Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'proza' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. Zaprowadzę cię człowieku ciekawy, do miejsca pewnego. Po środku pewnego lasu. A jest to las smutny jak ogród oliwny oraz ciemny niczym lasy Teutoborskie. Znajduje się stary gród. Niczym nie różniąca się osada od reszty. Mimo wszystko jednak mając w śród swoich zasobów perłę. Piękny kryształ którym jest władca owego miasta, Mędrcem się nazywał oraz tak go mianowali ludzie. I słusznie, mężną ręką rządził. Rozważnie posługiwał się swym wojskiem. Służbie swej nie dawał surowych kar. Pisał on wiersze wielkie wspaniałe oraz podniosłe. Okazywał miłość najwyższą do swego ludu oraz swej kochanej. Przez lata panował on nad swym ludem oraz lasem. Brodę zapuścić zdołał nim odejść musiał. O wielkim władcą był on. Sprawiedliwie oraz sumiennie sądził winowajców wszelakich. "Niech żyje nasz pan!" wiwatowali ludzie za każdym razem gdy wracał zwycięski z potyczek z ludami mieszkającymi za wschodnim krajem ciemnego boru. Straż zbudował on złotą. Najbardziej oddaną i wierną. Lecz nastał dzień, tragiczny dzień, niech będzie on przeklęty. W którym tak wspaniały władca padł. Zmarł on ze starości, najbardziej szlachetny rodzaj śmierci pośród wszelakich jakie mogły spotkać mędrca, Nadeszły rządy syna jego pierworodnego. Młodego człowieka, syna jego oraz ukochanej jego. Mianował się on władcą ludu, dla ludu oraz nikogo innego. Padł! Padł jeden po drugim. Każdy jeden z licznej gwardii którą starannie przez lata jego ojciec budował. Nie od miecza nieprzyjaciela lecz przez władzę "Ludu". Strzeż się wierny i bohaterski rycerzu! Uciekniesz do lasu przed niesprawiedliwym losem. Tam też padniesz strzałą ugodzony barbarzyńską. Lub z konia zrzucony przez wściekły tłum. Leżysz tam teraz. Krwią wypełniasz kałużę. Nic stamtąd już nie urośnie. Bo tam gdzie przyjaciel bohatera niewinnie pada. Tam żadne drzewo, krzew, trawa lub grzyb nie raczy stanąć. Lud zabił kupca, barta i swego kapłana!, O bogowie! Dlaczegoż opuściliście swój lud wierny? Czy zbyt mało dawaliśmy wam ofiar? Jakiś to żart nam sprawiliście. Dając nam władcę największego władcę, filozofa wspaniałego. Tylko po to aby nam go odebrać i rzucić w nas człowiekiem klątwy. Okrutny los nasz, tych którzy dożyli ujrzeć śmierć. Śmierć w grodzie szczęśliwym. Smutne nasze żony, dzieci nasze pozostawione bez nauczyciela nie wyrosną na prawowitych ludzi, bydło nasze padnie i mięso z ów zwierzęcia niezdatne będzie do spożycia. Teraz, bogowie ujrzyjcie co przez was wybrany władca czyni z waszym ludem! Brata on nieprzyjacielem naszym, barbarzyńcą. Co naszego dziada i babkę bez problemu wykończył. Już lud wasz nie świętuję wielkich parad. Nie pamięta on dni, tych dni w których daliście nam wszelaką wiedzę na temat świata. Pamiętają teraz pogańskie zwyczaje, ciemne zwyczaje. Ofiary z ludzi nie winnych! Siedzicie na swych złotych tronach w chmurach, jakim trzeba być plugawym władcą. Aby zesłać swój lud w ciemną aleję. Pozostawić swe nowo narodzone dziecko pośrodku nie przyjacielskiego dworu! Niech ci bogowie którzy sprawili nam ten los, niech wstydzą się na wieki tego co swym człekom sprawili! Jeśli znajdzie się chociaż jedno bóstwo nasze pradawne. Które stanie w naszej obronie i wyzwoli nas z tego bólu. Temu będziemy do końca służyć. Przeto nawet my nie życzymy takiego losu naszym największym wrogą! Jeśli czytasz to człowieku. Jeśli nie padłem z boskiej wściekłości. I ludzie z niebios wszelakich nie spalili tego zwoju. Ratuj się i wszystkich twych bliskich kiedy pośrodku twych murów rodzimych, jeżeli nadejdzie władza niechciana. Władza ludowa. K.P 02.04.2024
  2. Mówi się „trudno!” Czy w szkole wiedzie Ci się źle? Czy w pracy wiedzie Ci się źle? Czy w związku żyje Ci się źle? Czy w życiu wiedzie Ci się źle? – W takim razie ten poradnik, to coś dla Ciebie! Co musisz zrobić?! – Wcale nie tak wiele! Wystarczy umieć powiedzieć „trudno”. Dostałeś jedynkę z matematyki i nie możesz jej poprawić? – Mówi się „trudno”. Zostałeś pobity, bo nie chciałeś podzielić się śniadaniem? – Mówi się „trudno”. Powiedziałeś koledze, że lubisz oglądać Teletubisie i on Cię obgadał? – „Mówi się trudno”. Jakiś żartowniś eksperymentował z wkładem nad twoim zeszytem? – Mówi się „trudno”. Kot nasikał Ci do plecaka, w którym były niemal wszystkie Twoje rzeczy szkolne? – Mówi się „trudno”. Koza zjadła Ci kieszonkowe? – Mówi się „trudno”. Pies zjadł Twój zeszyt od matematyki, a dopiero co skończyłeś odrabiać pracę domową z tego przedmiotu i zajęła Ci ona 180 stron? – Mówi się „trudno”. Ubłocony pies otarł się o Ciebie, gdy właśnie szedłeś do szkoły, a schludny ubiór jest Twoim zdaniem niezwykle ważny? – Mówi się „trudno”. Znajomy pociął Twoje spodnie z zazdrości, a były to najlepsze, jakie miałeś? – Mówi się „trudno”. Kolega zdradził, że okradłeś wczoraj sklepik szkolny? – Mówi się „trudno”. Pies osikał Twoje najlepsze ubranie, a miałeś właśnie w nie się przebrać i pójść na imprezę? – Mówi się „trudno”. Spodnie Ci pękły podczas szkolnego wystąpienia, w którym brałeś udział? – Mówi się „trudno”. Ktoś rozpowszechnił Twoje prywatne zdjęcia w internecie? – Mówi się „trudno”. Ktoś Ci ukradł hasło do konta Google, a miałeś 2 i pół miliona subskrypcji na YouTube? – Mówi się „trudno”. Nauczycielka nakrzyczała na Ciebie, bo nie zdążyłeś przepisać notatki z tablicy do zeszytu, a starałeś się tak mocno, że zrobiło Ci się ciężko? – I musisz się ze swoją panią od przedmiotu kłócić? – Mówi się „trudno”. Zostawiłeś swój telefon w szkole, a był to najnowszy Samsung Galaxy i ukradł Ci go jakiś nieprzytomny żartowniś z kleptomanią? Cóż… – Mówi się „trudno”. Dziękuję za uwagę… – I pamiętajcie: mówi się trudno, mówi się trudno. Mówi się trudno! – I KONIEC! –– –– Pozdrawiam.
  3. Nowy zaczyna się listopadowy dzień, jeden z ostatnich. Zamarźnięty szron się roztapia, pierwszy śnieg który w nocy spadł przepowiada szarą przyszłość. Idąc tak leśną drogą zauważam że drzewa już nie są pokryte żółcią Austriacką, czerwienią roku 52, nie ma pomarańczy obywatelskiej a niebo już nie układa białych chmur w kształt orła z koroną na niebieskim tle. Słychać stukanie wiewióra z jego ukrycia w drzewie starym, robi on ostatni inwentarz przed ciemnymi miesiącami. Świstak wynurza się ze swej nory na sekundę, zbudzony zapachem nowego życia. Lecz chowa swój włochaty pyszczek z powrotem po tym jak zrozumiał że to tylko grzyby rosną. Tak! Tam gdzie przed chwilą liście spadły, jabłko zgniło i lis stary padł. Tam teraz dominuje nowe życie, całkowicie oznajmujące swe niedługotrwałe zwycięstwo. Droździk przelatujący pędem zatrzymuje się na chwile na polskich drzewach i śpiewa. Ostrzega że skąd on przybywa już dawno śmierć zapanowała. Pokryła wszystko bielą i schowała wszystkich ludzi którzy mówią przeklętą Słowiańszczyzną do swych domów. Każdy zwierz na tą nowinę jeszcze w głębsze krzaki ucieka. Tworząc ostatnią pieśń repertuary natury na ten sezon. Tak też człowiek szczęśliwy idzie, złudnie myśląc że zaraz nie przyjdzie śmierć i to leśne przebudzenie nie jest chwilą i reakcją na zmiany. To ostatni moment kiedy jeszcze widać słońce, które już szara armia oficerów i bandytów odsuwa od dominacji. Ostatni moment na pożegnanie. Taki też morał z tej historii. Ażeby coś umarło, musi wpierw się przebudzić i odrodzić, zauważyć że umiera. Kamil.P - 25.11.2023
  4. Jabłka Kiedy wstałem z łóżka dnia trzydziestego października dwutysięcznego dwudziestego pierwszego roku, odczułem trudne do nazwania uczucie lekkości i błogości, które występuje u mnie, jeżeli się dobrze wyśpię. Ba; nawet, gdy budzę się o bardzo wczesnej porze, chociażby siódmej rano, gdyż wtedy – zwykle – jestem nieprzytomny, więc nie dostrzegam trapiących mnie przez resztę dnia zmartwień. Wyszykowawszy się, postanowiłem pójść do niewielkiego sklepu spożywczego po jabłka. Oczywiście założyłem ubrania, jakie podobały mi się najbardziej, z tych, co posiadałem. Byłem bowiem szczęśliwy, ale… To okazało się być jedynie moim, złudnym odczuciem – jak zazwyczaj. Kiedy wszedłem do sklepu – sklepu, w którym klient nie wybiera ani jedzenia, ani picia samodzielnie – wyboru zawsze dokonywał sprzedawca. Pierwszy raz przyszedłem tutaj sam! – Podbiegłem ku ladzie – za nią stał mężczyzna z białymi, gumowymi rękawiczkami. – Chwilę później rzekłem – poproszę jeden kilogram jabłek – już przynoszę i odmierzam – odparł, lecz przyniósł tylko jedno i zażądał złotówki. – Proszę Pana; ten owoc jest robaczywy – dostrzegłem, zatem mężczyzna odłożył owe jabłko na drewnianą półkę i wziął następne – to jest zgniecione – powiedziałem, więc sprzedawca ponownie dał mi inne – to jabłko jest niedojrzałe – zauważyłem, po czym sprzedawca poszedł do pokoju, gdzie mogą przebywać jedynie pracujący w tym sklepie. Po minucie wrócił i powiedział – to jabłko jest najpiękniejszym, najsłodszym i najdojrzalszym spośród wszystkich, które mam! Musi Ci się spodobać! Jeśli jednak chcesz więcej, pamiętaj; jedna sztuka za dwa złote – wystarczy mi to jedno – szybko wykrztusiłem, lecz jeszcze nie opuściłem budynku. Nagle, do sklepu weszła uśmiechnięta, ładnie ubrana dziewczyna, która była chyba w podobnym wieku, co ja. Poproszę pięćdziesiąt jabłek – pisnęła swoim cienkim, słodkim głosikiem, po czym sprzedawca wręczył jej piękne, dojrzałe owoce i powiedział – pięć złotych, miła panno. Takiej damie, jak ty, należy się to, co najlepsze – dziękuję i pozdrawiam. Do widzenia. – rzekła i wyszła z budynku. Wiedziałem, że to niesprawiedliwe, ale postanowiłem milczeć. Chwilę później opuściłem sklep i wreszcie – wróciłem do domu. Kiedy umyłem moje jabłko, okazało się, iż było pomalowane, pod warstwą farby zaś – zielone, niedojrzałe! Cóż mogłem uczynić?! Wyrzuciłem owoc do kosza i zacząłem krzyczeć – już absolutnie nigdy… nigdy więcej nie będę kupować niczego… W tym sklepie! – byłem tak wściekły, że brakowało mi powietrza! To było przecież naprawdę bardzo niesprawiedliwe!
  5. Historia Psa Belli (moja pierwsza powieść) Po Krótce O Belli Bella to pies, który lubi psocić. Nieraz już mieliśmy z nią jakiś kłopot. Czasami potrafi wyprowadzić z równowagi całą rodzinę, naszych kolegów, znajomych, a nawet ludzi nam obcych. Gdyby miała ona problem jedynie z posłuchem, byłoby o wiele lepiej, ale bez przesady! Nie jest to przecież niebezpieczne stworzenie, chociaż rzeczywiście potrafi narozrabiać, zniechęcając przy tym nieświadomie do siebie. Winniśmy ją zrozumieć! Każdy kiedyś może zaszaleć. Prawda, lecz ten labrador przyprawia niekiedy wszystkich dookoła o zawroty głowy! Ów pupil ma krótką, biszkoptową sierść, klapnięte uszy oraz brązowe oczy, jednakże wcale nie puste! Cała moja rodzina, kiedy im się przygląda, mówi, że widzi w nich coś więcej, niż tylko czarną plamę. Bella należy do psów dużych, chociaż nazywamy ją pieszczotliwie malutką. Każdy właściciel kochający swojego zwierzaka uważa, iż jest wyjątkowy. Tak patrzymy na naszą suczkę również my. Jeżeli ów wstęp jeno zanudza kogoś na śmierć, oczywiście nie musi go czytać. Co najmniej trzy razy powtórzyłem fakt! Cóż dokładnie? Tłumaczenie tego będzie moim zdaniem zbyteczne, zaś przedmowę powinienem zakończyć właśnie tutaj. Reszty dowiecie się później. Wprowadzenie Się Belli W średniej wielkości mieście Otwocku, na małej działce, w niedużym piętrowym domu, mieszkała rodzina, składająca się z czterech członków. Po jednej stronie rósł nieduży lasek, w którym rosły przeważnie sosny oraz dęby, a prócz niego była już jeno ulica oraz kilka innych posesji. Mieli starego psa o imieniu Kinga, do którego byli bardzo przywiązani. Mało się razem bawili, ale mimo wszystko darzyli go miłością. Pewnego dnia ich pupil źle się poczuł. Kiedy zauważyła to osoba, będąca matką dwóch dzieci, natychmiast wezwała weterynarza. Niestety po około półgodzinie biedne zwierzątko zmarło. W końcu miało już swoje lata. Smutni z tego powodu domownicy zaczęli rozważać kupno nowego czworonożnego kompana, jednak przeciwny temu był tata Bartek. Miał krótkie, czarne włosy, inteligentny zarys twarzy, zielone oczy i lekką nadwagę. Uznał, że wychowanie szczeniaka to zbyt trudne zadanie dla dziatek, zatem temat został zamknięty. Dopiero po roku Janek, Tomek i Mama Ewa zaczęli ponownie prosić o pozwolenie na psa. W końcu ojciec ustąpił, więc mogły zacząć wymyślać dlań imiona, aby nie musieć łamać nad tym sobie głów, kiedy już go zobaczą. Gdy nadszedł upragniony dzień, wszakże wiedzieli, iż będzie to labrador. Dzieci oczywiście przebywały wtedy w szkole. Po Bellę pojechali rodzice. Wkrótce znaleźli się pod hodowlą. Byli zniecierpliwieni oraz podekscytowani. Pierwszy raz mieli zobaczyć przedstawiciela owej rasy. Poszli ścieżką usypaną z kamieni aż pod odpowiedni budynek – dosyć duży. W końcu musiały się tam pomieścić wszystkie rzeczy, niezbędne do wykonywania zawodu i pieski. Pod ścianą stał pewien człowiek, który rzekł – jeden egzemplarz za czterysta pięćdziesiąt złotych. Możecie wybrać szczeniaka, jakiego tylko chcecie! Pani Ewa podeszła do tego pana. Miała średniej długości jasne włosy i niebieskie oczy. Była szczupłą, niską kobietą. Poprosimy suczkę – rzekła. Pokaż nam proszę wszystkie, jakie masz. Hodowca, spełniając tę zachciankę powiedział – dokonajcie zatem ostatecznej decyzji, bo jak zapewne wiecie, nie będzie już odwrotu. Pragnę dodać, że nawet jeśli wasz pupilek będzie często chodził na randki, pamiętajcie co powiem tu i teraz. Żadnej sterylizacji! To wpłynęłoby na zwierzaka niesamowicie źle! Czy moją winą jest, iż po dokonaniu ów zabiegu psy zaczynają zachowywać się nienaturalnie? Widzicie te niewinne stworzenia?! Chcielibyście choćby jednemu z nich zniszczyć życie takim okrucieństwem?! Zapadła cisza. Nikt przez zgoła dziesięć minut nie wymówił ani słowa, ponieważ przemowa, która miała przed chwilą miejsce, zamurowała wszystkich, znajdujących się w pobliżu. Wkrótce pani Ewa postanowiła wreszcie dokonać wyboru. Rzekła – poprosimy tamtą o jasnym futerku. Jest taka piękna i słodziutka! Tomek i Janek pewno będą szczęśliwi! Hodowca, usłyszawszy co mówiła, wyjął z kojca ów śliczne szczenię, a następnie podał je kobiecie. Zadowoleni? – zapytał. Mam nadzieję – odpowiedział pan Bartosz. Tak więc państwo pożegnało się z człowiekiem, który sprzedał im Bellę, a następnie zapakowało pieska do samochodu i zabrało go ze sobą tam, gdzie mieszkało. Kiedy byli już na miejscu, oboje wysiedli. Wszakże biszkopcik, bo tak również suczka była nazywana, nie wiedziała, cóż takiego się tu dzieje, zatem pani Ewa musiała jej pomóc. Po wejściu do domu piesek zauważył talerz z jedzeniem. Oczywiście wszystko w mig zostało wyczyszczone. Nikt nie zamierzał karmić szczeniaczka stresując się, że umrze z głody, dlatego jeden członek rodziny zrobił to wcześniej. Gdy młodszy syn Janek wrócił ze szkoły, zjadł szybko jak wicher obiad i zaczął głaskać Bellę oraz podkładać jej pod pysk zabawki, aby się nie nudziła, jednak ona nadal odczuwała niepokój. Miał krótkie, blondwłosy, niebieskie oczy i inteligentny zarys twarzy. Był energiczny i szczupły, Pewno myślała sobie – tamten osobnik gdzieś mnie oddał! Co mam teraz począć? Przenieśli mię gdzieś, lecz gdzie? – Dlatego była trochę smutna i zaniepokojona. Kiedy przybył starszy synek Tomek, również prędko spożył danie, a następnie zainteresował się szczenięciem. Miał ciemne włosy, oczy koloru morskiego i inteligentny zarys twarzy. Wyglądał na wychudzonego. Zobaczył, jak jego mama dała psu ryż z warzywami, z mięsem oraz z jajkiem. Nagle w domu zapanował bardzo wesoły nastrój. Bracia byli przeszczęśliwi! Ów labrador strasznie im się podobał i z zachowania, i z wyglądu. Leżeli przy posłaniu suczki aż do późnego wieczora. Wkrótce Janek powiedział biszkopcikowi – nadaję Ci imię Bella. Chwilę później on i Tomek zaczęli odrabiać lekcje, następnie poszli się myć, aż w końcu położyli się spać. Drugi Dzień Z Bellą Pierwsza wstała mama dwóch synków. Postanowiła przyprowadzić Bellę do pokoju Tomka, aby go obudziła, gdyż musiał już wstawać. Suczka szurając łapami, wykonała swoje zadanie, ale potem… Zaczęła nań skakać z radości jak oszalała! On ją głaskał, lecz bał się, że naskakując na niego zrobi mu krzywdę. Pani Ewa próbowała uspokoić pupila. Wkrótce dała radę. Syn jej powiedział – od lat nie dotykałem żadnego psa. To właśnie dzięki niej przemogłem się i przestałem panicznie bać się ich! Wczoraj był mój pierwszy raz! W dodatku ona jest piękna, słodziutka oraz kochana! Szczeniaczek zbiegł po drewnianych schodach na dół, skręcił w prawo. Dreptał swoimi krótkimi nóżkami, aż wreszcie dotarł do stołu. Bella skręciła w lewo, a tam ujrzała wiklinową misę pełną cebul. Wzięła sobie jedną, poszła na dywan leżący w salonie i zaczęła ją jeść. Kiedy przyszła tutaj mama ze swoim starszym synkiem, zauważyła, że łakoma suczka coś je. Niestety musiała ją skarcić. Wtem suczka podeszła pod drzwi od sieni, zaczęła nań skakać i przy tym skomleć. Dla domowników było jasne, iż ona po prostu jeszcze tęskni za swym dawnym domem – hodowlą. Kiedy obudził się młodszy, zawołał mamę, zatem pobiegła doń na górę, zabierając ze sobą biszkopcika, który dopiero co narozrabiał. Bella wbiegła jak szalona do jego pokoju i rozpoczęła skakanie. Wszakże nie mogła go dosięgnąć, gdyż była jeszcze zbyt mała, aby zdobyć łóżko. Gdy wstał, obiektem jej zainteresowań stał się właśnie on. Pani Ewa usiłowała ją uspokoić. W krótce się udało. Janek i Tomek musieli właśnie wychodzić, a ich rodzicielka – nakarmić psa, który oczywiście popędził tam, gdzie zostawił swoją cebulę. Kiedy kobieta zeszła na dół, zastała oblizującego się szczeniaczka. Wiedziała bowiem, co przeskrobała, lecz poranną porcję ryżu z warzywami, mięsem i jajkiem oczywiście dostała. O około godzinie trzynastej popołudniu, mama postanowiła pójść po swojego młodszego syna z Bellą do szkoły. Wiedziała, iż sprawi mu w ten sposób przyjemność. Założyła więc pieskowi czerwoną obrożę i tego samego koloru smycz, aby nie narozrabiała. Wszak ciężko przewidzieć wszystko, co się może wydarzyć. Kiedy matka otworzyła drzwi frontowe, rączka wysunęła jej się z ręki, a suczka, która właśnie poczuła się wolna, pobiegła na trawnik, który był przed domem i… Zaminowała oraz podlała jego fragment! Pani Ewa nie potrafiła ukryć swojej złości. Postanowiła również lekko klepnąć czworonożnego rozrabiakę, aby ją ukarać. Gdy wreszcie udało jej się wyjść po Janka razem z pupilem, zauważyła, iż przyniesie to jeszcze jedną korzyść. Biszkopcik miał teraz szansę, by móc zapoznać się z nieznanym dla niej wcześniej otoczeniem, obwąchując je. Przyjemne było bowiem przyglądanie się radosnemu zwierzaczkowi. Nagle do szczeniaczka podszedł jakiś chłopiec, który spytał – Czy mógłbym go pogłaskać? Strasznie mi się podoba. – Co wywołało szczery uśmiech u właścicielki. Oczywiście – odpowiedziała. Ona jest łagodna i lubi dzieci – dodała. Malec uśmiechnąwszy się, zaczął dotykać Bellę. Merdała ogonem, zatem była doń przyjaźnie nastawiona. Wkrótce kobieta powiedziała – muszę już iść. Zaraz mój synek będzie miał pretensję, gdyż istnieje ryzyko, że się po niego spóźnię. – Rozpogodzone dziecko odparło – rozumiem. Pa piesku! – Zawołało i poszło do swego domu, a pani Ewa ruszyła dalej. Kiedy dotarła, Janek właśnie wybiegł ze szkoły i zawołał. – Mamusiu, przyprowadziłaś naszego biszkopcika! – Od razu zrobił się bardzo wesoły i wszyscy razem przeszli się kawałeczek, aż dotarli w odpowiednie miejsce. Synek nie spodziewał się, że zobaczy na fragmencie trawnika dzieło ich pupila. Jego maciora rzekła – teraz winnam pójść po twojego brata. Oczywiście zabiorę ze sobą szczeniaczka, który zdaje się być najgrzeczniejszą suczką pod Słońcem – zażartowała. Wiedziała, iż prawda wygląda inaczej. Gdy doszła, Tomek miał akurat lekcję wychowania fizycznego, co doskonale wiedziała, ponieważ dobrze znała jego plan, a w dodatku przed wyjściem upewniła się. Po głośnych krzykach domyśliła się, że klasa jej starszego syna wyszła na boisko. Kiedy udała się w odpowiednią stronę, ujrzała dosyć dużą grupę dzieci biegnącą w stronę Belli. Wszyscy byli zauroczeni ich labradorem. Pani Ewa spytała nauczycielkę – gdzie przebywa mój syn? – Ona odpowiedziała – powiedziałam mu, że jesteś, gdyż Cię zauważyłam i pozwoliłam się przebrać. Dzięki temu szybciej go zabierzesz. – Po około minucie zjawił się jej chłopiec. Wydawał się zmęczony, zatem prędko wyruszył ze swoją mamą do domu. Późnym wieczorem, gdy domownicy mogli już odpocząć, suczka znalazła się w kuchni, położyła się, a następnie mordkę ułożyła na podłodze. Tomek, zauważywszy to podbiegł doń mówiąc – Monio! Muszę przytulić – Kiedy zrobił, co zamierzał, szczeniaczek postanowił zmienić miejsce wypoczynku. Znalazła je prędko. Gdzie? Pod stołem! Mama powiedziała jej starszemu synkowi – zostaw ją, proszę. Ona również przeżyła dzień pełen wrażeń – Dziecię usłuchało i rzekło – masz rację, powinna kiedyś znaleźć chwilę dla siebie, tak jak my. Szalona Zabawa Minęły dwa dni. W sobotę dzieci miały wolne od zajęć lekcyjnych, jak to bowiem zawsze, z pewnymi wyjątkami tego dnia się zdarza. Mogły więc pobawić się ze swoim pupilkiem. Przyszły więc pod posłanie biszkopcika i… Nie było jej! Bracia zastanawiali się chwilę, cóż takiego się wydarzyło. Wkrótce drzwi frontowe otworzyła ich mama, która właśnie wróciła do domu. Wpuszczając ją powiedziała – Bellusia ma czerwoną szyję. Podejrzewam, że zawiniła obroża. Przecież ona jest właśnie w tym kolorze. Jej futro się od niej zabarwiło! – Chwilę po przemowie pani Ewy, przez wrota wbiegła suczka. Pan Bartosz wyszedł na dwór i zobaczył coś, co go trochę zdenerwowało. Przy wejściu do domu leżał niebieski worek foliowy, a przy nim cała sterta śmieci, którą ktoś lub coś musiało wysypać. Nietrudno było się domyślić, czyja to była sprawka. Mężczyzna poczerwieniał ze złości, złapał biednego szczeniaczka za obrożę i… Zamknął labradora w sieni, jakby skradła jakiś drogi kryształ! W dodatku krzyknął doń – niedobry pies! Jak tak można?! – Reszta domowników osłupiała. Dzieci zaczęły rozpaczliwie prosić, aby wypuścił Bellę, ale on rzekł – suczka zachowała się niegrzecznie i musi ponieść karę! Spójrzcie prawdzie w oczy! Postąpilibyście tak samo albo podobnie, gdybyście właśnie wy musieli poń później posprzątać! Po około półgodzinie biszkopcik został wypuszczony z ciasnego pomieszczenia. Bracia natychmiast do niej podeszli z zabawkami i zaczęli je rzucać, aby one je złapała w pysk. Labradory potrzebują dużo ruchu i bardzo lubią się bawić, dlatego odkąd w ich domu pojawił się ów pupil, raczej nie było czasu na nudę. Niestety istniał pewien problem. Zwierzątko lubiło gryźć wszystko, co popadnie. W pewnej chwili czworonóg zaczął ruszać swoim noskiem, a następnie podreptał za stół, który stał w jadalni i wrócił z… Z cebulą w pysku! Kiedy Pan Bartosz zauważył, że Bella zaczęła gryźć ostre warzywo powiedział – chodź tutaj! Oddać to! – Pozostali członkowie rodziny znów znieruchomieli. Suczka ani myślała wypluć swoją zdobycz, więc schowała się z nią pod bujanym fotelem, wykonanym z drewna. Wszak nie był on duży, ale taki szczeniak jak ona, mógł wykorzystać go, do ukrycia się. Gdy mężczyzna ją złapał, było już za późno. Po cebuli nie zostało ni okruszka. Tata Janka i Tomka postanowił wymierzyć sprawiedliwość. Biedny piesek dostał od niego kilka klapsów gazetą, a następnie zaciągnął labradora za obrożę do sieni. Dzieci zrobiły się smutne. Mama powiedziała – jak mogłeś ją tak potraktować?! Ona jest żywym stworzeniem! Powiedz, co byś zrobił, gdyby to Ciebie ktoś czymś pobił, a później zamknął w ciasnym pomieszczeniu, niczym mordercę w więzieniu?! Przemyśl swoje postępowanie! – Wszyscy zamarli, zaś Bella zaczęła skomleć. Kobieta ją wypuściła. Jej mąż rzekł – dlaczego?! Ma uświadomić sobie, że źle zrobiła! – Ów zdanie wywołało oburzenie u dziatek. Teraz suczka miała prawo czuć się, jakby była w zakładzie karnym. Wieczorem bracia postanowili zrobić coś, żeby pocieszyć szczenię. Obaj podeszli do posłania, w którym suczka właśnie odpoczywała i położyli obok niej kilka pluszowych zabawek oraz nieduży kocyk. Biszkopcik pewno pomyślał – pragną się ze mną zadawać, lecz nie mam ochoty. Ich ojciec z nich mnie obił i zaprowadził w jakieś smutne miejsce. Cóż, wybaczam mu, a mam zamiar korzystać z każdej okazji, by uszczęśliwić mych właścicieli. – Nagle czworonożna przyjaciółka rodziny wstała, chwyciła zielonego gumowego ananasa i podała go chłopcom. Uśmiechnęli się, gdyż lubili spędzać czas ze swoim pupilem. Rzucali jej na zmianę różne gryzaki. Nagle Janek sięgnął po coś trochę innego – kulkę przywiązaną do metrowego sznurka – i rozpoczął siłowanie się z Bellą. Wszakże im dłużej zabawa trwała, tym pies bardziej szalał. Wkrótce labrador zaczął biegać, gdzie popadnie. Pani Ewa rzekła – brawo, zrobiliście z niej zwariowaną suczkę. – Bracia bardzo się uśmiali, gdyż było z czego. Ich zwierzaczek zachowywał się, jakby coś go opętało. Chwilę później jednak przestał, ułożył się w swoim mięciutkim posłaniu i zasnął. Pierwsza Akcja Obronna Następnego ranka, dzieci postanowiły wyjść ze szczeniaczkiem na podwórko. Tylko uważajcie! – Zawołała mama chłopców – to jeszcze maluch! – Tomek rzekł – spokojnie, nie ma się o co martwić. Obronimy ją, jeśli zajdzie taka potrzeba. Kiedy bracia wyszli już z domu, zauważyli swego ojca, który ich zapytał – dlaczego wypuściliście labradora? Zaraz znowu zabrudzi trawnik! – Będziemy ją mieć pod kontrolą – powiedział Janek, a następnie wziął piłeczkę tenisową i podał suczce, aby mogła zapoznać się z nowa poznanym przez nią przedmiotem do zabawy. Nagle biszkopcik wywęszył kogoś pachnącego alkoholem i zaniepokoił się, gdyż Zwierzaczek nie wiedział, cóż czynić. Wtem Pani Ewa wyszła do synów i spytała – czemu Bella biegnie w stronę furtki? Obiecaliście ją pilnować! Zawsze jakaś osoba przechodząca obok działki, może napaść na psa! – Czworonóg rozmyślał, co robić. Wtedy usłyszał pewien dziwny odgłos, który wydawał owczarek niemiecki, przebywający w pobliżu. Szczeniaczek spojrzał, ażeby odkryć, w jakim celu wydaje ów odgłos. Labrador zobaczył, że za pomocą tego dźwięku, biegnąc zarazem w stronę uciekającego człowieka, odstraszał go. Suczka postanowiła zrobić to samo. Uważała, iż powinna odpędzić dziwnie pachnący obiekt. Nagle zaczęła wydawać z siebie zduszony pysk. Przechodzień nie wpadł w panikę, ale uciekł, by nikt nie zauważył, że jest nietrzeźwy Bracia podbiegli do pupila. Janek zawołał – umiesz szczekać! Możesz teraz bronić naszej działki! – Wszakże dopiero zaczyna – wtrąciła pani Ewa – wkrótce jednak będzie potrafiła pilnować. Cała rodzina zaczęła wtedy głaskać swojego czworonoga i mu gratulować. Zwierzak pomyślał – Kiedy nazywają mię dobrym psem, są ze mnie dumni oraz zadowoleni! Nauczyłam się czegoś nowego! Cieszę się, że rozpoznałam, cóż takiego oznacza ów odgłos. Nowe Zabawy Minęły zgoła cztery tygodnie od chwili, w której labrador pierwszy raz postawił łapę w domu swoich właścicieli. Szczeniak urósł o parę centymetrów, ale nadal był nieduży, a poza tym chyba nic się nie zmieniło. Tomek i Janek, znudzeni monotonią życia, postanowili wprowadzić jednak kilka zmian. – Zaczęli ganiać się z pupilem, wychodzić z nim czasem na dwór oraz wymyślać nowe zabawy. Pewnego dnia, kiedy uciekali przed Bellą, coś im przyszło do ich głów. Niestety nie był to ani trochę mądry pomysł. Młodszy syn pani Ewy rzekł – biegnie za mną! Ratuj! Zaraz mnie zagryzie! – Starszy odparł – Wtedy zacznie mię ścigać! Przykro mi, lecz musisz poradzić sobie samemu. – Przez chwilę obaj mieli wątpliwości, co zrobić. Pan Bartosz powiedział – tylko nie pozwólcie sobą rządzić! Później będziecie mieli problem! Ona przestanie was słuchać! – Bracia zignorowali swego tatę i ponowili próbę ucieczki przed pupilem. Tomek wdrapał się na kanapę, znajdującą się w gabinecie. Bella pognała za nim, a on zaczął doń mówić – labradorek! – Tak właśnie powstała nowa, niewłaściwa zabawa. Minęła godzina, zaś chłopcy znów odczuli potrzebę wymyślenia czegoś nowego. Biszkopcik właśnie leżał w kuchni z otwartymi oczyma. Janek poszedł do salonu i przybrał pozycję leżącą. Kiedy suczka to zauważyła, zaczęła iść ku niemu, a gdy doń dotarła, próbowała gryźć jego buty. On nie chciał ich stracić, zatem się podniósł. Spodobała się taka forma rozrywki również Tomkowi, więc zrobił wszystko, co przedtem jego brat. Pani Ewa rzekła – nie róbcie tak! W ten sposób dajecie jej znać, iż może wami rządzić! – Pan Bartosz przytaknął swojej żonie i dodał – takie zabawy są niebezpieczne i jest szansa, że się źle skończą dla nas wszystkich! Lekko zmieszane dzieci poszły więc zająć się swoimi sprawami. Wieczorem, gdy bracia ponownie przyszli pobawić się z psem, ona ich zaskoczyła i zaczęła ganiać. Obaj postanowili wejść na jeden fotel mając nadzieję, iż da im spokój. Niestety szczeniak nie odpuścił. Przyszedł tam, gdzie ukryli się przed nim bracia i rozpoczął gryzienie kapci, które były jedyną rzeczą, jaką chłopcy mogli się obronić. Janek, kiedy suczka właśnie go atakowała, zawołał – Belluniu! Nagle do salonu wszedł tata. Był niezadowolony i poddenerwowany, ponieważ jego synowie ponownie okazywali swemu pupilowi uległość. Natychmiast przestańcie! – Rzekł. – Jeśli będziecie bawić się w coś takiego ze zwierzątkiem, uzna siebie za waszego przywódcę! – To powiedziawszy, wypuścił biszkopcika z domu, a następnie podszedł ku dzieciom i dodał – bardzo chciałbym, abyście przestali tak się zachowywać, bo w ten sposób rozjuszacie ją! Nie pozwolę, byście stali się jej podwładnymi! Czy mogę spokojnie spać dzisiejszej nocy? Tomek odpowiedział – Oczywiście, że możesz, gdyż postaramy się wymyślić inne zabawy. Mam nadzieję – odparł ojciec – od tego zależą relacje między wami, a Belką. Następnego dnia o godzinie dziewiątej rano, chłopcy znów postanowili spędzić trochę czasu z psem. Zeszli doń po schodach, zaś ona już nań przy posłaniu dole czekała. Bracia musieli coś wymyśleć, aby ominąć szczeniaka. Janek uznał, iż najlepiej zrobią, kiedy się rozpędzą i prędko zdobędą oparcie kanapy. Gdy jednak ów czynu dokonali, suczka pobiegła za nimi i weszła na fotel. Przyglądał się temu Pan Bartosz i rzekł – Wiedziałem, że tak się stanie! Gdzie przed nią będziecie uciekać, tam ona się dostanie – Po skończeniu wypowiedzi, wziął gazetę z pułki umieszczonej nad kominkiem, zwinął w ją rulon i trzy razy dał biszkopcikowi porządnego klapsa. Pierwszy Uznany Spacer W południe pani Ewa uznała, że Belli przydałoby się trochę ruchu, zatem oznajmiła reszcie – mam zamiar zabrać pupila na spacer. To będzie dlań coś nowego, więc należy się odpowiednio przygotować. Kupiłam jej nową obrożę oraz smycz, gdyż od tamtego ekwipunku miała czerwoną sierść w okolicach szyi. Chciałabym zadać wam tylko jedno pytanie. Kto idzie ze mną? – Zgłosiła się cała czwórka. Wszakże dzieci pragnęły się przejść jeno dlatego, iż byłe ciekawe, jak ich szczeniaczek da sobie radę i z tego powodu spodziewali się wrażeń. Wiedzieli bowiem, że jest skłonna do wybryków. Kiedy rodzina znalazła się za furtką, biszkopcik nagle mocno szarpnął. Pan Bartosz, który ją trzymał, puścił smycz, ponieważ nie przygotował się na coś takiego. Labrador podbiegł ku sąsiedniej bramie i zaczął skakać. Chwilę później zza budynku, znajdującym się za tą bramą, wyłonił się czarny kot z kilkoma małymi i białymi cętkami, rozsypanymi po brzuchu. Właściciele Belli musieli błyskawicznie zareagować. Pani Ewa zawołała – niechaj ktoś złapie smycz i czym prędzej zabierze stąd naszego pupilka! Mężu, tyś tu najsilniejszy, dlatego spełnisz mą prośbę najlepiej. – Bracia przypatrując się tej sytuacji pomyśleli – rzeczywiście warto było pójść! Mężczyzna natychmiast zrobił, co mu doradziła jego żona. Wszak dopiero wyszli z domu, ale już zrobili się zmęczeni. Nagle mama Tomka i Janka rzekła – słuchajcie! Doskonale wiem, iż jesteście wyczerpani, lecz nie wolno się poddawać z takiego powodu! Szczeniak bardziej przywiąże się do nas, kiedy będziemy go wyprowadzali. Słyszałam, że psy najbardziej kochają tych, którzy wychodzą z nimi na spacery. – Pozostała trójka przyznała jej rację i zgodziła się dokończyć, co wszyscy zaczęli. Wszakże ona również opadała z sił. Po trzydziestu dwóch minutach Bella miała pierwszy raz przejść przez pasy dla pieszych. Gdy cała czwórka wreszcie nań weszła wraz z biszkopcikiem, ona zaczęła biec za pierwszym samochodem jaki ujrzała. Właściciele byli przerażeni, gdyż ich zwierzak właśnie igrał ze śmiercią. Nieoczekiwanie, labrador zszedł z ulicy i pobiegł ulicą, leżącą prostopadle do tej, przy której mieszkali. Pan Bartosz powiedział – przykro mi. Teraz winniśmy ją gonić. Jeśli jej nie złapiemy, jest szansa, że odejdzie w świat. – Dzieci wybuchły głośnym płaczem. Kiedy rodzina wyruszyła w pogoń, niesforna suczka właśnie doń wracała. Pani Ewa nalegała, aby zwierzak został bez kary, ponieważ bała się, że ponownie ucieknie. Mężczyzna był jednak innego zdania – Moim zdaniem należy się psu reprymenda! Powinniśmy dać mu uświadomić, iż źle zrobił – rzekł. Gdy po dwudziestu minutach odnaleźli i rozpoznali szczeniaka. Obeszło się bez klapsów. Właśnie wtedy rodzina jednogłośnie zadecydowała o powrocie. Na szczęście Bella nie narozrabiała już więcej podczas ów krótkiej drogi. Przemoc Minęło już bowiem sześć miesięcy od chwili, w której biszkopcik zawitał do rodziny Tomka, Janka, Pana Bartosza i Pani Ewy. Sporo się zmieniło od zakończenia pierwszego uznanego spaceru. – Szczeniaczek coraz częściej pozwalał sobie na wszelkiego rodzaju wybryki, miał dużo więcej zabawek, przestał tęsknić za hodowlą oraz oczywiście bardzo urósł. Właściciele uważali, iż nadeszła pora, aby oduczyć psa złych nawyków. Pewnego chłodnego, ale słonecznego dnia, o godzinie ósmej rano, dzieci postanowiły pobawić się z pupilem poza domem. Przez około czterdzieści minut kopali jej piłkę, a gdy nie chciała oddać, ganiali ją, chociaż czasami to ona ścigała ich. Kiedy jednak im się znudziło, ustalili, że Bella jest przestępcą i muszą zwierzaczka przywiązać za pomocą smyczy do plastikowego kija tak, żeby nie uciekła, co nie podobało się suczce, która pewno myślała – Było miło, ale już nie jest! Dlaczego zaczęli mnie dręczyć. Zrobiło mi się przykro – Labrador skomlał. Bracia się z tego śmiali. Nagle nadeszła Pani Ewa i powiedziała – Czemu męczycie biedaka?! Pomyślcie, jak wy byście się czuli, gdyby ktoś was podobnie potraktował! – Janek odparł – obiecuję, iż od teraz będziemy się z nią inaczej bawić. – Tomek oswobodził pupila i rzekł – Wybacz mamo, ale sądziłem, że to dobry pomysł. – Obaj dali szczeniaczkowi w ramach przeprosin po smaczku, a następnie wszyscy wrócili do domu. O godzinie czternastej trzydzieści sześć, chłopcy ponownie postanowili zająć się swoim zwierzątkiem, lecz tym razem w budynku. Rzucali jej różne zabawki, głaskali oraz siłowali się za pomocą kulki na sznurku. Kiedy Bella była już wystarczająco rozjuszona, wzięła kapcie Pana Bartosza, leżące obok sieni i podała je dzieciom. Gdy mężczyzna zauważył, co zrobiła, odłożył papucie, wziął pogrzebacz, dał psu kilka mocnych klapsów i zamknął w sieni. Bracia posmutnieli. Następnego ranka, chłopcy ponownie postanowili zabrać swojego pupila i z nim wyjść za drzwi. Bawili się ładnie przez zgoła czterdzieści dwie minuty. Wkrótce dom opuściła Pani Ewa, by popatrzeć, jak synowie zajmowali się biszkopcikiem. Nagle labrador szarpnął Tomka za prawą nogawkę, co go bardzo wściekło. Postanowił ukarać biedne zwierzątko. W tym celu wziął kostkę dużą brukową ze sterty i rzucił nią w szczenię. Jego mama była z tego powodu niezadowolona. Podeszła do młodego człowieka, który zdawało się, iż żałował, że sam wymierzył sprawiedliwość. Rzekła doń – Nie wolno tak traktować psa! Sprawiłeś jej duży ból! Biedaczkowi pęka teraz serce! Proszą ją przeprosić. – Bella wyglądała, jakby nie miała pojęcia, cóż się stało oraz co złego zrobiła, że dostała lanie. Winowajca poszedł po duży kawałek mięsa, a następnie dał go suczce, zaś ona mu wybaczyła. Zapłakany chłopiec obiecywał, że więcej nie powtórzy czegoś podobnego, a następnie wszyscy wrócili z podwórka do domu. Królowa Bella Nazajutrz Tomek pragnął coś wymyślić, aby pocieszyć pupila. Zawołał Janka i poprosił o pomoc. Wszakże członkowie rodziny często nazywali swoje zwierzątko królową, zatem chłopcy pomyśleli, iż mogliby traktować biszkopcika, jakby była władczynią psów. Wieczorem, kiedy rodzice wybrali się na dłuższe zakupy, braci przyszli do posłania suczka i zaczęli kłaść jej przy posłaniu preparowane kości. Labrador obudziwszy się wyszedł z azylu i wziął jeden z ów przysmaków, oczywiście największy, gdyż jest łakomczuchem. Po chwili zawołali szczeniaka do salonu, gdzie rozpoczęli szykowanie warunków pod koronację. Kiedy suczka zjawiła się w salonie, bracia wołali – niech żyje Bella! – Ona nie wiedziała, co się dzieje – nie rozumiem tych dzieci – zapewne pomyślała – kładą dookoła mnie moje zabawki oraz dają mi smakołyki. Dziwne rzeczy oni bowiem wymyślają. – Wtedy położyła się na dywanie i zaczęła korzystać z wygód, zapewnianych przez chłopców. Chwilę później Janek położył biszkopcikowi na głowie gumową obręcz jako koronę, jednakże pupil ją natychmiast z niej zrzucił. Tomek uznał, że wypadałoby spróbować jeszcze raz, ale się mylił. Było to dla zwierzątka niewygodne. Działalność braci dopiero się rozkręcała. Lada moment ustalili, że będą jej przynosić miski z jedzeniem, a nawet z wodą. Labrador pewno pomyślał – co dobre, łatwo dostępne! Dlaczego jednak nie mogli robić tak zawsze? Wszakże nie podoba mi się, iż zamęczają mnie na śmierć, ale jest z czego się cieszyć! Podsuwają pod nos, czego potrzebuję oraz głaszczą! Chwila! Chyba ja rządzę nimi! – Wszakże dzieci nie zdawały sobie sprawy z tego, że ich pupil zaczyna uważać się za przywódcę. Wtem rodzice wrócili do domu. Pani Ewa zobaczyła, cóż takiego chłopcy robią Belli i rzekła – Przestańcie!!! Pokazujecie szczeniaczkowi w ten sposób uległość! – Tomek odparł – Przepraszam. To był mój pomysł. Chciałem ją pocieszyć i sprawić, ażeby zapomniała o tym, jaką krzywdę jam jej wczoraj wyrządził. – Mama odrzekła – ona Ci zapewne wybaczyła, gdyż takie są psy, przebaczają! – Janek powiedział – możemy się z nią inaczej pobawić! Przecież istnieją inne metody, aby uszczęśliwić biszkopcika! Moim zdaniem znakomicie sprawdzi się zwykłe siłowanie, rzucanie piłek i gryzaków oraz głaskanie! – Jego starszy brat odpowiedział – właściwie masz rację. Okazywaniem czułości oraz zapewnianiem labradorowi rozrywki pokażę, że nie jestem dlań wrogiem, a przyjacielem. – Pan Bartosz, który przysłuchiwał się rozmowie, podszedł i wtrącił – najważniejsze, iż zrozumieliście swój błąd. Jeszcze zdołacie wszystko naprawić, jeżeli pokażecie, kto tu rządzi i przekonacie ją do siebie! – Tomek rzekł – od teraz postaramy się dobrze współżyć z naszym zwierzaczkiem. – Po minucie, bracia zaczęli bawić się ze szczeniaczkiem, jak zgoła obiecali. Wkrótce Pani Ewa zawołała – Widzicie? Takie atrakcje rzeczywiście najbardziej podobają się pupilowi! – Wszak Bella była zmęczona, lecz zadowolona. Pierwsza Randka Belli Gdy Bella miała już pełne dziewięć miesięcy, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Suczka pozostawiała za sobą niekiedy niewielkie kropki krwi, czyli miesiączkowała. Kiedy mama chłopców zauważała jakąkolwiek plamkę, natychmiast szła ku pralni, by nabyć ścierkę, namaczała ją wodą w łazience, a następnie ścierała pozostawione przez pupila czerwone ślady. Pan Bartosz nie raz mawiał – należy psa wysterylizować, aby nie brudził. – Pani Ewa zawsze odpowiadała – bardzo zły pomysł! Pamiętasz, co powiedział hodowca, podczas kupowania labradora? Nie wolno nam jej poddać temu zabiegowi, gdyż mogłoby to rzutować na zachowanie naszego zwierzaczka! Ba, prócz tego istnieje ryzyko, że bolałoby biszkopcika aż po zgon! – Mężczyzna odparł – jak uważasz, ale ja radziłbym mimo wszystko zabrać pupila do weterynarza i poprosić o dokonanie czynu, dzięki któremu byt w tym domu będzie nieco wygodniejszy. Dzieci uważały, że nie powinno się Belli robić żadnej operacji, kiedy nie jest ona potrzebna, ponieważ nie uratowałaby suczce żywota, a jeno by go zepsuła. Sądziły również, iż mogłaby poń nie mieć ochoty na zabawę, jednakże te argumenty były zbyt słabe, ażeby przekonać nimi ojca. Następnego ranka bracia postanowili pójść razem z czworonóg za drzwi. Gdy tylko wyszli z domu, ich labrador zaczął węszyć. Nagle pobiegł w kierunku furtki. Chłopcy byli przekonani, że zwierzaczek zamierza bronić posesji. Niestety nie mieli racji. Przy bramie stał duży, ciemnobrązowy pies. Oboje rozpoczęli rozmowę, wpierw się obwąchując. Janek podszedł do biszkopcika i powiedział – nie ma ślubu! – Dla Tomek również zrozumiał, co się dzieje. Pan Bartosz zobaczył przez okno, cóż takiego kombinuje Bella, zatem wyszedł po nią, a skoro się nie słuchała, zaciągnął ją do azylu, ciągnąc za obrożę i postanowił ponownie porozmawiać z żoną o sterylizacji. Nic z tego – rzekła – nigdy się nie zgodzę! Czy ty chciałbyś, aby tobie ktoś pragnął to zrobić wbrew twej woli? Pewno nie! Zrozum! Ona może się bardzo zmienić po zabiegu i nie być już tolerancyjną, sympatyczną i chcącą się bawić suczką! – Jej mąż odparł – Posłuchaj mnie! Gdybyśmy się zdecydowali, nie musiałabyś poń ścierać plam krwi, zaś my nie musielibyśmy ich przeskakiwać! Zastanów się! Myślę, iż jako rozsądna kobieta się zgodzisz. – Nagle do domu wrócili bracia i wiedząc, co się tutaj dzieje, postanowili zacząć działać. Błagamy Cię tato, nie rób tego – powiedział Tomek – Pragniesz patrzeć na cierpiącego psa? Mamy nadzieję, iż nie! – Ojciec mimo wszystko zostawał przy swoich racjach. Janek zaczął wołać – o my nieszczęśni! Ach, biedna Bella! Będzie ją bolało I stanie się obojętna! Błagam! Powiedz, że żartujesz, a dążysz do wysterylizowania naszego czworonoga! Toż to odmieniłoby jej szczęśliwe życie, w byt pełen zmartwień! Proszę, przemyśl, co zamierzasz! – Ów wypowiedź została wysłuchana. Pan Bartosz zdecydował, iż prześpi się z tą decyzją. Urodziny Belli Trzydziestego marca, kiedy pupil ów rodziny żył już rok, Pani Ewa zaproponowała braciom, aby wyprawili psu urodziny, jednak ich tata twierdził, iż nie powinni, gdyż ten pomysł wydał mu się dziecinny. Czworonóg był tedy wszakże duży, prawie dorosły, ale nadal lubił się bawić. Mama rzekła do chłopców – Słuchajcie skarby! Bella ma dzisiaj swój dzień, dlatego bardzo bym was prosiła, żebyście się nią porządnie zajęli. – Janek odparł – Możesz na nas polegać! Potrafimy biszkopcikowi zapewnić rozrywkę! – dodał Tomek – Będziemy ją głaskać, bawić się oraz wymyślimy coś specjalnego. Pan Bartosz wtrącił – ja osobiście uważam, że nie winno się zwierzęciu urządzać przyjęcia, ponieważ jest niemyślącym stworzeniem – jego żona powiedziała – ona też to przecież umie. Jeżeli ktoś robi coś gorzej, nie znaczy, iż nie nadaje się do tego zupełnie. – Młodszy syn przyznał jej rację. Gdy rodzice pojechali zrobić większe zakupy, bracia zabrali się za zadanie. Labrador przebywał wówczas poza domem, dlatego musieli ją wpuścić. Ucieszyła się bowiem, kiedy otworzyli dlań drzwi wejściowe. Nagle chłopcy wzięli po jednej dużej, białej, preparowanej kości i podali pupilowi mówiąc – wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Bellusiu! Nie rozumiała zgoła, co doń mówią, ale poczuła się szczęśliwa, gdyż dostała przysmaki. Pewno pomyślała – Moi właściciele dali mi ogromną przekąskę! Sądzę, że zaraz się ze mną pobawią, zatem odłożę zapasy na później. – Uczyniwszy to biszkopcik popędził ku dzieciom, by jej zapewnili przeróżne atrakcje. Zaczęli się z nią siłować kulką, przyczepioną do sznurka, głaskać, rzucać gryzaki, ażeby je łapała, a następnie ponownie przynosiła braciom. Nagle Janek rozpoczął układać w salonie tort ze smaczków i pokazał go czworonogowi. Biszkopcik natychmiast poszedł jeść, gdy zauważył górkę, ułożoną z preparowanych kości. Był bardzo szczęśliwy. Kiedy dorośli wrócili, Pani Ewa podeszła do swoich synów i powiedziała – gratuluję poprawnie wykonanego zadania! Jeśli tak dalej będzie wyglądało nasze życie z psem, niewątpliwie pozostanie dla nas wiernym towarzyszem. Tomek Czesze Bellę Gdy Bella miała już półtora roku, była inna, niźli przedtem. Nie podgryzała, nie wchodziła na fotele, nie skakała, szczekała głosem dorosłego psa i nie uciekała podczas spacerów. Jednakże, pozostał jeszcze do rozwiązania jeden bardzo ważny problem. Labradora nikt nie pielęgnował. Pewnego dnia pani Ewa rzekła – pójdę wyczesać biszkopcika, gdyż zaistniała wyższa konieczność – ja mógłbym tego dokonać – odparł Tomek – jedyne co dlań robię, poza zabawą, głaskaniem to karmienie, dlatego uważam, iż winienem zaangażować się w ów obowiązek. – Jesteś pewien? – zapytała go mama – jeżeli się tym zajmiesz, suczka zapamięta, że właśnie ty ją pielęgnujesz, a kiedy się rozmyślisz i zapragniesz wycofania, sprawisz jej zawód. – Chciałbym poświęcić pupilowi więcej czasu i bardziej o nią dbać – ciągnął starszy z braci – Pragnę nawiązać ze zwierzaczkiem bliższe relacje. – Dobrze – odpowiedziała matka – w ten sposób krztynę mi pomożesz. – Wtedy właśnie oboje spojrzeli na merdającą ogonem Bellę. Domyślili się, iż potrzebowała szczotkowania. Pan Bartosz zawołał – Wiele mają dzieci w owych czasach roboty! Edukacja wygląda fatalnie! Dużo siedzenia, mało robienia! Wkrótce zabraknie chwil, które można by poświęcić labradorowi. – Racja! – Odrzekła jego żona – skoro jednak syn się zdecydował, niechaj czyni, co doń należy! Tomek poszedł do sieni, a następnie wziął odpowiedni przyrząd. Chociaż stary – poręczny. Nagle zaczął mówić – twa obroża jest śliczna, ze względu na wzory i ładną odcień czerwieni. Tyś, wszakże od niej piękniejsza, Bellusiu! Teraz rozpoczynamy czesanie! – Biszkopcik nie był przyzwyczajony, więc uciekał przed właścicielem, trzymającym w prawej dłoni szczotkę. Chłopiec rzekł – nie bój się, piesku! Dostaniesz w nagrodę kilka smaczków, ale ważniejsze, ażebyś nie cierpiała z powodu sfilcowanego futerka. – W końcu mimo trudności, pupil został wyczesany. Gdy pani Ewa zobaczyła wtedy suczkę, powiedziała – Ty robisz to lepiej niż ja! Rzeczywiście powinieneś ją pielęgnować. Powiedz jeno, jak się tobie poddawała – z początku stawiała opór, lecz później zachowywała się, jakby polubiła ów zabieg – odpowiedział Tomek. Jego mama się ucieszyła – winszuję Ci, synu – ciągnęła – wyjaw tylko, w jaki sposób postanowiłeś namówić zwierzaczka? – On zamiast się wysłowić, poszedł do sieni, a tedy dał jej pięć różnych smaczków. Nagle zaczął mówić – obiecałem czworonogowi przekąskę, ale prócz tego starałem się szczotkować delikatnie. Sterylizacja Kiedy Bella miała dwa lata i trzy miesiące, znowu pojawił się problem, z rozsiewaniem przez biszkopcika niewielkich plamek krwi. Relacje domowników z psem były wówczas pierwszorzędne. – ciężko wyobrazić sobie lepsze współżycie z pupilem – rzekła pani Ewa – nic już więcej nie jesteśmy w stanie zmienić, co nieodpowiednie bądź uciążliwe. Nagle do rozmowy włączył się pan Bartosz i wtrącił – można, a nawet trzeba zmienić jeszcze jedną rzecz. Należy zwierzaka wysterylizować, gdyż zapewni nam to choćby dwie korzyści. Labrador przestanie brudzić oraz randkować, przykładowo z tamtym dużym, chudym, ciemnobrązowym samcem – zły pomysł – odparła jego żona. – Skutki uboczne będą nieodwracalne i kto wie, jak szkodliwe! – Przesadzasz, złotko – odrzekł jej mąż – nie będziesz musiała poń ścierać w kółko tych śladów, które za sobą czasami zostawia! Powtarzam po raz kolejny, iż jestem absolutnie pewien, że jako porządna kobieta, zmienisz zdanie. Podczas drążenia tego tematu, dzieci bawiły się z Bellą. Nagle jednak musiały przerwać i przystąpić do obrony czworonoga. – Nie zgadzamy się na sterylizację biszkopcika! – Krzyknął Janek – pamiętasz, cóż takiego mówił hodowca? Mama nam opowiadała, więc wiemy! – Każdy ma prawo popełniać błędy – wtrącił tata – pomylił się! Taki zabieg jeszcze nikomu nie zaszkodził! Nie musimy się o nic martwić! Skontaktuję się z weterynarzem, ustalimy termin, poczekamy, zawiozę pupila, on jej zrobi operację, zadzwoni, abyśmy przyjechali, zaś potem ją odbierzemy! – Pan Bartosz wbrew woli reszty członków rodziny, wykonał zamierzony przez niego telefon, a gdy się dodzwonił, wyszedł z domu. Kiedy wrócił, powiedział – słuchajcie! Pies zostanie wysterylizowany już jutro w południe! Gdy pozostali to usłyszeli, zaczęli głośno i boleśnie płakać. Przed pójściem spać, Tomek zapytał mamę – czy możemy coś uczynić, ażeby Bella nie przeszła przez zabieg – Niestety nie – odrzekła – wizyta została zamówiona, a taty nie powstrzymamy – chyba mam pomysł – zawołał Janek – odwołamy weterynarza! – Matka załkała i – nic z tego! Chociaż… Chwileczkę… Jeżeli wstaniemy naprawdę bardzo rano i zadzwonimy z taką prośbą, być może damy radę! – Wtem wszyscy, łudząc się dobrą nadzieją, podążyli do swoich łóżek. Nazajutrz o świcie, pani Ewa podreptała po telefon i wykręciła odpowiedni numer. Gdy bracia się obudzili, przekazała im smutną wiadomość – nasze trudy są daremne! Ojciec mnie przyłapał i powiedział, iż on pragnie, abyśmy ją zabrali na operację. Sądzi, że to zabieg nieszkodliwy, a mi… Skończyły się argumenty! Nie ma rady! Musimy poddać suczkę sterylizacji! – Mama wyglądała, jakby była bezradną, najnieszczęśliwszą osobą w świecie. – Ciężko wam pewno, lecz się nie załamujmy! Po trzech godzinach, rodzina zawiozła Bellę we wskazane miejsce, gdzie czekał nań weterynarz. Samochód prowadził Pan Bartosz. Kiedy dotarli, z ciężkim sercem zostawili pupila w odpowiednim budynku. Pracownik rzekł – wiem, na co się zdecydowaliście i szczerze współczuję. Mam nadzieję, iż zdajecie sobie sprawę z tego, co robicie. Sposępniała rodzina postanowiła wrócić do domu i przygotować się przed odbieraniem labradora. Gdy przyjechali o odpowiedniej porze, by wziąć biszkopcika, zastali go śpiącego, ubranego w granatowy kaftan, chroniący przed urazami, zaś chwilę później, dłużej bowiem nie zwlekając, zawieźli, gdzie mieszkali. Kiedy suczka się obudziła, jeno jadła oraz piła, a prócz tego spała. Minął tydzień. Bella już wróciła do zdrowia, ale… Nie zachowywała się jak przedtem. To już nie było zwierzątko, które chętnie się bawiło z dziećmi i przebaczało domownikom popełnione przez nich błędy. Teraz pupil postępował inaczej. Pan Bartosz powiedział – przepraszam. Nie wiedziałem, że takie będą skutki sterylizacji. – Pani Ewa odrzekła – może jeszcze powróci do poprzedniego stanu. – Po minie kobiety pozostali członkowie rodziny stwierdzili, iż jeno łudzi się nadzieją. Następnego ranka, gdy bracia postanowili pobawić się ze swoją czworonożną przyjaciółką, nie okazywała entuzjazmu. Tomek postanowił pogłaskać labradora, jednakże, kiedy ją jedynie lekko dotknął, ona nań zawarczała. Jego tata rzekł do żony i synów – wybaczcie! Tego się nie spodziewałem! Już chyba nigdy nie będzie psem takim, jak przed operacją – cóż mieli począć bracia i ich matka? Mimo wszystko nie mogli jej oddać, ponieważ i tak ją kochali. Niestety, Bella nigdy więcej nie zaczęła interesować się dziećmi oraz panem Bartoszem. Wyglądało, jakby przestała tę trójkę kochać. Wszakże nie odwróciła się od pani Ewy, czego pozostali nie znosili. To koniec – ciągnął Janek – straciliśmy NASZEGO biszkopcika! Dlaczego wymyślałem krzywdzące zabawy? – Naprawdę bardzo żałuję, że rzuciłem w nią cegłą! – Wtrącił Tomek. – Ja zaś, iż nieustannie ją biłem pogrzebaczem bądź gazetą. – Tata dodał – może po zabiegu przestała nas nagle lubić, gdyż sprawialiśmy biedakowi ból? Jedno jest pewne! Labradora, który przebaczał, nie ma! ZAWINIŁEM!!! PODDAŁEM SUCZKĘ STERYLIZACJI, CO SZCZERZE, CHCIAŁBYM COFNĄĆ! – Nie da się – powiedziała jego żona. Hodowca ostrzegał. Cóż, jeśli się postaramy, prawdopodobnie przywrócimy czworonoga do dawnego stanu. Najważniejsze, to zrozumieć swój błąd!
  6. Owoce Dnia trzydziestego marca, dwutysięcznego dwudziestego drugiego roku, kiedy – oczywiście znów było mi ciężko wstać – postanowiłem pójść na bazar po owoce, gdyż już zaczynało brakować ich w domu. Zadbałem o to, żeby być ładnie ubranym, aby móc się uśmiechnąć chociaż raz w ciągu dnia. Kiedy dotarłem na miejsce, zastałem kilka kobiet w podartych ubraniach, które o czymś głośno rozmawiały. – Ha! Ha! Ha! Nie żartuj, kochana! Mówisz, że jabłka są lepsze od gruszek! Ha! – Machnęła ręką. – Mylisz się, kochana! Przecież wszyscy ludzie wiedzą, że jest na odwrót! – Mylisz się! – Zabawne, zabawne! Najlepszym owocem jest oczywiście banan! – Banan?! On jest odrażający! Jak ty możesz tak mówić?! Spodziewałam się, iż jesteś rozsądniejsza! Arbuz jest najsmaczniejszy! Każda z pań mocno gestykulowała. Nagle jedna z nich wtrąciła. – Niemądre, niemądre! Winogrona są najsłodsze! – Co?! Kłamiesz!... Kłamiecie wszystkie! Chyba nigdy nie jedliście mango! Ono jest jeszcze słodsze! – A co z porzeczkami? – Wszystkie z tych kobiet mówiły przeraźliwie chłodnym tonem. – Są kolorowe! – Ja niegdyś po nich!... Ha! Zwymiotowałam! Najlepsze są jabłka! – Śliwki są najlepsze! – Kiedyś miałam po nich rozwolnienie! Po bananach nigdy! – Gruszki! – Jabłka! – Śliwki są najczęściej kupowane! – Arbuzy! – Mango! – Porzeczki! – Jagody! Na szczęście… już wkrótce kupiłem to, co zamierzałem, zatem prędko opuściłem bazar. Kiedy już byłem w domu, zacząłem rozważać. – Te kobiety, które były na bazarku, kłóciły się o to, jaki owoc jest „najlepszy”. Ja jednak uważam, że żaden nie jest lepszy albo gorszy od drugiego! Po prostu, każdy ma swój gust! Jedynie może jakiś w ogóle nie nadawać się do spożycia! Dokładnie tak samo jest z każdą dziedziną sztuki!... Ponadto – z powodu takich właśnie kłótni – wybuchają wojny!
  7. Poeci, Poetki! Poetki! Poeci! Jest sobie we wrześniu coś super. To Grudziądzka Jesień Poezji. Można przyjechać na warsztaty, Turniej Jednego Wiersza i rozmowy z innymi piszącymi. Tani nocleg na miejscu. Załączam swój artykuł, żeby było więcej info od środka: https://projektblonie.pl/miesiecznik-pin-wydania/ (nr 8/2023, str. 16). "Zapraszamy do udziału w XXVIII Warsztatach Poetyckich Grudziądz 2023, które odbędą się w ramach Grudziądzkiej Jesieni Poezji w dniach 22-24 września. Warsztaty organizowane są dla młodzieży i dorosłych. Chętni powinni przesłać trzy wiersze lub fragment prozy na adres: [email protected] Do podpisanych imieniem i nazwiskiem utworów należy dołączyć krótką informację o sobie (wiek, wykształcenie, ewentualne osiągnięcia literackie i adres zamieszkania). O zakwalifikowaniu decydować będzie literacka wartość utworów. Ostateczny termin nadsyłania wierszy i prozy mija 15 września". https://pomorska.pl/piszesz-wiersze-proze-jeszcze-mozesz-zglosic-sie-na-warsztaty-ktore-organizuje-w-grudziadzu-stanislaw-raginiak/ar/c13-17779849
  8. Czasem, spacerując po łąkach oraz lasach. Potrafię ujrzeć jak żyli nasi przodkowie tysiące lat temu. Zamykam oczy i otwiera się przede mną inny świat. Nastaje poranek w pewnej dolinie górskiej w południowej Europie pokrytej mała warstwą śniegu. Gdzie znajduję się tymczasowa posiadłość pewnego klanu. Z wielkiego okrągłego namiotu wykonanego ze skór wielkich bestii. Wychodzi paru mężczyzn, wyruszają oni na grupowe polowanie, na daleką podróż aby upolować jakąś olbrzymią zdobycz. Z przodu tej grupy idzie facet około czterdziestoletni. Nosi on długą czarną brodę oraz bliznę która dzieli jego poważną twarz na pół. To lider tej grupy. Wybrany przez nich nie przez szereg nierealnych obietnic, a dlatego że to silny oraz mężny człowiek. Zdolny do zaprowadzenia grupy do szczęścia oraz dobrobytu. W międzyczasie kobiety zostają z dziećmi w namiocie. Przynoszą drewno na opał, zbierają zioła, suszą skóry. Ale nie są one słabe, nie raz muszą polować na króliki, jelenie czy renifery. Zostaje też z nimi ktokolwiek bardziej poważniej ranny. Dbają oni o rannych i chorych, bo wiedzą że kiedy już będzie lepiej to oni im pomogą. Ich przodkowie przebyli setki kilometrów. Starcy opowiadają młodszym o dalekich oraz gorących ziemiach pełnych egzotycznych zwierząt. Sami ich nie widzieli choć im też lata temu starsi opowiadali. Niektórzy członkowie plemienia są lekko inni od reszty. Jaśniejsi, czasem rudzi. Z lekko większymi głowami oraz grubszymi kośćmi. Są to dzieci stałych bywalców tej rodziny oraz ludów które zastali w tym regionie, ludzi innych lecz w istocie rzeczy takich samych. Ich różnice są niewidzialne dla reszty, pomocna dłoń to pomocna dłoń i nieważne że może być krótsza. I tak patrząc na naszych dalekich pra dziadków i pra babcie. Po wielu mileniach ewolucji mogę stwierdzić że staliśmy się zupełnie jak ten starszy mamut którego nasi przodkowie oddzielali od reszty stada aby upolować. K.P 02.08.2023
  9. Spacerując po największej metropolii zachodniej półkuli, możemy natrafić na pewną dzielnicę. Która nawet w nocy jest tak jasna jak za dnia, za sprawą setek tysięcy żarówek które oświetlają tablice oznajmiające o różnorakich biznesach które są otwarte tuż pod nimi. Wielki tłok na tej ulicy panuje zauważyć można. Nie zatrzymasz się aby się rozejrzeć ponieważ w tym samym momencie multum ludzi przechodzi obok nas. Także idziesz zahipnotyzowany światłem, kolorami ubrań przechodzących ludzi oraz stałym ruchem mięśni. Tak więc nie zauważysz że w okól tego tłoku pod latarniami stoją ludzie. Młodzi i starzy, kobiety po prawej stronie oraz mężczyźni po lewej. Za nie małą zapłatą zrobią wszystko co zechcesz. Nawet jeśli oni tego nie chcą. I tak możesz powiedzieć że wszystko jest dobrze. Że człowiek żyje tak jak chce. Lecz byłbyś w błędzie. To targ życia oraz duszy, nikt tam nie chce być, lecz liczba ich stale wzrasta. Sprzedasz duszę diabłu a za rogiem kupisz pamiątki religijne. Oczyścisz swą duszę, z nieważne co tam uczyniłeś. Bo oni nie mają dokumentów, celu, imienia czy nazwiska. Możesz odebrać im wszystko razem z życiem lecz nikt cię nie będzie szukać i nikt po nich nie będzie płakać. I mimo to wielu ludzi nazwie to miejsce rajem, bo zapewni im tego czego nie mają w swych domostwach. Możliwości do czynienia zła. Nic nie jest wieczne, tak też i Babilon. Więc po dwudziestu latach piekła nadszedł czas wytchnienia. Wtedy kiedy zawitał to tej części miasta pewien człowiek. Miał on twarz całą w plamach dlatego też zakrywał on ją swym kapturem. Imię jego zaczynało się na A i kończyło na S. Odebrał życie wielu z nich tak jak karał za niewinność ludzi z mego rodzaju. Nie znajdziesz już śladu po tym targowisku, tylko turystów i ludzi pędzących do pracy. Lecz niech cię to nie zmyli, koszmar się jeszcze nie rozpoczą. Kamil.P 30.06.2023
  10. Pewnego słonecznego lata postanowiłem przejechać się pewną udeptaną drogą która idzie wzdłuż pobliskiej rzeki. Może prowadzę vana, stary Amerykański samochód lub rower. Ale jedno jest pewne, iż mam idealny widok na ludzi przechodzących obok mnie. Gorące słońce wyciąga ludzi z domów niczym mysz którą lis ze swej nory wyciąga. A orzeźwienie rzeki przyciąga człowieka spragnionego chłodu. Mówię wam to bo jestem przeklęty, Myśli które przechodzą przez mój umysł nie pozwalają mi na spokojny przejazd. Zatrzymam się na krótką chwilę i już dalej nie będę jechał sam. Bo ma żona nie wie iż pragnę w życiu czegoś innego niż jej smutnych ust. Wezmę tych najpiękniejszych oraz najniewinniejszych, tylko dobro może zaspokoić szerokie usta zła. Zaproponuję ci przejażdżkę której twe młode oczy nie zapomną, postrzelania z mej wiatrówki której tak naprawdę nawet nie ujrzysz czy wizytę w barze gdzie sam nie jesteś mile widziany. I tak zrobię to, pragnę tego. I tak zaopiekuję się mymi współtowarzyszami do samego końca gwarantując im wygodną glebę tam gdzie będą spoczywać. I tak wydarzyło się to wiele razy, bo jak można nie skorzystać z letniej chwili? Już wiedzą że grasuję, nie ucieknę zbyt daleko ale tak samo jak me ostatnie ofiary. I tak przesiaduje teraz w areszcie, gram sam ze sobą w karty. Gdy przechodzą obok mnie stróże, chcą się mnie zapytać "czemu to zrobiłeś?", lecz gdy patrzą mi się w oczy już znają wszystkie odpowiedzi. Prawnik nie pyta już się mnie o nic, tylko siedzi przy stole oraz modli się aby ludzie zapomnieli o tym kogo broni. Wiem już że nadszedł mój czas. Przychodzi do mnie spowiednik na chwilę przed końcem. I mówi mi że rozmawiał z diabłem, nie mógł mu dużo o mnie powiedzieć, bo się boi mnie. Ale mógł zapewnić go że już za nie długo się z nim spotkam. Tak też w ostatnich chwilach mego życia uśmiecham się. Bo żyłem tak jak chciałem. K.P 14.06.2023
  11. Na pewnej polanie od setek lat mieściło się pewne miasto, które przetrwało wiele trudów w swych dziejach. Od wojen z ludami napływowymi z dalekich krain do wewnętrznych buntów. Jednak od dłuższej pory nastał pokój który jak namawiali przywódcy będzie trwał dopóki słońce świeci na niebie. Na początku wiosny 34 roku pokoju, w dzień bliżej nieokreślony pewien starzec na środku rynku zbudował scenę z starych beczek po piwie oraz desek. Po czym rozpoczął przemawiać do powoli zwiększających się tłumów gapiów. Widok starszego człowiek w starych oraz brudnych szatach które kiedyś były białe, teraz szare. W kontraście z kolorowymi kamienicami w tle które okrążają rynek przyciągał wszystkich którzy widzieli go z daleka. I tak rozpoczął przemawiać: Nasza Osada, jak zapewne wiecie ostatnimi czasy znajduje się pomiędzy dwoma nowymi siedliskami ludności z daleka. Mieszkańcy wschodniej, z pozoru pokojowi będą się przyglądać naszym murom, oraz wysyłać swych ludzi którzy będą mącić w myślach wszystkich ludzi. Kiedy będzie się to działo wojsko które pilnuje zachodniej części miasta zauważy garstkę jeźdźców. Ubrani będą oni w czarne szaty, wybiegnie ich powitać grupa ludzi. Którzy nie zdają sobie z prawy z tego co czynią. Powiem ci podróżnicy nie są typowi, nie poszukują przygód. Nie są to młodzi panowie ni rodziny szukające schronienia. Lecz starcy, nie bojący się śmierci. Ponieważ będą żyć jeszcze dziesiątki lat po tym jak wasze groby zostaną wykopane. Ich oczodoły będą ciemne, zbyt duże na ich małe szare oczy. Nic wam nie powiedzą, tylko będą wam patrzeć w oczy, w wasze dusze. A wy ze strachem powróciwszy do waszych domów nie zauważycie że nie jesteście jacy byliście. Strach których w was napawali sprawi że bez zważenia na to co robicie sprowadzicie olbrzymi ból na swe domostwa. Wbijecie sztylet w plecy swych braci, swe siostry zgwałcicie. Matkę oraz ojca wrzucicie do grobu i zakopiecie mimo tego że dalej żyli. A swe dzieci spalicie na stosie mimo ich wierności wobec was. Lecz czar ten pryśnie, nie będziecie już kontrolowali przez własne lęki, będzie już i tak za późno. Zbrodnie które popełniliście nie będziecie mogli sobie darować. W cierpieniu umrzecie odbierając sobie życie w taki sam sposób jaki w odebraliście swym najbliższym. Kiedy to będzie się działo, nasi zachodni siąsiedzi będą patrzeć na to ze swych wierz z szczęściem na swych twarzach. Jedyna dobra wiadomość jest taka że już nigdy nie przybędą z powrotem ci którzy tego dnia zadali niezapomniane rany. Jednak z krainy której wschodzi słońce nadejdą ludzie, którzy powiadają że chcą wam pomóc w tej ciężkiej sytuacji. Władza naszego ludu zgodzi się na ów nieznaną pomoc tylko i wyłącznie jeśli nie będą musieli widzieć ich przywódcy. Jako iż postacie które posłali już wzbudzały w ich wystarczający lęk. Po tym do każdego z waszych mieszkań wejdzie dwojga ludzi ubranych w czarne garnitury. Nie będą mieć oni zębów, więc też nic do was nie powiedzą, tylko będą coś żuć kiedy otworzą przed wami swe skurzane teczki. A w nich przyszłość wasza oraz waszych dzieci, jeśli dalej je posiadacie. Po tych wydarzeniach nasze niezdobyte państwo stanie się zdobyte oraz na wieki podległe. "Każdy kto przeżyje te wydarzenia będzie modlił się do bogów o to aby zabrali ich z tego świata. Lecz już żaden bóg was nie wysłucha!" Po tych słowach lud który z ciekawskiego stał się wściekły, "jakim prawem osądzasz tych którzy nie stoją ze swym wojskiem przed naszymi murami!", "to też są ludzie" krzyczeli. Kiedy go zabrali siłą przed gwardię miasta prosząc ich aby zrzucili go z zachodniej bramy miasta, ponieważ ta brama była najwyższa. Co też uczynili zabijając starca. "Ludzie, ludzie! Widzę grupę przybyszów jadących konno w naszą stronę!" Krzykną młody rycerz po tym jak zrzucił mędrca w przepaść. K.P 12.05.2023
  12. Słońce powoli wstaje na horyzoncie oznajmiając nowy dzień. Piękne jasno pomarańczowe światło odbija się od okien oraz stalowych elementów wieżowców które stoją wokół mej w porównaniu do nich drobnej osoby. I tak spaceruje po chodnikach które już przestały być oświetlane przez stare latarnie oraz obserwuje jakże piękne otoczenie. Ludzi w garniturach pędzących do swego biura z kubkiem kawy w jednej ręce a w drugiej z walizką. Żółte taksówki które pędzą po ulicach aby szybko zaprowadzić swych klientów do wybranego celu. Wchodząc do wielkiego parku, wszędobylska zieleń traw oraz drzew które są już na szczycie swego rozwoju, oczekujących powoli swej sennej rutyny uszczęśliwia wzrok każdego. Stukanie poranne dzięcioła pobudza człowieka do życia. Przez środek parku spaceruje młoda para zakochanych, nie patrząc na otaczający ich widok skupieni są na sobie i na wspominaniu przeszłej romantycznej nocy. Zadowolony widząc piękno tej chwili spaceruję dalej po mieście. Wychodzę na plaże i oglądam ruchliwe morze połyskujące jeszcze powoli kończącym się wschodem słońca. Niebiesko pomarańczowa polana którą przebija w oddali żółty statek który właśnie rozpoczyna swój pierwszy kurs tego dnia. Podnoszę swą głowę do góry i podziwiam piękne błękitne niebo, bez ani jednej chmury. Jakże wspaniały jest ten dzień. To właśnie świat który znam. Lecz w pewnym momencie chwila ta zostaje przerwana przez szybki świst nad mą głową po którym nastąpił głośny trzask, kula ognia która teraz oświetla na czerwono pobliskie budynki oraz krzyk ludzi. Tych samych którzy jeszcze przed chwilą byli skupieni swą poranną rutyną teraz biegną w mą stronę oraz mijają mnie. Nie wiem dlaczego ale nie mogę się ruszyć, stoję i obserwuje jak niebo które do tych czas było czyste, powoli się robi ciemniejsze z każdą chwilą, zapada noc w środku dnia. Widzę jak ludzkie życia kończą się na moim widoku, bez możliwości pomocy. Potwierdzając me obawy o niebezpieczeństwo nastąpiła kolejna eksplozją. Banda głupców wbiła nóż do tapet w kręgosłup giganta, nie zabijając go ale paraliżując. Spadające kartki papieru po ulicach nagle zmieniły się w wielką falę kurzu która rozpoczęła przepędzać ostatnich ludzi w tej okolicy, jakby to nie było ich miejsce. W końcu mogę znowu się poruszać, więc biegnę z daleka od tego widoku z płaczem w swych oczach. Coś jest nie tak, nie mogę zatrzymać swych nóg, ciągle biegnę. Tak więc kieruję się do najbliższego wejścia metra, w dół po schodach do już pustego pomieszczenia. Biegnę w stronę najbliższej ściany, uderzam w nią swym czołem mając nadzieję że stracę przytomność i skończy się ten koszmar. Niestety tak też się nie stało, lecz nie biegnę już. Pozostało mi tylko siedzieć w koncie holu, oraz łykać swe własne łzy. To właśnie jest świat który znam. Kamil. P 04.03.2023
  13. ***************************************** MISTRZOSTWA SZKOŁY PODSTAWOWEJ NUMER 9 W ZAMOŚCIU KLAS VII-VIII W 1995 ROKU. - KAPITAN - BRAMKARZ ... opowiadanie. ***************************************** (prosił bym przeczytać do końca - potem ewentualnie UWAGI moderatorów, bo to sport jest, więc gdzie nie kiedy trzeba zamienić cześć na coś mocniejszego, ale jeżeli się nie da - pozmieniam - po co zaraz BLOKOWAĆ konto). zaczynaliśmy meczem z VIIa - klasa sportowa. My wówczas o rok starsi VIIId. - wygrywamy 4:1 - 1:1 do przerwy. W rewanżu gromimy ich 7:0. - grupę mamy dosyć łatwą. Patałachy z VIIIb. jeszcze większe patałachy z VIIIa - sportówka tylko że drugi skład. Cztery drużyny w grupie - szesnaście drużyn wystawionych do mistrzostw. Jak toś lepszy matematyk - zdołał obliczyć, że są cztery grupy, po cztery składy w grupie. I tak wychodzimy na drugi mecz z patałachami z VIIIa - drugi skład. 1:1 i 2:0 - dla nas. Już po drugiej kolejce jesteśmy pewni AWANSU. Trzeci mecz z b. - wyniki z nimi były dla wszystkich KOSMOSEM - potrafili przegrywać po 11:0. - z nami dostali 9 do koła i 7:1 - ale to tylko dlatego, że nie broniłem wtedy tylko wlazłem w pole. Będąc kapitanem - odpowiedzialnym za taktykę i rozgrywkę, mogłem sobie pozwolić na zmianę pozycji w każdym meczu. NIE ŻEBYM SIĘ CHWALIŁ - ALE ZOSTAŁEM WYBRANY PO FINALE - FINAŁÓW NA NAJLEPSZEGO BRAMKARZA W HISTORII SZKOŁY. -ale o tym - potem. W pierwszym meczu z b. również nie broniłem. Tomka Króla żeśmy postawili na bramkę. Taką szmate puścił że SZOK. W 7 minucie meczu. I tu wydarzyła się koleina historia bez precedensu. DRUGI RAZ W DZIEJACH MISTRZOSTW SZKOŁY ZOSTAŁ WYMIENIONY ZAWODNIK - PIERWSZY RAZ BRAMKARZ. Potem bronił Łukasz Kudyk - dupy nie urywało - bo konus na 153 cm w kapeluszu. Ale obrona nie dopuszczała do sytuacji zagrożenia - więc Łukaszek zachował czyste konto. Mecze - co również pierwszy raz się przydarzyło w fazie grupowej były dwa razy po 45 minut. Zawsze grupówka była 2x15 puchar 2x25 - finał też. My grzaliśmy w pełnym wymiarze w grupie a puchary były na ciut lepszym boisku - na zieleńcu - gdzie bramki miały siatki i były linie wytyczone i znowu pierwszy raz w dziejach szkoły grało się na spalone i było trzech sędziów - co nie problem - bo w naszej szkole wuefiści dorabiali sobie w Zamojskim Okręgowym Związku Piłki Nożnej - Jarosław Popielec, Wąs i Szcząchor - Szcząchor to miał nawet IV ligę na środku. A sędzia Popielec to uczył mnie wuefu w I-III. Dwa lata później poszedłem w ich ślady - również zostając "gwizdaczem" w ZOZPN. No i wychodzimy z grupy i tu się dopiero akcja rozkręca. Bo co tam będę opisywał mecz, który wygrywamy pastwiąc się nad przeciwnikiem. Nie będę dobijał leżących. Nie będę również się chwalił - bo to dla mnie średnia przyjemność - trzy lata byłem we sportówce - więc cymbałom miałem wiele do udowodnienia. Oj i udowodniliśmy!. Ćwiarteczka z drugim składem VIIIa. 4:0 - rewanż (mieliśmy do półfinału włącznie z półfinałem rewanże) 3:1. Dla nas oczywiście. Półfinał z VIIIe - druga najlepsza reprezentacja naszego rocznika. 1:1 i 2:1. Mecz był w ciul ciężki. To co Szczęsny wyprawiał w KATARZE to przy tym co myśmy odwalili to naprawdę jak Bieszczady do MONT EWERESTU. Jeden bramkarz - u nich RAFAŁ TCHÓRZ. u nas ja - lataliśmy jak Namber ONE i zapomniałem tego drugiego zespołu z Japońskiej kreskówki z lat dziewiędziesiątych. Tej chyba z Cubasą - jeśli dobrze pamiętam. Tak żeśmy obaj za piłką latali. W pierwszym meczu trzy karne - jeden dla nas - obroniony przez Rafała, dwa przeciwko nam - również jeden obroniony przeze mnie. Jedna czerwona kartka dla Tomka Króla - który już w rewanżu i w FINALE nie grał. I wale nie dlatego że musiał PAUZOWAĆ. Bo kartki nie przechodziły z meczu na mecz. Po prosu go wypierdoliłem ze składu. Bo gdzież zagrywać piłkę ręką jak ta centralnie leci na rzut rożny! w siedemdziesiątej trzeciej minucie przy stanie 0:1 mamy rzut wolny trzy metry od pola karnego. Korzystając z zaskoczenia... mieliśmy to omodlone na treningach. Wyszedłem z bramki - Piotrek Pasieczny zagrywa na Lewo do Arka Kalinowskiego - ten centruje w pole karne - piłka osiada mi na nodze i fenomenalny GOL tuż pod poprzeczkę - pisk laseczek i zajefajność. W rewanżu było o SKANDAL GORZEJ. Doszło do dogrywki przy stanie z meczu 0:0 - gole wszystkie trzy padały w przeciągu dwóch minut i to w minutach 119 - 121. całą pierwszą połowę przegrałem na polu - gdzieś tak w trzeciej - piątej minucie drugiej odsłony dogrywki, zamieniliśmy się miejscami z Piotrkiem. Co było genialnym posunięciem. Wspomnę jeszcze, że mieliśmy w naszym składzie dwóch kapitanów. Byli to właśnie BRAMKARZE z półfinału. Zamienialiśmy się prowadzeniem gry nawet kilka razy podczas spotkania. Co taktycznie było nie do ogarnięcia przez przeciwników. Bo formacji i jakiejkolwiek taktyki - przestrzegała tylko 8de. - czyli MY. Cała reszta - kto bliżej piłki i dlaczego ja na budzie?... Nasza paka nie miała z tym żadnego problemu, bo na bramkę na ochotnika rok wcześniej zgłosiłem się ja. A zacięcie do tego i smykałe wyssałem z kołyską od taty:-)) ... Po mistrzostwach -zupełnie inny szacun na dzielni. Wszyscy chcieli z nami grać. Towarzysko na wefie i nawet po szkole nie mogliśmy się od sparingów opędzić. Ile razy grała z nami sportówka - to już straciłem liczebność. Mieliśmy dosyć spontaniczny finał z PANAMI z VIIIa. ha.ha.ha.ha.ha.ha.ha... trzy do czterech wygrany przez nas. Również w dogrywce i również w otatniej minucie bramka na 4:3 padła i strzelił ją Michał Wierzbowski. Karnych było pięć - z czego tylko jeden wykorzystany przez ziomków ze sportówki - myśmy zjebali trzy. Czwartego jak żeśmy dostali w 94 minucie - przy stanie 3:1 dla nas. Powiedziałem - sory pierdole ale tego to strzelam ja. No i zrobiło się 4:1 i lekka ulga. Puściłem jeszcze dwie bramki - jedną nic bym nie zrobił - wpadł tym sam na sam i hujnął pod poprzeczkę. Druga to zwykła "szmata". Ale mogliśmy sobie na nią pozwolić, bo to i tak był doliczony czas gry i po tej bramce Wąs kończy zawody. Wyciągnąłem dłoń do strzału Michała jak NIKE na posągu. Wyjął bym ją bez problemu - gdyby wynik był inny. Ale jak ci za plecami konfident smęci dlaczego nie gra - to się z lekka poddenerwowałem i mu wytłumaczyłem. Finału tym razem ja nie dokończyłem, bo z piąchy pajac dostał. Oczywiście po straconej bramce. Nie wiem tylko dlaczego grzmot nie chciał bronić - jak mu Pioterek proponował wejście na boisko. Rzucili Tomka Piwowarskiego na te dwie sekundy na bramkę. Wąs gwiżdże i wbiegamy na murawę i Alleluja i puchar w łapach i show must ewery body!. Kurde się pochwalę, po meczyku miałem swój pierwszy raz z KOBIETĄ - dziewczyną - bo rówieśniczka ale zawsze nazywałem ją kobietą. Potem całkiem inne życie. Jak miałem 2.3 średnią w szóstej klasie - 2.5 w siódmej - tak ósmą skończyłem z wynikiem 4.0. Wcale nie śmieszne. Wystarczyło umoczyć FREDKA i nauka sama wchodziła do głowy - a jaki dowcipny się zrobiłem i wyluzowany to żadne słowa tego nie opiszą. Na 4:3 strzelili sportowcy. Nie z 3 do 3, a z 4:2. Jak ktoś nie nadążył za moim tokiem myślenia. Ciąg Dalszy Nastąpi - jak macie mnie banować na poezji.org za faki - dajcie info na meila to zamienię na smerfusie albo gargamele. RADOSŁAW PAROL - TURKOWICE 2023.
  14. Jestem młody, chociaż już znużony życiem. Moje istnienie przepełnione bywa ciągle tym samym. Wszystko wokół mnie ma kolor szarej kostki oraz czarnych dróg. Pewnego dnia obudziłem się do rytmicznego dźwięku marszu który wybrzmiewał obok mego mieszkania. Wstałem więc z mego ciasnego łoża i przechodząc po starej spłowiałej wykładzinie doszedłem do okiennicy. Wyglądając za okno ujrzałem niepoliczalną grupę ludzi maszerujących w szeregach w stronę centrum miasta. Nosili oni różne, nowsze oraz starsze mundury w różnych kolorach. Od pruskiego błękitu, żółtego, brązowego aż do kruczej czerni. Niektórzy z nich trzymali w rękach strzelby, kije, czy sierpy oraz inne narzędzia służące w rolnictwie. A pewna grupa ludzi machała flagami różnych kolorów, często lecz nie zawsze z różnorakimi czarnymi symbolami na środku. Większość z nich z daleka jednak wydawała się być czysto, niebieska, czerwona, zielona lub czarna. Dopiero kiedy kolumna się zbliżyła do mego położenia mogę stwierdzić istnienie owych symboli. Na przodzie każdej mniejszej grupy maszerujących trzymają banery, niestety z wysokości mego mieszkania nie mogę odczytać ani jednego hasła. Widząc że w końcu coś się dzieję, oraz fakt tego że nic nie mam do stracenia. Pobiegłem ubrać się oraz zszedłem na ulicę aby dołączyć do tłumu. I tak też kolejny krąg rozpoczął swój bieg. Ludzie idą by walczyć o swe idee na ulicę. Zadanie to wydaje się być jakże banalne. Ot, przebić się przez małą grupę niezłomnej policji oraz wymierzyć sprawiedliwość dla tych którzy na nią zasługują. Jednak po paru dniach nowy rząd ustalony przez lud natrafił na swoich największych wrogów. Wspomniane przed chwilą społeczeństwo. Jak ostatnim razem udało się członków starego rządu zamknąć w więzieniach. Tym razem nie obyło się od malowania domu prezydenta na krwistą czerwień. Mijały więc miesiące, wraz z nowym tygodniem pojawiała się nowa, kolejny raz prawa władza. A problemem jakim staje się wówczas stara czołówka kraju, rozpływa się w powietrzu, praktycznie sama z siebie. Raz z kolorem oraz kierunkiem w cyklu życia drzew tak zmienia się nastawienie coraz to nowszych ludzi. Raz krzyczących tak a potem nie. Podziwiając to co się wokoło mnie dzieję, czasem mam chwilę pomyśleć, o sprawach ważnych i ważniejszych. Wspomniałem przed chwilą o sprawiedliwości. Więc też o niej napisze jako iż słowo to straciło jakiekolwiek znaczenie w na stałych nas czasach. Momentami mogę zauważyć na ulicach pojedynki. Tych którzy w jednej ręce trzymają złoty krzyż a w drugiej ostrze oraz po odwrotnej stronie można by powiedzieć że tych samych ludzi. Jedyną różnicą jest fakt iż ci mają zawsze jedną rękę wolną i walczą aby w końcu pozbyć się drugiej strony, czyli z resztą to co robią ich przeciwnicy. Chociaż ich bitwy są w pełni na marne. Ponieważ nie ważne która strona wygra, koniec w końcu wszyscy z nich, w zależności od źródła istnienia będą palić się na wieki lub spadać w nicość. Na ulicach często przebywają społeczności które starają się namówić ludzi na obalenie wszystkich rządów i wprowadzenie totalnej anarchii. Co też mnie szokuje, ponieważ nie może być większego chaosu oraz bezprawia jakie panuję teraz w naszym kraju. Rewolucyjne idee zawładnęły każdą dziedziną życia. I przynoszą fascynujące efekty. Ci którzy są wielcy, dominujący nad resztą, można by było stwierdzić bogowie na ziemi. Walczą o to aby umrzeć poprzez zgniecenie ciała swą własną wielkością. A ci słabi, mali, larwy społeczeństwa które tarzają się w swym własnym śluzie, domagają się bycia zdeptanym przez obuwie. W partii której celem według nich jest usunięcie chwastów społeczeństwa. Po dokonaniu właśnie tego, drugi najważniejszy człowiek w tej społeczności, przywódca lokalnej bojówki. Po uzyskaniu życia pełnego bogactw oraz wielbienia ze strony jego armii, położył się w swych łożach aby zasmakować trochę rozkoszy. Właśnie w tym momencie jego największy przyjaciel wtargną do jego mieszkania i zakończył jego żywot długim nożem. Po tym akcie on i jego rodzina została określona jako wrogowie stanu. A wszystkie taśmy filmowe zawierające jego przemowy zostały spalone wraz z książkami które zagrażały reżimowi. Patrząc na wschód kraju, żył tam kiedyś pewien rewolucjonista którego celem było likwidacja klas wyższych. Co udało mu się dokonać z łatwością. Jednak po pewnej nocy u władzy obudził się oraz zdał sobie sprawę że sam teraz należy to tych których zwalczał. Uciekł więc on na zachód. Lecz jego los był już przesądzony, zmarł tak jak prowadził swe życie. Ciosem czekanem w tył głowy. Jest to wieczne tango bez jakiekolwiek celu oraz honoru. Lecz jednak nie każdy kto walczy o swoje w można by powiedzieć sposób rewolucyjny jest zły. Ci którzy zamknięci są za siatami najzimniejszych obozów, Kurdowie, Afganie. Wykrwawiają się w cieniu. Bez jakiekolwiek zauważenia. Ponieważ ci co tak naprawdę cierpią są nie widoczni. Zasłania ich widok tych których uznaje się za cierpiących. Lecz jednak oni budzą się co ranka w wielkich pałacach oraz myją się w złotych wannach. Ponoć to ja nie ty, my nie wy jesteśmy zgorszeni. Chociaż w tym systemie jestem dla was właśnie obcy, a wy dla mnie. W pewnym momencie żar znikną. Kraj został pozbawiony większości jego mieszkańców. Nie ma w nim już miłości, wiedzy, przyjaźni. Wiele dzielnic które dawniej tętniły życiem, teraz to nierozpoznawalny gruz. Z którego pewnego dnia wyszedł młody chłopak. I patrząc na swe szare życie stwierdził, że pora na rewolucje. I tak wszystko rozpocznie się po raz kolejny. Tak już zostać musi jeśli chcemy być obojętni na to co nas z pozoru nie dotyczy. Lecz nadzieja nie umrze, bo jeśli to się stanie. To nie będziemy się różnić niczym od psów i kotów, przerażonych każdym dźwiękiem wiatru szumiącego po za domem. Kamil. P 06.01.2023
  15. Dzień dobry! Piszę do ciebie mój przyjacielu. Ponieważ zdaje sobie w pełni sprawę z sytuacji jaka nas nastała. Musieliśmy się rozejść, w pełni to rozumiem i szanuję. Dlatego też chce przyprawić ten akt konieczny o coś bardziej żywego. Z mieszanki Niemieckiego przypadku i Włoskiej perfekcji narodziło się pewnego dnia dziecko, które było jakże niezwykłe. Mowa tu oczywiście o tobie. Wychowany w krainie południa, znałeś jednak dobrze mroki północy. Chociaż dalej potrafiłeś powiedzieć że w życiu brakuje zimna. Trawa z daleka wydaje się zawsze zdrowsza. Tak mówią ludzie, znalazłem jednak dowód który obala tę tezę. Ty do którego adresuje ten zlepek słów sam w swym zdumiewającym pięknie jesteś potwierdzeniem mej teorii. Pamiętam to jak dziś. Ty też pamiętasz, chociaż wiem że będziesz to wypierać. Anioły z niebios najpiękniejsze do ciebie przybyły i pokazały ci całą prawdę. Niestety ty nie powtarzałeś ich gestów dobrowolnie. Bo myślałeś że sam do tego dojdziesz. Taki jest właśnie problem człowieka urodzonego do perfekcji. Spogląda na świat z góry lecz aby wspiąć się na sam szczyt musi się tam wdrapać. Nie czuję wstrętu do tego oczywiście. Podziwiam twe piękno z samego dołu schodów. Od twej wręcz bajecznej postawy do twego serca porównywalnego ze złotem władców Mali. Tylko przeszkadza mi fakt iż przed tobą są dwa schody które dzielą cię od Boskiej perfekcji. Nie popełniam tu bluźnierstwa. Jako iż Bóg stworzył nas na swe podobieństwo. Gdzie ty byłeś jego wzorcem najwyższej klasy w jego warsztacie. Nie myśl że mam ci za złe zakończenie naszej przyjaźni. Powód rozstania jest naturalny (nie śmiertelny) i wręcz genetyczny. Ciekawi mnie poprostu to że człowiek potrafi odrzucić to co dobre, naturalne i bez wad. Aby tylko uratować rzecz sztuczną, anarchiczną i niefunkcjonalną. Tak też cię żegnam serdecznie drogi przyjacielu. I życzę ci wszystkiego dobrego w świecie który jeszcze nie raz uświadomi cię, co możesz osiągnąć jeśli tylko będziesz tego chciał. Kamil.P 2.01.2023
  16. Pochylone z lekka nad złocistym łanem lnu kobiety przesuwały się z wolna krok za krokiem do przodu z wyrywanymi ręcznie wiązkami lnu w dłoniach jedną dodając do dugiej składając i wiążąc wprawnie snopki Za plecami poozostawało dokładnie uprzatnięte pole a jego wzrastające areały przybliżały porę przerwy na niezbędny posiłek i pilne potrzeby pracujących tu w pocie czoła kobiet Żar lejący się z nieba zarumienił ich twarze i ramiona o tej porze zwykle należało wystrzegać się południcy ale okazywały swoją wiarę w dobro żaden przechodzień nie poskąpił rwącym tu dziś len dobrego słowa 8. 10. 2008
  17. Słodka melodia pobrzmiewała wczoraj w moich uszach, oplatała mój umysł i duszę, a jej dźwięki pląsały wśród myśli. Moje emocje, do tej pory rozhulane, uspokoiły się pod wpływem tej cudownej muzyki. Miałem aż ochotę dołączyć do uczuć, zatańczyć też, czy zaśpiewać. Nie było mi to jednak dane, ale o tym później. Dziś nie słyszałem już żadnej muzyki – och, jak mi do niej tęskno. Zatrzymać się na chwilę, spojrzeć w niebo gdy z zewnątrz rozbrzmiewają instrumenty muzyczne – ostoje duszy, jakże to niebiańska chwila! Dzisiejszy świat to jednak nie raj, do piekła podobny jest niewątpliwie! Z ostatnim zagranym dźwiękiem ostatni promyk szczęścia pożegnał się ze mną, a w jego miejsce przyszedł pewien osobliwy stan, który nie sposób opisać, ale nie sposób również się bez tego opisu obejść. Zatem zmuszony jestem przekazać czytelnikowi parę epitetów, moim zdaniem pasujących do owego zjawiska. Frustracja jest najistotniejsza. Wiatr, który kiedyś ochładzał moje ciało w nadmiernie upalny dzień, dziś smaga moją twarz, mimo tego, że nastała już mroźna noc. Ptasi śpiew wnika przez moje uszy do wewnątrz, nie szukając tu niczego, ale karcąc mnie swym – przepraszam, że pozwolę sobie tak zbezcześcić piękno natury – jazgotem. Krew ma już dość, sfrustrowana przepływa przez żyły, albo wypływa poza ciało, myślę, że to znak (o tym również później). W gwałtownym i porywającym morzu emocji, z którymi przyszło mi się mierzyć, wyróżnić muszę odrazę. Czy słuchanie śpiewu ptaka dla ornitologa nie jest wspaniałym przeżyciem? Dlaczego zatem, mnie, tegoż właśnie ornitologa, tak to odpycha? To są tylko moje odczucia, które grają niestety pierwsze skrzypce (o ironio) w moim życiu. To nie ptaki, to nie jazgot i nie piekło, a ja sam stwarzam swój świat. A ów mój świat jest jedynym, który ma czelność zajmować mi głowę. Kiedy już wyjaśniłem czytelnikowi, że to ja jestem głównym powodem, dla którego melodia przemieniła się w zgrzyt, przejdźmy dalej. Leżę w marnym lesie, który szum swój przemienił w długi przeciągły dźwięk, pełen głębi i tajemnicy, jak i przenikliwego mroku. Oprócz tego okropny, ujadający jęk, kojarzący mi się z jakąś dwudziestowieczną machiną. Bór jest prastary, to niewątpliwe. Drzewa nie są już omotane liśćmi, niektóre nawet nie stoją już „w wyprostowanej pozycji”, myślę, że używając takiego pojęcia czytelnik będzie wiedział o co mi chodzi. Ściółki nie ma, runo leśne padło – leżę na gołej ziemi. Powinienem wspomnieć o pewnej, istotnej dość, rzeczy. Chcę jednak zrobić to w jak najdelikatniejszy sposób. Otóż, drogi czytelniku, nie żyję już tak jak ty. Celowo użyłem tego stwierdzenia, za życia byłem gorliwym katolikiem, wierzę zatem nadal, że śmierć jest słaba w porównaniu do Zbawiciela. Można w ogóle o niej zapomnieć, tak jak zrobiłem to ja.
  18. pojęcie pustego świata to tylko namiastka jego rzeczywistości przeszyte bólem twarze, proszące o chwilę spokoju demony w głowie śpiewające wciąż tę samą pieśń i potrzeba wypisania się z ich myśli to tylko proza życia uniesiona przez ręce upadłych aniołów, tańczących z diabłami w piekle skazane na wieczne potępienie, szukają iskry, która oświetli im drogę w poszukiwaniu lepszej ziemi a ich serca z kamienia to odpowiedź na największe zło tego świata
  19. Jak co środę przychodzę do biblioteki mojego Uniwersytetu. Siadam przy starannie wykonanym dębowym stoliku z książką i notuję. Nagle coś przykuwa moją uwagę. Kilka stolików ode mnie siedzi mężczyzna. Miał on na sobie bluzkę w czerwono granatowe paski i niebieskie jeansy. Przez to był bardzo zauważalny w tym brązowo zielonym pomieszczeniu. Na szyli miał niecodzienny medalion. Zlepiony z modeliny, przypominający twarz żółtej postaci rodem z kreskówki. Chociaż przyznam że nigdy takowej przed tym nie widziałem. Jego ubiór stal się jeszcze bardziej niecodzienny kiedy spojrzałem na jego twarz. Miał na twarzy kilku dniowy zarost i około 23 lat. Jego oczy były niebieskie oczy chociaż lewe było lekko zielonkawe i na nosie miał okulary. Trzy fakty na jego temat szybko sprawiły że wszyscy w sali zwrócili na niego uwagę. Jego wiek, sposób ubioru i to co robił w tej bibliotece. Każdy z nas tutaj zgromadzonych czytał, pisał czy uczył się na nadchodzący egzamin. A on miał w ręku kredkę i kolorował jakiś rysunek. A obok siebie oprócz kartki miał kupkę innych kredek oraz dwa ołówki. Zaciekawiony postanowiłem że wstanę, podejdę pod regał który stał za stolikiem przy którym siedział i udam że szukam jakiejś książki. Tylko po to aby zobaczyć co takiego rysuję. I tak też uczyniłem. Rysował postać przypominającą tą której wizerunek nosił na piersi. Chociaż nie mogę ukryć że nie był utalentowany w tym co robił. Bo jego rysunek wyglądał jakby narysował go ktoś o 16 lat młodszy od niego, ale przynajmniej robił to co lubił. Fascynujące było to z jaką pasją i skupieniem wykonywał owy rysunek. Wszyscy studenci spoglądali na niego ciągle, a on ani nie drgną. Jakby nas nie nie było. Zazdrościliśmy mu trochę. Wszyscy pracowali, uczyli się a dni leciały coraz szybciej. I nagle widzimy człowieka który co prawda starzeję się ale żyje tym czym żył swą młodość. Zamknięty w swej bańce w swym własnym świecie. Przed wejściem do budynku ludzie mogli by dźgać się bagnetami, ale on by nie uniżył się. Wieżowce mogły by spłonąć a Bastylia upaść. Ale on by się nie lękał. Przed nim na półkach leżą pracę wielkich filozofów i uczonych, Arystotelesa, Platona czy Kopernika. Czy jest on świadom ich mądrości? Czy on w ogóle umie czytać? A zanim stosy opowiadań romantycznych, czy mógłby się w nie wczytać i zrozumieć potęgę uczucia? Nikt z nas tego nie wie. Mijały dni, miesiące i żadnej zmiany. Może oprócz tego że przytył trochę. Nie wie co jego czeka. Nie wie jeszcze że po tym jak pastor jego kościoła odkryje jego dokonania w sieci to zostanie wygnany z kościoła. Chociaż nie ma się co to martwić, w tym kraju i tym bardziej w tym stanie jest wiele kościołów i pastorów którzy przyjmą go z otwartymi ramionami. Miejmy nadzieję że po za tym jego życie w końcu znajdzie wyjdzie i nie potoczy się na dno. To był właśnie Christian Weston Chandler.
  20. W dzień wyborów kolejny raz wyruszyłem do mi najbliższego punktu. Nie wiedziałem na kogo miałem zagłosować, ale na szczęście. Na horyzoncie pojawiła się nową popularna partia, Czerwoni. Obiecują mieszkania dla każdego, pieniądze, wolność, równość i demokrację. Więc myślę sobie jak można nie chcieć takiej władzy? Więc zagłosowałem i oprzytomniałem. Dostałem darmowe mieszkanie w publicznej kamienicy tak jak było powiedziane. Wprowadzając się do kamienicy widziałem robotników kończących wkręcanie grzejników na korytarzu. Byli wychudzeni, pytałem się siebie w myślach kto im płaci że są w takim stanie. I dotarło do mnie, kamienica darmowa. Za tyle samo wybudowana. Pieniądze jak miałem dostać tak dostałem. Chociaż od razu je oddałem, tym którzy ich najbardziej potrzebowali. Ponad setce ludzi którzy kiedyś mieszkali tam gdzie stoi moja kamienica. Ktoś może powiedzieć że mu nic te zmiany nie robią, bo ma oszczędności w tysiącach złotych. Jakże smutno się patrzy na biednego człowieka któremu wyrywają dorobek życia i to jego nazywają złodziejem. Wolność "Robotnicza" nastała. A najbardziej poczuł ją chłopak który co sobotę wywieszał ulotki na słupie obok mego mieszkania. Od pewnego czasu nie ma ulotek, ani go i jego rodziny. Powtórka Levittoux. Załamani robotnicy krzykną "O Mój Bożę!". Chociaż uspokoją się w chwilę, bo może i stracili pieniądze i wolność ale nikt im nie zaprzestanie wierzyć. Bóg jest prawdziwie dobrotliwy że dał im tyle pracy. Że nie mieli czasu zobaczyć jaką scenę postawiła służba specjalna na rynku. I jakie rewolucyjne przestawienie rodem z Francji na nim odgrywają. Tylko szkoda że nie zapytali księży i siostry czy chcieli zostać aktorami. Nie wspomnę już że metalowe figurki, krzyże i pamiątki służą od dziś w nowym życiu jako kule powiększające nowy "Dobrobyt" po Europie. Miała być równość. I według zapewne niektórych jest. Chociaż koli mnie kiedy idę do urzędu i widzę na kupie dokumentów w rogu biura leży teczka z nazwiskiem mego sąsiada. A na niej narysowany Hiacynt. Kiszczak z grobu się śmieję. Mężczyzna w kącie ukryty wyszeptał do kolegi obok. Że mu w życiu tylko miłość wystarczy. Lecz nie ma miejsca w surowym kraju na Pieśń Nad Pieśniami, "Pornografię" Gombrowicza czy na spojrzenie Romantyka. Jedyne co może dać ciepło to podgrzewana podłoga w celi. Demokracja Ludowa kwitnie w najlepsze. Na najnowszym głosowaniu na prezydenta widniało aż jedno nazwisko. Pech chciał że owy człowiek już wygrał te wybory parę lat temu. I tak Wiedźma w kasku przemawiająca do bandy mimów przegłosowała za naszą wolność jej własną. Pozostawiając na początku pożywiając się moimi prawami, a potem twoimi. Patrz na innych, a potem na siebie wrzucając kartkę do urny. Kamil P 03.11.2021
  21. Żyję w czasach pokoju, chociaż byłem uczestnikiem większej ilości bitew niż nie jeden rycerz, w czasie zguby swego kraju czy żołnierz "szczęśliwie" przeżywający kolejne bitwy bez urazy fizycznego podczas Wielkiej Wojny. Potyczki te wszystkie nie dzieją się w mym sąsiedztwie czy na dalekiej planecie. A w innym wymiarze, odległym chociaż mi tak bardzo bliskim. Wszystkie one dzieją się we mnie. Hordy ciała i Armie umysłu ułożyły się na dwój krajach wielkiej polany pełnej wysokich traw i głazów. Teren ten jest praktycznie płaski niczym stepy Akermańskie. Tych pierwszych było więcej chociaż byli oni uzbrojeni w arsenał z przed wieków. Stare lecz ciągle piękne Husarskie zbroje lśnią w świetle wschodzącego słońca. Konie niecierpliwe dyszą parą ze swych nozdrzy. A za nim przygotowane są potężne armie Hellenistyczne. Rycerze w Greckich zbrojach, w jednej ręce trzymają okrągłe tarcze wykonane z jakiegoś metalu, a w drugiej Sarisę, długą tradycyjną włócznię z czerwonymi i niebieskimi flagami przymocowanymi przy grocie. Tyłów bronią setki średniowiecznych łuczników i kuszników. Na głowach ubrane mieli okrągłe srebrno rdzawe hełmy. Resztę ciała zaś broniła tylko warstwa ubrań w kolorach białych i szarych. Za to w Armii pierwszą pozycję zajęło kilka rzędów piechoty korony Brytyjskiej w czerwonych mundurach z białymi spodniami i czarną trójkątną czapka. Do obrony zaś mieli broń palną wyposażoną w bagnety. Głębiej w ułożonym wojsku stało na czarno ubranych kanonierów, każdy z nich miał przy swym boku małą armatę. Jeżeli wróg przedarł by się przez pierwsze dwie grupy, nie zdołał by tego samego uczynić z pięcioma potężnymi czołgami rodem z II Wojny Światowej. I tak w pewnej chwili obydwie stada zaczęły napierać na siebie. A na środku pola szybko pojawiło się pełno dymu. Bitwa ta trwała długo z powodu dużej ilości posiłków z obu stron i chaotyczności bojowania bez dowódców. A ja z daleka, stojąc na jedynym wzgórzu w okolicy przyglądam się bitwie. Wydaję się najbardziej dotknięty nią, chociaż nie uroniłem ani kropli krwi z żadnej rany ani też nie stoję po żadnej stronie. Rzucam się i toczę się z bólu podczas gdy ma skóra cała jest mokra od potu. Którakolwiek ze stron bo zwycięstwie spali twierdzę drugiej tworząc reakcję łańcuchową która ze sobą zgarnie bazę zwycięzców pozostawiając tylko ruiny. Bitwa trwa długo i powoli wyczerpuje obydwie strony. Nagle z daleka słychać krwiożerczy wrzask. Na horyzoncie wyłania się ogromny i straszliwy stwór pędzący w stronę bitwy. Wysoki na dwa metry, ciało miał goryla całe czarne z ogromnymi czerwonymi oczami. Bestia posiada dziób wyposażony w ostre jak małe nożyki żeby i pół metrowym językiem. Stwór wpada w mężczyzn kończąc ich życzę i to "ruchliwe spotkanie". Pozostawiając mnie z bólem głowy i dezorientacją w czynnościach które właśnie wykonałem. Po tej okropnej scenie pojawią się kolejne i następne. Każda z nich trwała chwile po której były one kończone, chociaż każdą z nich pamiętam. Bo to co boli nigdy nie umiera.
  22. Były drzewa a z nich kartek sztos zrobili i teraz w Warszawie ulotki wiszą, rozdają a inni palą. Ale tak już było od dawna. Wieki temu rozdawane elektoratom zebranym w Stolicy z daleka. Czas miną, tak samo jak Republika. Teraz na słupach wiszą kartki pod patronatem czarnego jak smoła dwugłowego orła. Wyczytać z nich można było kim tak "naprawdę" jesteśmy. Ale też na Cara przyszła pora. Od tej chwili coś się zmieniło, prawdziwa rewolucja w druku. Już nie sam tekst i jakieś logo widnieją na ulotkach i plakatach. Teraz one opowiadają historię. Żołnierze na mapie szturmują na wschód. A tam rozdają kartki z napisem "czas na ponowną naukę Polskiego!". I tak minęły dwadzieścia lat i korytarz północny został ścięty. Na zachodzie, w tym w Warszawie Swastyka i dumni Niemcy głosili swe prawdy. A na wschodzie wyzwoliciele podarli na pół część kraju i zjednoczyli je do innych krain. Swastyka osłabła, lecz czerwone niczym wątroba morze wleciało w głąb Europy. A wraz z falą żołnierze powrócili do maszerowania. Ale tym razem na zachód. W zalanej stolicy trąby z papieru głosiły to samo co głosiły na wschodzie kilka lat temu. Witamy w dwudziestym pierwszym wieku! W żadnym innym nie było takiej walki na papier jak teraz. Wierzysz? To dobrze trafiłeś! U nas znajdziesz na broszurach Krzyż (nie zważaj że czasem odwrócony), gwiazdę Dawida, półksiężyc czy nawet krucyfiks. Wtopmy się w historię którą chcą nam opowiedzieć te dzieci drzew. Piękna wieś, młoda rodzina sarmacka żyje szczęśliwie. Lecz pewnego mąż musi wyjechać na pospolite ruszenie. Husarz gotowy atakuję gwiazdy czerwone. A z nich błysk wylatuje wraz z kontaktem. Pyłu ta bitwa narobiła wiele. Az niego chmury się uformowały. Burza nastąpiła. I teraz młoda rodzina musi iść pod parasolką a w okół czerwone pioruny hałasują. Lecz kiedyś chmury przejdą i wyłoni się tęcza. Długo nie pozostanie jednak zanim ktoś nie nadejdzie i nie przekreśli jej. Ludzie gniewni tego czynu nie darują. Dlatego opowiadana jest inna historia. Ta tym razem już kilkuletnia. Tak naprawdę nikt nie opowiada jej w pełni. Jedyne szczegóły na które wskazują to fioletowa stuła i biret. Jeśli zdarzyło się że ją całą znasz to tylko nikomu jej nie opowiedz. To mają na obronę swą ci którzy jej całej nie pamiętają. Z tych emocji przyszłe matki zatroskane, nie wiedzą co poczną jeśli coś nie wyjdzie. Więc nawet i je spotkasz w tym tłumie. Biały orzeł tak często i tak prędko patrzy raz w lewo a raz w prawo. Że Naród nie zauważy kiedy pozłacana korona spadnie z jego głowy i nie będzie czego z niej zbierać. A właśnie Naród. Ludzie, to tak naprawdę nimi są opowiedziane historię, atrament jest tylko aby zmylać innych. Każdy z nas chce być czegoś wart, a tym czasem sami z siebie robimy atrament. Nie ma człowieka w tym kraju który nie poczułby bezsensownie gorzkiego jego smaku. Prawda taka bywa że sam mędrzec, wojownik ni zdrajca coś zmieni. Dlatego my, Naród wybrany na słupa informacyjnego Europy. Zdejmijmy z siebie ulotki i kochajmy się! K.P 06.06.2021
  23. Dwie nieszczęsne dekady minęły już od ostatniej wielkiej wojny. Lecz to nie znaczy końca ludzkiego cierpienia. Lecz czy mi to jest do oceny? Pamiętam to jakby było wczoraj. Garstka mężczyzn ubranych w niebieskie mundury wtargnęła do mego małego mieszkania. Wzięli mnie i wytarmosili na zewnątrz. Do tej pory nie wiem kto ani po co ich nasłał. Wepchali mnie do ich automobilu. Droga się przedłużała, jechaliśmy przez las. Był jesienny i deszczowy wieczór. Nie wiedziałem wtedy że już nigdy nie zobaczę tylu drzew. Aż w końcu dojechaliśmy do celu. Otworzono mi drzwi od pojazdu jak to robią dla króla. Lecz królem nie wycierają kostki brukowej jak mną. Chciałem wstać lecz oni mi nie dali. Wciągnęli mnie przez szarą bramę na terytorium mojego nowego domu. Było wszystko to o czym mógłby marzyć każdy pracowity robotnik. Ogród był co prawda ciemny i brak w nim kwiatów. A w środku jego fontanna którą porosły pnącza które spowodowały zatrzymanie się wody. Sam budynek niczym stary zamek lub katedra. Wielki z szarej cegły, dach pokryty starą blachą wykonaną z eternitu. W środku biało czarna szachownica jako podłoga i czasem też na ścianach. Rozebrali mnie, umyli, przebrali i zamknęli za żeliwnymi drzwiami z mała kratą po środku. Następnego dnia otworzyli drzwi i zawołali na śniadanie. Zszedłem po okrągłej klatce schodowej wraz z innymi. Jadalnia była ciasna, zero żarówek tylko duże okna, których nie dało się otworzyć, przez co zawsze było duszno. Jako posiłek zawsze dawali kaszę, chleb i czasem jakieś mięso a woda była do popicia. Po dziękczynnej modlitwie i śniadaniu zabrali nas do piekarni. Ach chleb z tej piekarni był jak z raju, wszyscy w pobliskich wioskach go kupowali. Lecz praca nad nim była jak piekło. Zawsze to samo ugniatanie, zero odpoczynku. Jeśli ktoś na chwilę chciał odsapnąć to od razu było słychać "pracować, pracować. Po to macie ręce" od jednej z sióstr pracujących przy piecach. Może i miały rację, w końcu nikt kto tu mieszka nie robi nic innego. Po pracy pora na chwilę wytchnienia i odpoczynku w świetlicy. Szeroka z Godycko wyglądającymi oknami. francuska melodia ta sama zawsze przygrywała jako znak tej pory. Wszędzie był ruch, siostry dawające leki innym. Faceci w białych fartuchach wyprowadzają innych a stróże kręcili się po kontach. A właśnie w końcu mogłem przyjżeć się innym. Jedni nerwowo bili o ścianę inni zupełnie normalni, a ktoś tam inny jak z horroru. Wszędzie tutaj wiszą krzyże a wydawało by się że stąd najbliżej do piekła. Tutaj rozmawiało się z tymi którzy chcieli lub umieli mówić. Raz udało się mi i kilku innym osoba wymyślić plan ucieczki. Lecz stąd się nie da uciec. Dowiedzieliśmy się tym najlepiej 20 uderzeniami bicza w pośladki, za karę. Pod koniec dnia z mej celi zaprowadzono mnie do gabinetu lekarza. Tam właśnie mnie i co poniektórych leczono. Zimne metalowe łóżko, lecz o temperaturze łoża szybko zapomniałem kiedy urządzenie które przedtem założyli na moje czoło rozpoczęło razić mnie prądem. Po tych zabiegach zawsze zostawały rany. Niektórych potem nazywali mnie byk, bo jakby zaraz miały wyłonić się rogi z tych ran. Potem kazali mi spocząć na starym krześle. Podpięto mi kroplówkę, na kolana dali mi wiadro. I zaczęli pokazywać mi obrazy. Zdjęcia których nikt by się nie spodziewał widzieć u lekarza. Po każdym jednym slajdzie z powodu owej kroplówki wydalałem ostanie śniadanie do wiadra. A łzy nie przestawały lecieć. I tak mijały dni, noce, tygodnie, miesiące i lata. Pewnego dnia pamiętam że przyszedł do nas psychiatra. Był ubrany w garnitur i miał na sobie duże czarne okulary. Zadawał pytania ochronie, lekarzowi, siostrom i nam. Zawsze coś notował w swoim małym notesiku. Ze mną też wymienił parę zdań. Po zakończeniu owej rozmowy zamkną notes i powiedział że to nie miejsce dla mnie i nie wie jakim trafem tutaj się znalazłem. Ja już sam nie wiedziałem co jest prawdą, co złe a co dobre. Raz podczas pieczenia chleba coś we mnie uderzyło. Zobaczyłem jak siostra używa krajalnicy do chleba. Zapytałem się jej czy mogę spróbować zrobić kromki. Zgodziła się i odsunęła się na bok. Przesunąłem maszynę w głąb stołu, położyłem tułów i nacisnąłem szyją na tarczę ostrza. K.P 24.04.2021
  24. Ukradkiem od niechcenia przysiadł przy stole szary człowiek, istota nie pozorna, wszystkim znana, dość skromna, lubiana czy nie ? Niby widoczna lecz cierpi. Wszak szarego człowieka codzienność dotyka, a patrząc na owego człeka świat oczy zamyka. Nie chcąc wcale patrzeć na jego żale wiedzieć o nich czy ich czuć, toć to zwykły chuć. Dla życia ważna tylko rodzina, czas w gronie bliskich co dobrze przemija, portfel i materialna zdobycz wokoło tak by tylko życiu było wesoło. Nie pomyśli życie co zrobić dla człeka i szybko gdy spotka, omija, nie zwleka. Traktuje go jak powietrze a on cierpi choć nie chce, Pomocy znikąd otrzymać nie może. Dopomóż mu Boże. Bo tak już na świecie bywa ktoś musi wygrać, a ktoś przegrywa, a ci na szczycie z braku czasu i chęci, zapominaj by mieć innych w pamięci. Więc dzień w żalu i bólu przemija. Nie ma chleba, znikła rodzina. Szary człowiek zagryza swe wargi, ucieka od życia w ręce kochanki. A ona złudną wszak jest ucieczką kusi kłamstwem, a macha z trucizną chusteczką. Człek wie, niegłupi lecz oko przymyka, woli umierać powoli bo życia codzienność gorzej dotyka.
  25. Upadek Aleksandra Macedońskiego Rozpoczynał się kolejny czerwcowy poranek w Babilonie. W bogato zdobionym pałacu. Pisał coś dobrze zbudowany mężczyzna. Na głowie miał czarne i krótką fryzurę. Krzesło i ława przy której siedział były wysadzone złotem. Na biurku leżał zwój papirusu i butla atramentu. Nie wiem co pisze ani nie wiem w jakim w języku. Jestem zaś pewien że robił to pośpiesznie. Nagle wylał atrament na materiał. Poirytowany wstał od ławy i prędko zaczął iść w stronę balkonu. Lecz nagle upadł. Upadek ten bardzo go osłabił powiadam. Ledwo żywy próbował wstać. Po krótkiej chwili poją że już nie wstanie. Więc zaczął opłakiwać nastały stan rzeczy. Nie zdoła już nic biedak podbić. Podłoga zalała się jego łzami, niczym Azja została zalana jego wojskiem. Lecz po chwili płacz ustal. Tak jak jego bicie serca. I tak zmarł Król Królów. Nie zdołali przyjść Egipscy kapłani na pożegnanie swego Boga. On sam nie zdołał ostatni raz ucałować swej kochanki i wtulić się w klatkę piersiową swego kochanka. Miłość znikła wraz z człowiekiem. Imperium upadło. Zostało podzielone i każdy ważny Grek dostał część. Lecz to nie zapobiegło to wojnom które nawiedziły tę ziemię po śmierci władcy. Świat stał się Chaosem. Nawet ja, dawniej członek służby Pana. Teraz piszę koniec jego historii. Dalej nie ma już nic. Ludzie o nas zapomną. A o nim będzie pamiętał wszystek ludzki na wieki. K. P 29.01.2021
×
×
  • Dodaj nową pozycję...