantastycznym.

widzę jakieś literówki, ale w....z literówkami!!!!!!!!

pisz, Chłopaku, opowiadania
:*
Matka

Opublikowano

Wrzuciłem tu kiedyś coś podobnego, ale to jest fajniejsze.
Bardzo chciałbym usłyszeć skrzyżowanie trabanta ze słoniem.

Wywaliłbym nawias (bądź też nie). To literatura, nie felieton.

Pozdrowienia!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak tak pamiętam, ale dyplomatycznie napiszę, że nie pamiętam na tyle, żeby ocenić które lepsze ;)

A teraz co do tekstu... w skrócie cudownie obrazoburczy ;) Lekkie pióro + dobry pomysł = kapitalny efekt. Temat oklepany jak plecy gruźlika, ale przecież nie o to chodzi o czym się pisze tylko jak się pisze, a teraz błędy... coś tam wyszukałem, bo chyba nikomu się nie chciało, każdy się skupiał na treści ciekawej. Więc tak najpierw przecinki:

"stoicie sobie w kolejce a tu nagle jakiś"

"Klepnął mnie w plecy a trzeba przyznać"

"ja patrzyłem na niego, święty Piotr – na mnie a coraz bardziej zirytowany tłum wlepiał gały w zamkniętą bramę Raju."

"Święty Piotr bawił się kluczami a Jezus przesuwał ręką po brodzie."

Wszędzie to nieszczęsne "a", ale to nie koniec ;)

"Ja byłem w tym przypadku owym frajerem acz sytuacja, w jakiej się znalazłem, zdecydowanie usprawiedliwiała moje postępowanie."

nie jestem pewien, ale ja bym przesunął przecinek przed "acz" traktując to jak "ale" no lepiej zdanie brzmi po "sytuacji" nie ma potrzeby robić żadnej przerwy.

"No bo, wyobraźcie sobie, stoicie sobie w kolejce"
Chyba niepotrzebne to powtórzenie, wiem że to miała być narracja, takie gawędziarskie coś, ale to powtórzenie jednak mi zgrzyta.

"W końcu lubię ciepło, no ale bez przesady."
tu sytuacja podobna to "no" niepotrzebne zupełnie

"Brzmiał jak krzyżówka słonia z trabantem."
Ja bym napisał "Brzmiało to jak" choć rozumiem, że chodziło o to, że św. Piotr "brzmiał jak", ale że piszesz na końcu zdania o dźwięku nie o osobie więc, przychylałbym się do drugiej wersji.

"krok sprężysty niczym zastygająca właśnie galaretka owocowa"

myślę, że bez tego "właśnie" całość by nie straciła na uroku, a zyskała na zgrabności. podobna sytuacja jak dwie poprzednie.

i na koniec mała literówka

"Czerwona tarz nieprzyjemnie kontrastowała z białym wdziankiem."

To by na tyle było, sam tekst zgrabny i naprawdę mnie Katolika poważnie traktującego te sprawy i osoby imiennika opisanego w tekście apostoła bardzo całość rozśmieszyła, więc zasługa tym większa, napisz jeszcze z 10 tego typu tekstów o życiu w zaświatach i będzie kapitalny zbiorek do wydania.

pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak tak pamiętam, ale dyplomatycznie napiszę, że nie pamiętam na tyle, żeby ocenić które lepsze ;)

A teraz co do tekstu... w skrócie cudownie obrazoburczy ;) Lekkie pióro + dobry pomysł = kapitalny efekt. Temat oklepany jak plecy gruźlika, ale przecież nie o to chodzi o czym się pisze tylko jak się pisze, a teraz błędy... coś tam wyszukałem, bo chyba nikomu się nie chciało, każdy się skupiał na treści ciekawej. Więc tak najpierw przecinki:

"stoicie sobie w kolejce a tu nagle jakiś"

"Klepnął mnie w plecy a trzeba przyznać"

"ja patrzyłem na niego, święty Piotr – na mnie a coraz bardziej zirytowany tłum wlepiał gały w zamkniętą bramę Raju."

"Święty Piotr bawił się kluczami a Jezus przesuwał ręką po brodzie."

Wszędzie to nieszczęsne "a", ale to nie koniec ;)

"Ja byłem w tym przypadku owym frajerem acz sytuacja, w jakiej się znalazłem, zdecydowanie usprawiedliwiała moje postępowanie."

nie jestem pewien, ale ja bym przesunął przecinek przed "acz" traktując to jak "ale" no lepiej zdanie brzmi po "sytuacji" nie ma potrzeby robić żadnej przerwy.

"No bo, wyobraźcie sobie, stoicie sobie w kolejce"
Chyba niepotrzebne to powtórzenie, wiem że to miała być narracja, takie gawędziarskie coś, ale to powtórzenie jednak mi zgrzyta.

"W końcu lubię ciepło, no ale bez przesady."
tu sytuacja podobna to "no" niepotrzebne zupełnie

"Brzmiał jak krzyżówka słonia z trabantem."
Ja bym napisał "Brzmiało to jak" choć rozumiem, że chodziło o to, że św. Piotr "brzmiał jak", ale że piszesz na końcu zdania o dźwięku nie o osobie więc, przychylałbym się do drugiej wersji.

"krok sprężysty niczym zastygająca właśnie galaretka owocowa"

myślę, że bez tego "właśnie" całość by nie straciła na uroku, a zyskała na zgrabności. podobna sytuacja jak dwie poprzednie.

i na koniec mała literówka

"Czerwona tarz nieprzyjemnie kontrastowała z białym wdziankiem."

To by na tyle było, sam tekst zgrabny i naprawdę mnie Katolika poważnie traktującego te sprawy i osoby imiennika opisanego w tekście apostoła bardzo całość rozśmieszyła, więc zasługa tym większa, napisz jeszcze z 10 tego typu tekstów o życiu w zaświatach i będzie kapitalny zbiorek do wydania.

pozdrawiam

wiesz, to nie miało być z założenia obrazoburcze ani nic z tych rzeczy. po prostu myślę, że do wszystkiego trzeba mieć dystans, niezależnie od ideologii, religii etc. ze wszystkiego można się śmiać, niekoniecznie chcąc tym samym kogoś urazić=)
a przecinki to o zawsze moja słaba strona;)
no i dzięki za znalezienie literówki, w wolnej chwili się tym zajmę=)
pozdry
G.
Opublikowano

Wyśmienite i bardzo zabawne. Wspaniała dynamika i rytm. Mistrzowska narracja. Świetne opisy sytuacji np. jak trzymali rozwścieczonego św. Piotra. No ja to wszystko zwyczajnie widziałem, jakbym był na przedstawieniu kabaretowym.
Miałbym parę uwag, ale nie wiem, czy jesteś otwarty na krytykę czy nie. Więc, póki na to mi nie odpowiesz nie będę ich wypisywał.
Pozdrawiam serdecznie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Ezra i sort - rosiarze.    
    • Lubić łaskotki ego Swoje i cudze Gdy nie chce przyłożę Kompres miłości aż Poszanuje inność I siebie samego Nie chce niczego Co złu hołubi Dziękuje że jest I będzie Nie dba o wygląd Żartuje w słowie W myśli coś knuje by wyrazić to w mowie Szczera ta spowiedź E lektryzuje G oi i O dnajduje Na ślubnym kobiercu Na Ciebie tam niedaleko Już oczekuje Oprócz akronimu wykorzystano wierszyk; Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje, w myśli, mowie, sercu, na ślubnym kobiercu!  
    • jak różne kraje i obyczaje odmienne jak brak porównania istnieją zamki, istnieją grody i nikt nie chce całej Ziemii ... Ziemia jest wielką jabłonią wystarczy owocu wystarczy cienia
    • @andrew   To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy.
    • Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam.   "Portret Owalny" cz.1   Kariera miejskiego urzędnika  nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym  od dyktatorskiej postawy i protekcji  mojego kochanego ojca  w którego wydziale miejskim  miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się  niesłusznie obarczaną winą  za wszelkie niepowodzenia marionetką  niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy  do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt  w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec  nie dał poznać po sobie  by miał jeszcze ochotę  mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku  innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego  przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma  nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu  brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach,  który krył ludzi  w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających  swoje przemijające rwąco życie  na przyjemnościach związanych  z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków  tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą  od konserwatywnego salonu  banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat  nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją  przemocy i zepsucia. Byli też sensualni  do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie  w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego  od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się  na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć  o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich  z czasem zaczął piętrzyć się  na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy,  stanęło przed oczyma  trzymając w kościstych dłoniach  weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował  po każdej ukończonej sesji   a ich wysokość przedstawił jako  wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto  że nie interesuje go płeć piękna  a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie  i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania  z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później  o dziwo dostarczona przez  chłopca na posyłki  w samym środku nocy. W krótkim liściku  zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie  wieczorem dnia najbliższego  na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz  u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane  co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia  o moim pojawieniu się  o godzinie ósmej wieczorem  pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką  na powrót w dłoń chłopca  a ten pobiegł jak wicher  w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się  w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach,  wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie  u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem  grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie  jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta  na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca  a przeskok przez nią  powodował ryzyko upadku  z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni  elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny  acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste  prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką  i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem  nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie  spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru  marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno  po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę,  głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy  dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie  do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win  lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej  pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś  do podpiwniczenia wieży ciśnień,  która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem  a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru  nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec  który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy  widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się  i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana  z całego serca za spóźnienie  to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo  niebezpiecznym miejscem  przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu  z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie  ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli  do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli  i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu.   Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę  i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach  a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem  nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia  zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym  ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie  utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych  tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach  i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione  od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem  w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech  a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok  dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach  gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować  i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez  grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek  a raczej dawna szopa mieszkalna  tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek  i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej  były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę  niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami  takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu  i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził.     Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść  do takiej infrastrukturalnej formy  ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne  i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się  najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach  i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości  istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem  czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka.     Pierwsze co poczułem  to uderzające i dziwnie otulające  kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch  o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta  haust powietrza i dłuższą chwilę  nie miałem ochoty  wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście  tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna  dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle  przerażające i wstrząsające  co idealnie zlewały się z otoczeniem  nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych  ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach  wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli  na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili  zrobić sobie w głowie otwór  od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci  a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te  trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała  i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby  żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był.     Wild stał obok stołu,  zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz  przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział  jakiś dziwny fason  jednoczęściowego płaszcza,  który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz  a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim  w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią  i przeczytałem krótką notatkę.   Cieszę się, że możemy się  spotkać Panie Scholl  i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie  bez żadnych niepotrzebnych opóźnień  ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać  z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą  i nie chcę marnować nawet sekundy  z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza,  proszę przejść na przygotowane  dla Pana krzesło  naprzeciw gotowego płótna  a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność  i zasobność domu  jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory  i dość obskurnego otoczenia  będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym…  sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję  brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany  Victor Wild.     I faktycznie obok notatki  spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda  i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby  i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby  i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda  pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...