Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zawsze cierpiała sama. Po cichu, nikomu nie zagłuszając niczyjego,
szczęśliwego świata. Cierpienie kołysało ją do snu, cierpienie towarzyszyło jej, gdy otwierała oczy rano. Było elementem jej życia, cichym, wiernym kompanem, o którym nikomu nie opowiadała. Zaczynało się wpisywać na stałe w jej los, wyścielać jej ścieżki, nieustannie przeszkadzać jej iść do przodu.

Któregoś dnia, zjawił się On, nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, któregoś dnia wszystko się zmieniło.

Któregoś dnia zapytał. Któregoś dnia zrozumiała, ze musi odpowiedzieć.

Zawsze w połowie zapominała o wszystkim. Patrzyła na niego i zapominała o swoim
bólu, tak po prostu. Nie wiedziała kim była i kim On się stawał, nie wiedziała co się z nią dzieje, w co zmienia się on. Wtedy milkła. Patrzyła. C z u ł a.

To zawsze było takie niezwykłe. Prostym ruchem ją przytulał. A potem kładł jej
brodę na głowę w geście czułości, był na tyle wysoki, że robił to bez problemu. I wtedy znikała w niej dorosłość, kobiecość, wtedy stawała się mała, wtedy znów była dziewczynką, która patrzy szklanymi oczami na Dorosłych na tyle dorosłych, że nikt nie brał jej na ręce
i nikt nie kładł jej brody na drobnej, niekochanej głowie.
Gdy to robił obdzierał ją ze wszystkiego. Cierpienie znikało, złość była jedynie
słowem, a w niej istniała już tylko tkliwość, rozczulenie, dusząca słowa, dusząca wszystko.


Musiała mówić.

Wielokrotnie miała ochotę go uderzyć, zbić, zabić za to, że karze jej zamknąć cierpienie w słowa. Nie miał pojęcia, jak bardzo było to trudne; dobrać odpowiednie słowa, nazwać stany, opowiedzieć o bólu, a potem, jakby to było jeszcze nie dość- przepuścić przez tchawicę, gardło, wepchnąć na struny głosowe, wypuścić z gardła w formie słów i co gorsze- usłyszeć to jeszcze.

Czasem go nienawidziła.

Stan nienawiści trwał jednak tylko do czasu, gdy okazała się na tyle mężną osobą,
że w swej nieprzeciętnej odwadze podniosła głowę do góry i zobaczyła jego oczy. Chyba dopiero wtedy zrozumiała sens tego dodatkowego cierpienia, jakie pojawia się przy, paradoksalnie, mówieniu o cierpieniu. Bo chociaż to jest tak bardzo trudne i bolesne- to gdy patrzy się w oczy przyjaciela, które wysłuchały jakoś tego wszystkiego- nagle ciężar na sercu zaczyna być tylko połówką ciężaru. Później już zawsze patrzyła w te oczy. Załzawione, rozgorączkowane, jakby płaczące bez łez, jakby stające się esencją empatii, esencją jej podarowanej połówki cierpienia.

Nie zawsze jednak było tak różowo.

Czasem zamykanie cierpienia w słowa było za
trudne. Słowa zatrzymywały się gdzieś między strunami głosowymi, potykały się o tchawicę i z gardła wychodził tylko jakiś żałosny szloch.

Wtedy wyciągał rękę, brał ją za małą, drżącą dłoń i mówił za każdym razem to samo:
„Ej, spokojnie”. Te dwa słowa, choć tylko dwa, miały w sobie jakieś nieopisane pocieszenie, jakieś uroczyste ciepło, nieodgadnioną otuchę. Jego głos miał w sobie molekuły dobra, nie mądrości, nie patosu, nie rozsądku, ale właśnie dobra. Jego dłoń też była dobra. Gdy czuła jej dotyk miała wrażenie, że nic jej się już złego stać nie może, coś mówiło jej bowiem w duszy:

..chodź... będę cię prowadził przez krainy cierpienia, przez jej mroki, przez najciemniejsze jej zakamarki.... choćby ból cię gniótł, choćby rozsadzał, choćby śmiał się z ciebie szyderczo, nie ulękniemy się go... choćby zapadł się pod tobą świat od ciężaru boleści, choćbyś nawet stanęła nad przepaścią, choćbyś nawet w nią wpadła, to moja silna ręka złu się nigdy nie podda, zawsze trzyma cię mocno i złapie cię już wtedy, gdy poczuje najmniejsze twoje wahanie, najmniejszą utratę równowagi, zawsze wyciągnie cię z najgłębszej przepaści, z najciemniejszej otchłani ,odbierze cię najbardziej złowieszczej podłości.. bo jest twoim strażnikiem, aniołem, katharsis, dopełnieniem do braku, nadmiarem smutku, który nie mieści się tobie, a na mnie spływa... chodź... będę cię prowadził przez krainy cierpienia...

Nie wiedziała, jak to się działo, ale wtedy zawsze chwytała jego palce mocniej swoimi
i jakoś słowa odnajdywały właściwą drogę miedzy strunami głosowymi, tchawicą i gardłem
i jakoś trafiały do wyjścia- i nie były już szlochem.
Czasem dziwiła się w sobie. Nie bała się jego dotyku.

Najdziwniejsze jest to, ze on wiedział wszystko o tym stanie. Wiedział doskonale, że
słowa nic nie pomogą. Chował ją w kącie rozwartym ramion i trwał. Bezgłośnie, milcząco, niewzruszenie. Nie słyszała sloganów, niepotrzebnych słów, frazesów, pustego pocieszania. Po prostu ją przytulał. I podświadomie obydwoje wiedzieli, że tyko to się liczy, ze jej serce nie potrzebuje filozofii, mądrych wywodów, a tylko i wyłącznie prostoty- gestów najbardziej banalnych ale i jednocześnie najczulszych, gestów zapomnianych- a tak koniecznych; dotyku dobrych dłoni, ciepła ramienia i tej ciszy, wolnej od brudu słów, kłamstw, chaosu i patosu.

To tak, jakby wynagradzał jej tym gestem brak opieki, brak miłości od strony tych, którzy kochać ją powinni, to tak, jakby odnajdywał w niej pierwotną bliznę, pierwotne źródło bólu i je zalepiał sobą. Znajdywał w niej dziewczynkę, nie energiczną i popularną kobietę- ale słabą i małą dziewczynkę... A potem trwał, trwał tak długo, ile było to potrzebne, cicho, mocno, nieprzerwanie, lecząc ciepłem palców drżenie jej spłakanych dłoni. I przede wszystkim pamiętał, że słowa są niepotrzebne.

A gdy łzy bezsilności płynęły, widziała go zza rozmazanego świata, cichego i
płaczącego z nią... Brał jej twarz i podnosił do góry, mówiąc jakby, że każdy czasem płacze i ze lepiej z przyjacielem niż samemu...
Zapamiętała na zawsze wyraz jego oczu wtedy. Kiedyś myślała, że po prostu takie są,
później zrozumiała, że one płaczą...


***

Któregoś dnia pojęła, że On odejdzie. Pojęła, że wybierze własną drogę, własny świat,
że założy rodzinę i komuś innemu będzie kładł brodę na zatroskanej głowie. Zrozumiała, że ich wspólny świat się kiedyś rozsypie, będzie bladł, szarzał, kruszył się, aż w końcu po prostu zostanie tylko wspomnieniem. Ten nieunikniony fakt, jego świadomość ja przygniotła, ją przeraziła. Przecież On był jej schronieniem, jej jedynym pocieszeniem, jej jedynym miejscem na ziemi, w którym czuła się istnieniem ważnym i potrzebnym. I nagle i to miało jej zostać odebrane....

Dorastała, i co gorsze- życie realizowało jej obawy. On znikał. Odchodził. Wyjeżdżał.
Jego nadzieja towarzyszyła jej coraz rzadziej.. Czasem się złościła na los za to, ze podarował jej jego i teraz zabrał. Wydawało jej się, że nie ma żadnej różnicy, znów ma swoje cale cierpienie, znów ma swój cały ból... Nic się nie zmieniło oprócz tęsknoty, która się pojawiła, która dokładała swój ciężar do ciężaru cierpienia... Do ciężaru świadomości, ze można żyć inaczej – nie samotnie...


***

Było późne, ciche lato. Znów znalazła się w miejscu, w którym dziwnie się czuła,
którego nie rozumiała, którego nie odczuwała jak inni. Zastanawiała się dlaczego i po co los znów ją umieścił akurat tutaj, nie wierzyła w tego bezcelowość i przypadkowość. A jednocześnie była samotna i zagubiona. On odszedł, a ona była pozostawiona na zagładę temu obcemu światu i swoim krzywdom.

I wtedy spotkała ją. Wiedziała już, po co tu jest. Wszystko stało się klarowne.
Wystarczy, że na nią spojrzała- już czuła jej cierpienie, tak identyczne i podobne do jej
cierpienia, już znała jej historię, już wiedziała. Oczy dziewczynki były jej bliskie, tak dziecinne, choć dorosłe, tak smutne, choć jeszcze zabarwione nadzieją.

Znalazła ją wkrótce na zimnej ziemi, przemoczoną nocną rosą, przygniecioną bólem,
cierpieniem, krzywdami, nadziejami, które nigdy się nie spełnią, już nawet nie płaczącą, lecz pogrążoną w przeraźliwej niemocy, przeraźliwym opuszczeniu.
Usiadła koło niej i nie wiedziała, co robić. Nie umiała dawać ciepła, bo jej nikt go nie
dawał, pocieszać, bo zawsze radziła sobie sama, głaskać, bo jej nie głaskano...
I nagle przypomniała sobie jego. Mądre, przymrużone oczy, szklisto błękitne, które
płakały. Przypomniała sobie jego dłonie, ich zapach, gdy ocierały łzy z jej policzka. Przypomniała sobie jego ciepło, gdy kuliła się w sobie, a ono ją otaczało, przypomniała sobie ten szept nad jej uchem, duże dłonie gładzące ją po włosach tak, jakby była małym
dzieckiem...

Zrozumiała, ze On jest z nią. W niej...

Przybliżyła się do dziecka, wyciągnęła nieumiejętnie drżące ręce, nieudolnie ogarnęła
małe, cierpiące ciało i przygarnęła je do siebie. Pogłaskała ją nieporadnie po włosach. Nie powiedziała nic. Czuła jak po policzku płynie cicho łza tęsknoty za nim.
Gdy usłyszała cichy szloch małego ciała- przytuliła ją mocniej, wzięła jej rączkę
w swoją dłoń i wyszeptała:
„Ej, spokojnie”.

Opublikowano

Przeczytałem i też wolałem nieco odczekać. Olbrzymią część tego tekstu stanowią wyliczenia - co się oczywiście może podobać, ale może też razić; myślę, że ściągnięcie tego tekstu (mam na myśli: skrócenie poprzez zostawienie samej esencji, bez wyliczeń) byłoby bardzo korzystnym zabiegiem kosmetycznym.
Nie wdaję się raczej w debaty o treści, ale muszę dla uczciwości powiedzieć, że w czasie lektury byłem - to chyba dobre słowo - zadziwiony uczuciowością bohaterki. Pozwolę sobie jeszcze na plagiat: bardzo uduchowione.

Opublikowano

te powtórzenia, wyliczenia lekko męczące, ale opis kiedy peelka najpierw sama jest utulana a potem utula zrozpaczoną dziewczynkę jest wzruszająco opisany, to najbardziej mi utkwiło w pamięci i sie spodobało.

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Była pewna specyficzna pora roku. Pewien specyficzny człowiek zastanawiał sie nad nurte swojego życia. Czemu byo tak, a nie inaczej? Nie wiedział. Krew go jednak czasem zalewała znajdując gdzieś drogę pomiędzy sercem, aortą a porami skóry. Czemu robił to co robił? Nie wiedział. A ż kogoś spotkał, a ten ktoś mu powiedział albo i nie powiedział. A on zrozumiał lub nie, to zależy.
Minął rok i nadal nic z tego nie wynikało. Wszytstko było coraz bardziej nudne, a może nostalgiczne. Napewno niedookreślone, bo i po co. Wolał nie używać imion, swoiskie zbyt swoiskie, zagraniczne zbyt obce. A nieokreśloność może się sprzeda lepiej a napewno bardziej metafizyczna będzie.

Żeby nie było, ze się czepiam bez wskazywania poprawnego tao autorowi:
1)mniej niedookreśleń
2)więcej dookreśleń
3)freney ma racje zalecając ściągnięcie tekstu.
4) najpierw baba chciała faceta zabić, bo kazał jej mówić... a potem facio okazuje się pierwszorzędnym sadystą, bo "wiedział, że słowa nic nie pomogą, taki był dobry i współćzujący" czy jakoś tak. Ale może to uczucia tylko i czepiam się niepotrzebnie, wszak kto kobietę zrozumie, nie?

Opublikowano

Śliczne. Bardzo wzruszające.
Absolutnie mi te wyliczenia nie przeszkadzają. One własnie nadają specyficzny klimat temu opowiadaniu. Taki, że łatwo się utożsamić z bohaterką i zrozumieć te jej wszystkie uczucia. A o co z tą nieokreślonoścdią Marcholtowi chodzi to ja nie wiem. Mi sie podoba, ale pewnie dlatego, że jestem kobietą to i łatwiej mi zrozumieć ;) Zakończenie też bardzo mi się podoba.
Jak chodzi o techniczne sprawy to nie rozumiem tylko tych przerzutni.
Naprawdę śliczne :)

Opublikowano

Dziękuję wszystkim za komentarze. Bardzo cenię zwłaszcza krytykę (dzięki zwłaszcza Marcholt). Lubie tu wpadac, bo moge się tutaj duuużo nauczyć... Do zobaczenia...

Opublikowano

Pani sie czuje zniechęcona? Pani się czuje urażona? ojej...
Nie wiem co by powiedział autor "Tanga" i nie interesuje mnie to. Kogoś jeszcze muszę lubić i szanować i cenić jego twórczość? Prousta? Sienkiewicza?
A swoją drogą, podziwiam za skromność. Brać w obronę swój tekst stawiając go przy "kartotece" jak równego przy równym. Cóż, droga pani, w takim razie atakować moją krytykę to jak atakować wszystkich polskich krytyków literackich razem wziętych! To jak krytykować kapitułę Nagrody Pulitzera, Nagrody Nike, Nagrody literackiej Nobla! Cóżby oni powiedzieli... Nie, nie! Żartuję tylko. Trzeba być wrażliwym na piękno przecież.
Przepraszam, kurde, panią bardzo, że mi się pani tekst nie spodobał. Postaram się poprawić, mam nadzieję, że w przyszłości wszystko mi się spodoba i wszystkich polubię.
Pozdrawiam.

Opublikowano

A ten marcholt to się chyba naprawdę Kwintyliana naczytał... jeśli chodzi o niedookreślenie to podejrzewam, że Marcholtowi szło m.in. o wszędobylskie zwłaszcza na początku tekstu "jakby". Działa bardzo na niekorzyść.
Tekst w moim odczuciu ma być podniecający intelektualnie a nie wzruszający, więc nie zgodzę się z Kasią Q. Co nie przeszkadza mi podziwiać Autorki za wzorowe przyjmowanie krytyki, nawet tak złośliwej jak Marcholta. Wszystkiego dobrego :-)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @violetta   I dziękuję za rozmowę!   Łukasz Jasiński 
    • @Annna2 Każde echo powiązania mnie z tymi mistrzami, jest dla mnie zaszczytem. Pozdrawiam Cię.
    • Jestem ostrzem  Które zatapia się    W twoim ciele    (Jest go tak wiele)   I już nie zobaczysz jutra  Ani promieni słońca    Bo to cierpienie będzie  Trwać bez końca    Aż po bezkres gwiazd  Wieczna nieskończona trauma         
    • w porywach wiatr zmienia kolory zieleń błądzi w słowach   kiedy patrzysz mi w oczy zawężam się wokół drzewa chwila grzechu Warta   nad rzeką zagubiona Ewa maluje jabłko będziemy zrywać i przytulać się do siebie
    • Karol mógłby przysiąc, że słyszy rozchodzący się w oddali hałas szkolnego dzwonka. Odruchowo zaczął zastanawiać się, czy jest to sygnał na przerwę czy zajęcia, aż przestraszony tym momentem ,,upupienia”, odwrócił się z powrotem tyłem do świata, otworzył drzwi, i postawił pierwszy krok w dół korytarza.   Przed małym chłopczykiem otworzyła się przestrzeń markotna i wydrążona spalenizną. Światło latarki nie docierało do sklepienia, dając wrażenie przestrzeni niemożliwej, nieeuklidesowo zmieszczonej parę metrów pod powierzchnią budynku. Po ścianach szły żelazne belki, a cała sala wyglądała jakby Karola, w ramach kary za wagarowanie, połknęła ogromna ryba. Blok światła bijący z wiszących w górze drzwi zaczął się powoli zwężać, aż skurczony do wąskiego ostrza dźgnął chłopca w plecy, po czym rozpuścił się w mroku jak idealne narzędzie zbrodni. Przeraziło Karola to, jak bardzo się nie bał. Sam, w podziemiu opuszczonej fabryki, zdawał się czuć jak u siebie, swobodnie wdychał morowe powietrze, wypełnione czymś, co w najlepszym przypadku mogło być węgielnym pyłem - powinien się bać! Ucieczka przed tym, kim sam sobie wydawał się być była wyczerpująca, tym bardziej kiedy nie wiedział czy faktyczny ,,on” jest goniącym czy zbiegiem. Hałdy węgla starały się wypełnić całe możliwe miejsce, pięły się w górę, aż na pewnej wysokości zlewały się z czernią ścian. Martwiła Karola chęć wspięcia się na jedną z nich, lecz każdy krok jedynie osuwał grudy węgla, cofając chłopca z powrotem na ziemię. Z każdym następnym rozgałęzieniem wnętrze olbrzyma zaciskało się coraz to ciaśniej wokół intruza. Chłopak słabł, jakby jelita podziemnych korytarzy wysysały z niego energię życiową. Nie było to przykre uczucie, nie przypominało nudności ani mdlenia, wydawało się bardziej oderwaniem od rzeczywistości, derealizacją z rzędu tych do których dążą ludzie oddający się medytacji. W zeszłe wakacje Karol, próbując skakać do wody na podmiejskim zalewie, poślizgnął się na molo i wpadł do zbyt głębokiej dla niego wody. Mama poszła chyba po coś do jedzenia, a dziesięciolatek zaczął na plecach spokojnie opadać ku dnu. Było to dziwnie błogie uczucie. Rozgrzane letnie słońce wbijało tańczące smugi w taflę wody, która od spodu jarzyła się anielskim widowiskiem kolorów i kształtów (gdyby tylko Monet chciał nurkować!), cały gwar przepełnionej plaży ustępował miejsca idealnej ciszy, która wraz z rześkim chłodem tworzyła oazę odpoczynku z której nie chciało się uciekać. Koniec końców, chłopak oczywiście zdołał wypłynąć, ale doświadczenie tonięcia zostawiło w jego umyśle dziwnie ponętny ślad. To uczucie wracało teraz ciągnąc za warkocz nostalgii (do czego? śmierci?). Karol obawiał się tego, gdzie uciekał jego duch. Nie chciał on przecież umierać! Widmo jutrzejszego sprawdzianu, chociaż w innym rzędzie wielkości, nadal zaburzało sobą horyzont. Ta fabryka nie miała stanowić końca, nawet nie do końca musiała istnieć, miała stać obeliskiem na drodze ku zmianie, mogła nią być każda inna, dlaczego więc nie mógł pokochać każdej innej? Strzępy żelastwa układały się w coraz to bardziej kubistyczne kształty, pajęczyny tłuste od zebranego kurzu zwisały z odnalezionego sklepienia.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...