Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

poprzez chrzęst zapiętych stawów
wycharczałaś spienione substytuty szyderstw
rwących tkankę uczuć rozpalonym chłodem
mego wzroku w szyi
zaciśniętej z bólu

czerwone plamy w moich oczach myślach na dłoniach
albo na kuchennych płytkach sam nie wiem
czy to ty w tym deszczu krwi
czy to moje oczy broczą ślepym cierpieniem
a nic mnie już nie dotknie
mnie nic nie dotknie już mówiłem

szmata szmata wystarczy sie zeszmacić
wiesz jakie to proste
zranić

Opublikowano

Zabójstwo w afekcie...wydaje się być po części usprawiedliwione...Jednak została przekroczona granica dopuszczalności...
To już drugi tekst na tej stronie rozpracowujący kobietę (bo przecież szmata jakby nie patrzeć rodzaj żeński). Jak w każdym tekście zastanawia mnie rewers przeżyć pl... Co takiego nakręciło zdarzenie... pomijając słowa "szmaty", gdyż chodzi mi o jeszcze głębsze wniknięcie w podświadomość sprawcy...Nasuwa się jedna, pulsująca myśl, że Pl musi mieć ogromny problem z kobietami... deficyt matki, czy cuś... i właśnie w tym miejscu zaczyna się dla mnie wiersz...

Pozdrawiam...

Opublikowano

Wolałbym, aby peel znalazł szmatę w sobie, a nie wycierał sobie gębę odrzuceniem lub lepiej - umywał w tej pierwszej szmacie ręce - szukając usprawiedliwienia. To byłoby ciekawsze, czyn ulżył ale jednocześnie przygniotło zeszmacenie. No, nie ma wyjścia, trzeba na most, peelu... na most, na sznur, na wysoki mur i w dół.
( założyłem dokonanie zbrodni w wierszu przez peela ) oczywiście, można odczytać, iż jest to zaledwie projekcja umysłu zmąconego, świadcząca o nieporadności emocjonalnej peela - frustracja zamieniona w agresję i to wobec kochanej, bliskiej osoby - zbrodnia w wyobraźni. Być może rzeczona szmata, powiedziała dosadnie, co o nim myśli. Facet powinien umieć przyjąć ciężar prawdy, zdrady, odpowiedzialności, na klatę, tak myślę. :)


"czy to moje oczy broczą ślepym cierpieniem" - czy te oczy mogą kłamać? chyba nie!
to zły wers nie pasujący do całość.


"a nic mnie już nie dotknie -----------> wyb. wyrzuciłbym
mnie nic nie dotknie już mówiłem-------------> rozumiem, że łapie odech po wysilku i gada w koło Macieju...

szmata szmata wystarczy sie( brak ogonka) zeszmacić
wiesz jakie to proste --------> wyboldowane wyrzuciłbym; daje to
zranić" dwuznaczne zakończenie, naprowadzające
peela na jedyną drogę jaka mu pozostała,
a którą opisałem powyżej.


pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



patetyczne za bardzo i nie pasujace, wedlug mnie do calosci sformulowanie.



a ta fraza mi sie podoba.
Ogolnie wiersz odbieram pozytywnie;p, tzn. ciekawy.
dygam ; )
Nessa, broczenie nawiązuje do krwi a cierpienie nazwałem - w sumie to określone zostało można było nie nazywać. dzięki, pozdr
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



bo poletko relacji międzyludzkich można orać bez końca...co nakręciło zdarzenie? świadome zeszmacenie się przez kobietę, zimne i wyrachowane, celem zranienia partnera. peel z emocjami, wchodzi na całego natomiast ona ma zimną satysfakcje, o to jej przecież chodziło, szydzi. ogień obłęd kontra lód:) deficytu bum nie szukał, raczej stwierdzenia że o kobiety są uczuciowo twardsze i potrafią być bezwzględne. pozdr
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



wyłapałeś to co istotne - czy to czyn czy projekcja. w wysokim napięciu emocjonalnym człowiek zdolny jest do wielu rzeczy, ale bliski obłędu może stracić rozeznanie i poczucie rzeczywistości. afekt. uwagi ciekawe, końcówka brzmi, jednakże wiesz jest potrzebne. ranić jest prosto ale nie każdy potrafi - ona tak. pozdrawiam

kasiaballou - patrząc na twój sposób poruszania się ostatnio po orgu z powodzeniem mogłabyś powiedzieć ,ze ten wiersz jak o tobie;) zdziwiłbym się i był zaniepokojony, gdyby się wszystkim wiersz podobał. pozdrawiam

Leszku - rzeczywiście, peel trafiony w czuły punkt:) jego kobieta zeszmaciła JEGO kobietę. bo każdy powinien mieć SWOJĄ kobietę;)
Arku, Goliardzie dzięki za wizyt. Księżyc - powodzenia:)

z 9 lat temu w nocy z okna słyszałem kłótnie. "no zabij mnie ty ch..., zabij!" jebudu trrrrach, bum! "ha ha ha....i co ch...., nawet zabić mnie nie potrafisz!"

thx za uwage
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



wyłapałeś to co istotne - czy to czyn czy projekcja. w wysokim napięciu emocjonalnym człowiek zdolny jest do wielu rzeczy, ale bliski obłędu może stracić rozeznanie i poczucie rzeczywistości. afekt. uwagi ciekawe, końcówka brzmi, jednakże wiesz jest potrzebne. ranić jest prosto ale nie każdy potrafi - ona tak. pozdrawiam

kasiaballou - patrząc na twój sposób poruszania się ostatnio po orgu z powodzeniem mogłabyś powiedzieć ,ze ten wiersz jak o tobie;) zdziwiłbym się i był zaniepokojony, gdyby się wszystkim wiersz podobał. pozdrawiam

Leszku - rzeczywiście, peel trafiony w czuły punkt:) jego kobieta zeszmaciła JEGO kobietę. bo każdy powinien mieć SWOJĄ kobietę;)
Arku, Goliardzie dzięki za wizyt. Księżyc - powodzenia:)

z 9 lat temu w nocy z okna słyszałem kłótnie. "no zabij mnie ty ch..., zabij!" jebudu trrrrach, bum! "ha ha ha....i co ch...., nawet zabić mnie nie potrafisz!"

thx za uwage


a ja cię - Magnetowit R - nie pozdrawiam, bo widzisz;
osoba (celowo nie uogólnię, że facet) która upycha inwektywy w usta innych, albo pisze taki "wiersz" nie jest w stanie szczerze pozdrowić, obrazić, zszokować czy pogrążyć nikogo, oprócz siebie - i chociaż ów raz był wymierzony w kobietę, to jednak ... - tu zacytuję autora:

"no zabij mnie ty ch..., zabij!" jebudu trrrrach, bum! "ha ha ha....i co ch...., nawet zabić mnie nie potrafisz!"

- a teraz dopytam:
jeśli w/g ciebie zranić = zeszmacić, to:

- czym cię zraniłam?
- kogo jeszcze?
- i skąd masz takie info?
z twojego rozmontowanego emocjonalnie peela sypią się śrubki - już wiem, że nie ma godności i nabiału.
jeśli różnisz się od tego histerycznego peela_ zła**sa, którego kobieta złmała kantem o rant d*** - to rozwiniesz i wyjaśnisz mi swoją dygresję - no, chyba że nie powinnam doszukiwać się aż takich różnic...
Opublikowano

"raz wymierzony w kobietę?" o czym bredzisz. peela przenosisz na autora? to lepiej nie pisz bo to już świadczy o braku wyobraźni. haha Nietsche był muskularnym pewnym siebie nadfacetem? zobaczyłem twój nick i bylem pewien, że komentarz będzie złośliwo szyderczy. bo tym sie tutaj ostatnio zajmujesz - dopierdalaniem. to jest jedyne podobieństwo które zauważam, a czy jesteś w stanie się zeszmacić by kogoś zranić - nie wiem i absolutnie mnie to nie obchodzi.

1. mnie nie zraniłaś, choćbyś chciała, nie jesteś w stanie
2. nie wiem, ty wiesz czy przynajmniej chciałaś
3. obserwacja.

a pozdrowienia były szczere jestem ponad pewne rzeczy.
JacekSojan - pojechaliśmy po sobie przy jakiejś okazji ale przyjął wiersz i nim tylko się zajął i moje uznanie za to zyskał. ale to tylko facet.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



spokojnie... tylko spokojnie, Magnetowicie eR ;))

1. wyraźnie oddzielam peela od autora i razy peela pod adres plki - no, proszę cię, nie naginaj, stać cię na więcej
2. ja się twojego nicka nie czepiam , a za wybiegi interpersonalne o znamienitości mojego szyderstwa...
3. filozofia, a tym bardziej fizjonomia Nietsche'go nijak się ma do tej tu rozmowy - nie podbudowuj się, dopracuj się własnej własną domeny
4. powtórzę zatem; komu "dopierdalam"?
bo może, do czego się dopier****? - ale to subtelna różnica, której nie potrafisz zauważyć...
5. jeśli piszesz:

"a czy jesteś w stanie się zeszmacić by kogoś zranić - nie wiem i absolutnie mnie to nie obchodzi."
- to tym samym dyskredytujesz się względem wcześniejszej/niegrzecznej dygresji pod moim adresem.
zatoczyłeś koło i przyiwań sobie teraz nim w czoło - co byś na przyszłość nie szarpał po gówniarsku ludzi, nie mając argumentów.

6.
ad.1- ale nie chciałam, może czujesz się... pominięty... ;)
ad.2,3, - przyznajesz się zatem, że dopuściłeś się nadużycia słowa - to się nazywa po mó wie nie
7.nie interesują mnie twoje szczere/nieszczere pozdrówki - interesuje mnie dyskusja na każdy temat - ale nie z gówniarzami - i tym optymistycznym akcentem kończę kuriozalną grę w łapki ;))

bywaj
Opublikowano

"po mó wie nie" po mó wisz nie? dobrze, że nie przed;)

"a czy jesteś w stanie się zeszmacić by kogoś zranić - nie wiem i absolutnie mnie to nie obchodzi." - to tym samym dyskredytujesz się względem wcześniejszej/niegrzecznej dygresji pod moim adresem.

nie zostawie. nie widze dyskredytacji. piszę, że nie zajmujesz się poezją lecz szyderczym dowalaniem. dalaś znak równości zranić=zeszmacić. nieprawda, można ranić z klasą nie szmacąc siebie. jak daleko jesteś w stanie posunąć się by zranić, to pytanie możesz zadać sobie, ja mogę, każdy może. a że mnie to nie obchodzi to chyba normalne, jesteś dla mnie bytem wirtualnym, literkami na zielonym tle. nie rani mnie opinia negatywna o wierszu czy też nazwanie gówniarzem. Wiem kim jestem i wiem kim nie jestem. czego i tobie życzę

trzeba sobie nabić komentarzy;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



pominę niskie uwagi i jeszcze niższe poczucie, że się ma błyskotliwe poczucie humoru, główniarstwo swoje prawa ma - może nie potrafić odczytywać z sylab.

może też zaprzeczać własnym słowom/dyskredytować się i tego nie zauważać - wiadomo, gówniarstwo.
może mieć problem z czytaniem, zwłaszcza z czytaniem ze zrozumieniem, może nie mieć poczucia odpowiedzialności za wirtualne słowo i może nie trzymać płynów ustrojowych - mieć nerwicowe odruchy wypierania się, przy jednoczesnym parciu w zaparte - i tylko w wirualnej przestrzeni pozostanie wirtualny smrodek, po wirtualym autorze, który nie potrafi poradzić sobie z wirualnymi fobiami i kompleksami o całkowicie wirtualnym podłożu...

;D!

- bez wirtualnego odbioru ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



pominę niskie uwagi i jeszcze niższe poczucie, że się ma błyskotliwe poczucie humoru, główniarstwo swoje prawa ma - może nie potrafić odczytywać z sylab.

może też zaprzeczać własnym słowom/dyskredytować się i tego nie zauważać - wiadomo, gówniarstwo.
może mieć problem z czytaniem, zwłaszcza z czytaniem ze zrozumieniem, może nie mieć poczucia odpowiedzialności za wirtualne słowo i może nie trzymać płynów ustrojowych - mieć nerwicowe odruchy wypierania się, przy jednoczesnym parciu w zaparte - i tylko w wirualnej przestrzeni pozostanie wirtualny smrodek, po wirtualym autorze, który nie potrafi poradzić sobie z wirualnymi fobiami i kompleksami o całkowicie wirtualnym podłożu...

;D!

- bez wirtualnego odbioru ;)
autoanaliza domorosłego psychologa

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...