Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




cisza narastała także w niej
dzień po dniu przedłużając ból pamięci
ze wszystkiego tak zabrakło bardzo słów
które mogły by oczyścić i uświęcić

noc zapadła dawno temu każąc śnić
sen koszmarny symboliczny nieprzyjemny
coś umarło i coś pękło

tylko drży

cienka struna
poruszana wizją śmierci

w Nieszczecinku Andaluzji którejś z wysp
światłocienie poruszając wyobraźnią
zatrzymały w pajęczynie skrzydła ćmy
która przebić próbowała się przez światło


;-))
Tak mi się nasunęła refleksja po przeczytaniu wiersza. Bardzo klimatyczny. Przemawiasz do wyobraźni, anna.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ładnie odczytałaś tę alternatywną rzeczywistość :) Co do geografii Nieszczecinka - miasteczka którego Tu nie ma - ja też się w niej gubię. Fryderyk Chopin ma tam inaczej na imię i nawet Notre Damme stoi Tam jakby w poprzek prawdy.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jestem, ale jak księżyc - dopiero półgębkiem i przybiorę na sile dopiero gdzieś pod koniec miesiąca. Będę Cię zamęczał, aż zapragniesz choć jednej, spokojnej nocy ;)

:))))))))
wchodzę w ciemno!
:))
cieszę się, że wychodzisz z cienia
nareszcie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dlaczego nie zgadzasz się z treścią? :) Przecież zawsze jesteśmy tak naprawdę samotni, a we dwoje może nawet jeszcze bardziej? Kiedyś ułożyłem nawet taką sentencję:

Samotność - atom stada.

Zajrzyj wyżej do ślicznego komentarza Anny, która podjęła temat z drugiej strony tej samej samotności. Jako kobieta.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jestem, ale jak księżyc - dopiero półgębkiem i przybiorę na sile dopiero gdzieś pod koniec miesiąca. Będę Cię zamęczał, aż zapragniesz choć jednej, spokojnej nocy ;)

:))))))))
wchodzę w ciemno!
:))
cieszę się, że wychodzisz z cienia
nareszcie
Ja cieszę się jeszcze bardziej, Magdo :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




cisza narastała także w niej
dzień po dniu przedłużając ból pamięci
ze wszystkiego tak zabrakło bardzo słów
które mogły by oczyścić i uświęcić

noc zapadła dawno temu każąc śnić
sen koszmarny symboliczny nieprzyjemny
coś umarło i coś pękło

tylko drży

cienka struna
poruszana wizją śmierci

w Nieszczecinku Andaluzji którejś z wysp
światłocienie poruszając wyobraźnią
zatrzymały w pajęczynie skrzydła ćmy
która przebić próbowała się przez światło


;-))
Tak mi się nasunęła refleksja po przeczytaniu wiersza. Bardzo klimatyczny. Przemawiasz do wyobraźni, anna.
Dziękuję Anno! Ślicznie ujęłaś tę samą samotność i jesienną nostalgię od drugiej - kobiecej - strony.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Witaj, Tosterku! :) Masz rację, w tym wierszu też wszystko się przypomina - taki tygiel dawnych uczuć i postaci zebranych w nierealnym miejscu nazywanym od JA - jaźnią
Nazwę na Twoją cześć taki stan ducha od dziś: wyobrjaźnią :)

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dlaczego nie zgadzasz się z treścią? :) Przecież zawsze jesteśmy tak naprawdę samotni, a we dwoje może nawet jeszcze bardziej? Kiedyś ułożyłem nawet taką sentencję:

Samotność - atom stada.

Zajrzyj wyżej do ślicznego komentarza Anny, która podjęła temat z drugiej strony tej samej samotności. Jako kobieta.
Pozdrawiam.
Owszem, wiersz Anny też jest śliczny.

Nie zgadzam się z tym, że świat to taki burdel. ;-)
Nie zgadzam się też na samotność we dwoje. Gdyby tak miało być w moim życiu, natychmiast zrezygnowałabym z takiego duetu.
Nie czuję się samotna. Mam córkę i wielu Przyjaciół. Żyję dla ludzi, nie dla siebie. Ciągle coś robię dla innych. A stąd jest daleko do samotności.

Chwilami... No tak, chwilami czuję się daleka od całej realnej rzeczywistości i jakby odrzucona przez nią. Ale mijają mi takie stany. Żyję dla innych i z nimi. I mam z tego mnóstwo radości, satysfakcji, przyjaźni, miłości. Nikt nie jest oddzielną wyspą. Tylko nie każdy wie o tym.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Przecież to było dosadne tłumaczenie! Tak jak powiedzieć o jakimś Urzędzie, że mają tam burdel nie oznacza zaraz, że trzeba rozpatrywać problem w kategorii wytępienia w nim prostytucji :)
[quote]Nie zgadzam się też na samotność we dwoje. Gdyby tak miało być w moim życiu, natychmiast zrezygnowałabym z takiego duetu.
Nie czuję się samotna. Mam córkę i wielu Przyjaciół. Żyję dla ludzi, nie dla siebie. Ciągle coś robię dla innych. A stąd jest daleko do samotności.
Może jest to bardziej sposób na zabicie nudy, niż samej samotności. Wystarczy wpisac w Google: samotność we dwoje a wyskoczy pełno tekstów na ten temat, od tytułów filmów po takie piosenki:
www.youtube.com/watch?v=WY48wHy1xV0
www.youtube.com/watch?v=QwhwE86nE50&NR=1
h ttp://karino.wrzuta.pl/audio/5ClXwSfjZ8d/mleko_-_samotnosc_we_dwoje_karino
[quote]
Chwilami... No tak, chwilami czuję się daleka od całej realnej rzeczywistości i jakby odrzucona przez nią. Ale mijają mi takie stany. Żyję dla innych i z nimi. I mam z tego mnóstwo radości, satysfakcji, przyjaźni, miłości. Nikt nie jest oddzielną wyspą. Tylko nie każdy wie o tym.
Zauważ - choćby biorąc pod uwagę co na ten temat mają do powiedzenia Internauci (vide choćby te piosenki) - że mówisz o sobie. A to nie oznacza, że problemu "samotności we dwoje" nie ma.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Oczywiście, jest, i to nierzadko. Nie napisałam, że jej nie ma. Takie zjawisko jest nawet chyba coraz częstsze, niestety.
Napisałam właśnie, że mówię o sobie - ja nie zgadzam się na takie zjawisko w moim życiu. Gdyby coś takiego mnie dotknęło, natychmiast zrezygnowałabym z takiego "związku". Może zresztą właśnie dlatego jestem sama, że nie spotkałam nikogo, z kim czułabym się dostatecznie razem, aby z nim pozostać - i vice versa, oczywiście. Nie chcę uzależnić się od kogoś, kto nie byłby moim wielkim, niewątpliwym przyjacielem. Zbyt dużo widziałam samotności we dwoje, różnych odmian tej samotności i różnych jej smutnych konsekwencji.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję :) A co do tych bioder... czy zawsze musimy powtarzać schematyczne myślenie?
Spójrz na to tak: jeśli mowa o kobiecych biodrach, to wcale nie jest ich więcej obecnie procentowo w poezji niż kiedyś. 100 lat temu Ziemię zamieszkiwało miliard ludzi, a obecnie ponad sześć miliardów. Załóżmy, że połowa to kobiety... więc i o biodrach pisze się proporcjonalnie częściej ;)
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Oczywiście, jest, i to nierzadko. Nie napisałam, że jej nie ma. Takie zjawisko jest nawet chyba coraz częstsze, niestety.
Napisałam właśnie, że mówię o sobie - ja nie zgadzam się na takie zjawisko w moim życiu.
Zauważ, że: "ja nie zgadzam się na takie zjawisko w moim życiu" - to pierwszy krok do wyobcowania, a więc: samotności. Niestety, życie nie nagnie się do naszej zgody lub nie na coś, i prędzej czy później - jeśli się na pewne zjawiska w nim zachodzące nie zgadzamy -zaczynamy czuć się coraz bardziej samotni, odizolowani od tego co zachodzi wokół nas.
[quote]
Gdyby coś takiego mnie dotknęło, natychmiast zrezygnowałabym z takiego "związku". Może zresztą właśnie dlatego jestem sama, że nie spotkałam nikogo, z kim czułabym się dostatecznie razem, aby z nim pozostać - i vice versa, oczywiście. Nie chcę uzależnić się od kogoś, kto nie byłby moim wielkim, niewątpliwym przyjacielem. Zbyt dużo widziałam samotności we dwoje, różnych odmian tej samotności i różnych jej smutnych konsekwencji.
Zaraz, zaraz... a po co człowiekowi, który nie czuje się samotnie - po co mu w ogóle związek z kimkolwiek? ;) A jeśli już nawet jest, to zwykle rodzą się z niego dzieci i póki są, jest dobrze. Ale przychodzi czas, kiedy odchodzą swoją drogą i co wówczas?
Pozdrawiam serdecznie tą oto miniaturką:



samotność
co noc od nowa
liczę pchły

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie zgadzam się z tym poglądem. ;-)))
Niezgoda na zastaną rzeczywistość - czy może raczej na niektóre jej aspekty - to pierwszy krok do twórczego rozwoju, do samostanowienia i samokształtowania. Kreowanie własnej - i nie tylko - rzeczywistości to samo sedno istnienia, życia - bez tego jest tylko wegetacja.

Zaraz, zaraz... a po co człowiekowi, który nie czuje się samotnie - po co mu w ogóle związek z kimkolwiek? ;) A jeśli już nawet jest, to zwykle rodzą się z niego dzieci i póki są, jest dobrze. Ale przychodzi czas, kiedy odchodzą swoją drogą i co wówczas?
Jeśli człowiek nie czuje się samotnie, to znaczy, że ma bliskich i przyjaciół każdego rodzaju. Bardzo dobrze, ale to wcale nie znaczy, że nie chce i nie może mieć ich jeszcze więcej. Każdy wartościowy związek jest dobry, potrzebny i życiodajny.
Dzieci odchodzą - i wówczas pozostaje to, co rodzice sobie zdołali stworzyć i co nadal tworzą, jaki sens nadali swojemu życiu. A sens jest tylko wtedy, kiedy żyje się nie dla siebie samego.

Wiem, że to smutny żart. Ale zapewne pamiętasz jedno z haiku, przełożone przez Miłosza, a napisane przez japońskiego wędrownego kapłana buddyjskiego; brzmiało to jakoś tak:

wieczór nad jeziorem
chmary komarów
bez nich byłoby pusto


I to nie był żart.

Pozdrawiam również serdecznie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witam :)
Zapewne wspominasz o tym haiku?:


Chmara komarów -
Byłoby pusto
Bez nich.

Issa Kobayashi
(tłum. Czesław Miłosz)


Nie wiem, na ile Miłosz przetłumaczył dokładnie miniaturkę Issy, ale ta raczej nie mówi tyle o samotności, co o przysłowiowym zbijaniu bąków :) Tak przynajmniej określa się u nas sielankę, słodkie nicnierobienia latem na łączce.
Myślę, że Issie nie tyle chodziło o samotność i wypełnienie nudy komarami, co chciał nawiązać do ekosystemu: bez komarów nie byłoby polujących na nie jaskółek czy nietoperzy, ale także narybek (komary składają jajeczka pod wodą) pozbawiony by został pożywienia a tym samym zmniejszyłaby się diametralnie ilość ryb i nie byłoby Rybaka.

Co do mojej miniaturki, gdzieś indziej komentowałem ją między innymi tak:

Może najpierw coś poprzedzającego zaistniałą sytuację:


bankructwo
z dala ode mnie
nawet pchły


Wszyscy uciekli, bo nawet przyjaciele i bliscy potrafią w obliczu ruiny zostawić człowieka samego ze swoim nieszczęściem (pełno o tym maksym i książek) i w pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że uciekły także pchły. Ale gdyby się zastanowić to zaczynamy w to wątpić, bo przecież człowiek przed bankructwem musiał być zawsze umyty i czysty, zapewne też nosił na co dzień drogie garnitury pachnące wodą kolońską lepszych marek. Takiego pchła się nie nie ima i nie ma od kogo uciekać.
A zatem pchła, która "trzyma się z dala od bankruta" jest tu raczej rodzajem czasu, jaki minął od kresu świetności, do ruiny: pchła jeszcze się nie ima naszego bankruta.
Aż przychodzi czas, kiedy nocą zaczyna gryźć go pierwsza, potem druga, w końcu całe stado pcheł.
I właśnie o takim mniej więcej przedziale czasu mówi moja pierwsza miniaturka: "co noc od nowa liczę pchły".

Myślę, że po miesiącach a nawet latach utrzymywania się ubóstwa, człowiek już nawet nie zwraca uwagi na pchły, a przynajmniej nie taką, jak żyjący dostatnio na jedną, choćby i najmniejszą pchełkę. Niedostatek i samotność stają się czymś zwyczajnym, ale zanim to nastąpi - człowiek ciągle liczy na poprawę swojego losu. Na dawnych kolegów, przyjaciół, na to, że pomoże mu Państwo. Czyli:


samotność
co noc od nowa
liczę pchły


Jak myślisz, Oxyvio? "Co noc od nowa" ma tu znaczenia nadziei, oczekiwania na to, że rano coś się odmieni w życiu na lepsze: "Oby do jutra!" - jak to się mawia. O ile oczywiście jest do Kogo.

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Cylinder zastygł w bezruchu  a tuba zamilkła. Tym razem nawet igła fonografu  zdawała się nie mieć ochoty  wracać na powierzchnię cylindra  po raz setny tej przeklętej nocy. Obiecałem, że pomogę w poszukiwaniach, lecz po tym czego się tu dowiedziałem  i po tym co usłyszałem i zobaczyłem, stwierdzam jasno,  choć z dozą  naprawdę przejmującej rozpaczy, że mój nieodżałowany ojciec, został pochłonięty w odmęty,  bezdennej paszczy szaleństwa. Po czym uleciał w kompletny niebyt, bagiennych wrzosowisk północnej Szkocji. Przeszukano cały dom od piwnicy po strych. Wszystkie pozostałe obejścia i budynki. Studnie, staw a nawet rozkopano przydomowy ogródek ze wspaniałymi krzewami piwonii o które tak dbał. Bardziej niż o jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się  gdy byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec był  szanowanym profesorem archeologii  na uniwersytecie oksfordzkim. Był najlepszy w swoim fachu i dzięki temu pozostawał w kontakcie z najtęższymi umysłami z całego świata.     Pamiętam doskonale zimowy poranek, jakieś piętnaście lat wstecz. Zakładałem szkolny mundurek  i z teczką w prawej dłoni  zmierzałem ku drzwiom domu. Ojciec szedł za mną. Trzymał mnie delikatnie za ramię, tłumaczył mi że jeśli  nie zakończy  zaplanowanego wykładu na czas  to odbierze mnie ze szkoły  nasza sąsiadka panna Stevenson. A jeśli wszystko zakończy się  zgodnie z planem  to obiecuję zabrać mnie potem na łyżwy.     Nic nie poszło zgodnie z planem. Otworzyłem drzwi i o mało co  nie zderzyłem się w nich  z ponurym, wysokim  i dość postawnym jegomościem  w szarym, długim, dwurzędowym płaszczu  o prostym kroju. Jego fason nie był typowym dla wyspiarza a raczej obywatela zbuntowanej kolonii. Dziwny gość otarł mnie ledwie wzrokiem  zza przyciemnianych, wąskich szkieł i zwrócił się do mojego ojca. Bardzo przepraszam za tak nagłe najście  ale na uniwersytecie powiedziano mi, że jest Pan jeszcze w domu panie Fodden a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który z pewnością pana zainteresuję.     Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko i wręczył je ojcu. Nazywam się Peter Noyes  i jestem zastępcą profesora Clarka  na uniwersytecie Miscatonic w Arkham. Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia. Profesor liczy na Pana pomoc w tej sprawie. Jeśli tak w istocie będzie  czekam na Pana  w dniu jutrzejszym w południe  na nabrzeżu numer dwa, celem odbycia podróży najpierw do Bostonu  a potem do Arkham. Proszę pamiętać,  że nie ma czasu do stracenia. Gwiazda czy też planeta, powoli pojawia się  w naszych snach nieprawdaż? Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i szybko znikł za zakrętem skrzyżowania. Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson i nakazał jej  by zajęła się mną przez jakiś czas  bo czeka go długi i pilny wyjazd do Bostonu.     Zostałem u niej długie lata. A ojciec wrócił podobno kilka lat temu. Nikt nie wiedział skąd ani po co. Uważano go za zmarłego. Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii  razem z tym całym Noyesem i Clarkiem. Nadal gdzieś w szufladzie biurka  mam jego nekrolog z jednej z gazet z Arkham. Żył ale przypłacił to szaleństwem. Nie widziałem go już nigdy później. A teraz zaginął po raz wtóry. Podobno planeta  znów nawiedzała go w snach.     Odebrałem telefon z policji  i obiecałem przybyć na miejsce  by jakkolwiek pomóc śledczym. Bo sami nie rozumieli  w środek jak wielkiego szaleństwa  przyszło im wpaść i brnąć dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom. Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne. Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth? To miasteczko, osada czy może  jakaś kodowa nazwa  jakiejś świątyni czy wykopalisk? Znaleźli pamiętnik ojca, gdzie ta nazwa pojawia się ciągle. Ten krótki wpis ołówkiem  sprzed wielu tygodni. Wreszcie odezwali się do mnie Ci z Yuggoth. Będą czekać w oktawę święta  ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach. Zabiorą mnie znowu… Brzmiało to jak żart. Lecz jedno było pewne. Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.    
    • @vioara stelelor Spalić pamiątki, zniszczyć wspomnienia te nie po drodze nam.Jest tylko Kosmos i nasza Ziemia to teraz nasz ludzki czas..,
    • @hollow man   :) tak! Na przedmieściach, masz w oczach czerwień, neonu :)))  @KOBIETA hollow man:)))) uśmiechnij się:)))        
    • @KOBIETA Z każdej perspektywy.
    • @hollow man   od tyłu ;)))
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...