-
Postów
847 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Simon Tracy
-
Kto mnie czyta na bieżąco ten wie, że miałem użyć jeszcze obywatela Żerebcowa w innym utworze niż "Szare eminencje". Więc proszę oto nowa proza poetycka z postacią niesamowitego poety. Amerykański studebaker, przedzierał się przez zaspy, plątaninę krzaków i zwalonych siarczystym mrozem drzew, niczym wściekły i głodny niedźwiedź. Potężny silnik ciężarówki charczał, kaszlał i wył wchodząc na najwyższe obroty. Śledziłem każdy jej ruch, od kiedy tylko wychynęła zza odległego zakrętu u stóp niewielkiego wzgórza. Rozkazałem pilnować więźniów w budynku posterunku a sam wyszedłem na spotkanie tych, którzy mieli uwolnić mnie od tego problematycznego balastu który często pozbawiał mnie spokojnego snu a jeszcze częściej wiary w racjonalne pojmowanie rzeczywistości. Byłem wyznaczony na stanowisko nadzorcy obozu pracy nr 233. Łagru dla szczególnie wrogich i niebezpiecznych dla systemu więźniów politycznych. Zakończona ledwie pół roku temu Wielka Wojna Ojczyźniana nie zatrzymała nawet na chwilę maszyny śmierci, która zbierała swe okrutne żniwo na tym zapomnianym przez wszelką cywilizację i oczy świata skrawku terenu gdzieś na zachód od Irkucka. Przybywali tu i ginęli setkami, tysiącami. Pociągi i ciężarówki były pełne żywych i umarłych. Śmierć w trakcie drogi lub zaraz po przybyciu, równała się tu łasce i miłosierdziu. Ci którzy opierali się śmierci, nie mogli robić tego w nieskończoność. Pięć lat katorgi, było prawie pewnym wyrokiem śmierci. Zdecydowana większość miała wyroki od piętnastu lat do dożywocia. Umierali w obozach, kopalniach, hutach, przy budowie dróg i tras kolejowych. Umierali w tajdze. Głód, tyfus, czerwonka, kule strażników. Te też były oznaką miłosierdzia. Często nie kopano nawet mogił. Zrzucano ciała w lasach a zwierzyna i czas robiły co do nich należało. Wszędzie wokół chodzono po kościach jak po świeżo wybrukowanym moskiewskim prospekcie. Nie ma to jednak znaczenia. Śmierć miliona to tylko statystyka, dla słabych, uczuciowych umysłów. Walka musiała trwać. Element reakcyjny i burżuazyjny należało wyplenić. Tak samo jak inteligencję. Sierp i młot miały ściąć i zgnieść epokę carskiej szabli i poetyckiego pióra. Byli jednak tacy niezłomni, którzy nie trwożyli przed obozami, kulami, chorobami, sierpem ani młotem a nawet gniewem czerwonego cara. Przeżywali lata więzienia czy łagru. Odnotowywano niby ich śmierć. A potem łapano ich gdzieś w kraju po raz wtóry, trzeci… dziesiąty. Osadzano, umierali i odradzali się w innym miejscu tylko po to by dać się z czasem schwytać i koło się zamykało. Niektórzy modlili się do nich jak do ikon. Byli święci choć przeklęci. Był wśród nich najsłynniejszy wyklęty. I za kilka chwil będę mógł gościć go w progu swego obozu. Aż trudno uwierzyć, że cały komitet centralny drży z przestrachu na samo wspomnienie jego imienia. Mówi się, że pojawił się w kraju zaraz po rewolucji październikowej. I przez te prawie trzydzieści lat. Ciągle unika wyroków śmierci. Lecz schwytać można go łatwo. Nie ukrywa się zbyt dobrze. Cały czas piszę i wydaje w podziemiu, swoje wiersze i książki. Mówi się, że piekło go zrodziło. Piekło go posłało, chroni go i odradza w kółko. Taki on święty a pakt podobno przed laty zawiązał z Diabłem. Piekło wydaje jego dzieła. Siedział wyroki i na Kriestach i na Kołymie. Za Murmańskiem i na Łubiance. Nie bał się kaźni tortur mu zgotowanych, oprócz jednej tylko. Chrestu całować nie chciał i na Boga się nie klął. A w celi osadzony po nocach prawił rozmowy z cieniami. I z kocurem, grubym i czarnym go często w celi widywano. Nieraz go chcieli zatłuc strażnicy albo zastrzelić, lecz kocisko było mądrzejsze niż człowiek. Unikało wszystkich pułapek. I odwiedzało więźnia wszędzie, gdziekolwiek nie trafił. Byli świadkowie niepodważalni, którzy asystowali przy egzekucjach pisarza. Strzelano w niego, truto, bito na śmierć, wieszano a nawet rąbano na części. Zawsze po czasie wracał. A nazywał się Paweł Fiodorowicz Żerebcow. Ciężarówka dowlokła się do bramy obozu. Kierowca zgasił silnik. Z szoferki wysiadł oficer enkawudzista, z przewieszoną przez prawy bark pepeszą. Nie rzekł nawet słowa na przywitanie, miast tego wręczył jakieś papiery jednemu z moich strażników a ten od razu przekazał je do mnie. Wszystko się zgadzało. Chcę go zobaczyć. Nie biorę kota w worku. Enkawudzista zaśmiał się sucho przez nos. Na pace jest i kot. Sprawdźcie sobie jeśli chcecie. Kierowca bębnił niespokojnie palcami o kierownicę. Podświadomie wyczułem w nim strach. Zasiał we mnie chwilę niepewności. A jeśli Żerebcowa tam nie ma? Ulotnił się w trakcie podróży. Rozpłynął pośrodku niczego, gdzieś w lesie. Obchodziłem ciężarówkę ostrożnie. Sam chciałbym teraz sięgnąć po broń. Nawet jeśli kulę nie imają się jego ciała. Spod zaciągniętego na sztywno brezentu paki, wionęło ciepłą wilgocią, moczem, kałem i słodką nutą krwi. Na samym przodzie za szoferką, siedział jeden jedyny więzień. Nie był skuty. Nie wyglądał na mocno zaniedbanego czy chorego. To nie był żywy trup ani szkielet. Zjawa przybyła z Łubianki czy Kołymy. Był to po prostu człowiek. Więzień na zewnątrz lecz nie wewnątrz samego siebie. Nie wszystko wydawało się jednak być w jak najlepszym porządku. Wedle akt, Żerebcow powinien dobijać do pięćdziesięciu sześciu lat. A ja patrzyłem na oblicze studenta rosyjskiej filologii uniwersytetu w Petersburgu. Odjąłbym mu co najmniej trzy dekady. Był co prawda brudny, pobity, zawszony ale co dla niego najważniejsze, nie był złamany. Jego wzrok nie był wzrokiem więźnia. Nie był pogodzonym ze śmiercią, przestraszonym mężczyzną. On był tylko smutno patrzącym w onuce poetą któremu kolejny wyrok śmierci przerywał passę tworzenia swoich dzieł. Spojrzał na mnie tylko przez ułamek sekundy, widać nie był ciekaw gdzie trafił. Był to wzrok bystry i czujny. Prawda, przygnębiający ale nie pusty. Kriesty. Kołyma. Murmańsk. Trzy potwierdzone egzekucje. Dwie próby ucieczki. Sześć transportów więziennych zakończonych śmiercią konwoju. A mimo to siedział tutaj. Żywy. Jakby czas po prostu nie chciał go dotknąć. Między jego nogami coś się poruszyło. Był to ogromny, czarny kot. Uniósł ogon i wtulił się nastroszoną sierścią w łydkę Żerebcowa. Łasił się powoli, wręcz prowokująco. Wiedział, że skupiłem na nim całą uwagę. Miał piękne, lśniące futro, poszarpane lekko,lewe ucho i prawie ludzki, zimny uśmiech. Dołączył do tego hipnotycznie, głęboki wzrok. Patrzył nie na mnie a w głąb mnie. Przerażał bardziej niż sam Żerebcow. Pomyślałem, że ten kocur to jakiś jego krajan z samej czeluści piekła. Żerebcow siedział bez ruchu. Zgarbiony lekko. Tak jak gdyby czytał książkę w sali leningradzkiej biblioteki. Nie zamierzał chyba mówić ani słowa. Wy jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Po tych latach odsiadki, łagrów, obław i egzekucji. Wyglądał po prostu jak człowiek. Nie nowy rodzaj człowieka. Zbudowany ze stali, obywatel sowiecki. Żerebcow był z innej epoki, innego czasu. Spokojny, miły, wyjęty z kart dawnej literatury. Inteligent milcząco przytaknął. A kot wskoczył mu ochoczo na kolana.
-
Portret Owalny cz.2
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey @Lenore Grey W tym utworze jest oczywiście cała masa nawiązan do utworów Poego czy Lovecrafta - "Model Pickmana", "Portret Owalny", "Zdobywca Czerw", "Chłód". Nikt jednak nie zwrócił uwagi na jeden ukryty szczegół :) cmentarz z domem Wilda znajduje się na Elm Street - Ulicy Wiązów :) Wild jest personifikacją samego twórcy poematu. I jak słusznie zauważyłaś ma tak w życiu jak i po śmierci jedynie swoją sztukę.- 7 odpowiedzi
-
1
-
Portret owalny cz.1
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Myślę że nawet dałoby się obejrzeć taki film.- 13 odpowiedzi
-
1
-
- proza poetycka
- gotyk
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Portret Owalny cz.2
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Dziękuję :) Moje teksty nie są dla osób wraźliwych :) i poniekąd zupełnie zdrowych i normalnych :)- 7 odpowiedzi
-
2
-
Portret owalny cz.1
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey U mnie jest tylko jeden problem. Zupełnie nie umiem pisać w ograniczeniu sceny. U mnie dominuje życie atmosfery i przestrzeni wokół i cała masa ozdobników językowych. Twoje scenariusze byłyby baśniowe :)- 13 odpowiedzi
-
1
-
- proza poetycka
- gotyk
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Portret owalny cz.1
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Ja też jestem na wyginięciu. :) staram się pisać filmowo. Od jakiegoś czasu myślę o tworzeniu pełnoprawnych scenariuszy do krótkometrażowych filmów grozy- 13 odpowiedzi
-
1
-
- proza poetycka
- gotyk
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
@Lenore Grey Pięknie. Delikatnie i zmysłowo napisane.
-
Naprzeciw mnie stała sztaluga z gotowym płótnem. Obok niej Wild miał swój, mały stolik na kółkach. Był cały pobrudzony pozostałościami farb, których słoiczki stały na nim wraz z paletą oraz zestawem pędzli. Patrzyłem jak Wild krząta się jeszcze przez chwilę po drugiej stronie izby. Szukał czegoś pod stołem. Po chwili to znalazł. W jego dłoni, odzianej o dziwo w wełnianą rękawiczkę spoczywały dwa cynowe, pojedyncze świeczniki. Zabrał je ze sobą. Ustawił na stoliku pomiędzy mną a swoim stanowiskiem. Wziął z parapetu okna dwie świeże świece o krótkich knotach i umieścił je w świecznikach. Wyprostował się z trudem i już miał odpalić świece gdy widać przypomniał sobie o czymś, szybkim ruchem sięgnął do zamaskowanej w materiale płaszcza kieszeni i wyjął kolejny zwitek kartki. Wręczył mi go. Odebrałem go i odczytałem treść. Panie Scholl. W trosce o prywatność i dobre samopoczucie zarówno Pana jak i moje, zadbam o to by żaden szczegół mający wpływ na atmosferę pracy, nie zakłócał nam porządku ani stanu nerwów. Widział Pan przecież po wejściu do domu, moje rozwieszone prace. I zdaje sobie sprawę, że nie był to odbiór łatwy i nie pozostawiający uczucia ciężkiego wstrząsu psychicznego. Moje dzieła nie są z pewnością przyjemnym dla oka pejzażem. Dlatego też pozwolę zapalić sobie te dwie dodatkowe świece, ich ostre światło będzie barierą zasłaniającą moje prace jak i mnie samego. Jestem schorowanym starcem Panie Scholl a choroba która mnie dotknęła, zebrała z mego ciała wstrząsające do głębi krwawe żniwo. Może mi Pan wierzyć, że lepiej ślepnąć delikatnie od blasku ognia niż patrzeć na to co straszna choroba potrafi zrobić z ludzkim ciałem. Nie mogę malować z twarzą pod kapturem ani dłońmi ukrytymi pod rękawiczkami, dlatego będę musiał się odkryć i mam głęboką nadzieję, że nie dojrzy Pan zbyt wiele traumatycznych obrazów starczej choroby. Serdecznie Pana za to przepraszam. Jeśli blask świec będzie zbyt ostry i godzić będzie w Pana wygodę to oczywiście gotów w każdej chwili jestem na to by zrobić nam obu dogodną przerwę. Jeszcze raz przepraszam za tak ekscentryczne zachowania i metody. Zanim udało mi się dobrnąć do końca notatki, Wild w tym czasie odpalił świece i zasiadł z wyraźną ulgą na krześle przysłoniętym sztalugą. Byłem w stanie zrozumieć go. Ciężko chorował. Choroba była tajemnicza lecz widać nad wyraz okropna jeśli chodzi o objawy i jej ślady. Jego podejście i owszem było ekscentryczne, lecz nie szalone czy mające znamiona zbrodnicze. Bezsprzecznie był utalentowanym malarzem i obytym człowiekiem sztuki. Fascynował mnie na tyle głęboko, że z coraz mniejszą dozą lęku, zwróciłem ku jego osobie swe oblicze. Świece spełniały swą rolę. Widziałem tylko rozmyte, mleczne światło, mocno zaostrzone, pozostałym z izbie mrokiem. Początkowo patrzyłem dzielnie, potem zacząłem mrużyć oczy, naleciało w nie całkiem sporo łez, więc zamykałem je, próbując się ich pozbyć. Po czasie, światło wręcz piekło, niczym bariera jakiegoś magicznego ognia. Widziałem tylko zarys postaci Wilda. Nic nie zdradzające kontury. Widziałem jak kaptur ląduję na jego karku, a rękawice na stoliku z farbami. Widać zapozowałem idealnie bo nie widziałem żadnych ruchów jego dłoni z prośbą o przesunięcie głowy, wyprostowanie pleców czy osunięcie ramion. Wild nałożył kilka kolorów na paletę, na chwilę znieruchomiał zupełnie po czym usłyszałem pierwszy rys na płótnie. Sesja trwała. Sam nie wiem ile czasu zdołało upłynąć. Był środek nocy czy jednak zbierało się już ku szarówce przedświtu. Nie prosiłem o przerwę, choć zdrętwiałem zupełnie od wymuszonej pozycji. Byłem też głodny. Żołądek co rusz sygnalizował mi to cichym pomrukiem a ja starałem się jedynie skupić na wiązce ognia. Nie myślałem o zmęczeniu czy śnie. Byłem zahipnotyzowany przebiegiem sesji. Mój umysł tracił, właściwe sobie skupienie. Wild także nie prosił powstaniem o przerwę. Był całkowicie pochłonięty pracą. Bez przerwy słyszałem tylko pracę pędzli i grzechot słoiczków z farbą. Wydawało mi się, że z rzadka uchylał się na bok, by widzieć mnie dokładniej. Nie widziałem twarzy, lecz z pewnością ogień, zmieniał barwę jego oczu na zupełnie nieludzką, głęboką czerwień. Innym razem poprawiał płótno w ramach i mogłem dostrzec zarys jego palców. Wydawały się śliskie, blade i pokryte strupami czy głębokimi ranami. Im więcej ruchów wykonywał. Tym mocniej w pomieszczeniu rozchodził się odór słodkiej duszności. Odór jego choroby i niemocy ciała. Im dłużej trwała sesja, tym Wild widocznie opadał jednak z sił. Jego oddech dało się słyszeć z daleka. Był świszczącym rzężeniem, które tu pośrodku zapomnianego cmentarza, mogło wydawać się głosem upiora. Wreszcie gdy zapadłem się zupełnie w halucynogennych obrazach wyobraźni i nie potrafiłem odróżnić już godziny od minuty oraz dnia od nocy. Wild przerwał pracę. Nasunął kaptur na głowę, sięgnął po rękawiczki. Założył je powoli a potem wstał i zaprosił mnie gestem do siebie. Podniosłem się i dopiero teraz poczułem ulgę połączoną ze zmęczeniem. Podszedłem do Wilda. Choć odór jego ciała nie pozwolił mi podejść tak blisko jakbym chciał. Ten widać nie urażony zupełnie. Wskazał z nieukrywaną dumą na płótno. Zajrzałem i ja. W jednej chwili byłem gotów odwołać to wszystko co mówiłem o stateczności umysłu Wilda. Był szaleńcem i jego obraz potwierdzał to zupełnie. Na obrazie a i owszem byłem ja. Lecz jakby starszy o kilkanaście lat, z zapuszczonym jasnobrązowym wąsem i cieniami pod powiekami. Nie to było jednak najgorsze. Moja cała twarz nosiła ślady ran, trupiego opadu i zaawansowanego rozkładu tkanek. Ja na obrazie, zamarłem z uczuciem całkowitego zdziwienia na twarzy i oczach. Usta sine i z pewnością martwe, były szeroko otwarte a z pomiędzy obwodu zębów i cofniętego gdzieś w głąb krtani języka, wychynęła na powierzchnię świata postać tak dalece bluźniercza w odbiorze, że musiałem odwrócić wzrok. Był to olbrzymi i namalowany jak żywy, trumienny czerw w złotej, królewskiej koronie. Jego pobratymcy, żerowali w moich ranach. W dziurach na policzkach i szyi. Było ich całe mrowie. Kolonia czerwi, posilająca się moim trupem. Tego było dla mnie zbyt wiele. Uwolniłem się od uścisku ramienia Wilda i porwałem się w rajd przez naznaczone mroźnym przedświtem mogiły. Próbując zapomnieć o robaku, którego ten obraz zagnieździł mi w ciele. Minął tydzień, który nie dał mi nawet grama ukojenia. Popadłem w stan przedziwny, nazwałbym go melancholijną psychozą. Nie trwałem w delirycznym stanie agresji. Nie mówiłem o Wildzie nikomu. Ciągle jednak widziałem trupie twarze z obrazów. Oblicze cmentarnego robaka w koronie. I ja w tym wszystkim. Starszy, zmieniony… martwy. Nie zyskałem nic oprócz głębokiego rozstroju umysłu i nerwów. Pieniądze pozostały w kopercie w domu Wilda. Nie byłem w stanie zarobić teraz nawet pensa. Nie mogłem jeść ani pić. Wszystko stawało mi w gardle, zupełnie jakby trafiało na żywą przeszkodę. Króla rozkładu. Zupełnie niespodzianie rankiem zapukano do moich drzwi. Wstałem z ociąganiem i dopiero wtedy gdy pukanie przemieniło się w prawdziwe dudnienie otworzyłem drzwi spodziewając się komornika lub grupy wierzycieli. Był to chłopiec od Wilda. Przywitał mnie ukłonem i szczerym uśmiechem. W ręku trzymał kopertę. Wręczył mi ją ze słowami. Pan Wild przesyła list i serdeczne pozdrowienia, oraz życzenia jak najszybszego powrotu do zdrowia. Nie czekając na moją reakcję ani zapłatę ruszył w dół schodów. Wróciłem do salonu i już miałem cisnąć kopertę w ogień kominka, ale powstrzymałem się w porę. Ciekawość zwyciężyła. Zerwałem lak. W środku oczywiście był złożony list jak i ku mojemu zdziwieniu pieniądze, pomnożone jednak co najmniej dwukrotnie od pierwotnie obiecanej kwoty tamtego wieczora. Chwilowo porzuciłem zainteresowanie kwotą i sięgnąłem po list. Panie Scholl Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie żywię do Pana absolutnie żadnej, nawet najbardziej lichej urazy. Wina spoczywa tylko i wyłącznie po mojej stronie a pańska reakcja była całkowicie zrozumiała i uzasadniona. Jestem przeto człowiekiem głębokiej kultury i nie mógłbym zostawić teraz Pana z tymi wszystkimi pytaniami, szczególnie w tak ciężkim stanie nerwów jaki Pan bezsprzecznie przeżywa. Oczywiście chciałem również rozliczyć się z Panem, podziękować za bycie moim modelem a z racji tak niespodzianych problemów, podwoić stawkę wypłaty. A teraz przejdźmy do meritum. Widzi Pan, moje dzieła. Portrety tych mężczyzn. Ich makabryczne, zabrane przez rozkład i śmierć twarze. Oni wszyscy pozowali jak Pan i przysięgam na Boga, że wszyscy robili to żyjąc. Nie wykradam ciał z grobów ani nie morduje swoich klientów. Zaręczam o tym. Zapyta Pan z pewnością. Skoro pozowali za życia to jak stali się martwi? Można powiedzieć, że widzę przyszłość każdego swojego modelu. Choć może to zbyt wiele powiedziane. Widzę tylko to jak przyjdzie im rozstać się z życiem. Te wszystkie tragedię. Już ich dotknęły lub dotkną w niedługim czasie. Pana niestety również. Skoczy Pan za kilkanaście lat z dachu siedziby miejskiego banku. Pieniądze nie dadzą Panu szczęścia. Żałuję. Część z moich modeli jeszcze chodzi po świecie i cieszy się życiem jak Pan. Ale skończą tak jak na moich obrazach. Zapyta Pan i słusznie, skąd mam pewność? Tego nie umiem wytłumaczyć. Wykształciło mi się to po moim wypadku, który odebrał mi wszystko oprócz talentu. Uzna mnie Pan za szaleńca. Groźnego obłąkanego samotnika. Mój dom, cmentarz, atmosfera i nocne sesje. Wszystko wskazuje na szaleństwo. Ale wiem, że widział Pan pewne szczegóły w moim wyglądzie a także czuł słodki zapach w moim domu. A co gdybym Panu powiedział, że mój wypadek zakończył się tragicznie. Moją chorobą jest śmierć. Malując Pana byłem martwy. Jestem martwy od wielu, wielu lat. Uwierzyłem w każde jego słowo. Tak jak w robaka w koronie, który cicho chrzęścił odrażającymi odnóżami, gdzieś opodal mojego bijącego szaleńczo serca. A za kilkanaście lat opuści swego żywiciela przez rozwarte martwo usta. Dedykuję Lenore Grey, z podziękowaniem za to, że jej niesamowita wyobraźnia, pobudza mnie do pisania coraz lepszych utworów.
- 7 odpowiedzi
-
6
-
Portret owalny cz.1
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Właśnie jestem w trakcie pisania i dziś z pewnością się jeszcze pojawi.- 13 odpowiedzi
-
2
-
- proza poetycka
- gotyk
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Portret owalny cz.1
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Poet Ka Będzie jeszcze i zakończenie, które wszystko wyjaśni. To co dla innych jest oldschoolowe i vintage dla mnie jest dniem powszednim.- 13 odpowiedzi
-
2
-
- proza poetycka
- gotyk
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
@Lenore Grey No właśnie nowa proza w moim wykonaniu ma mi to ułatwić.
-
@Lenore Grey Ja mam totalny kryzys ostatnio i też próbuję wrócić na właściwą ścieżkę
-
@Lenore Grey Ależ to jest świetne. Brakowało mi tak przemyślanej poezji przez ostatnie dni.
-
Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam. "Portret Owalny" cz.1 Kariera miejskiego urzędnika nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym od dyktatorskiej postawy i protekcji mojego kochanego ojca w którego wydziale miejskim miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się niesłusznie obarczaną winą za wszelkie niepowodzenia marionetką niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec nie dał poznać po sobie by miał jeszcze ochotę mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach, który krył ludzi w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających swoje przemijające rwąco życie na przyjemnościach związanych z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą od konserwatywnego salonu banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją przemocy i zepsucia. Byli też sensualni do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich z czasem zaczął piętrzyć się na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy, stanęło przed oczyma trzymając w kościstych dłoniach weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował po każdej ukończonej sesji a ich wysokość przedstawił jako wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto że nie interesuje go płeć piękna a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później o dziwo dostarczona przez chłopca na posyłki w samym środku nocy. W krótkim liściku zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie wieczorem dnia najbliższego na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia o moim pojawieniu się o godzinie ósmej wieczorem pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką na powrót w dłoń chłopca a ten pobiegł jak wicher w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach, wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca a przeskok przez nią powodował ryzyko upadku z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę, głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś do podpiwniczenia wieży ciśnień, która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana z całego serca za spóźnienie to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo niebezpiecznym miejscem przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu. Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek a raczej dawna szopa mieszkalna tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził. Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść do takiej infrastrukturalnej formy ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka. Pierwsze co poczułem to uderzające i dziwnie otulające kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta haust powietrza i dłuższą chwilę nie miałem ochoty wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle przerażające i wstrząsające co idealnie zlewały się z otoczeniem nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili zrobić sobie w głowie otwór od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był. Wild stał obok stołu, zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział jakiś dziwny fason jednoczęściowego płaszcza, który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią i przeczytałem krótką notatkę. Cieszę się, że możemy się spotkać Panie Scholl i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie bez żadnych niepotrzebnych opóźnień ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą i nie chcę marnować nawet sekundy z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza, proszę przejść na przygotowane dla Pana krzesło naprzeciw gotowego płótna a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność i zasobność domu jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory i dość obskurnego otoczenia będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym… sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany Victor Wild. I faktycznie obok notatki spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.
- 13 odpowiedzi
-
8
-
- proza poetycka
- gotyk
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
To tak jakby ciało wyjąć z trumny i porzucić u samych stóp zimnego, spękanego grobowca. Ale chyba tak musi być. Umieramy tam gdzie upadamy. Nagle, cicho, bez bólu. Po prostu tracimy czucie, nieznośnie depresyjnej istoty istnienia. Tracimy z oczu ten świat. Pełen niezamkniętych drzwi i furtek. Pełen luster złożonych z dusz. Twarzy naszych wspomnień. Ludzi spotkanych po drodze. Nie potrafiłem być głuchym na ich słowa. Przebili nimi bak mojego dopamicznego paliwa. Gdy się nim wykrwawiałem, oni wybijali szyby, gięli karoserię, wykręcali skrzynię biegów i silnik. Do bagażnika włożyli ciężar każdego gestu i rozmowy. Kazali go wlec przed siebie na przebitych, zszarganych oponach nerwów. Było mi obojętne kto usiądzie za kółkiem. Zawsze ktoś inny kręcił kierownicą. Było mi wstyd, że jako tak piękny klasyk, muszę iść na złom. Potną mnie żyletki, ścisną prasy, rozbiją młoty. Zostanę kostką metalicznego odpadu. Wrzuconą na szczyt piramidy niedawnych królów. Wyprowadziłem się z domu. Jak wzgardzone dziecko alkoholików, wyszedłem w piżamie, zarzucając plecak na ramiona. Na podjeździe czekał wrak mojego dawnego auta. Wrósł w ziemię zarośnięta chwastem i kaleczącą dłonie i stopy, wysoką trawą. Trupy powinny trzymać się razem. I spoczywać obok siebie. Byłem śmiertelnie blady. Z głodu, wycieńczenia i upływu krwi. Jej ślad ciągnął się za mną od progu domu. Nóż został na kuchennym stole. Samochód był zielony, lecz odrapany, brudny i wypłowiały od słońca. Zżarty przez rdzę. Postępowała jak gangrena. Zaraza. Zostawiała blizny ludzkich słów. Usadowiłem się z trudem na fotelu kierowcy. Spojrzałem na zawalony strop garażu z wyrwanymi skrzydłami, metalowych drzwi. Na nich miał spoczywać napis nagrobny. Lecz ten cmentarz był opuszczony od dawna. Nie będzie tu nigdy żadnych gości. Zapaliłem ostatniego papierosa. Smakował porażką. Zablokowałem zapalniczkę. I cisnąłem ją przez wybitą szybę na próg. W ślady krwi. Zajęły się niczym benzyna a strumień ognia momentalnie powędrował w moim kierunku. Gdy doszedł do mojej rany i trzewi. Eksplozja rozsadziła nas na krwawe strzępy. A garaż zajął się ogniem zaraz potem. I tylko proch umykał przez szczeliny powykręcanej od temperatury karoserii, Rozmył się w półmroku pasiastych pól, i ukwieconych, lipcowych łąk.
- 3 odpowiedzi
-
6
-
- depresja
- dekadencja
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Chodząca tragedia
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
@Berenika97 Wczoraj po prostu napisałem go tak ekstra i nie chciałem czekać z publikacją do dzisiaj. Choć napewno mógłby być lepszy i inny. Nie mogę się ostatnio skupić dobrze na pisaniu.- 4 odpowiedzi
-
1
-
- dekadencja
- dekadentyzm
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Pomysły uporządkowane. Myśli w jeden kurs zebrane. Schowane na później do skarbonki umysłu. Jak drobne gesty i zdania, nie mające właściciela i adresata. Jak wspomnienia zatarte wyparciem. Przeinaczone tak by były do przyjęcia. Nie piję i nie jem. Zamiast drzemki wybrałem nerwowe skrobanie stalówki o nierówną skórę wyjątkowo twardego papieru. Obiecałem, że z tym skończę. A może z sobą? Sam nie wiem. Nie pamiętam. Wiem, że wyszłaś bez słowa. Wyjechałaś w rodzinne strony. By odpocząć ode mnie i mojego pisarskiego przekleństwa. Leżę pośrodku pokoju. Mogę wstać, lecz po co? W ciemności kątów. Kurz tańczy z zagrzybiałą pleśnią. Pająki wiją się w górę i w dół na zwiewnych niciach pajęczyn. Okno przepuszcza światło słońca. A może to niebo otworzyło swe bramy. Klucze, schody, drabiny. Do nieba prowadzi mnie tym razem kolejny łyk wódki. Kto normalny dziś tworzy poezję. A kiedyś? Jednak wszyscy byli chorzy. Książki patrzą na mnie ukradkiem. Wstydzą się. Choć rozumieją. To same horrory, groza i ludzkie tragedie. Ja jestem chodzącą tragedią. Leżącą i pijaną w sztok. Napisałbym do Ciebie wiadomość o treści kocham. Napisałbym dla Ciebie wiersz o treści miłuję Cię niewysłowioną gorączką serca. A dalej byłabyś tylko Ty. Naga, z serdecznym lekko zarumienionym uśmiechem. Pieściłbym Cię romantycznym słowem, erotyczną grą rymowanych wersów. Z lubością zanurzyłbym język w zakamarkach liter dużych i małych. W prostocie i krągłości głosek i sylab. Gładziłbym kulistymi ruchami czułe wzgórza wznośnych epitetów, delikatne i przyjemnie wilgotne ścianki porównań. Stałabyś się moją poezją. Zapisałbym każdy milimetr Twego ciała. Utrwaliłbym anioła na cokole spiżowym, który prześcignął by wszystkie cuda tego świata. Ale najpierw muszę wstać. Ruszyć na podbój świata dla Ciebie. Stanąłem z trudem na nogach. Przeciąg otworzył okno a po chwili tylne drzwi do ogrodu. Letni pachnący kwieciem i owocem ogród, nie da mi weny. Wszedłem do niego jednak wabiony obrazem raju. Uroniłem z krzaka. Jedną malutką malinę. Nie smakowała mi. Nie dlatego, że była zepsuta lub zbyt mało słodka. Po prostu nie były to Twoje usta. Zawsze pełne posmaku szminki, tytoniu i cynamonowej nuty perfum. Nie piję i nie jem. Nic co nie jest nektarem z Twych ust. Widać umrę tu z wycieńczenia. Czas więc wracać i siadać do biurka, by napisać ostatni miłosny wiersz. Dla A.S.
- 4 odpowiedzi
-
5
-
- dekadencja
- dekadentyzm
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Tułacz na pokładzie wraku
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Na liniach czasu Czasami dłużej zajmuje mi dobranie tytułu niż sam proces pisania. -
Mgławica szeptów
Simon Tracy odpowiedział(a) na Na liniach czasu utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Na liniach czasu Zazwyczaj nie sięgam tutaj po delikatną, miłosną poezję ale Twój wiersz jest wyjątkowo dobrze napisany. Oryginalny pomysł i bardzo dobry język poetycki. -
nietoperzanka
Simon Tracy odpowiedział(a) na MIROSŁAW C. utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@MIROSŁAW C. Uwielbiam takie liryczne krajobrazy natury. -
Tułacz na pokładzie wraku
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@MIROSŁAW C. Bardzo dziękuję za odwiedziny. @violetta No właśnie miałem kilka innych i żaden nie pasował, więc musiałem się ratować jakkolwiek -
Uciekłem jak tchórz. Mężczyzna powinien brać odpowiedzialność za swoje czyny i życie. Powinien sterować poczynaniami na tyle skutecznie by omijać zdradliwe skały niepowodzeń i sztormy porażek. Bogactwo, wierność, stałość uczuć i leniwa codzienna stagnacja w ułożonym spokojnie życiu u boku pięknej żony i gromadki pociech. Brzmi romantycznie. Zbyt pięknie. Nie dla mnie bezpieczny, cichy dom. Nie dla mnie zakwitłe ogrody, różanej miłości. Nie potrafię żyć, życiem milionów. To ich marzenia. Ich sukces i normalność. Dla mnie normalność to chaos. Pustka wewnątrz a burza na zewnątrz jestestwa. Dla mnie życie to chwila, mgnienie, ciągły ruch. Ciągła walka z samym sobą. Depresyjnym balastem przeszłości. Czasami to ludzie a innym razem demony choroby, są moją kotwicą. A ja wyrywam się i wiercę niespokojnie. Staję wręcz dęba i duszę się w obroży niemocy. Wreszcie i tak przegrywam. Bezwolnie poddaje się ich woli. I cierpię w swym człowieczym wraku. Gdzieś pośrodku oceanu czarnych myśli. Na dennym, piaskowo-żwirowym dnie. Rozpadam się od rufy po dziób. Gniją we mnie pokłady zrozumienia. Żagle rwą się na strzępy, ulatując w niebyt żywiołu. I tylko beczki z prochem, czekają na zapalną iskrę. Odpal lont skręcony naprędce. I zawlecz go do prochowni. Chociaż raz okaż miłosierdzie a nie zimną obojętność. Dlatego właśnie ciągle miałem uśmiech na twarzy. Zapewniałem Cię, że kocham ponad wszystko. Spędzałem czas tylko przy Tobie. Chłonąłem każdy dotyk, słowo, czułość. Lecz we mnie tlił się już pożar. Wiedziałem, że zostać z Tobą na stałe, równałoby się tragedią dla obojga. Bo ja nie jestem księciem na białym koniu ani dostojnym kapitanem. Jestem tylko przerażonym majtkiem, co szuka protekcji w szponach wiecznej tułaczki. Dlatego rankiem próżno wyglądałaś mnie przed bramą kościelną. Zostałaś sama przy ślubnym ołtarzu. Skradłem Ci serce wiem to. Lecz nie szukaj zemsty ani sprawiedliwości po zhańbieniu jakie Cię spotkało. Moją karą jest samotna żegluga po wieczność. Nocą, zaciągnąłem się w porcie na pokład jakiejś starej brygantyny. Kapitan zwyzywał mnie od szczurów lądowych i zakichanych dzieciaków. Zapytał kim miałbym być na jego okręcie. Nic nie wartym balastem. Odpowiedziałem. Rozbawiłem go tak szczerze, że podarował mi funkcję nawigatora. Rankiem odbiliśmy od nabrzeża. Wychodziliśmy przez główną redę. Wspinałem się ku oku na grotmaszcie. Wtedy ujrzałem Cię obok opustoszałego doku. W białej, ślubnej sukni z szerokim trenem. Welonie opuszczonym na twarz. Z bukietem róż w dłoniach. Patrzyłaś z życzeniem śmierci na ustach. A ja zatonąłem w Twych oczach po raz ostatni. Czując się jak rozbity wrak, gdzieś tam na serca dnie.
-
Szare eminencje
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Przy okazji tego utworu stworzyłem sobie kolejne alter ego. Żerebcow ma już swoją historię i pełny życiorys. Będę go wykorzystywał jako narratora i bohatera do kolejnych utworów w duchu sowieckiego realizmu.- 4 odpowiedzi
-
2
-
- proza poetycka
- sztuka
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Otworzyłem obitą i zdartą szufladę, dębowego, zabytkowego biurka. Narobiła hałasu jak zawsze, gdy potrzebowałem jej nieocenionej pomocy w ukryciu kolejnej mojej ofiary. To jest, maszynopisu zaczętego ledwie rozdziału książki, która kuła nie tylko moje, przekrwione i wypełnione obawą oczy autora. Ale szczególnie zainteresowałaby tych z góry. Recenzentów, wydawców, edytorów a w szczególności cenzorów. Oni najchętniej cisnęliby ją w ogień a mnie do celi na Kriestach a potem kula do nogi lub do głowy. Droga na Kołymę lub do ziemnej dziupli grobu. Poeta-śpiewak wśród ludu. Pomazaniec boży między szarakami. Król Lir, siedzący jednak na tronie ze szpilek i gwoździ, zamiast na kremlowskim tronie czerwonego terroru. Mimo środka, krótkiego styczniowego dnia, w pokoju panował półmrok. Wszędzie tylko szare kontury mebli, czarne zagłębienia i zaułki, ciemne dusze postaci na ścianach, które słuchają każdego osobnego oddechu i raportują o nim dalej. Dzień i noc. Drzwi były liche, miękkie, prześwitujące. Nie spełniały się w roli zachowania intymności. Zamek nie był w pozycji zamkniętej. Każdy mógł sobie wejść i przeszukać pokój, moje ciało i duszę. Nie miałem nic do ukrycia. To maszyna wypluwała z siebie litery i całe zdania. To szuflada kolaborowała z zachodem. Ich zesłać do łagrów a poetę zostawić w spokoju. I tak zdechnie. Bo jaką może mieć inną rolę w teatrze czerwonych kukiełek? Sięgnąłem po butelkę samogonu, czekającą cierpliwie na swą kolej. Pociągnąłem zdrowy łyk. Duży i łapczywie. Jak dziecko, przywarte do piersi matki. Wreszcie odetchnąłem. Nie z powodu mocy alkoholu a ulgi. Pomoże uciec mi w sen. Nie spokojny i głęboki oraz nie ten kolorowy. Czarno biała projekcja umysłu. Wszystko rozmyte w szarości. Ludzie, drzewa, budynki, place… i serca ludu. Wszyscy wokół solidarnie, umyli ręce. Przemyli swe twarze. I zrozumieli, że jednak można tu żyć. Bez głębi potrzeb. Bez uczuć wyższych. Bez cudownie ocalonych wybawicieli. Ich jedynym prawem była niewola. Złożyłem zbyt mocne okulary i wsadziłem je do kieszeni. Znów straciłem dzień. A może wygrałem kolejny. Wszystko tutaj jest nieoczywiste i stoi na głowie. Nic nie wydaje się zbyt groteskowe. Zbyt fantastyczne. Zbyt niedorzeczne. A jednak świat potrafi płatać dziwne figle. Ktoś zapukał do otwartych drzwi. A więc to już czas. Przyszli i tutaj. Po mnie i mój maszynopis. Cudownie. Otwarte, rzuciłem zbyt srogo i odważniej niż zamierzałem. Drzwi ustąpiły lekko. Klamka zapadła się pod ciężarem czyjejś dłoni. Na granicy progu, stały dwie postaci. Mężczyzna około pięćdziesiątki oraz jego towarzysz… bezsprzecznie był to duży, dorodny, czarny kocur, stojący niczym człowiek na tylnych łapach. Mężczyzna ubrany był w płaszcz podbity futrem, grube walonki i czapę z gronostaja. W ręku dzierżył srebrną, elegancką laseczkę zakończoną głową węża. O dziwo kot nie był jedynie w swym naturalnym futrze. Narzucił na nie całkiem szykowny, z pewnością drogi i dobry gatunkowo smoking. W butonierce spoczywała, żywa, czerwona róża. Nie miał na łapkach butów, lecz na łebku spoczywał mu, skórzany, wąski cylinder, przepasany białą, jedwabną wstęgą. Dopełnieniem stroju był biały długi szal oraz tożsama lecz krótsza laska, tak jak w przypadku mężczyzny. Pierwej patrząc na nich pomyślałem o trupie cyrkowej lub jakimś niesmacznym żarcie biura politycznego towarzystwa literatów. Mężczyzna miał wzrok ostry i nie lubiący sprzeciwu ani walki. Objął nim najpierw pokój a potem mnie. Wstałem jak uczniak do odpowiedzi, bo i spodziewałem się od niego pytań. Wy obywatelu jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Tak, odpowiedziałem pewnie jak na apelu. Chciałem dodać jeszcze a wy, ale jakoś język ugrzązł mi na zębach. Mężczyzna i kot weszli śmiało jak do siebie. Wystawili prawicę na przywitanie a ja uścisnąłem je, może trochę zbyt mocno. - Nazywają mnie Mistrzem, obywatelu Żerebcow a to mój przyjaciel … ekhmm … - kot chrząknął tak jak gdyby chciał dać znać Mistrzowi by ten się nie zagalopował i nie powiedział zbyt wiele na wstępie - No tak… ma imię lecz nie lubi się nim dzielić. Jest bardzo znane, jak i on sam. Lecz nad wyraz stronnicze i nie wiedzieć czemu pejoratywne w odbiorze przez ludzi. Kot uśmiechnął się tajemniczo lecz miał przez chwilę dziwnie zły błysk w oku. - Rozumiem, że jest pan oficerem i Mistrz to jedynie przykrywka. To oczywiste. A kolega kot. Kamuflaż doskonały. Zapewne mój kat a może zbawca. Ale obiecuję iść dobrowolnie, nie róbmy niepotrzebnej hucpy. Aha… przeszukanie jest zbyteczne. Maszynopis jest w szufladzie biurka. Drżyjcie, palcie, depczcie. Wszystko jedno. Kula i tak czeka. Mistrz udał się do wskazanej szuflady i wyjął bezsprzeczny dowód zbrodni, ale i powód do kary. - Ten maszynopis macie na myśli obywatelu Żerebcow? My w tej sprawie właśnie. Nie sądziliśmy, że pójdzie jak z płatka. Zamiast jednak kuli w skroń czy potylicę mamy dla Was coś lepszego i nie mam na myśli carskich wczasów na Kołymie. Kot przejął maszynopis, poślinił łapkę i przekartkował całość strona po stronie. - Wspaniała robota Żerebcow. Macie talent i nie boicie się wsadzać kija w mrowisko lub szybciej w ul pełen wściekłych os. Za to jest wyrok śmierci. - podsunął mi książkę pod nos - Ale ja mam dla Was umowę. Wy podpiszecie a mój szef to wyda. Mało tego, nie wyda Was Żerebcow. Będziecie wolni, będziecie mistrzem jak ten tutaj - wskazał na Mistrza z uznaniem i szacunkiem - Podpiszę choćby i wyrok własnej śmierci. Nie boję się niczego. Kot wyjął zza klapy smokingu staromodny pergamin z dwiema pieczęciami u spodu. - Oto kontrakt. Jest trwały… wieczny i jego postanowienia nie podlegają żadnym późniejszym zmianom ani modyfikacjom. Wy mistrzem a mój szef panem i władcą waszej … ekhmm Tym razem Mistrz uciszył Kota. Ten zrozumiał rychło swój błąd i dokończył - Twórczości i talentu … bo przecież nie duszy - uśmiechnął się pod długim wąsem. - To co podpisujecie obywatelu Żerebcow? Wziąłem pióro ze stołu i już chciałem nachylić się do złożenia podpisu, gdy Kot chwycił mnie za przegub. - Jeśli można to wolimy podpis krwawym atramentem. To nie boli. - Mistrz wyszedł przede mnie. Trzymał w ręku lekko zakrzywiony nóż. Naciął nim skórę na moim serdecznym palcu i przyłożył go do pergaminu. Krew się zagotowała i zostawiła trwałe odbicie linii papilarnych. Kot podpisał piórem obok znaku. Podpis brzmiał, Behemot. Diabeł czy nie Diabeł było mi wszystko jedno. - Teraz czekajcie na decyzję Towarzystwa Literatów. Dobrego dnia. Zwinęli cyrograf, zabrali maszynopis. Ukłonili się serdecznie i zniknęli za progiem. A ja wiedziałem, że Diabeł nie tkwi w szczegółach, nie w sztuce a w duszy każdego z nas.
- 4 odpowiedzi
-
7
-
- proza poetycka
- sztuka
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Strażnica praojca
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Demon w tym wierszu to poeta wyklęty a ród o którym mowa to wszyscy poeci wyklęci na przestrzeni wieków. Dlatego nie ma żadnego powiązania między nimi oprócz skalanej poezji.- 4 odpowiedzi