Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

/poemat dygresyjny - rok 1985/




Miasto deszczem nasycone
wygrzewa swój dostojny kamień. Promień słońca
wysokie ceny tego lata osiąga na targowych
placach. Innego złota nie pragną nawet
łachmaniarki na ławkach śpiące,
wśród tobołków związanych sznurkiem.
Z jakim lękiem przechodzą obok młode pary;
czy srebrny blask zmierzwionych włosów
zmieszany z chłodną mokrą ziemią
w pamięci budzi twarze matek? Dziewczęta
zatapiają wzrok w bukiety...Przechodniu,
módl się, by wśród kwiatów nie było
pokrzyw ani węża. Chłopcy mocniej obejmują
wtulone w ich objęcia ciała walczące z sensem
tego gestu coraz niepewniej i bezsilniej.
Spojrzyj śmiało w oczy samotnych jeszcze
dziewcząt - te z otwartymi śnią oczami
jakieś filmowe melodramy i chłopca
dla nich znajdziesz pewnie pośród plakatów
gwiazd filmowych: papierowy portret chłopca
z czupryną afro, w bluzie texas, częstujący
się marlboro...Złudzeń cena na przekazach
comiesięcznych wyda się żałośnie mała.
Polski kryzys to są takie alimenty
za nieznajomośc cnót rozumu. Cena seansów
ideowych co szły serialem i w kolorze
na modę "jeża". Zajeżoną dyktaturą
sadzące figi na nawożonych gadką polach.
Cóż, obrodziły ponad miarę, jak wszystko
co się z wiatrem siało. Nie ugór został
a pustynia. Nowych trzeba lat czterdzieści,
by dojść do ziemi obiecanej. Potrzebny mąż
opatrznościowy na pełny etat. Boże! - znów
potrzeba nam Mojżesza, którego w Polsce
brak lub nadmiar. Czuwasz? Czuwaj.
Widzę ciemność. Głupiejemy. Zasypiamy.
Ukradkiem
badać "Puls" nam przyszło, i nie wiadomo,
kto tu lekarzem a kto chorym. Wyciskanie
starych pryszczy, nakłuwanie starych wrzodów,
po chrześcijańsku, po semicku...Czy Żyd zawinił?
Czy doktory Wiecznego Rzymu?...Może
Sobieski? Poniatowski? Bór-Komorowski?
Może Kuroń? Może Pietrzak, Michnikowski?
Albo ten wiecznie za plecami, zawsze bez twarzy,
i zdolny bardzo, do wszystkiego, pomocnik
wszelkiej władzy - Piszczyk?
W krew
swojej matki ja nie wnikam. Synagogalny
śpiew kantora huczący nadal w starych
murach czas zatrzymuje. Tora pisana znów
popiołem. Każdy miał naród swą golgotę.
Bronił języka swoim ciałem. Ciekawym Żyda,
bo go z kawałów tylko znałem. Z Biblii, Singera,
Kanowicza, i z opowieści pokolenia spod znaku
wojny-holokaustu. Z pamięci wyławiam wiersz
Norwida - "Żydom Polskim". Komu przymiotnik
ten przeszkadza. On nie ujmuje, on dopełnia.
Tłumaczy, jedna, dopowiada do poznanego
to nieznane co było wcześniej.Więc zostało
w tym, co jest teraz.
Wszystko nas tworzy i formuje.
Szukam, i w sobie szukam Żyda, świadomym
będąc, pewnym będąc, że nie zawinił Żyd
czy Niemiec za ślady jego tak znikome. Wiem,
że zawinił tutaj człowiek. Ten nie chciał
łączyć tylko dzielić, lecz dzielić tak,
by pozostawić wszystko - sobie. Dopóki
myśl się nadal wzdryga, że chlebem naszym
Ciało Żyda - myśl nierozdzielna z sakramentem,
klękanie będzie tylko gestem, modlitwa tylko
manifestem, a wiara - pustą deklinacją
imienia Pana bez ojczyzny. Ewangelia będzie
legendą Palestyny. Chrześcijanin
w swoim kraju z Boga uczynł bożka
na swym progu , i groził wszystkim owym
krzyżem. Krzyż miał pojednać. Nie zabijać.

Ukradkiem "Puls" nam przyszło badać...
Oglądać "Przedświt" w sennej porze
przy drzwiach zamkniętych, za kotarą
na okna szczelnie zaciągnietej; znajome
myśli z drukiem wiązać, rysować w mroku
znane twarze, by ze zmarszczki wróżyć
proces, wpadkę, podwyżkę lub ustawę
w majestacie swego prawa bezprawie
ustanawiające. I mocniej biła krew
w ojczyźnie, gdzie krew to pieniądz,
pieniądz - woda.
"Kulturę" znać to
obowiązek tam, gdzie minister każdym
gestem chłopa obraża i smolarza. Każdym
słowem wzbudza grymas. Za którego
wstydzi się nawet Liga Kobiet. "Kulturę" znać
to obowiązek tam, gdzie kultura zna tylko
mundur i "judaszka", i samogonu woń
braterską. Machniesz ręką, że "paryska"...
Znaczy, że "europejska". Myśmy ze wspólnego
szczepu, naukę tworzyliśmy razem. W Paryżu
Urban nie rozminąłby się z karierą, zostałby
gwiazdą kabaretu, pierwszym aktorem.
Został błaznem i zamiast Legii Honorowej
za zdrowy śmiech i cięty dowcip - papugi
rolę wziął i pensję. Z rolą żołnierskie dyrdymały,
wiadomo, że jak moździerz ciężkie. Papuga
w sam raz na koszary - tam kawały zawsze
słucha się na baczność i dlatego pomylić
łatwo je z raportem. Tam - znaczy w Polsce
czyli nigdzie. Kraj zamorski Guliwera.
"Kulturę" znać to obowiązek, by wykształcenie
zyskać pełne i jeden tego jest mankament,
że wokół przemądrzałe niemowlęta będą
moczyły każdą sprawę balkonowym swawoleniem
i ględzeniem. Jesteś skazany na samotność. Los
filozofa, los poety co pod chorągwią lecz nie
z pieluch idzie, gdzie niebo rozpościera wonny
aksamit. Błam tej woni na drzewcu dźwiga
swego cienia i w pochodzie do Wieczności (w tym
miejscu dekadent pisze - do Nicości) idzie bez
grosza, bez wawrzynu, bez skargi, prośby,
bez zdziwienia, idzie głęboko zamyślony
nad tym co mija co spostrzega, czyniąc uwagi
z Panem Bogiem, z pliszką i z kundlem wyliniałym;
bo każdy swoją dźwiga mądrość. Ten boso,
tamten na bułanym, inny na "czterech", lub
na czołgu...Albo bez spodni, jak Don Juan.
Do mądrości nie zawsze dotrzesz samochodem.
Czasem jak owe łachmaniarki, kładąc pod głowę
swój tobołek, przeżyjesz chwile nawiedzenia,
i dla tej jednej, niespodzianej, tej jednej chwili
rozjaśnienia dźwigasz na plecach taki ciężar
przez długie lata. Cierpliwością się zwycięża
opór materii. Dowodem tego ewolucja.
Lekceważąc przywilej swego wyniesienia,
sprzeniewierzeni własnej myśli, wpadamy w wir
zniecierpliwienia, w powietrzną trąbę rewolucji
rwąc tkanę Czasu, tkankę cierpliwie budowaną,
dla której tylko Czas lekarzem. Tak zamiast
w przód - o most zerwany się cofamy płacąc
zmarnowanym Czasem. Człowiek to pomnik
cierpliwości całej Przyrody. Rozum zawdzięcza
cierpliwości swojej własnej. Człowiekiem
jesteś łachmaniarko, śpiąca na ławce w wielkim
mieście, czy z konieczności, czy z wyboru...
Że posiadasz pamięć, wolę, ludzkiej rodziny
jesteś cząstką. Tobie poświęcam ten poemat.
Życiem nigdy, równani zawsze tylko śmiercią,
porzućmy raz na zawsze mity o ziemskim raju
w obliczu Twoim - łachmaniarko. Łachman
twój wart jest epopei bardziej niż srebrny lis
i toga, nie mniej niż mundur i kapelusz.
Że byłaś matką czy kochanką - pewnie - że
plotka nie oszczędza. Któż pamięta,
że jeździłaś białym "fordem" za kordon obcy
ideowo w dniach czujności i budowy
najprawdziwszej wieży Babel. Nie miałaś
złudzeń patrząc na żelbet i na cegły
spajane żywcem z ludzkim ciałem, niczym
w obrzędzie totemicznym, gdzie bóstwem
czaszka objedzona. Pragnęłaś żyć nie życiem
woła, co jeśli pada to w zaprzęgu, na zagonie
ogarniętym przez nieboskłon, a gdy chwalony
to za kości - bo smaczny bywa z niego rosół.
Nieboskłon -
jak to się zlewa słowo w słowie. Jeśli w mistyczny
wpadłeś zachwyt, domaluj sobie jeszcze dworek
z pękniętą krokwią, jednym skrzydłem w tej
ruinie ocalałym, a na zabitych drzwiach deskami
powieś tablicę: Z A B Y T E K. Niżej - tablicę
drugą przybij, i tu masz więcej do wyboru: KLUB,
BIBLIOTEKA, lecz najtrafniej P G R zgrabnie
wyliteruj. Pod niebem wokół czarna ziemia -
państwowa rola, czarna dola. Twoje są poty i
zmartwienia, po zysk i plony idź do Sejmu;
na twoją prośbę wyda ustawę o pogodzie
na pięć czy ile tam chcesz lat. W młodości
swojej łachmaniarka dokładnie lata swe liczyła,
bo znała czasu wąski przedział na urodę i
pragnienia. Łachmaniarka - nomen omen, że
społecznie ruchliwa była, że aktywna w klasowej
walce, w narodowym pierwsza froncie, przez
dyrektora nagradzana, u boku szefa wyjeżdżała
hen - na saksy, gdzie wyzysk ścigał się z rozpustą,
gdzie Kain dybał na Kaina o cuchnący fałszem dolar.
Przodownica pewnie była zaszczepiona przeciw
wściekliźnie i odporna na pokusy i na gnicie, lecz
jak baba - nieodporna na pończoszki i kożuszki;
łachmaniarka - jednym słowem, na saksy wybierała
się po ciuszki, cieszące oko każdej damy. Jak
kaprysiła - nie do wiary! - lecz że chodliwy to
był towar, nic nie traciła. Wprost przeciwnie.
Ją dyrektor, ona pilnowała dyrektora, wypełniając
ewangeliczne przykazanie, by brat dbał o brata
swego. Biedak przegrał i cnót klasowych nie
dochował. Zamiast czcić, czuwać - sabotował.
Zmieniła szefa na elitarny departament, uczulony
na turystyczne krajobrazy, gdzie w planie choćby
jedna palma a dookoła ciepłe morze. Tam, jak
w bajce, strzała dopadła ją amora - bożek
niczego sobie, owszem, przystojny, śniady,
z greckim nosem, rzekłbyś rodzony korsykanin,
gdybyś nie słyszał mazurzenia, kiedy rozmarzał
się o Polszcze, i kiedy grzecnie ją całował. Lecz
kiedy stawał się niegrzeczny - on milczał a tęskniła
ona.
Miłość - nie ma nic nad to dla kobiety. Alfa i
omega życia. Oczekiwanie na religię ciała. Coś
więcej ponad samczy podziw. Bezustanne
obecności potwierdzanie dusza przy duszy.
Czas wyboru na spotkanie, w którym ofiarować
trzeba wszystko i wszystko przyjąć. Zło i dobro
- z wiarą że zło się zwalczy wspólnie. Co kto
poskąpił i co ukrył, tego mu braknie w ważnej
chwili. Z tego co miał - w dwójnasób straci.
Miłość dziwną się rządzi ekonomią, z niczego
daje i pomnaża, albo roztrwoni co zebrane
nie ubożejąc nigdy sama. Każda wartość
w niej się odmienia i nabiera mocy, i bywa -
stawi znak równania pomiędzy sędzią a zabójcą,
między bankierem a żebrakiem. Wiem, bo
kochałem. Gdy zapragnąłem mieć - płakałem
jak dziecko które chce mieć księżyc. Szkoda oczu
i soli która oczy zżera. Daremne chcenie. Masz
tylko to co masz w spojrzeniu. Obraz. Chcesz,
pal przy nim świece i się oddawaj zachwyceniu.
Nie chcesz - zajmij się uprawą chmielu. Koi
pragnienie, chłodzi i sprowadza sen.
Łachmaniarka wroga ludu na jawie pokochała,
o czym nie wiedział lud ni kat, a wiedział tylko
tajny wywiad.
Tu się zaczęło przesłuchanie,
lecz nie wiedział żaden esbek, że przesłuchanie
zakochanego serca należy tylko do poety; ale
taki rzadko tam bywał na etacie. Służba zbyt
odpowiedzialna. Poeta zawsze odwalał chałupnictwo,
nie dlatego, by był takim domatorem, głównie dlatego
że gadułą. Bezczelnym i nieposkromionym, a w gadce
zawsze coś się wypsnie, co zamącić może w głowie.
W tychże czasach każdy wieszcz stawał się hipo-
- hondrykiem, co mądrze gadał tylko z ścianą,
a pajacował poza domem. Przykładem Bryll i
Woroszylski. Łachmaniara znała tylko Broniewskiego
jako danie podstawowe, a deserowo - "Gęś Zieloną".
Lecz co za deser - palce lizać! Taki jak kucharz. Mistrz
Ildefons gęsinę śmiechem faszerował, bo kiedy
trzeźwiał to zieleniał - wszędy gęsina na urzędzie...
Nic dziwnego, że w końcu dostał niestrawności i
bredził coś o jakimś iźmie... W słowniku szukaj
medycyny, tak ciężkie kończą się choroby.
Łachmaniarka była zdrowa kiedy przyszła do Urzędu
Prostowania Wszelkich Pionów; na postawione tam
pytania odpowiadała krótko - gówno. Dla wyjaśnienia
tutaj dodam, że pytania stawiano zawsze w formie
zarzutów albo groźby.
Kobieta gdy pokocha -
o serce się upomni w rzeźni, bo o kochanka jest
zazdrosna. Cóż władza od niej może chcieć, gdy
miłość to dla niej dziś jedyna władza. Nie darowali,
oskarzyli o szpiegostwo, znaleźli ciuchy - doszedł
wyzysk. Gorszego nic nad kapitalizm! Z wrogiem
ludu paktowanie. Chciała więc zrujnować przemysł
odzieżowy, tekstylny, galanterię, słowem cały handel
RWPG, zachwiała całą ekonomią planowaną z takim
trudem...
Planowanie jest najwyższą teraz sztuką:
np. dzisiaj słońce oznaczało będzie księżyc; jutro
pięć planowaną wartość osiem, a pojutrze będzie zero.
Dzisiaj kłamstwo będzie znaczyło prawdę świętą, jutro
już będzie zająknieniem, a pojutrze - zwykłym
ordynarnym łgarstwem. Chytry majstersztyk, genialne
wielkie czarowanie bliskie hipnozy. Czuje się czarta
w tej zabawie. Z przodownicą właśnie tak się zabawiano;
sąd kapturowy, stos opinii...Wszyscy się jakoś obłowili
na tej sprawie. I ona nieźle zarobiła - dziesięć latek
medytacji. Wyszła wcześniej, lecz nie ze szczęścia się
rozpiła. Raczej za straconym szczęściem. Rajem stała
później się melina. Dom pechowców i bankrutów.
Bractwo złamanych serc, kalekich dusz, złamanych
nosów. Wyspa skarbów Hugo i Dostojewskiego.
Dobry bimber
ma w sobie rozum jego twórcy. Ale taki, który język
rozwiązuje nawet umarłym i stąd nazwany "Chuch
denata" - tylko taki może przymiotnik nosić świetny.
Ten każdemu przynosił ulgę już po setce. Łachmaniarka
matkowała tam niezgułom i ofermom, takim samobójcom
- co to z własnej ręki nie umieli nawet zginąć. Ci nazywali
ją mateńką, jako gdy trzeba przytuliła czterdziestocztero
letnie dziecko, albo jak ojciec przysoliła dłonią, spojrzeniem,
ciężkim słowem. Nim wysłuchała - najpierw nakarmiła, potem
kieliszki dwa stawiała, bo jak twierdziła - spirytusem dobrze
przemywać rany duszy.
Wiem ja dobrze, jakie dziś modne
są krucjaty przeciwko różnym alkoholom i zła godzina
je dopadła - trzynasta - cóż godzina trefna, ostatnia
która będzie trzeźwa z tych które czas na doby dzielą.
Trzynasta bije - jest okazja! bo okazja rządową dana ci
literą uczyni z ciebie jeśliś pijak - pijaka zdyscyplinowanego;
pijesz tylko po trzynastej, nigdy przed nią. Pożytek cudny
z tej ustawy zrozumiesz wówczas dostatecznie, kiedy ustawa
nowa wejdzie - picie jest prawne po toaście - przed
karane będzie surowo w trybie przyspieszonym.
Kraj
z przepisów tworząc świętą księgę, religię ustaw, paragrafów,
zasłużył bodaj choć na kaca. U łachmianiarki na melinie
nie było godzin. W tychże czasach wychowywano konsekwetnie
- w pracy, do pracy, pracą, praca. Piło się po katolicku -
na imieninach i przy święcie. Dziś pije ateistycznie, naukowo,
dziś zwyczajnie i po prostu pije się przy własnym stole
po trzynastej. Zaklęta liczba, jak w kabale. Trzynasta tworzy
nowy dogmat i traktuje chorobę według nowych reguł,
chorobie wszakże obojętnych; zmieniono papier na receptę,
godziny przyjęć i lekarza - pacjent jak cierpiał nadal cierpi.
Nie cierpieli ci, co przychodzili do meliny "u mateńki". Tu
kieliszek podawany był na sercu. Na lekarstwo czasem ważna
jest podstawka. Lekarz eliksir zna, klienci znają się na szkle
i szkiełkach, jednym słowem na kryształkach.Serce "mateńki"
to był kryształ. Oszlifowany po mistrzowsku przez najlepszego
w świecie mistrza; nazywał się on pospolicie, bo mistrzem tym
to było - życie.
Co kryje się pod jednym słowem, by pojąć,
zajmijmy się, ot tak po drodze, badaniem struktury kryształów.
Wspomniany kryształ dzwonił bardzo melodyjnie i refleksy
ciepłe rzucał tak - że go brałeś za poduszkę i pierzynę;
na dłoni pachniał i zachwycał. Jeśliś pragnął, rosił się jak
szklanka wodą, którą w spieczone lałeś usta. Kryształ,
jak każdy w świecie diament sprowadzał marzycieli i włóczęgów.
Dobrze rozumiał to milicjant, właśnie on jeden, dzielnicowy.
Nie powiem - kochał łachmaniarkę - faktem, że długie z nią
rozmowy wiódł. Pytał, na przykład: czy był Sznurek albo
Tabletka, i spokojny - mając od niej potwierdzenie, na żonę
sobie ponarzekał, na służbowe swoje buty. On jeden wiedział,
że melina oazą była samobójców, i każdy dzień spędzony
tutaj dawał szansę na przeżycie bez szpitala, bez aresztu.
Bywało, spędzał u niej dzień swój wolny, i "Chuch Denata"
wolno sącząc słuchał głosów nie z tego świata. Denaci
czuli przed nim respekt i też jak dzieci szanowali, bo chłop
miał poczciwe serce. Kryształ, choć nieobrobiony, odbijał
twarze w zimnym blasku trochę za ostro; gęby zawsze
winowate, z piętnem jakiegoś paragrafu, ale żywe, ale
własne. Czuli ochronę tego miejsca, wspólnotę podług ról
i losów, jakie przypadły im w udziale, w cieniu zawieszonego
gdzieś munduru, w świetle kielicha, stołu i "mateńki",
przychylającej wszystkim nieba.
Życie nie skąpi paradoksów;
rozumieć mistrza jest sztuką pojmowania wszelkich
przeciwieństw.. Tych rzeczywistych i pozornych. Szkoda
stworzonej tak harmonii, bo milicjant z przywilejów swych
skorzystał. Inny pan nastał i porządki. Dla meliny i jej gości
nie miał właściwego zrozumienia. Podskoczyła statystyka w
rybryce "zgony i przestępstwa". Mateńka, rozumiejąc
trudnośi naszej gospodarki, stare po domach łachy zbiera,
za kompaniję wróble mając, skrzydlatą bandę aferzystów,
szarą czeredę darmozjadów i plotkarek. Kontemplując
wśród krzaków biust dostojny Boya, wysłuchałem całej
historii łachmaniarki nie jak wścibski Boy-dedektyw;
przypadkiem zgoła słów świergotliwych niemy i niegodny
świadek.
Nędza ukryła jej kobiecość., wynosząc wielkie
człowieczeństwo, taki - nie inne. Widzący ciebie, niechaj
powstrzyma prędki osąd, aby sam nie był osądzony.
Niechaj zrozumie bogactwo losów, niech pojmie równość
prawdziwą, równość nieludzką grosza i złotej sztaby
z sejfu.Taka jest równość naszych czynów - czy podejmie,
czy się powstrzyma od nich człowiek - może żałować
strony obie takiej decyzji. Stojąc przed nią, przed
łachmaniarką, bądź dyskretny; ławka jest przecież
dla niej domem, miejscem spoczynku; więc podziwiaj
wartość dywanów na wystawach także i z takiej
perspektywy. Pomyśl o tym, ile przedmiotów zbędnych
bywa dla tego życia, co biżuterię, kosmetyki odrzuciło -
dla pudełka, tekturowego pudełeczka. Czasem podobnie
czynią dzieci, na słomkę rower zamieniając, z której
mydlana bańka sfruwa. Że kolorowa - to jest ważne!
Dla łachmaniarki - mocny, byle cały karton rolę szafy
spełnia; czasem poduszki, stołu albo krzesła. Darmowy
problem, pełny komfort dla tych, co tak chcą właśnie
mieszkać, i nie chcą wygód w domu starców. Tu jest
sedno, bo właśnie tu jest sprawiedliwość - w tym
przypadku. Spróbuj, weź go, zamień na fotel wiklinowy
- usłyszysz - nie, nie płacz - przekleństwo. Narzuciłeś
swoją wolę, spętałeś całe jej jestestwo. Skrzywdziłeś
bardziej niż pomogłeś. Okradłeś z siły, gdyż wielką siłą
bywa nędza. Ona swój kościół ma, swój obrzęd,
w którym święcone sam dociekaj. Nie płosz, nie ględź
na swą modłę; przy ławce śpiącej nieco zwolnij
i przechodź kładąc, co uważasz. Sam bywa, groszem
też nie śmierdzisz. Czy wtedy za nędzarza się uważasz?

c.d.n.

Opublikowano

Łachmaniarka???pewnie tak, wróciłem do tamtego czasu i odnajduje się w nim, ale pańskiej łagodności, dystansu nie podzielam....dla mnie to czas rządów Bestii.
Sądzi Pan ,że Łachmaniarki już nie ma,a Bestia zniknęła??
Czekam na dalszy ciąg, przeczytam z zainteresowaniem,ten fragment biorę do ulubionych.

Opublikowano

Szubka.;
zamieszczanie poematu w dobie komputera to straceńczy pomysł - ale jeśli mam tak cierpliwych czytelników, mam coraz mniej oporów i wątpliwości...pozdrawiam Cię - MUFKO i życzę wytrwania...ukłony - :) J.S

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Może trochę krótsze kawałki, Jacku, bo muszę robić przerwy na polewanie.
wezmę to sobie Stefanie do serca, ale przed końcem roku chciabym zakończyć edytowanie poematu...sporo jeszcze zostało, a przed Tobą najsmaczniejsze jeszcze fragmenta...i polewaj na zdrowie! bo ja takoż trzymam szklanicę! :)) J.S
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Może trochę krótsze kawałki, Jacku, bo muszę robić przerwy na polewanie.
wezmę o sobie Stefanie do serca, ale przed końcem roku chciabym zakończyć edytowanie poematu...sporo jeszcze zostało, a przed Tobą najsmaczniejsze jeszcze fragmenta...i polewaj na zdrowie! bo ja takoż trzymam szklanicę! :)) J.S
Wiwat poezja!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @andrew   To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy.
    • Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam.   "Portret Owalny" cz.1   Kariera miejskiego urzędnika  nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym  od dyktatorskiej postawy i protekcji  mojego kochanego ojca  w którego wydziale miejskim  miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się  niesłusznie obarczaną winą  za wszelkie niepowodzenia marionetką  niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy  do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt  w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec  nie dał poznać po sobie  by miał jeszcze ochotę  mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku  innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego  przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma  nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu  brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach,  który krył ludzi  w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających  swoje przemijające rwąco życie  na przyjemnościach związanych  z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków  tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą  od konserwatywnego salonu  banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat  nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją  przemocy i zepsucia. Byli też sensualni  do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie  w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego  od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się  na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć  o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich  z czasem zaczął piętrzyć się  na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy,  stanęło przed oczyma  trzymając w kościstych dłoniach  weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował  po każdej ukończonej sesji   a ich wysokość przedstawił jako  wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto  że nie interesuje go płeć piękna  a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie  i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania  z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później  o dziwo dostarczona przez  chłopca na posyłki  w samym środku nocy. W krótkim liściku  zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie  wieczorem dnia najbliższego  na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz  u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane  co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia  o moim pojawieniu się  o godzinie ósmej wieczorem  pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką  na powrót w dłoń chłopca  a ten pobiegł jak wicher  w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się  w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach,  wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie  u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem  grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie  jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta  na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca  a przeskok przez nią  powodował ryzyko upadku  z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni  elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny  acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste  prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką  i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem  nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie  spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru  marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno  po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę,  głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy  dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie  do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win  lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej  pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś  do podpiwniczenia wieży ciśnień,  która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem  a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru  nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec  który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy  widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się  i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana  z całego serca za spóźnienie  to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo  niebezpiecznym miejscem  przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu  z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie  ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli  do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli  i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu.   Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę  i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach  a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem  nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia  zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym  ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie  utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych  tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach  i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione  od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem  w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech  a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok  dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach  gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować  i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez  grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek  a raczej dawna szopa mieszkalna  tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek  i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej  były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę  niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami  takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu  i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził.     Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść  do takiej infrastrukturalnej formy  ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne  i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się  najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach  i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości  istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem  czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka.     Pierwsze co poczułem  to uderzające i dziwnie otulające  kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch  o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta  haust powietrza i dłuższą chwilę  nie miałem ochoty  wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście  tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna  dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle  przerażające i wstrząsające  co idealnie zlewały się z otoczeniem  nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych  ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach  wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli  na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili  zrobić sobie w głowie otwór  od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci  a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te  trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała  i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby  żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był.     Wild stał obok stołu,  zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz  przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział  jakiś dziwny fason  jednoczęściowego płaszcza,  który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz  a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim  w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią  i przeczytałem krótką notatkę.   Cieszę się, że możemy się  spotkać Panie Scholl  i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie  bez żadnych niepotrzebnych opóźnień  ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać  z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą  i nie chcę marnować nawet sekundy  z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza,  proszę przejść na przygotowane  dla Pana krzesło  naprzeciw gotowego płótna  a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność  i zasobność domu  jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory  i dość obskurnego otoczenia  będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym…  sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję  brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany  Victor Wild.     I faktycznie obok notatki  spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda  i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby  i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby  i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda  pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.  
    • @Somnia   Niesamowicie gęsty, oniryczny klimat. Pięknie ujęta tęsknota za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie pozostaje nieosiągalny. Zaintrygowało mnie to, jak oswojona jest tu ciemność. Zazwyczaj budzi lęk, a u Ciebie staje się schronieniem i przestrzenią do spotkania z samym sobą.
    • Raz pewien byk gdzieś w dolinie Baryczy zbijał bąki, a bąk w trawie się byczył. Byk na bąku siadł, do Baryczy wpadł, no i teraz już w Baryczy byk ryczy.  
    • @Na liniach czasu   Czereśnie zawsze były owocem niecierpliwości - i właśnie to tu czuć. Smak czegoś, co jeszcze nie zdążyło dojrzeć, a już kusi. Piękny wiersz!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...