Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jak pisać wiersze, kiedy się nie umie
Instrukcja Nr 7.

Piszemy coś tam:
Otóż, jak powszechnie wiadomo, poeci piszą wiersze z powodu radości (własnej), miłości (nieszczęśliwej), seksu (z licznymi orgazmami) oraz kasy (wymarzonej). Czytelnik, jeśli wogóle istnieje, posiada podobne umiłowania. Trzeba mu więc dać coś na pożarcie. Piszemy więc:

ech ty radości
co jesteś za siedmioma górami
miłości co umykasz w siną dal
a seks co kończysz się wzwodami
jak kasa stajesz przed oczami

Mieszamy wersami (parami – krzyżujemy, żujemy):

co jesteś za siedmioma górami
jak kasa stajesz przed oczami
a seks co kończysz się wzwodami
miłości co umykasz w siną dal
ech ty radości

Dokonujemy mutacji (poprzez zamianę słów):

co jesteś stajesz przed oczami
za siedmioma górami jak kasa
co kończysz się wzwodami
a seks co umykasz w siną dal
ech ty radości co miłości

Kontynuujemy procesy krzyżowania oraz mutacji, nadajemu tytuł, wprowadzmy bold i kursywę, i mamy:

NIEZNANY DO NIEZNANEJ


co jesteś stajesz przed oczami
za siedmioma górami jak kasa
co kończysz się wzwodami
a seks co umykasz w siną dal
ech ty radości co miłości

Natępnie publikujemy w dzile Z na www.poezja.org.

Opublikowano

Proszę Pana ninstrukcjan ie pomogła mio ;-) poniewżą nie pisze wierszy z żadnego z wymienionych u góry powodów ;-)
Mam szczera nadziję że w odsłnie ósmej pojawi sie powód "rozterki egzystencjalne",
bo nie moge sie doczekać opublkiwoanai iwersza na Z ;-)
Wesołych świąt ;-)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...