Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

często się łasi
językiem
liże

charakterystycznie warczy w obronie swych małych

tylko na pomniku pręży się dumnie
częściej skamle gdzieś w kącie
nad rozbitym kubkiem

bo najbardziej lubi dostawać po mordzie
z krwi wtedy wróży przyszłość
wtulona w mokrą pościel

i tak jest najlepiej

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


w tym fragmencie widać jak na dłoni, do czego służy język, służy on mianowicie do przerzutni dla liże, bowiem wiadomo, że tym, skąd się biorą "kupy", lizać nie można.
"poezja cepa' tym razem, sorry
pzdr. b
ps. wiem, wiem, peel już 'charakterystycznie warczy' (z akcentem na "charakter" ;P)
Opublikowano

dzie wuszka - to wszystko zaczyna się od wykręcania ręki, a potem samo idzie, tak?

Bogdan Zdanowicz - język można też wystawić, można mielić jęzorem, no, różne różności z nim można wyprawiać. Tym, skąd się biorą "kupy", lizać nie można, ale można to lizać, ale to już inna kwestia. Warczenie pozostawiam na później.

Luisa Gepfert - to ja dziękuje bardzo.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Słabo, Michale, zdecydowanie poniżej Twojego poziomu. Interpretując, skomentuję od razu, bo po prawdzie niewiele tu jest do interpretowania.

Wiersz wydaje się mówić o kobiecie, czy raczej o rodzaju żeńskim w ogólności. To porównanie (do samicy jakiego bądź zwierzęcia) jest tak narzucające się, tak przy tym typowe, że aż przykro patrzeć. Zresztą prowadzone niekonsekwentnie, bo o ile na początku faktycznie piszesz jakby o zwierzęciu, jednak w zakończeniu odchodzisz od tego i piszesz już w zasadzie bez ogródek o kobiecie. Nie pozostawiasz tym samym miejsca na żadne domysły.

Kobieta więc zdaniem PLa "często się łasi". Nawet trudno mi to inaczej wyrazić. Zresztą sens jest chyba oczywisty. "Język" w porządku, ale chyba niepotrzebnie w nowej linijce. "Liże" natomiast wyrzuciłbym. Wszak owo "łaszenie się" w moim odczuciu przybiera często wymair "językowy", choć nie polega wcale na lizaniu. Ale to już tylko moje zdanie. PL może mieć inne ;)

Charakterystyczne warczenie - takie trochę kpiące określenie na obronę "swych małych". Ta linijka jako jedyna mi się podoba w tym wierszu, bo zawiera jakieś niedopowiedzenie. Chociaż w odniesieniu do zwierząt "małe" oznacza wyraźnie potomstwo, w tym wypadku wydaje mi się, że po "małych" może czytelnik wstawić bardzo wiele różnych słów. Ja na ten przykład widziałbym tu "interesy" lub "racje".

Dalej jednak powraca wiersz do swojego niewysokiego poziomu. Trzecia część kontrastuje coś w rodzaju "publicznego wizerunku" (choć to nienajlepsze określenie), sposób powszechnego patrzenia na kobiety z tym, kim one w rzeczywistości (zdaniem PLa) są. Sam zamysł dobry, ale wykonanie - znów słabe. "Pomnik" i "dumne prężenie się" są zupełnie oczywiste w tym kontekście. Po Tobie, Michale, spodziewałbym się czegoś bardziej odkrywczego. Podobnie ze "skamleniem w kącie". Rozbity kubek? No to jest coś bardziej interesującego. Taki szczegół, nad którym moznaby się zatrzymać, rozważyć, o co chodzi... Ale, choć diabeł tkwi w szczegółach, to jednak ogólny obraz jest niemneij istotny.

Potem nieszczęsna "morda" - obcesowa, wulgarna niemal. Co do zasady takie słowa nie podobają mi się w wierszach i ten nie jest wyjątkiem od reguły. Przychodzi mi co prawda do głowy pewne uzasadnienie, ale o nim na koniec.

Wróżenie z krwi ma jeszcze jakiś powiew nowości. Nawet niezłe, zwłaszcza, że sugeruje od razu, co z takiej wróżby może wyjść. Pościel... może być mokra od potu, ale tu - raczej od łez. Może być, ale mnie to nie przekonuje.

I taki stan rzeczy PLowi odpowiada. Ze względu na tę ostatnia uwagę skojarzył mi się on z patologicznym alkoholikami, którzy biją żony i dzieci (małe, w obronie których warczy "samica"). Temat więc także trochę oklepany. Czytając wiersz, wyobrażam sobie obskurne, odrapane mieszkanie takiego wykolejeńca. To chyba za sprawą słownictwa i słabej stylistyki - jeśli to przemyślana stylizacja, to się udała - muszę tedy pogratulować. Ale jednak barkuje jakiegoś ustosunkowania się Autora do PLa (w treści wiersza rzecz jasna).

Jak więc patrzę ponownie na utwór, dochodzę do wniosku, że nikła wartość poetycka mogła być zamierzona - celem pokierowania wyobraźnią czytelnika. Jeśli tak właśnie jest, to ewentualnie może to w moich oczach usprawiedliwić ten poziom. Ale mimo tego, nie napiszę, że mi się podoba.

Pozdrawiam w oczekiwaniu na lepsze dzieła,
Drax

Opublikowano

dzie wuszka - ja też tam wierszy nie lubię ;)

Drax - padłem. Nie chodzi mi o ocenę tworka, ale o to, jak został odebrany - dokładnie tak, jak chciałem (chociaż chciałem jeszcze bardziej to "splugawić", zabrakło tzw. weny.). A co do jakości mojego "poziomu" to bądźmy szczerzy - w 5 sekund znajduje tutaj minimum 20 poetów lepszych ode mnie - ale dziękuje za dobre słowa. Dziękuje oczywiście z podziwem za wnikliwość, przejrzystość wypowiedzi i chęci do niej. I niech ktoś teraz powie, że krytyka na orgu upada...

Pozdrawiam.

Opublikowano

Pewnie Pan Krzywak powie, że się znów czepiam czegoś "na siłę", ale to pierwsze co mi się rzuciło:
wiersz ma styl (który razi) typowej zagadki, na przykład takiej: co to jest czarne na czerwonym jedzie po zielonym? Dość to ubogie, by nie rzec prymitywne. Mam nadzieję, że Pan nie bije żony.
Proszę wybaczyć ale ja od poezji wymagam czegoś więcej niż przeciętnych opisów rzeczywistości.
Moja rada - proszę pisać z siebie a nie do siebie.

Kłaniam się

Opublikowano

jeśli to o Polsce - to się podpisuję
tylko dlaczego "Samica" w tytule
przydałoby się choć jedno nakierowanie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Mocne! Dobre, bo prawdziwe ;p Ale w treści brak wskazówek uzasadniających taką interpretację ;p


I ja dziękuję za dobre słowo. A co do poziomu krytyki - staram się, ale...


Kłaniam się, ;)
Drax
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



zastrzezenia mam tylko do tej ,,mordy'':)...jednak masz w swoim stylu cos takiego, ze nawet grubianstwo..czy wrecz wulgaryzm.. mozna u Ciebie zaakceptowac:)..jest w dobrym wydaniu ...
pozdrawiam:0
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ten fragment mi jakoś tak ojczyznę przypomniał.

Wojtku Bezdomny - wiersz może być o Polsce, ale i nie musi. Po co zawężać pole do interpretacji?

Ja tu znalazłem i problematykę małżeńską i sytuację polityczną. Do obu tych rzeczy treść wiersza pasuje. Mniej lub bardziej.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nigdy nie byłem jakimś prymusem - jak to się mówi - "z polskiego", więc pewnie coś przeoczyłem. Ale nie znalazłem tu nic, co by przemawiało za inną interpretacją... ;)

Mości Rafale - w sumie może i masz rację z tym pomnikiem. Nie pomyślałem ;)
Pozdrawiam,
Drax
Opublikowano

W takim razie idę w końcu postudiować te instrukcje od żelazka, telewizora, lodówki - tam też wypatrzę filozofię, odniesienia do miłości, egzystencji, narodu, etc - a także banały i oczywistości. Przestańcie bredzić i zdecydujcie się - albo poezja ma zawierać odwołania do pewnych spraw albo nie. Jeśli nie - to strata czasu, bo każde skojarzenie jest relatywne a więc i jednostkowe. Mam taką propozycję do Pana Krzywaka - proszę stworzyć sobie nowego nicka - i pod nim wystawić na próbę swój jeden utwór. Idę o zakład, że zostanie zrównany z ziemią. Niestety - ludziska czynią nadinterpretacje z samej sympatii i ratują Pana za wszelką cenę. A to wiersz ma się bronić samemu. Guzik mnie obchodzi co ktoś powie - dla mnie "Samica" to nie poezja, a jedynie próba jej stworzenia. W myśl szpagatu wykonano zaledwie rozkrok.

Kłaniam się

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...