Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Simon Tracy

Użytkownicy
  • Postów

    847
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Simon Tracy

  1. Na plaży było pusto i głucho jak oko wykol. Fale oceanu płonęły, pomarańczowym ogniem schowanej do połowy tarczy słońca. Mógłbym skoczyć w ten magiel żywiołów i odejść wreszcie bez cienia winy, kary czy wspomnień. Zatopić wreszcie swój wrak w potędze posejdonowego królestwa. W oku cyklonu z którego nie wyjdę choć na krok. Moje ślady są tak niewidoczne. Odciskają się ledwie w zimnym i mokrym piasku. Nie to co blizny zadane przez ludzi i siebie. Skrwawione przeguby i ramiona. Rozbite, umysł i serce. Po kontakcie z naturą człowieka. Idę spokojnie ku spienionym falom. Mijam skruszałe i zalane powodzią słonych łez, zamki na piasku. Kiedyś byłem ich budowniczym, potem nadzorcą aż wreszcie obrońcą. Straciłem je wszystkie. Jeden po drugim. Teraz są tylko ruiną a zarazem żywym pomnikiem mojej klęski. Marzyłem tylko o separacji od świata. A świat odpłacił mi wojną. Wygrał. Zamęczył jednostkę setką problemów, tysiącem spraw i milionem bez ideowych rozmów. Zniszczyli mnie i nawet nie usłyszałem słowa przepraszam. Bo jak można tak żyć? W mroku, nędzy, upadku. Depresji wszelkich inicjatyw. Pogrzebie witalności i pochwale marnej śmierci. Zostałem przez nią powołany. Nie do życia w zakłamanym stadzie. Lubię plaże. Są jak ja. Dzikie i odseparowane. Samotne i ciche. Zalane, przypływem rozpaczy. Odkryte, odpływem racjonalności. Błąkam się jak okręt pozbawiony zbawczego światła latarni. Wchodzę czasami na klif, górujący nad zatoką Nocny wiatr, popycha mnie ciepłym objęciem ramienia ku przepaści. Na plaży iskrzą ogniki dusz. Życiowych rozbitków. Skacz i poczuj wolność. Jak my. Jak nam podobni. Obiecuje im, że jutro skoczę lecz dziś chcę wrócić do domu. Pić i pisać. Zmazać swój strach i ból. Otrzeć łzy bezwartościowym wierszem. Odwracam się i biegnę. Mgła powstała nad zatoką, unosi mnie w swych gęstych kłębach. Eskortując bezpiecznie do samych drzwi.
  2. @Poet Ka Jestem pod wrażeniem. Tym większym, że wyczuwam w tym tekście nawet bez zawartego przed nim obrazu ducha mojej ukochanej Belle Epoque.
  3. Na podjeździe do domu, zazwyczaj zarezerwowanym dla mojego auta, zastukotał dźwięk podkutych końskich kopyt, dało się słyszeć ostrą pracę, zmęczonych długim galopem chrap. Zapadła krótka, niespokojna cisza… rżenie osmańskiej, przysadzistej i gniadej klaczy, poniosło się w wieczorny mrok. Dawniej na wsi takiej jak ta, odezwałoby się ku niemu, panie koguta, ryk bydła czy kwik prosiąt. Teraz jedynie usidlone w metalowe kraty kojców lub przycupłe w zamarzniętych zaspach ogrodzeń psy, szczekały przeraźliwie, ujadały i wyły. Drżały już nie z zimna a trwogi. Podwinęły ogony między tylne łapy i przekrwionym wzrokiem, łypały lękliwie ku postaci ostatniego ducha dawnych dni. Klacz zatrzymała się, dumnie prężąc mocarną pierś. Wyciągnęła łeb naprzód, eksponując pięknie ułożoną i zaczesaną grzywę. Uprząż na jej głowie, zdobiła ją jak końską księżniczkę. Wysadzana była szafirowymi i rubinowymi guzami. Wędzidło i uzdy z najwyższej klasy skóry, przeszywane złotą i srebrną nicią. Turecka, krótka i wysoko osadzona kulbaka niczym tron monomacha. Uginała się wręcz od złota i kamieni. Perski czaprak pod jej ciężarem, szczelnie osadził się na bokach klaczy, zdobiąc grzbiet jak koronacyjny płaszcz. Jeździec musiał być doskonały w swym fachu lub ufać klaczy bardziej niż komukolwiek innemu. A to dlatego, że jechał bez wsparcia strzemion a popręk założony był luźno tak by nie zadawać zbędnego bólu zwierzęciu i pozostawić mu jak największą swobodę. Jeździec gładko przełożył nogę i opadł na niedawno odśnieżoną kostkę podjazdu. Poklepał wierną towarzyszkę i ruszył ku drzwiom domostwa. A był to nie zamek, nie pałac czy dwór szlachecki a zwykły nowoczesny dom. Piętrowy, z żółtą elewacją, dużymi oknami, dachówką na dachu i założoną nie tak dawno fotowoltaiką. W salonie i kuchni na parterze panował mrok, ale w mniejszym pokoju na piętrze paliło się światło nocnej lampki, ledwie rozjaśniające, grube, białe, okienne rolety. Jeździec stanął na progu, bacząc jeszcze widać na kolejny ruch. Odetchnął ciężko, pogardził przyciskiem dzwonka i zapukał donośnie. Światło momentalnie zgasło. Dało się słyszeć odgłos zamykanych drzwi i lekkie acz prędkie kroki na schodach. Szczęk zamków, naciśnięcie klamki i już mógł ją ujrzeć na powrót. A nie było ku temu sposobności przez lata. Stanęli naprzeciw siebie. Szczęść Ci Boże Mario Antonino w ten wieczór wigilijny. Jeślim nie gość w dom Twój, to i z pewnością nie Bóg a prędzej diabeł, lecz może w oczach Twych ciemnych, jeszcze ojciec marnotrawny a jeśli już nawet i nie on to może chociaż wędrowiec co prosi o gościnę i miskę strawy. A pamiętaj wędrowca przegnać z progu swego, to grzech śmiertelny, szczególnie w ten jeden wieczór. Widział łzy w jej oczach, nie spodziewała się go jeszcze kiedykolwiek ujrzeć. Choć prawdę powiedziawszy nie widziała go przez większość swego życia. Jej ojciec nigdy dla niej nie umarł. Nie wyrzekła się go, choć matka błagała ją o to, tworząc jej w myślach od maleńkości obraz człowieka porywczego, tyrana i pijaka co bardziej ukochał wojnę i złotą wolność nad rodzinę. Był kim był. Mówiono, że Stadnicki Diabeł to przy nim święty z ikony. Walczył całe życie. W obronie swych praw, dóbr, honoru. W obronie Rzeczypospolitej i świętego ukraińskiego, rodzinnego stepu. Ostatnie lata walczył i ze swymi demonami. A jak wiadomo Fortuna to stara murwa. Raz groszem sypnie a innym razem rzyć gołą ukaże i kijem jak mołojca, do krwi ostatniej obije. Więc teraz na starość przybył się żegnać. Ze światem jaki chciał od zatracenia uchować, ale i z jedyną córką. Jedyną osobą, która mu pozostała. Wejdź ojcze. Zaprosiła go gestem do środka, po czym gorąco uściskała. Nie była już dziewczynką, panną na wydaniu ani niewiastą w kwiecie wieku. Dobijała już do lat czterdziestu a on nie widział jej od przeszło ośmiu. Cudowne i grube, jasnorude włosy uplotła w warkocz sięgający końca pleców. Oczy jej prawie czarne w świetle, tak bliźniacze jego oczom, rzucały wesołe iskierki i były niczym przepełnione optymizmem i miłością lustro w cudownej urody ramie, jej bladej, piegowatej cery. Była od niego niższa o głowę. Szczupła i wiotka wręcz. Doskonała byłaby z niej stepowa wilczyca. Pamiętał jak uczył ją jazdy konno, walki karabelą czy ubierał nie w suknie a zdobne sukmany i żupany. Zawsze prawił jej, że musi mieć umysł lotny i wolny a prawicę silną i niezależną. Bo jest ostatnia z rodu ludzi wolnych. Ujął jej dłoń i ku swemu zadowoleniu ujrzał na serdecznym palcu rodowy sygnet z jasieńczykowym kluczem i parą pawich piór. Nigdy go nie zdejmuję i noszę jako obrączkę której się nigdy nie doczekałam i już nie doczekam. Widać taki mój los ojcze żem zaślubiona samotnej śmierci ale wiernie trwam jako ostatnia z rodu. Masz jeszcze czas dziecko, by Twe łono wydało błogosławionego dla mnie wnuka i jemu przekażesz kiedyś ten pierścień, jako wszyscy poprzedni Tobie od czterystu lat. Ty mieszkasz tu jak w bajkowej bańce. Znoju ani śmierci tu nie ma. Krwi i cierpienia nie zaznałaś nigdy. Do wojny i pokoju starań nie musiałaś toczyć. Toć teraz polska wieś bezpieczna i spokojna. Bogactwo dawnych dworów zgrabione pod liche strzechy. Myśmy już wszystko zapomnieli, często to słyszę od zdrajców herbowych. A ja pamiętam i trwać będę. Bo nie sądy i trybunały będą o mnie stanowić ani plebejskie konstytucję na pohybel panom braciom spisane. Ja jestem prawem. I prawem i lewem mogę ciąć prostaczków przygłupich łby tą oto miłą kochanką. Wyjął z czarnej pochwy, długą, kozacką szablę. Pokrytą ornamentami na głowni i rękojeści. Ja jestem duchem przeszłych lat, co żyją póki i ja dycham jeszcze. Nie widziała ojca te osiem lat. Zmienił się, zestarzał, opadł z sił. Jego łysa czaszka nosiła ogrom blizn i cięć. Stracił prawe oko a lewe przecięte było na wskroś blizną zapadłą lekko i czernawą. Wąs siwy i długi opadał na gęstą i jeszcze okazalszą brodę. Był w zdobnym żupanie o czerwonej jak krew barwie, przepasanym jedwabnym pasem z klejnotami Kontusz ze złotogłowia narzucił niedbale a na nim jeszcze szal z sobola. Buty o noskach wysokich, widać nosił od dawna bo poznały na własnej skórze ciężar jego żywota. Ugość mnie dziecko przez te noc. Porozmawiamy i powspominamy. Byle nie Twą matkę nieboszczkę, niech ją diabły ochoczo chędorzą w piekle za to kim była i czym się stała. Rachuję, że wina czy marmazji u Ciebie niestatek? Lipcowego dwójniaka w beczkach też raczej nie trzymasz? Więc choć kawy zaparz może mi od niej trzewia nie pogniją. Nalej też wody czystej do wiadra i napoj moją kochaną Strzygę, co by mogła skosztować czego innego niż krwi wrogów. Ale najpierw słuchaj tego co rzeknę Ci teraz. Następnym razem przybędę tu martwy już. Lub dojdzie Cię wieść o mym zgonie. Tylko jedną mam prośbę najdroższa Mario. Zdobądź me prochy i jedź czym prędzej wtedy za granicę która teraz wszystkich dzieli lecz której ja nie uznaję. I rozpuść mnie na wiatr nad ukochanym stepem. Przysięgasz mi Mario? Przysięgam ojcze.
  4. @Lenore Grey Wow! Chyba mój ulubiony wiersz od teraz z Twojej twórczości.
  5. @Berenika97 Bo tak faktycznie jest i dokładnie taki miałem zamysł tworząc ten tekst
  6. @Lapislazuli Całkowita prawda zawarta w wierszu. Muzyka jest mi nawet bliższa niż poezja. Choć w jednej i drugiej mam dość osobliwe ulubione gatunki
  7. @Lapislazuli No u mnie to już trzeci portal, 18 lat pisania i przeszło trzy tysiące wierszy. Ale nowości wrzucam na bieżąco tylko tutaj i na tiktoku
  8. @Lapislazuli Chyba i ja znajdę coś dla siebie czytając Twoją poezję.
  9. @Lapislazuli Więc zapraszam do lektury, choć z pewnością nie jest ona lekka ani przyjemna.
  10. @Lapislazuli Dziękuję. Piszę nie tyle czystą poezję co prozę poetycką głównie w klimatach gotyckich, dekadenckich i modernistycznych
  11. @Poet Ka Bardzo doceniam kunszt językowy i koncept poetycki. Choć to zupełnie przeciwległy biegun do tego w którym się odnajduję
  12. @Lenore Grey Bardzo dziękuję. Wiedziałem, że Cię zainteresuję.
  13. Im wyżej serpentyną, bukowych i startych do cna, pałacowych schodów głównego hallu, tym refleksy światła dnia, stawały się jakby coraz bardziej strachliwe i zastanawiały się czy brnąć po jasnej ścianie ogołoconej z portretów, bibelotów i sztukaterii, ku najwyższemu z pięter. Gdybyś mój drogi Czytelniku, przybył tu prowadzony pierwszą, jasną, wiosenną pełnią, wtedy krocząc w górę schodów z lampą naftową w prawicy, uczułbyś w porę prędką jak błysk, że to nie ogień rozmywa mrok a mrok osacza wątły ledwie zalążek płomienia. Chcąc wejść jak najwyżej, musiałbyś z każdym, potwornie długo rozważanym krokiem, baczyć na to, że wchodzisz do świata gdzie nic co ludzkie i namacalne nie może Cię ocalić. Zwłaszcza coś tak zawodnego jak umysł. Ten kto uważa się za skostniałego i zatwardziałego racjonalistę o sercu z lodu i kamienia. Też przegrałby w starciu z grozą tego miejsca. Czułby w całej apokaliptycznej agonii, jak lód i kamień, kruszeje pod wpływem jej głosu, śpiewu i śmiechu. Ale cóż to jest by jedynie słyszeć, czuć, przeczuwać. Trzeba ujrzeć by uwierzyć. Postać jej jest zagadką dla ludzi. Żywy trup. Żywy duch. W martwym od pokoleń domu. Jak grobowcu zarośniętym bluszczem i powojem. A ona tak piękna. Tak rozkosznie młoda i pełna pasji. Nieświadoma stąpania po linie pogranicza życia i śmierci. Jej postać uwiodła wielu. Stąpa powoli po swej włości. Za dnia jak i w nocy. A to odpoczywa na kocu w cieniu ogrodowej jabłoni. To znów stoi u odrzwi rozwartych na oścież, rozglądając się ciekawie na boki, jakby za kim kto uszedł przed nią z domu i nie wrócił więcej, lub umówił się że przybędzie lecz wystawił jej uczucia na próbę. Lecz najgorszym przypadkiem jest to, by wracać samotnie obok pałacu, wczesno kwietniową nocą, szczególnie tą gdy deszcz płynie lodowatymi strugami ze stalowych chmur, lub gdy mokra, śnieżna zadymka uderza w pierś zmęczoną i przykleja się do zmarzniętych ust i nosa. Nie patrz wtedy w okna najwyższego piętra, choćby diabły miały wyskoczyć z zaułka ulicy i szarpać miały Twą głowę na karku ku budynkowi. Ona zawsze patrzy z okna na ulicę i błaga słodkim, pójdź ku mnie, ogrzej się, rozgość, zwierz się, zabaw, miłuj… ostań na wieki ze mną. Wielu opłakano gdy okazało się, że znaleźli w pałacu swój grób. Jednak kto zliczy tych co płakali przez żywe, niewieście upiory. Zdradzające, manipulujące, wykorzystujące. Zimne i bezduszne jak trupy. Byłem już o krok od grobowej deski. Alkohol wypalił mi trzewia, gruźlica płuca a niespełniona miłość rozkrwawiła serce. Szedłem więc pijanym krokiem obok jej okien. Traf chciał, że było to czwartego dnia kwietnia akurat w dzień męki pańskiej. Bary i speluny były moimi stacjami. Zdradliwa narzeczona, Piłatem co umył ręce i wydał wyrok. Upadałem więcej razy niż po trzykroć w deszcz i kałuże. Zbiczowany przez myśli o zakończeniu życia. I wtedy dostrzegłem jej urzekającą postać w oknie. Rzekła jedynie, pójdź i drzwi uchyliły się natychmiast skrzypiąc nie naoliwionymi zawiasami. Wszedłem przez ogród na schody i przez drzwi, ku schodom bukowym głównego hallu, serpentyną na piętro. U ich podnóża na stoliczku, stała zapalona naftowa lampa. Chwyciłem ją w prawicę. Ruszyłem. Było mi wszystko jedno. Chciałem tylko kochać. Im wyżej tym lampa świeciła słabiej. Gdy tylko pod stopą uczułem podłogę ostatniego piętra, lampa zgasła a z ciemności szerokiego korytarza wychynęła jej postać. Mogła być równie dobrze żywa bądź martwa. Była z pewnością spełnieniem się snu. Moim gotyckim, wiktoriańskim romansem. W sypialni okazała mi swe wdzięki i sztuki miłosne. Była żywa duchem a martwa ciałem. Zupełnym przeciwieństwem mnie. I może dlatego była moją wiecznością. Bo przeciwieństwa się przyciągają.
  14. @Lenore Grey Twoje poetyckie obrazy są niesamowite.
  15. "Rozmowa z katem" Po raz pierwszy się uśmiechnąłeś. Ulżyło mi, bo już myślałam że rozmawiam z kamiennym golemem o granitowej, ponurej masce. Zresztą chyba Cię męczę niepotrzebnie, jestem zupełnie nie w Twoim typie. Ta randka jest jak stronniczy wywiad, mający znamiona nachalnego przesłuchania. Nie lubisz gdy ktoś ciągle mówi i zadaje masę pytań. Przepraszam. Nałożyła do ust kawałek szarlotki i z zupełnie zmieszaną miną skurczyła się jakby na restauracyjnym fotelu. Poprawiłem mankiety koszuli o śnieżnobiałej barwie. Sięgnąłem po kieliszek Merlot i kątem oka złapałem odczyt fluorescencyjnych wskazówek zegarka. Był to idealny moment do ataku. Godzina zero. Przeszyłem ją stalowym wzrokiem, może zbyt srogim i barbarzyńskim ale z pewnością męskim do głębi. Przebiegł przez jej ciało niespokojny dreszcz. Wyczułem go. W pytaniach nie ma niczego złego i same w sobie nie wyrządzają również szkody i krzywdy. Nie ma pytań nazbyt łatwych i błahych, nie ma tych niegrzecznych i nie na miejscu. Problem tkwi w szczerości i bezkompromisowości odpowiedzi. W ich złożoności i tajemnicy, lub przeciwnie w odpowiadaniu bez strachu o ocenę. Zganienie, śmieszność, niepokój. Chcesz prawdy a nie wiesz jak daleko mogę się w niej posunąć. Dalej niż w kłamstwie. Kłamstwo jest iluzją percepcji umysłu. Prawda jest stanem faktycznym. Dokonanym. Namacalnym. Kłamstwo można zmyć niczym grzech. Prawdę dźwiga się niczym krzyż. Ciężar, któremu nie sposób zaprzeczyć. Widziałem, że nie rozumiała ani słowa. Biedne, młode pokolenie kwantowych umysłów. Myślą za nich procesory nie pradawny instynkt. Zadałaś mi jakiś czas temu ciekawe pytanie. Odpowiedziałem wtedy, że są rzeczy, których nie chcemy wiedzieć. Są osoby, których nie chcemy znać. Są czyny za których wykonanie, piekło staje się niebem. A pytanie wydawało się bezmiar błahe. Przytaknęła z zawahaniem, ponętnie blednąc na licu i w okolicach piersi. No tak, pytałam wtedy kim chciałbyś zostać w przyszłości? Bo chyba zawód poety naraża Cię na śmieszność i wzgardę a nie szacunek i podziw? Lubię żartować ze swej roli robaka w świecie samolubnych, pięknych motyli. Ale rola motyla zabiła by mnie esencją dobra, dlatego chciałbym być … katem. Dla siebie i innych. Piękna, stara profesja. Jeno niewiele wyżej uiszczona w skali od zawodu ulicznicy. Wzbudzająca strach. Tak namacalny i miły moim oczom. Każdy lekarzyk ma swój cmentarzyk. A jakże i kat nie gorszy jest w tym. Bo obok cmentarza ma swą szubienicę a nawet kochankę gilotynę. Piękna jest śmierć z pętlą zaciśniętą u szyi. Te szarpane, wstrząsy ciała, uwieszonego w powietrzu. Rzężenie na łasce konopnej liny. Kiedy kostucha radośnie buja Cię na huśtawce ze stryczka. Bawi się agonią ostatnich spazmatycznych oddechów. A potem nagła cisza. I spokojne, stygnące ciało o wybałuszonych oczach i spuchniętym od zastałej krwi języku. Jestem katem i nigdy się tego nie wstydziłem. Kocham egzekucję. Dlatego powiesiłem nawet swoje marzenia. Były zbyt dobre. Ludzkie. Zrozumiałe. Kata nie sposób zrozumieć. Może spowiadać się on jedynie śmierci. Przy kuflu mocnego piwa. Największym pragnieniem kata, jest to by pewnego dnia, przeprowadzić swoją własną egzekucję. Dlatego trzeba wieszać coraz to nowych. By sposobić się w doskonałym theatrum. By idealnie zbawić się żywota. Bez wstydu. Być przygotowanym na wszystko w rozmowie ze śmiercią. Jak mistrz Polikarp. Jam jest katem. Czy młodego, czy starego. Zbawię żywota każdego. Jeśli się nie boisz, to porozmawiaj z katem. Gdyby nie była tak bardzo sparaliżowana strachem, to z pewnością uciekłaby natychmiast lub chociaż wzywała pomocy. Ona jednak nieśmiało otworzyła usta i zaczęła rozmowę, rychtując sobie tym samym stryczek na swą młodą, smukłą szyję.
  16. @Berenika97 To widzę, że nie tylko mnie urzekli. Choć mnie zafascynowali jeszcze przed studiami po przeczytaniu "Imienia Bestii" Komudy.
  17. @Annie Do mnie zawsze zasady Katarów i ich Consolamentum przemawiało. Pewnie w XIII wieku spłonąłbym jako Doskonały na stosie. Czasami zastanawiam się nad tym dlaczego np w XX wieku tak postępowy ruch religijny nigdy się nie reaktywował.
  18. 782 lata temu 16 marca 1244 roku po dziesięciomiesięcznym oblężeniu skapitulowała jedna z ostatnich twierdz Katarów - Montsègur. Krzyżowcy zapewnili ich, że ci którzy wyrzekną się herezji i wrócą na drogę Świętego Kościoła Rzymskiego uratują życie na mocy papieskiej amnestii. Jednak około 200 perfectusów albigeńskich odmówiło i całkowicie dobrowolnie wyszło w ciszy na przygotowane dla nich stosy. Wedle relacji ginęli tak godnie i w sposób wręcz święty, że ich śmierć zamiast do zakończenia herezji, przyczyniła się jeszcze przez jakiś czas do wzmocnienia ruchu w Langdewocji. "Heretycka pieśń o Doskonałych z Montségur" Przez rozbite w perzynę mury twierdzy, przebijało się nieśmiało światło słonecznego poranka. Ślady ognia krucjaty nadal niczym piekielne, smolne pieczęcie, spoczywały czarnymi bliznami na okaleczonych cegłach. Południowa baszta osaczona przez tych co przyszli tu z łacińskim krzyżem, runęła wraz z obrońcami w górską przepaść. Przez skruszałe blanki, mające więcej ubytków w murze niż dusza uwięziona pomiędzy pęknięciami ciała, przechodzą swobodnie mgły, dymy, dusze a nawet pieśni Doskonałych. Mówią, że ogień wyzwala ale i karci. W proch Cię obróci, jeśliś był świętych i heretykiem jednako. Jeśliś był złoczyńcą sprośnym czy zbawicielem świata. Zbawienie jest jedynie wyrwaniem się z matni tej ziemi, która nie jest ani naszym domem, ani cudownym ogrodem Boga. Jest więzieniem dla wolnych dusz. Więzieniem zbrukanych aniołów. W którym wyrokiem jest przywdzianie ludzkiego ciała i jego przeklętych ułomności. Nie wierzę w zmartwychwstanie. Ciało jest grzechem śmiertelnym i ma jedynie prawo do powolnego gnilnego rozpadu. Lecz mówią też, że z prochu na powrót powstaniesz. Proch zastygły niczym zaprawa w murach tej twierdzy, gardził zmartwychwstałym ciałem, przyjął więc formę pieśni i wizji, ostatniej, ziemskiej, niewolniczej drogi bohaterów, którzy wybrali śmierć w absolutnej ciszy, w doskonałym ogniu zbawienia. Najeźdźców nie witali jak wrogów a jak wyzwolicieli. Czy wyrzekacie się sług i praktyk nieczystych? Wyrzekamy się świata, który pod postacią fałszywych proroków zabiera nam możliwość wyboru. Gdyby Jezus istniał to pielgrzymowałby teraz razem z nami ku otwartej przestrzeni błoni podgrodzia. Czarne szaty i bose, poranione stopy, symbolizowały nie mękę i krew a najwyższą uległość. Spojrzyj mój synu poza krąg światłości kiedy Cię ku temu Pan Twój i Mistrz wzywa a to co nieodgadnione dla Twego pojmowania objawi się Tobie w całej chwale. Bądź posłuszny i idź za wezwaniem Pana swego. I ich pieśń zaniosły anioły. I zesłał Bóg, dzień gniewu na ród swój. Stosy ułożone i polane oliwą, były bramami do światłości. Ogień oczyszcza. Stos nie zmienia prawdy. Odsłania ją dla tych co gotowi są jej nie porzucać. W godzinie ostatniej. Patrzyli w ogień z milczącym przyzwoleniem. Z ludu nie poleciał ku nim ani jeden kamień. Nikt nie był bez grzechu. W ziemskim siedlisku grzechu. Weszli w czerwone języki płomieni. Nie było krzyków ani skarg. Tylko cisza. Pospólstwo mogło uznać, że giną nie heretycy a męczennicy. Błogosławiony ten, który poznał siebie, zanim ciało nauczyło go strachu. Ziemia przyjęła daninę z krwi. Mury przygarnęły ich prochy. Ich serca były złożone z gorliwej wiary i pogardy dla doczesnych zbytków. Bo nieba nie ma nad nami. Jest w nas i tylko my możemy sami się ku niemu zbawić. Czytaj ich dziedzictwo. Z księgi popiołów poczęte. Wybrzmiałe z dzwonnic kamiennego Carcassonne. Powtarzane wartkim nurtem, nieodgadnionej Aúde. Ich dusze są wreszcie wolne. Została tylko pieśń o ostatnich Doskonałych z Montségur.
  19. @Nata_Kruk A ja właśnie chciałbym zupełnej ciszy gdzieś w środku lasu. Nie to żebym teraz żył jakoś inaczej. Nie spotykam się z nikim, nie rozmawiam i w zasadzie świat mnie nie interesuję zupełnie. I im dalej od niego tym jestem szczęśliwszy. @Wiechu J. K. Dla mnie najpiękniej wyglądają słotne i smutne nagrobki, zapomniane w swojej wiekowej zadumie. Stare krzyże spękane i powyginane bezdusznym czasem. W ich otoczeniu czuję się jedynie sobą i wiem że chociaż zmarli mogą mnie zrozumieć
  20. @Nata_Kruk Nie przywiązuję już do tego wagi. Chciałbym w życiu jedynie całkowitego odosobnienia z dala od cywilizacji i ciszy. Niestety straciłem już i na to nadzieję. Na szczęście mam to miejsce na cmentarzu. I to głównie nad swoim przyszłym grobem spędzam najwięcej wolnego czasu. Chociaż tam mam spokój.
  21. @Lenore Grey Pięknie poetycki ogród
  22. @Lenore Grey Aniołki i ja we własnej osobie jesteśmy zachwyceni i uradowani z treści utworu i dedykacji :)
  23. @Lenore Grey Niby zwykłe zdanie ale jednak ocieka bluźnierstwem po tym jak przychodzi jej osiągnięcie tej doskonałości :)
  24. @Lenore Grey Bardzo podobny cel przyświeca temu poematowi. Dekadencka sztuka ma prowokować, szokować, gorszyć i być w opozycji do stagnacyjnej, skostniałej moralności. W tej części pada proste zdanie. Cel uświęca wszelkie środki. A w części pierwszej pada na końcu stwierdzenie o Akademiczce ale i poezji modernistycznej "Czuła się przy nim, brudna, upadła i wyklęta. I było jej z tym błogo. Taka była. I taka miała pozostać." Dla wyklętych nie ma tabu, którego nie można złamać. Nie ma serc których nie można zgorszyć. I nie ma dusz którym grozi jeszcze większy upadek ponad to co doświadczyli. Sztuka jest omnipotentnym Bogiem, który jest brutalny, szczery i prawdziwy. Wszystkie zasady należy złamać i cieszyć się wolnością umysłu, nawet jeśli tworzy on sceny bluźnierczym tuszem.
  25. @Alicja_Wysocka I na tym mi zależy. By spełniał wszystkie przymioty jakie wymieniłaś a dodatkowo sortował grono czytelnicze. Mimo wszystko dziękuję za przeczytanie i komentarz.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...