Literaci

 W owej epoce, kiedy ludzie poznali się już na szatańskich figlach i kiedy interesowi djabelskiemu na ziemi zagrażało kompletne bankructwo, Lucyper, za poradą pewnego farmaka, zrobił następującą miksturę, nazwaną przezeń eliksirem literatów:
 Sto wiader żółci rozebrał w 1000 wiadrach octu siedmiu złodziei, dodał do tego 200 pudów makulatury, 50 pudów atramentu i piór stalowych, 100 pudów tureckiego pieprzu, 100 pudów opjum, 100 pudów starej garderoby z Pociejowa, tudzież 100 pudów pozwów i niezapłaconych weksli. Wszystko to przez 1000 lat warzył na ogniu piekielnym, przelał w olbrzymi aparat Bergera i zawiesił nad ziemią. Po 40.000 lat fermentacji aparat pękł i mikstura się rozlała głównie po całej Europie i Ameryce Północnej; przytem parę kropel jej padło na Chiny, Japonją i Indje Wschodnie, ani jedna zaś kropelka nie trafiła do Laponji, Patagonji, Środkowej Afryki i Australji.
 Współcześnie z ową eksplozją, na ziemi pojawiła się literatura perjodyczna.
—  —  —  —  —  —  —  —  —  —  —  —

 Odezwa nowego organu. Świetna publiczności! Pragnąc wzmocnić siły tutejszokrajowej inteligencji, umyśliliśmy wydawać dziennik, tygodnik lub dwutygodnik: naukowo - literacko - artystyczno - społeczno - humorystyczno - ilustrowano - specjalny. Każda gałąź wiedzy ludzkiej znajdzie w nim obszerne uwzględnienie, każdy fakt, obchodzący ogół, zostanie zanotowany. Dalecy od prywat i zawiści, miotających naszymi kolegami, podnosić będziemy wszelką zasługę i gnębić wszelki występek. Aby dać pole do wyrobienia się domorosłym genjuszom, umieszczać będziemy prace przeważnie oryginalne. Słowem będziemy was uczyć, bawić, moralizować, naprowadzać na nowe drogi i t. d. po cenach umiarkowanych.
 Działy pisma są następujące:
 I. Artykuły wstępne, obejmujące trafne uwagi i ogólne poglądy na wszystko, co się dzieje na niebie i ziemi.
 II. Polityka, oparta na wiadomościach nadsyłanych przez woźnych ministerjalnych, lokajów członków parlamentu, dorożkarzy, przewożących dokumenta dyplomatyczne i t. d.
 III. Dział nauk socjalnych, jak np. gospodarstwo według zasad, uznanych jeszcze przez Adama i Ewę; budownictwo przez tych, którzy wznieśli wieżę Babel; nautyka przez Noego, pedagogika układana przez dyrektorów stadnin prywatnych i t. d.
 IV. Powieści głównie moralne, jak „Izabela,“ „Eugenja,“ dzieła Pawła z Kocka i t. d.
 Mamy nadzieję, że świetna publiczność oceni nasze dobre chęci i pośpieszy się z wniesieniem przedpłaty, gdyż po 3 miesiącach cena pisma z powodu natłoku prenumeratorów niezawodnie podniesioną zostanie...
—  —  —  —  —  —  —  —  —  —  —  —

 I. LITERAT. Przyniosłem tutaj... to jest do uznania szanownego pana, parę... to jest kilka utworów literackich...
 REDAKTOR. A... ha!... dobrze. Pokażno pan, zaraz zobaczymy... Cóżto, wiersze? nam wierszy nie potrzeba, my tu mamy nadwornego poetę.
 I. LITERAT. To jest... chciałem powiedzieć, z przeproszeniem humorystyka...
 REDAKTOR. O panie! z humorystami rady sobie dać nie możemy, włażą nam przez drzwi i okna... Gdybyś pan coś specjalnego mógł napisać, pan musisz być przecie specjalistą, hę?...
 I. LITERAT. Tak, jestem z powołania muzykiem, ale mogę coś i nie w muzykalnym tonie stworzyć.
 REDAKTOR. Jeżeli tak, to wybornie. Siądź pan z łaski swojej. Potrzebujemy właśnie rozprawy z medycyny, tak, dajmy na to, coś o kołtunie, czybyś pan nie mógł?
 I. LITERAT. Owszem, owszem. Niech tylko pan dobrodziej dostarczy mi podręczników.
 REDAKTOR. Widzisz pan... ten... tego... mamy tu coś z pięćset dzieł, traktujących o tym przedmiocie, ale... są zapakowanie... Zresztą, ja sądzę, że najlepiej pan zrobisz, pisząc z natury, coś z własnych spostrzeżeń... tak... Nie zapomnij pan przymieszać trochę soli atyckiej, parę wierszyków, a wkońcu przypomnieć publiczności o obowiązkach ogółu dla oświaty i o potrzebie prenumerowania pism krajowych. A teraz żegnam!
 I. LITERAT. Czy mogę pana zapytać, jakie praktykuje się honorarjum?
 REDAKTOR. Honorarjum? Sądzę, że możemy o tem później pogadać, pan występujesz dopiero po raz pierwszy.
 I. LITERAT. Ach! tak... Żegnam szanownego pana!... (wychodzi).
 REDAKTOR (każe wprowadzić II-go literata). Aaa!!... pan dobrodziej zapewne z jakąś pracą?
 II. LITERAT. Tak jest, szanowny panie, przyniosłem, do jego uznania, kilka rozpraw naukowych i społecznych.
 REDAKTOR. Bardzo mi przyjemnie... Jakież tytuły?
 II. LITERAT (czyta). „O zetknięciu się ziemi z kometą i możliwości końca świata.“
 REDAKTOR. Wspaniale!...
 II. LITERAT. „O emancypacji kobiet.“ „O księgosuszu u bydła.“
 REDAKTOR. To już coś z weterynarji?
 II. LITERAT. Tak jest. „O wpływie odpadków miejskich na rozwój cywilizacji.“
 REDAKTOR. Bardzo interesujące...
 II. LITERAT. „O fotografji,“ „O teorji Darwina“ i wreszcie „O wygubieniu nagniotków.“
 REDAKTOR (zachwycony). Pan jesteś skarbem nieoszacowanym, panie!... pan możesz pisywać artykuły wstępne!... my właśnie takiego człowieka potrzebujemy.
 II. LITERAT. To jest moja specjalność i jeżeli mi pan łaskawie zakomunikujesz honorarjum od wiersza, w takim razie...
 REDAKTOR. My, panie, płacimy od mendla... po kopiejce.
 II. LITERAT. Ależ, panie, to jest za tanio!...
 REDAKTOR. Nie zapominaj pan jednak, że mamy maszynę pomocniczą do pisania artykułów wstępnych.
 II. LITERAT. Czy być może? Jakaż to jest maszyna?
 REDAKTOR. Bardzo prosta. Jest to zwykły kalejdoskop, do którego wsypuje się wszystkie wyrazy słownika i następnie notuje się zdania i ustępy z tego, co tam widać. Autor więc potrzebuje dodawać tylko znaki pisarskie, w czem go najczęściej zecer wyręcza i przydawać wyrazom odmiennym odpowiednie końcówki.
 II. LITERAT. Ja sądziłem, że to tylko poeci podobnych maszyn używają.
 REDAKTOR. Nie, panie! Poeci mają daleko tańszy przyrząd, do którego zamiast 100 tysięcy wyrazów sypie się trochę kropek, wykrzykników, pytajników i cały alfabet łaciński!
 II. LITERAT. Aha! No, ale jeżeli panowie istotnie posiadacie taką maszynę, to na cenę zgadzam się i żegnam! (wychodzi).
 REDAKTOR (do III-go literata). Mój kochany panie, zrąb też z łaski swojej tego cymbała X., on już od tygodnia żadnego z nas na śniadanie nie zaprosił...
 III. LITERAT. Ależ, panie... ja u niego niedawno byłem z wizytą, a nawet jutro ma mi dziecko do chrztu trzymać!
 REDAKTOR. No, to się pan nie podpiszesz... jeżeli zaś dobrze mu pan dojedziesz, to mogę ofiarować półtorej kopiejki od mendla.
 III. LITERAT. A, to co innego, w tej chwili napiszę!
 REDAKTOR. Wykaż mu pan plagjaty, wspomnij o procesie o oszustwo i wogóle staraj się dać poznać, że to człowiek niebezpieczny...
 III. LITERAT. Nie bój się pan, dam ja mu bobu!
 INTERESANT (wpada zadyszany). Panie redaktorze, cóż wy u djabła wyrabiacie ze swojem pismem? toż mi tu ze wsi donoszą, żeście jeszcze ani jednego numeru nie wysłali?
 REDAKTOR. To zapewne z winy poczty... my wszystko jak najsumienniej i najpunktualniej wypełniamy.
 INTERESANT. No tak, zapewne!... Ale cóżeście wy za głupstwa popisali w rubryce zoologji? Donosicie o wężu morskim, a tu nikt nie wierzy w jego istnienie.
 REDAKTOR. Mylisz się pan! Wąż morski istnieje, właśnie donoszono nam o tem przed kilku dniami wprost z akademji paryskiej.
 INTERESANT. A kiedy tak, to co innego! Więc to aż tak wysoko macie korespondentów?
 REDAKTOR. Tak jest, panie, i słono im płacimy, po 10 kopiejek od wiersza, panie, a to wszystko dla dobra ogółu, dla użytku publicznego... O, bo my postępujemy wcale inaczej niż nasi koledzy!

Czytaj dalej: Katarynka - Bolesław Prus