Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mam dylemat. Otóż poszedłem za modą i wybrałem kierunek (europeistyka), który mnie męczy i nie satysfakcjonuje. Lubię na nim wyłącznie jeden przedmiot. Radę sobie daję, ale kiedy przychodzi czas na naukę czuję wielką do niej niechęć. Poza tym po europeistyce nie ma aż tak wielkich szans na znalezienie pracy, jakby się mogło wydawać, a z pracy tej (gdybym ją nawet znalazł) nie miałbym satysfakcji.

Od jakiegoś czasu rozważam rzucenie tych studiów i zaczęcie filologicznych. Konkretniej filologii polskiej. Ponieważ wiem, że spora część osób z tego forum na takich właśnie się znajduje, chciałbym skorzystać z ich doświadczenia.

Wiem, że na filologii niemal nie wychyla się nosa zza książek i jest mało czasu dla siebie. Nie zniechęca mnie nauka łaciny, bo ponoć na uniwerku, na który się wybieram jest tylko przez rok i nie ma z niej egzaminu. Nie ma również starocerkiewnosłowiańskiego.

Czy studia te są rozwijające? Da się coś z nich ciekawego wyłuskać? Czy po specjalności nauczycielskiej można być wyłącznie nauczycielem, czy np. do gazety też mogą przyjąć?

Dziękuję z góry za każdy wpis ;0
Pozdrawiam.

Opublikowano

jeśli nie ma scs-u, to bardzo dobrze, oj, bardzo

ale powiem ci tak: jestem w trakcie II roku FP i od 3 lat nie przeczytałam książki dla przyjemności
więcej, nie mogę patrzeć na literaturę, nawet przeczytanie programu TV wieczorem jest wyzwaniem
nie chodzi o to, że jest dużo czytania, w końcu widziały gały, co brały
chodzi o to, że w tym wszystkim prawie całą energię poświęca się na I roku na dłubanie w totalnej nudzie, dzielenie włosa na czworo, próby zrozumienia, po jaką cholerę i jak to możliwe, że na temat jednego wersu z "Bogarodzicy":
zyszczy nam
spuści nam

powstało kilka kilkunastostronnicowych artykułów
ponadto, dostajesz mnóstwo tekstów teoretycznych do zgłębienia, napisanych językiem, za który zesłałabym do chaty w lesie i kazała szydełkować, powiedzmy, sweterek dla słonia
koniec końców, patrzysz w pokaźny spis lektur i zastanawiasz się, czy jesteś w stanie przemóc obrzydzenie do czytania czy jednak pójdziesz wreszcie spać na 6 godzin

ja nie wiem, jak sobie poradzili z tym ci wszyscy profesorownie, magistrzy, nie wiem
na ostatnich zajęciach kobieta spytała, jaką książkę ostatnio czytaliśmy, współczesną książkę
i na 20 osób, zgłosiło się 5, reszta tkwi w oświecieniu, w porywach w romantyzmie

jesli chodzi o mnie, to może nie byłabym tak zmaltretowana, gdyby nie gramatyka historyczna, jutro np. czeka mnie z nią aż 4,5 godziny

nie wiem
może przeceniłam swoje możliwości i zapał
w każdym razie, zastanów się dobrze

Opublikowano

Plusem takich studiów jest nakierowanie na literaturę, minusem - męka nad gramatykami. Ja miałem scs, ale akurat szczęściem, że nas nie dręczono jakoś specjalnie. I te studia to raczej hobby - żadne rarytasy po nich nie czekają.

Opublikowano

Krzywaku, mam nadzieję, że Ci się pomyliło - na pewno chciałeś napisać "Plusem takich studiów jest nakierowanie na gramatyki, minusem - męka nad literaturą" ;)

nie żałuję wyboru studiów. pewnie byłoby inaczej, gdybym nie dostała się na wymarzoną specjalizację, ale tak jest ok. edytorstwo jest w stanie wynagrodzić słowackich, mickiewiczów i innych berentów.

Wiem, że na filologii niemal nie wychyla się nosa zza książek i jest mało czasu dla siebie. Nie zniechęca mnie nauka łaciny, bo ponoć na uniwerku, na który się wybieram jest tylko przez rok i nie ma z niej egzaminu. Nie ma również starocerkiewnosłowiańskiego.

czas jest, tylko trzeba wiedzieć jak i co czytać. pierwszy rok - na 300 lektur przejrzałam może 50 i dalej podobnie. da się zdać? da. jasne, nie ma się czym chwalić, ale jeśli ktoś chce mieć czas dla siebie, a dodatkowo czas na pracę (na studiach dziennych) - inaczej nie wychodzi. gdyby chciało się przeczytać wszystko (tak kiedyś liczyłam), należałoby nie robić nic poza czytaniem i spać nie dłużej niż 3 godziny na dobę ;)

łacina to faktycznie sodomia i gomoria (miałam 2 lata + egzamin), ale jest teraz na większości kierunków, więc tu nie ma co dyskutować.

Czy studia te są rozwijające? Da się coś z nich ciekawego wyłuskać? Czy po specjalności nauczycielskiej można być wyłącznie nauczycielem, czy np. do gazety też mogą przyjąć?

poza typowymi przedmiotami polonistycznymi jest filozofia, antropologia, wiedza o kulturze, historia Polski (choć nie ma co ukrywać, taka ubożuchna), logika, wspomniana łacina... zawsze można dobrać sobie przedmioty ogólnouniwersyteckie (ja np. przez rok miałam astronomię dla humanistów;)). moim zdaniem rozwijają jak każde inne, a że jeden chce być biotechnologiem a drugi filologiem - to kwestia zainteresowań i możliwości.

do gazety mogą Cię przyjąć nawet po technikum mechanicznym - jeśli masz dobre pióro i zacięcie dziennikarskie nie musisz mieć papierów. zobacz ilu dziennikarzy jest po najróżniejszych kierunkach, a niektórzy bez studiów w ogóle. ale jasne, filologia jest pomocna - nie każdy rodzi się ze słowniczkiem w głowie itp.

co do specjalności nauczycielskiej, wiem, że ci biedni ludzie mają na niej najwięcej zajęć. ja mam np. 3 do 5 przedmiotów specjalizacyjnych rocznie, a przyszli nauczyciele około 10 i siedzą na zajęciach codziennie, często do wieczora.

jak ktoś się źle nastawi, to jasne, że po studiach będzie jadł chleb z masłem (jak dobrze pójdzie;p) przez kilka lat. ale i w trakcie można już znaleźć fajną pracę - i satysfakcjonującą, i dobrze płatną. potrzeba tylko trochę szczęścia i umiejętności zaciskania zębów ;D

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



odnośnie do powyższego /zaczerpnięte z interku/:

Fundacja Edukacyjna Jamesa Randiego (James Randi Educational Foundation)[1] ufundowała nagrodę w wysokości 1 miliona dolarów każdemu, kto w wiarygodnym eksperymencie naukowym udowodni istnienie dowolnego zjawiska paranormalnego. Jak dotąd nikt tej nagrody nie odebrał.

przepraszam za kontynuację dygresji,
taka sobie ciekawostka:)
Opublikowano

W sumie do powższego dodam: jeśli miałbym coś polecać, polecam filologię obcą. Jestem cholernie zadowolony z anglistyki. Oczywiście tam też jest sporo wszelkich gramatyk, językoznawczych kwestii itd., ale przynajmniej masz wrażenie, że każde zdanie przeczytane przybliża cię do bardzo dobrej znajomości języka obcego - super czynnik motywujący

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Niedawno narzekałeś na swój wybór, a teraz proszę. Może mi wytłumaczysz czemu jest dobrze? I ile % wymaganych lektur zazwyczaj czytasz, hę? :)

Pliiiiis.

Narzekałem, jak dobrze pamiętam, na ludzi studiujących polonistykę, a ogólnie to na studentów, bo - jak zapewne sam wiesz - zpaleńców jest niewielu, a pozorantów całe hordy. Ciężko mi w tym tkwić, po prostu. Jednakże postanowiłem nie narzekać, pogodzić się z tym, że skoro już jestem na tym trzecim roku, to dotrwam, tym bardziej, że sam przedmiot studiów jest ciekawy, a ja nie mam zamiaru się przekierunkowywać, bo to byłoby jeszcze bardziej męczące - jest dobrze (relatywnie!).

Lektury selekcjonuje co ciekawsze, jak każdy, kto w ogóle chwyta się za kanon na polonistyce. I myślę, że tu nie chodzi o ilość czy prędkość przeczytanych pozycji, ale o rodzaj szacunku do samej twórczości.

Jeśli chcesz zaliczyć w Poznaniu egzamin z hlp od drugiego roku włącznie wzwyż, to wystarczą pobieżne notatki, które krążą na wydziale wśród tych, dla których najlepszą ksiażką którą przeczytali w życiu jest "Samotność w sieci".

A ciekawych lektur jest mnóstwo, chociażby z samego romantyzmu, chociażby z pozytywizmu, Młodej Polski; i wszystkie te, które narzucają np. na poetyce czy fakultetach. Sęk w tym, że wszystkie te wartościowe ksiażki możesz przeczytać sobie sam bez pręgieża polonistycznego, bo z pręgieżem polonistycznym, to będziesz musiał czytać także mnóstwo bzdur; albo chociaż zorientować się w tematyce tych bzdurnych treści, a to też mimo wszystko wymaga czasu i nie jest przyjemne.
Opublikowano

PS

A tak naprawdę to jest wyścig baranów, jak w każdej szkole i na każdym kierunku. Z tym, że na polonistyce masz same takie dziewuszki wyuczone bezmyślnej systematyki, i to im wystarcza aby mieć piątki w indeksie, a te piątki w indeksie wystarczają aby poczuły się zrealizowane. I widzisz, ja jestem w grupie z samymi takimi dziewczynami. Lubię je bo lubię, bo człowiek jak człowiek taki człowiek, ale ja takiego człowieka nie rozumiem, a on nie rozumie mnie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



o lol :D

Uważaj, bo ponoć w Poznaniu polonistyka stoi na naprawdę wysokim poziomie (Kraków i Warszawa tyż).
;))
Opublikowano

ja to się polityką zająć musze w końcu ;P

a tak wogóle to mam to wszystko w dupie, nie mam szans na politechnikę bo nie zdaję matury z matmy, i nie mam szans na jakiekolwiek ch,,,owe programy bo "zdolniejsi - oszuści i lizodupczące replikatorki się wszędzie dobrały" :P . tylko że fajnie, że oni mieli np przygotowania na uniwersytyecie, a ja w życiue na oczy np. pipety nie widziałem :PPP a mimo to do tytułu laureta brkało mi jednego punkta, a to przez brak jakiegokowleik zaplecza czeci teoretycznej :PD żal.

ale i tak mam to gdzieś. mam ambijce w polityce

// kiedyś chciałem szkołe aktorską, ale to się nie mogło ziścić ;P

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Do żadnej ze szkół nie pasowałem. Z każdą oprócz podstawówki kojarzy mi się jakieś solidne przybicie wynikające z wyalienowania. Już się boję momentu, w którym będę musiał posłać swoje dziecko do szkoły.
Opublikowano

Adolf, idź na fize albo matme na UAM - masz maturę to Cię ugoszczą, zagłaszczą i skończysz ;D

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



wiem, że to zabrzmi debilnie ale bycie studentem OK, ale studiowanie mi się nei podoba i tu nei chodzi o naukę, ale właśnie o jej "ograniczenie", o to że człowiek jest zniewolony tysiącami niepotrzebnych bredni i pamieciówką, przeplataną z fochami profesorów. Nie ma tu nauki, ale jest jej wierne kserowanie i zaliczanie. To nei ma sensu. Wiedzieć a rozumieć może odzielać przepaść. I o to chodzi. Nie chciałem medycyny bo polskie uczelnie to tylko wkuwanie na pamięć tysiecy peirdól, bez obróbki. Z drugiej storny nie mam szans się spełnić, bo to jest zarezerwowane tylko dla rzekomo zdolnych objętych przepiekną opieką chłopców :PP Hehehe i tu nei cohdzi o jakieś prace badawcze bo i tak by mi się tego nei chciało robić --> mam wiele ciekawszych rzeczy do robienie niż nauka czy inne takie, ale o brak jakiejkolwiek możliwości, bo te są zarezerwowane dla lizodupczących-pewnychsiebie-przemądrzałych-najczęsciejfrajerskich-o-drunym-wyglądzie-kujonów :P Żygac mi się chce na mysl o takich "geniuszach" tfe, ;P no, ale cóż staram sie cih zorzumieć, nie maja prsteog zycia.. ba nie mają nawet własnego życia :P hahahahahahahahahhahaha

pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Mało! Woła mu Nel. Tlenu mało! Wołam
    • Ale antał piwa RP sprawi płatna Ela
    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...